DLACZEGO WIARA W JEZUSA CHRYSTUSA JEST SZKODLIWA?

Nie tylko chrześcijanie czczą Jezusa Chrystusa. Wielu ludzi niewierzących, a nawet antyteistów przekonanych skądinąd o szkodliwości wszelkiej religii darzy tę postać niejaką rewerencją. Twierdzi się, że nauczanie Jezusa stanowi znaczący postęp w stosunku do wizji boga ze Starego Testamentu. Jezusa kojarzy się z takimi ideałami jak: poświęcenie, miłosierdzie, troska o słabych, chorych i ubogich, dobroć, sprawiedliwość społeczna, a wreszcie: bezinteresowna miłość.

Zarzuty, jakie stawia się chrześcijaństwu są zwykle zarzutami przeciwko chrześcijanom, a nie przeciwko jego założycielowi. Mówi się wręcz o tym, że o ile nauczanie Jezusa jest jednym z najpiękniejszych przykładów daleko posuniętego humanizmu, to chrześcijanie są tymi, którzy nie realizują w życiu przykazań swojego mistrza, którzy – według niektórych – wręcz trwale się tym przykazaniom sprzeniewierzyli.

Czy jednak rzeczywiście się sprzeniewierzyli? A może… właśnie w takich wypadkach okazali wierność?

Historyczność Jezusa

Poglądy na temat historyczności Jezusa Chrystusa prezentują całą gamę możliwości. Jedni twierdzą, że Jezus jest postacią całkowicie zmyśloną; inni, nieco łagodniejsi uważają, że choć jest on postacią literacką, to łączy w sobie rzeczywiste dzieje wielu samozwańczych mesjaszy, proroków, uzdrowicieli i nauczycieli ludowych, którzy pojawiali się na fali sytuacji społecznej tamtych czasów. Jeszcze inni uważają, że choć Jezus sam w sobie jest postacią historyczną, to był jedynie jednym z takich właśnie, wyżej wymienionych nauczycieli religijnych, a dopiero później jego postać obrosła wieloma, bardziej lub mniej fantastycznymi legendami. Są też tacy, którzy wprawdzie uznają historyczność zarówno postaci Jezusa, jak i przekazów ewangelicznych, to jednak skłaniają się ku alegorycznej interpretacji co bardziej nieprawdopodobnych, opisanych tam wydarzeń. Są wreszcie tacy, którzy uznają historyczne istnienie Jezusa za pewnik, a ewangelie za rzetelne i bezwzględnie prawdziwe źródło wiedzy o jego nauczaniu i czynach.

Otóż chcę tu na wstępie powiedzieć, że kwestia historyczności Jezusa jest dla niniejszego rozważania całkowicie obojętna.

Historyczność czy niehistoryczność jest sprawą zamierzchłej przeszłości, tymczasem Jezus DZISIAJ rzeczywiście istnieje, żyje i działa.

Jezus istnieje – w umysłach swoich wierzących. A ponieważ ci wierzący rzeczywiście istnieją, ich umysły funkcjonują i przekładają się na czyny – taka forma istnienia jest nie mniej realną i godną poważnego potraktowania sprawą.

Jezus żyje – w takim znaczeniu, że ten wytwór wiary religijnej całkowicie uniezależnił się od wiary poszczególnych jednostek. Nawet ludzie posiadający w chrześcijaństwie tak bezprecedensową władzę nad treścią wiary jak papieże – niewiele mogą zmienić w pojęciu tej postaci. Przykład tego widzimy choćby w tym, jaki sprzeciw wśród katolików budzą niektóre stwierdzenia obecnie urzędującego Franciszka.

W Przyrodzie powszechnie występuje zjawisko emergencji, czyli powstawania zupełnie nowych jakości i właściwości ze złożenia rzeczy prostszych. Przyroda zna zjawisko „zbiorowego umysłu”: przykładowo, każda pszczoła posiada swój układ nerwowy i wcale niemałą inteligencję. Gdy jednak pszczoły działają jako rój, zachowują się, jakby były jednym organizmem, kierowanym jednym umysłem. Czyż ludzki rój wierzących ludzi nie jest w stanie również wytworzyć takiego efektu? Czy ten efekt nie można zaliczyć do czegoś w rodzaju „superorganizmu”, zbiorowego umysłu, przy którym indywidualne przekonania wierzących nie mają większego znaczenia? Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Jezus jako postać jest wyobrażeniem bardzo sprecyzowanym: ludzie wierzący mają jasną wizję całej jego biografii, poglądów, czynów, nauczania, podaną przez ewangelie i uzupełnioną przez wieki nauczania hierarchii duchownej i teologów.

