ATEISTA ZACHWYCONY, CZYLI O PANTEIZMIE NAUKOWYM

Ludzi zawsze interesuje sensacja, niezwykłość, odstępstwo od codzienności. Ale co jest sensacyjne? To już zależy od zmiennych gustów.

Jest taki film, „Jurassic World”, o parku rozrywki, w którym można było zobaczyć żywe, wskrzeszone przy pomocy inżynierii  genetycznej dinozaury. Jakkolwiek został on skrytykowany za wiele fabularnych głupot (kobieta skutecznie uciekająca przed tyranozaurem w szpilkach… 😂) to jednak samo założenie scenariusza wydaje mi się bardzo rzeczywiste: w świecie, w którym ludzie cały czas gapią się w smartfony, żywe dinozaury nie wystarczą, żeby ich zainteresować.

Pamiętam czasy, kiedy telefon komórkowy wielkości cegły z wystającą anteną był sensacją nowoczesności. Były też czasy, w których zakonnicy w jednym z klasztorów w Anglii, żeby podnieść atrakcyjność swojej placówki, zamiast tradycyjnej figury Jezusa na krzyżu umieścili coś w rodzaju lalki poruszanej ukrytym systemem linek. Tłumy zaczęły przybywać z daleka, żeby zobaczyć „cud”.

Pogoń za sensacją jest w naszą naturę wpisana. Nasi przodkowie nie przetrwaliby, gdyby nie nauczyli się, że w szumiącym, skrzypiącym, trzaskającym lesie pełnym niebezpieczeństw trzeba zwracać uwagę właśnie na każde odstępstwo od reguły. Dziwnie bujna, trawiasta przestrzeń w środku suchego jak pieprz boru może skrywać trzęsawisko. Zbyt regularny, głośniejszy o ułamek decybela szmer w trawie może oznaczać skradającego się tygrysa.

Jednak ten ewolucyjny mechanizm powoduje pewien tragiczny dla nas skutek uboczny.

Religia, czyli sensacja systemowa

Kiedy nasz przodek szedł przez sawannę i usłyszał głośny szelest w trawie, nie zastanawiał się, czy to tylko wiatr, czy głodny lew. Tych, którzy mieli skłonność do takich rozmyślań już dawno coś upolowało i zjadło. Uciekał zatem na najbliższe drzewo albo szykował broń, od razu zakładając, że podejrzany szmer = drapieżnik.

Człowiek ma więc wdrukowaną w mózg ścieżkę myślenia, żeby wszystkiemu co niezwykłe przypisywać, że stoi za tym inteligentna, wygłodniała i szukająca ofiary siła.

I kiedy nadeszły czasy, że człowiek jako tako zdał sobie sprawę z ogromu, złożoności i piękna Wszechświata, potraktował go jako taką trochę większą sawannę, a każdy jej szmer przypisał takiemu większemu, o wiele bardziej inteligentnemu i o wiele, wiele bardziej pragnącemu krwawych ofiar drapieżnikowi, czyli – bogu.

Kiedy zaś wyszło z mody wylewanie hektolitrów krwi ludzi, baranów, krów, wołów i kur na ołtarzach najprzeróżniej pojętych bogów, nadszedł czas, żeby wymyślić bardziej wyrafinowaną, choć ciągle krwawą ofiarę. Tak zrodził się dżihad, czyli miłe bogu przelewanie krwi niewiernych. Tak też zaczęto czcić rzekomego boga – człowieka, Jezusa, który przelewa swoją krew, żeby ukoić żarłoczność i wściekłość ojca niebieskiego…

Tak to małpolud, który biegł z wrzaskiem do najbliższego drzewa, bo usłyszał szelest w trawie zmienił się w pobożnego chrześcijanina, który w nieumytej szybie widzi matkę boską, a w bajdurzeniu ewangelistów – „niebudzącą zastrzeżeń” relację historyczną o żywym bogu.

Tak to religia jest spuścizną naszego ewolucyjnego dziedzictwa. Każde zwierzę posiada takie dziedzictwo, jednak w przeciwieństwie do ludzi, zwierzęta swoje dziedzictwo rozwijają. U ludzi zaś, którzy latają w kosmos, konstruują komputery i wieżowce rozwój najwyraźniej zatrzymał się na poziomie afrykańskiego małpoluda sprzed kilkuset tysięcy lat.