Nie upieram się przy tej hipotezie. Niezależność Jezusa od indywidualnych przekonań jednostek pozostaje jednak faktem nawet, jeśli ma ona naturę zwyczajnego „przegłosowania” jednostki przez większość.

Jezus wreszcie działa – w tym sensie, że wiara w niego ma realne przełożenie na zachowanie, czyny i decyzje ludzi wierzących. Na niego wierzący się powołują, on jest przez ludzi wierzących poważnie brany pod uwagę przy podejmowaniu decyzji czy konkretnych działań. On też wreszcie jest realnym czynnikiem kształtującym ich osąd rzeczywistości, a tym samym ich reakcje na tę rzeczywistość. Zarzut wobec chrześcijan, iż nie realizują oni nauczania Jezusa jest w istocie pretensją o to, że ich wyobrażenie na temat tego, jak ta realizacja ma wyglądać nie zgadza się z naszym.

Poważnym błędem wielu ateistów jest bagatelizowanie czy wręcz ignorowanie tych zjawisk. Tymczasem zasługują one na bardzo poważne potraktowanie w obliczu tego, kim Jezus jest naprawdę.

Ach, ten okropny Jahwe!

Nawet w retoryce chrześcijańskiej zwykło się opisywać Stary Testament jako surowe prawo boże, podkreślenie bezkompromisowej sprawiedliwości boga, a Jezusa jako tego, który przyniósł dobrą nowinę o zbawieniu, miłosierdziu bożym i jego przebaczeniu. Ateiści zwykli ujmować to dosadniej: stwierdzają, że bóg Starego Testamentu jest bezgranicznie okrutnym, odrażającym sadystą, małostkowo zazdrosnym o swoje względy i skąpanym we krwi tyranem. Za to Jezus! On to przyniósł wielki „postęp”, tutaj bóg jest ukazany jako dobrotliwy, łaskawy, miłosierny, cała nauka Jezusa jest pięknym ideałem, do którego powinni ludzie dążyć niezależnie od swoich przekonań religijnych…

Zadziwia mnie, że chyba nikt z tych ludzi nie zadał sobie trudu, żeby z otwartym umysłem przeczytać Biblię i zauważyć, co tam jest naprawdę napisane.

Zapraszam Cię, Przyjacielu do małego wywiadu. Zadajmy bogu Jahwe i Jezusowi trzy pytania:
1) Czego oczekujesz od wierzących w ciebie?
2) Czego chcesz konkretnie ode mnie?
3) Co mi zrobisz, jeśli nie będę posłuszny twojemu nauczaniu?

Wpierw zapraszamy do studia pana boga Starego Testamentu.

Jego odpowiedź na pierwsze pytanie jest zawarta głównie w Pięcioksięgu, to jest pierwszych pięciu częściach Starego Testamentu. Co tu znajdujemy? Mnóstwo bardzo szczegółowych przepisów, głównie rytualnych, co nieco obyczajowych, dotyczących organizacji życia społecznego a nawet politycznego. Tak, niewątpliwie bóg Starego Testamentu to bóg wymagający zachowania przepisów podanego przez siebie prawa.

Nie ma wątpliwości co do tego, że prawo to jest surowe, a miejscami brutalne. Jednak zauważmy, że jest to właśnie: prawo, czyli bardzo konkretny zestaw przepisów na konkretne sytuacje. Wiele z tych okrutnych zaleceń jest całkiem logiczne w świetle ówczesnej, słabo rozwiniętej wiedzy z dziedziny fizyki, chemii, biologii i medycyny. Wiele znajdujemy w tym prawie zaleceń, dotyczących zwyczajnej higieny i choć niektóre brzmią dziś bardzo prymitywnie, inne są całkiem zdroworozsądkowym podejściem do sprawy zapobiegania chorobom czy epidemiom, a nawet zbytniego zużycia gleby przez intensywne rolnictwo.

Odpowiedź na drugie pytanie – czego bóg chce konkretnie ode mnie – może być dla wielu ludzi zaskakująca, ale brzmi ona mniej więcej tak: Jeśli nie jesteś Żydem, nie chcę od ciebie nic. Prawo Starego Testamentu w wielu miejscach – o czym może się każdy samodzielnie przekonać, wystarczy, że otworzy Biblię – zawiera wyraźne zaadresowanie do konkretnego narodu.

Gdyż ty jesteś świętym ludem Pana, Boga twego. Ciebie wybrał Pan, Bóg twój, spośród wszystkich ludów na ziemi, abyś był jego wyłączną własnością. (…) Przestrzegaj więc przykazań, ustaw i praw, które Ja ci dzisiaj nakazuję spełniać.

Pwt 7, 6. 11

Gdybyś teraz, Przyjacielu, zapragnął zostać Żydem i udał się w tym celu do rabina, zapewne usłyszałbyś pytanie o to, czy masz korzenie żydowskie. Jeśli nie, w wielu wypadkach rabin będzie próbował wyperswadować ci decyzję, argumentując to tym, że religia i prawo mojżeszowe są religią i prawem konkretnego narodu, a Ty, jako członek innego powinieneś poszukiwać boga na drodze, która jest właściwa dla twojego własnego ludu.

No to czas na trzecie pytanie: zakładając, że jestem Żydem, że podlegam tym samym nakazom boga Starego Testamentu, to co mi on zrobi, jeśli jednak oleję te nakazy i nie będę ich spełniać?

Malowniczy opis konsekwencji takiej decyzji znajdziemy w Księdze Powtórzonego Prawa. Jest on wyjątkowo długi i z tego powodu nie zacytuję go w całości – ale gorąco polecam zapoznanie się w całości z ta istną poezją:

Lecz jeżeli nie usłuchasz głosu Pana, Boga twego, i nie będziesz pilnie spełniał wszystkich jego przykazań i ustaw jego, które ja ci dziś nadaję, to przyjdą na cię te wszystkie przekleństwa i dosięgną cię. (…) Rzuci Pan na ciebie klątwę, zamieszanie i niepowodzenie w każdym przedsięwzięciu twoich rąk, które podejmiesz, aż będziesz wytępiony i nagle zginiesz z powodu niegodziwości twoich uczynków, przez które mnie opuściłeś. Spuści Pan na ciebie zarazę (…). Uderzy cię Pan suchotami, zimnicą, gorączką, zapaleniem, posuchą, śniecią i rdzą zbożową (…). Pan sprawi, że będziesz pobity przez twoich nieprzyjaciół. (…) Trup twój będzie żerem dla wszelakiego ptactwa niebieskiego i zwierza polnego. (…) Dotknie cię Pan wrzodem egipskim, guzami odbytnicy, świerzbem i liszajem, z których nie będziesz mógł się wyleczyć. Porazi cię Pan obłędem i ślepotą, i przytępieniem umysłu (…) i nie będzie ci się wiodło na twoich drogach, i będziesz tylko uciskany i łupiony po wszystkie dni, a nikt cię nie będzie ratował. Zaręczysz się z kobietą, a inny mężczyzna będzie z nią obcował. Wybudujesz sobie dom, lecz w nim nie zamieszkasz. (…) Plon twojej ziemi i cały twój dorobek spożyje lud, którego nie znałeś, i będziesz tylko uciskany i ciemiężony po wszystkie dni. (…) Pan dotknie cię złośliwymi wrzodami na twoich kolanach i na twoich udach (…). Dużo ziarna wyniesiesz na pole, a mało zbierzesz, gdyż zeżre je szarańcza. (…) Synów i córki spłodzisz, ale nie będziesz ich miał, bo pójdą do niewoli…

Cały tekst: Pwt 28, 15 – 68

I tak dalej, i tak dalej. I choć wielu, zwiedzionych kwiecistością biblijnego opisu uzna go za przejaw wyjątkowego barbarzyństwa boga Starego Testamentu, to pragnę zauważyć, że żadna z wymienionych tutaj kar nie jest niczym nadzwyczajnym i niepotrzebny jest żaden bóg ani żadne przykazania, które można by złamać, żeby mieć pecha doświadczyć którejś z nich.