Ateizm zachwycony

Czy gdyby nasz pradawny przodek dzięki jakiejś niezwykłej mutacji ucha mógł z łatwością odróżnić szmer trawy wywołany wiatrem od skradającego się drapieżnika – uciekałby na drzewo? Nie sądzę, żeby taka strata energii i ryzyko, że w panicznej ucieczce nadepnie się kobrze na ogon było wówczas opłacalne.

Dziś wiemy jak powstają pioruny i nie potrzebujemy dłużej zakładać, że to Thor spił się na uczcie u Odyna i właśnie się awanturuje. Dziś, kiedy jakiś statek przełamie się wpół i zatonie, szukamy winnego wśród projektantów, w stoczni, znajdujemy błędy załogi czy niedopuszczalne nadużycia procedur bezpieczeństwa. Nikt nie składa wtedy byka w ofierze dla Posejdona, żeby przebłagać jego gniew.

W ten sposób wyjaśniliśmy wystarczająco wiele zagadek rzeczywistości, żeby wiedzieć, że to, czego jeszcze nie wyjaśniliśmy – także ma swoje naturalne przyczyny i nie trzeba ich szukać w jakimś duchowym świecie niematerialnych energii i duchów.

A jednak nadal żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi (w Polsce!) jak widzi atak padaczki to twierdzi, że to sprawka demona. Żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi twierdzi, że jakiś wielki lew z nieba bardzo się interesuje tym, kto się pobawi swoim fiutkiem i przygotowuje dla takich wielki, wrzący kocioł w piekle.

Żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi nadal widząc obroty Wszechświata, jego potęgę i wielkie piękno – twierdzi, że skrada się za tym jakiś wielgachny tyranozaur i trzeba mu poprzez podniesienie opłatka przypomnieć, że jego żarłoczna wściekłość powinna być już dawno zaspokojona, bo jego syn umarł na krzyżu.

Tymczasem już dawno powinniśmy wyrosnąć ze skóry sawannowego małpoluda i zrozumieć, że Wszechświat nie potrzebuje stworzyciela ani żadnych nadnaturalnych bogów.

Czy oznacza to jednak, że pozostaje nam tylko szara rzeczywistość, odarta przez naukę z całej cudowności? Czy pozostaje nam tylko pustka własnej egzystencji, nie odniesiona do niczego większego, wyższego?

To jest to, co ludzi przeraża w ateizmie i dlatego wielu kurczowo trzyma się wiary w zmyślonych bogów. Potrzebują oparcia i poczucia, że ktoś nad nimi czuwa, że przerażająca rzeczywistość nie jest wszystkim, że poza jej mrokiem jest jakieś światło…

Czy jest się czego bać?

Większość ateistów, których znam, jest panteistami. Większość naukowców, deklarujących się jako wierzący w boga – też jest panteistami. Bo panteizm to otwarcie oczu na prawdę, że rzeczywistość nie jest szara i przerażająca, tylko do ostatniego atomu cudowna.

Panteizm to zrozumienie, że prawo grawitacji, które pozwala naszym nogom pewnie stąpać po ziemi, że prawo doboru naturalnego, które dało nam odporność na wiele chorób i zdolność do pokonywania tak wielu niebezpieczeństw i problemów – że te i wszystkie inne prawa Przyrody są wspaniałą, wszechpotężną opieką, tak wielką, że nie potrzebujemy wzywać nieistniejących duchów.

Panteizm to wiedza, że kiedy z mroku lasu spojrzą na nas oczy Wilka, to spogląda na nas nie: żarłoczna biomaszyna zdolna tylko rejestrować kolejne kąski do zjedzenia, ale inteligentna i ciekawa nas istota, z którą przy odpowiedniej dozie pokory można nawiązać dialog. Tym samym nie potrzebujemy zaświatowych bogów, żeby nie czuć się samotnymi we Wszechświecie.

Panteista jest więc ateistą – bo nie uznaje zmyślonych istot niebieskich – ale jest ATEISTĄ ZACHWYCONYM, takim, który spojrzał w głąb rzeczywistości i odkrył, że jest ona cała niezwykła, a cud kryje się w każdym liściu i każdym kamieniu.

Kto skosztuje tej świadomości, nie da się już oszukać ani religii, ani ezoteryce, nie zrobią na nim wrażenia sensacje religijnej taumaturgii ani spiskowej historiozofii. Nie zdoła go zainteresować ani zmarły rzekomo wskrzeszony przez tego czy tamtego boga, nie spojrzy nawet na „autentyczne” zdjęcia przybyszów z obcej planety witających się z Hitlerem, wzruszy ramionami na widok ludzi biegnących do kolejnego proroka, guru, cudotwórcy, mesjasza.