W skrócie rzecz ujmując, jeśli nie będziesz, Przyjacielu posłuszny prawu boga Starego Testamentu, za karę ześle on na Ciebie niepowodzenie w interesach, wojnę, głód i całkowicie naturalne choroby, a w najgorszym wypadku Cię zabije. Jedyne co potem może Ci zrobić, to sprawić, że Twoje zwłoki zostaną pożarte przez padlinożerców, co po śmierci i tak niewiele Cię zapewne będzie obchodziło.

Bóg Starego Testamentu nie jest ani o włos bardziej okrutny od rzeczywistości, a na pewno nie bardziej od ludzi. Osobiście uważam go za bardzo udaną – jak na ówczesną wiedzę – personifikację praw Przyrody, w tym Prawa Doboru Naturalnego, gdzie w ogniu chorób, drapieżnictwa, pasożytnictwa i niedostatku pożywienia wykuwają się wciąż coraz to nowe i coraz doskonalsze gatunki.

Zobaczmy teraz, czy Jezus rzeczywiście jest taki miłosierny w stosunku do boga Jahwe.

Groźba

Porównamy odpowiedzi Jezusa w odwrotnej kolejności, gdyż pozwoli nam to lepiej zobaczyć, w jakiego rodzaju trzęsawisko właśnie wstąpiliśmy.

A więc, co mówi Jezus na temat kary dla tych, którzy nie zachowają jego nauki? Opisy są dość lapidarne, ale wystarczająco dobrze informują nas o charakterze kary: „Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25, 41); „Gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie” (Mk 9, 44); „I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i ciało i duszę zniszczyć w piekle” (Mt 10, 28); „To jest śmierć druga – jezioro ognia” (Ap 20, 14b)

Nie mogę zaprzeczyć, że Jezus dokonał istotnego „postępu” w stosunku do Starego Testamentu. Jest bowiem znaczna różnica między trwającą nawet wiele lat chorobą i nieszczęściem, a wieczną – powtarzam, wieczną, czyli nieskończoną w czasie! – torturą i duszy, i ciała. Postęp jest, ale czy jest to postęp w stronę miłosierdzia? Czy nie mamy raczej do czynienia z posuniętym do absurdalnych granic, prawdziwym okrucieństwem?

Wystarczy porównać te dwie wizje boga tylko w tym zakresie – w zakresie kary za okazanie nieposłuszeństwa – żeby zobaczyć, że jeśli ktoś tu jest paskudnym, barbarzyńskim brutalem, sadystą i okrutnikiem, to na pewno nie bóg Jahwe.

Bóg Starego Testamentu co najwyżej mógł zabić za niespełnianie jego zachcianek, tymczasem Jezus wyżywać się na człowieku zaczyna dopiero po jego śmierci i wyżywa się w nieskończoność! Gdzie tu jest, pytam, to słynne jezusowe miłosierdzie, ba, gdzie tu jest jakakolwiek sprawiedliwość: za skończone w czasie grzechy skończonej tak w czasie, jak i przestrzeni istoty karać nieskończonym ogniem piekielnym?

Już samo to wystarczy, żebyśmy zdali sobie sprawę z tego, z jakim potworem mamy do czynienia, gdy chodzi o Jezusa Chrystusa. Żeby tego było mało, Jezusowi nie wystarczy dobrać się do tyłka grzeszników w JEDNYM tylko narodzie, jak to czynił bóg Starego Testamentu.

Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony.

Mk 16, 16

A więc nie wystarczy mu poznęcać się nad jednym narodem, on chce swoje nakazy narzucić wszystkim dosłownie, a jeśli wziąć powyższy fragment pod uwagę, to nawet zwierzęta, rośliny i grzyby nie mogą się czuć bezpieczne, jeśli nie uwierzą w Jezusa. Przecież: „wszystkiemu stworzeniu”!

No dobrze, ale może te wszystkie groźby nie są groźne? Może nakazy Jezusa są tak łatwe do spełnienia, że nie ma się czego obawiać? Niestety, i tutaj czeka nas przykra niespodzianka.

W przeciwieństwie do boga Jahwe, który dał jasne i szczegółowe prawo, Jezus w ogóle nie może się zdecydować, czego właściwie chce od swoich wyznawców. Raz mówi: „każdy, kto uwierzy” otrzyma zbawienie. Innym razem jednak stwierdza, że oczekuje konkretnych czynów: „łaknąłem, a nie daliście mi jeść, pragnąłem, a nie daliście mi pić, byłem przychodniem, a nie przyjęliście mnie, chorym i w więzieniu i nie odwiedziliście mnie” (Mt 25, 42 – 43). Jeszcze innym razem, na wyraźnie pytanie o to, co trzeba zrobić, żeby osiągnąć życie wieczne – a więc także żeby uniknąć wiecznej kary w piekle! – odpowiada: „Znasz przykazania: nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca swego i matkę swoją”. (Łk 18, 20. Tak na marginesie: godnym uwagi jest to, jak Jezus modyfikuje kolejność przykazań starotestamentalnego dekalogu: hmm, najpierw cudzołóstwo, potem dopiero zabójstwo?). Jednak to mu nie wystarczy, bo chwilę później zmienia zdanie i chce jeszcze, żeby pytający sprzedał wszystko, co ma, rozdał ubogim, a potem przyszedł do niego i go naśladował. No cóż, w takim razie wszyscy chrześcijanie powinni poczuć się co najmniej niepewnymi swojego zbawienia.

Co jeszcze chce Jezus? No proszę, dalej mamy jeszcze lepsze kwiatki:

Słyszeliście, iż powiedziano przodkom: Nie będziesz zabijał, a kto by zabił, pójdzie pod sąd. A Ja wam powiadam, że każdy, kto się gniewa na brata swego, pójdzie pod sąd, a kto by rzekł bratu swemu: racha, stanie przed Radą Najwyższą, a kto by rzekł: głupcze, pójdzie w ogień piekielny. (…) Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim. Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła. A jeśli prawa ręka twoja cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby miało całe ciało twoje znaleźć się w piekle.

Mt 5, 21 – 22; 27 – 30

Nic dodać, nic ująć. Wystarczy, że powiesz komuś, że jest durniem – a wielu, doprawdy wielu ludzi w pełni na takie miano zasługuje – żeby Jezus zesłał cię na nieskończoną torturę w piekle. Wystarczy, że popatrzysz na cudze krągłości, już zgrzeszyłeś. Już pójdziesz do piekła. No, chyba że sobie odetniesz ręce, nogi, wyłupiesz oczy, a najlepiej – pozbędziesz się mózgu.

Oczywiście chrześcijańska myśl teologiczna wiele się napracowała, żeby załagodzić powyższe słowa swojego pana.  Katolicki pisarz Henri Daniel – Rops tak uspokajał sumienia chrześcijańskie:

Ludzie Wschodu lubią w mowie pewną przesadę, toteż wyrażenia, których dokładny sens uchwyciłby doskonale człowiek współczesny Chrystusowi, mogłyby – wzięte dosłownie – wykroczyć poza chrystusowe zamierzenia. Prawidziwy paradoks chrześcijański polega na wyrzeczeniu się wygód, łatwości życia, ułatwionych systemów moralnych. Nie potrzeba posuwać go do absurdów. Nigdy nie widziano, aby któryś z uczniów Chrystusa wyłupiał sobie oko lub obcinał rękę po to, aby uchronić się przed pokusą. (…) Naukę Chrystusa należy brać możliwie dosłownie, nie popadając jednak w absurd.

Halo, halo, panie Daniel-Rops! Tu chodzi o NIEKOŃCZĄCY SIĘ los człowieka po śmierci! A pan mi tu pieprzy, że to „typowa dla ludzi Wschodu przesada”? Przecież nie rozmawiamy o instrukcji obsługi pralki, gdzie jeśli źle się ją zrozumie, to w najgorszym wypadku się zepsuje i trzeba będzie ponieść koszty naprawy lub kupna nowej. Tu chodzi o wieczność w piekle, która grozi tym, którzy nie będą spełniać przykazań Jezusa! A co będzie, jeśli źle zinterpretuję tę „przesadę ludzi Wschodu”?

Na marginesie, zadziwiająca jest niekonsekwencja chrześcijan, którzy twierdzą, że wyłupywania oka i odcinania ręki nie trzeba brać dosłownie, ale „bierzcie i jedzcie, to jest bowiem ciało moje” – już jak najbardziej tak!