A to dlatego, że żadna sensacja wygenerowana przez człowieka nie jest w stanie dorównać wspaniałości Wszechświata, czyli tego, który stworzył sam siebie.

Panteizm naukowy

Oczywiście pojęcie panteizmu – czyli ubóstwienia Wszechświata jest na tyle szerokie, że obejmuje też pewne wynalazki religijne, będące tylko zawoalowaną formą ciągle tego starego małpoluda zwiewającego na drzewo.

Tak jest z wszelkim „panteizmem” nurtu New Age czy ezoteryki. Ale taki „panteizm” nie jest w istocie panteizmem, bo – podobnie jak w przypadku zwolenników innych, religijnych bredni – nie wystarcza mu Wszechświat prawdziwy, dotykalny, sprawdzalny naukowo. Nie, tacy ludzie ubóstwiają niestworzone „energie kosmiczne”, dążą do duchowych oświeceń, wierzą w coraz to dziwniejsze, niefalsyfikowalne twierdzenia nawiedzonych oszustów.

Dla mnie to nie jest panteizm, bo niczym nie różni się to od chociażby chrześcijaństwa. Wystarczy podmienić słowa „Bóg Ojciec” na „energię kosmiczną”, Jezusa na jakiegoś kolejnego, cudacznie ubranego „Mistrza”, „Nauczyciela”, którego słowa jakoby doprowadzają do „oświecenia”. Wystarczy sakramenty i zamianę wina w krew boską wymienić na cudowne uzdrowienie biopola czy inne bzdury.

Nie, to dalej jest to samo: poszukiwanie nieistniejących cudów przy jednoczesnym ignorowaniu tych prawdziwych, które mają tylko jedną wadę w porównaniu do tych zmyślonych – nie są sensacją, bo zdarzają się codziennie i wszędzie. Tylko ludzie śliniący się od pożądania kolejnych, paranormalnych kuriozów nie potrafią ich zobaczyć.

A tymczasem tak łatwo odróżnić religijne gaworzenie od prawdy Wszechświata. Bo w nią NIE TRZEBA WIERZYĆ. Można ją sprawdzić i ZOBACZYĆ.

Tym jest właśnie nauka – sprawdzaniem i zobaczeniem. I dlatego panteizm prawdziwie wielbiący Wszechświat zawsze będzie panteizmem naukowym, skierowanym nie na wiarę, ale wiedzę, nie na ezoteryczne mrzonki, ale prawdziwy zachwyt nad dotykalnymi cudami.

A co, zapytacie, z mroczną stroną Wszechświata? Co z wszechobecną walką o życie, przegraną dla tak wielu? Co z nieustanną orgią cierpienia, zniszczenia i śmierci, którą przecież jest Przyroda? Co ze straszliwym okrucieństwem Prawa Doboru Naturalnego?

Ja jednak wiem, że wystarczy przyjrzeć się okrucieństwu Przyrody i okrucieństwu ludzkiego, chrześcijańskiego czy inaczej religijnego świata, żeby zobaczyć jak nieskończonym miłosierdziem jest surowość Przyrody w porównaniu do wściekłości i nierozumnego, nieustającego gwałtu który rodzi nasza cywilizacja, zwłaszcza ta przesycona chrześcijańskimi „wyższymi wartościami”. Przyroda zabija, ale zna miarę w zabijaniu. Przyroda pełna jest cierpienia, ale każde cierpienie jest w niej krótkie i żadne nie jest nie do przezwyciężenia. Przyroda jest surowa, ale nie bezwzględna. Przyroda bywa okrutna, ale – no właśnie – bywa, a nie jest taka nieustannie.

I – chyba najważniejsze – Przyroda nie zabrania cieszyć się życiem. Wręcz przeciwnie, to właśnie cieszenie się jest jedynym celem i sensem tego życia. Nie trzeba poświęcać żadnej przyjemnej chwili dla rzekomego wiecznego zbawienia. Nie trzeba się umartwiać i jęczeć z żalu za grzechy, ale radować się z wdzięczności za to, że żyję, za to, że mogę oglądać wspaniałość i piękno drzewa, wilka, pająka czy chmury burzowej.

Przyroda to radość życia i majestat śmierci zarazem. I dlatego większa jest i nieskończenie bardziej godna chwały niż bogowie zrodzeni ze wstrętu do życia i strachu przed śmiercią.

Wilk z Tobą, Przyjacielu!

Podziel się