Abstrahując od chrześcijańskich sporów interpretacyjnych: co sądzić o kimś, kto grozi nam wieczną męką i – jakby złośliwie! – nie chce podać precyzyjnych wytycznych co do tego, jak tejże tortury uniknąć? Zamiast tego bawi się w „pewną, typową dla ludzi Wschodu przesadę”!

Nakaz miłości

Bodaj najbardziej Jezus jest znany ze swoich przykazań miłości.

A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz.

Mk 12, 31

A ja wam powiadam: miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują (…). Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest.

Mt 5, 44. 46 – 48

Kilkakrotnie już o tym pisałem i znów to powtórzę: tylko człowiek, który nigdy nikogo nie kochał, może wpaść na pomysł, że miłość można nakazać. Tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o miłości może uznać, że wystarczy pyk! – wydać rozkaz i już wszyscy będą się kochać.

Poza tym interesującym faktem jest, że Jezus w przeciągu wszystkich czterech ewangelii ani razu nie powiedział komuś wprost, że go kocha.  Rzekł wprawdzie do dwunastu facetów: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem” (J 13, 46) oraz: „nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko, co słyszałem od Ojca oznajmiłem wam” (J 15, 15), ale ciężko to uznać za wyznanie miłości. Zwłaszcza, że znów pojawia się w kontekście „przykazania”.

W Przyrodzie obowiązuje prosta zasada: jeśli ktoś mnie krzywdzi, mam prawo od niego uciekać, a jeśli się uciekać nie da, mam prawo z nim walczyć. Ta sama zasada jest obecna we wszystkich istotach żywych, bo każda ma prawo o swoje i tylko swoje przetrwanie walczyć. Przykazanie miłości nieprzyjaciół, tak wysławiane, takie – ach, jakże słodkie! – jest w rzeczywistości gwałtem na naturze.

Zwierzęta nie znają nienawiści w sensie irracjonalnego dążenia do zniszczenia przeciwnika za wszelką cenę. Ale nie znają też miłości za wszelką cenę. A że obydwa te uczucia są równie potężną namiętnością u ludzi i równie niesterowalną – jedno z łatwością przechodzi w drugie. Kto wie, ile nienawiści zrodziła frustracja tych, którzy próbowali sobie nakazać kochanie kogoś? A próbowali, i to nie raz – bo Jezus tak przykazał pod groźbą wiecznej kary.

Gwałt na naturze

Przykładów gwałtu na naturze znajdziemy u Jezusa więcej. Jest na przykład takie zdanie, którego Kościół uczepił się jak pijany płotu – a które wprost błogosławi ciemnotę i fanatyzm:

Nie bądź bez wiary, lecz wierz (…). Że mnie ujrzałeś, uwierzyłeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

J 20, 29

Wiara bez dowodów, bezwarunkowa, wiara nawet w absurd, w to, że spełnienie niewykonalnych rozkazów da mi zbawienie – oto, czego żąda Jezus od swoich wyznawców. I przy tym nawet za taki fanatyzm nie daje gwarancji, że coś mu się przypadkiem nie spodoba i nie wrzuci także i takich gorliwych do piekła:

Nie każdy, który do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebios, lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów?

Mt 7, 21 – 22

I znów: co jest w końcu tą „wolą Ojca”? Jakoś przez całą ewangelię jedną, drugą, trzecią i czwartą Jezus nie umie się w tej kwestii jednoznacznie określić, a przecież, jak sam mówi, od tego zależy wieczny los po śmierci! To nie bagatela! A na pewno na tyle poważna sprawa, że podawanie w jej temacie wytycznych w formie podatnych na różnorodne interpretacje metafor jest co najmniej nie na miejscu.

Ba, nawet „kochanie Jezusa” nic nie pomoże, ponieważ: „Kto ma przykazania moje i przestrzega ich, ten mnie miłuje”! (J, 14, 21). Jasne jest, że to, co każdy normalny człowiek zwykł nazywać miłością i jako miłość przeżywać, dla Jezusa miłością nie jest.

I to jest właśnie największym i najstraszliwszym gwałtem, jakiego Jezus dokonał na naturze człowieka. Wbił miłość – najpiękniejsze, co przecież w człowieku jest! – w okowy przykazań, obwarowanych wiekuistą karą. W ogóle nie potrafił powiedzieć czegokolwiek o miłości bez umieszczania jej w kontekście przykazań, nakazów, kary i nagrody.

A ja mam odwagę się pytać, i w imię Wilka pytam się tego gwałciciela natury: gdzie tu jest miłość? To nie miłość, tylko niewola w stosunku do swojego guru i jego popleczników. I tak wielu z tych, co uwierzyli, że skoro bóg jest miłością i wobec tego trzeba kochać, a kochać = np. nadstawiać drugi policzek – nadstawiło również tyłka na poużywanie przez księdza.

Zaiste, lepiej dla Jezusa byłoby, gdyby był tylko galilejskim guru, który nie mógł przewidzieć, co z jego słów wyniknie. Bo jeśli by był – jak utrzymują chrześcijanie! – wszechwiedzącym bogiem, oznaczałoby to, że jest też wyjątkowym potworem.

I serce wierzącego podświadomie to czuje! Tak właśnie powstają wyrzuty sumienia, skrupuły, lęk o zbawienie, tak powstaje patologia praktyk ascetycznych typu: noszenie nabijanych kolcami pasów, głodzenie się, biczowanie, zmuszanie do bezwzględnego, klasztornego posłuszeństwa, odzieranie się z godności i samoponiżanie; tak rodzi się potworna spirala strachu: przed seksualnością, przed grzechem, przed popełnieniem jakiegokolwiek błędu, a w konsekwencji: przed czarownicami, diabłami, Żydami, masonami, „ciemnymi siłami”.

A za strachem idzie nienawiść. A za nienawiścią rozlew krwi.

Oto, czym jest nauka Jezusa Chrystusa. W historii ludzkości nie ma drugiej takiej ideologii, która potrafiłaby równie skutecznie przekuć miłość w nienawiść i nie przestając głosić tej pierwszej czynić tę drugą.

Jezus i Przyroda

Stosunek Jezusa do Przyrody jest, na nieszczęście tych, którzy wierzą w słodkiego zbawiciela, dokładnie opisany w ewangeliach.

Nie bójcie się; jesteście więcej warci, niż wiele wróbli.

Mt 10, 31

A pasło się tam, u podnóża góry, duże stado świń. I prosiły go duchy, mówiąc: Poślij nas w te świnie, abyśmy w nie wejść mogli. I pozwolił im. Wtedy wyszły duchy nieczyste i weszły w świnie; i rzuciło się to stado ze stromego zbocza do morza, a było ich około dwóch tysięcy, i utonęło w morzu.

Mk 5, 12 – 13

I ujrzawszy z daleka drzewo figowe pokryte liśćmi, podszedł, by zobaczyć, czy może czegoś na nim nie znajdzie, ale gdy się zbliżył do niego, nie znalazł nic poza liśćmi, nie była to bowiem pora na figi. (…) I rzecze do niego: Niechaj się już nigdy z ciebie owoc nie rodzi na wieki. I uschło zaraz figowe drzewo. (…) I wspomniał Piotr, i rzekł do niego: Mistrzu, oto drzewo figowe, które przekląłeś, uschło.

Mk 11, 13; Mt 21, 19b; Mk 11, 21

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi!

Mt 7, 15

Idźcie! Oto was posyłam jako jagnięta między wilki.

Łk 10, 3

Czy naprawdę muszę komentować? Skoro człowiek jest więcej wart niż wiele wróbli, to może jest więcej wart także od kilku kotów czy psów? Od tygrysa? Słonia? A może więcej jest wart od całej Przyrody, skoro bóg, zstępując na ziemię został człowiekiem, a nie czymkolwiek innym? Tak oto zrodziła się typowa dla chrześcijaństwa pycha gatunkowa, zarozumialstwo zmutowanej małpy, która nagle ubzdurała sobie, że jest miarą wszechrzeczy.

I nie ma żadnego znaczenia uśmiercenie dwóch tysięcy świń, byleby jeden, jedyny obdartus spod Gerazy był uzdrowiony od rzekomego opętania. Przecież to tylko świnie!

A oto Jezus: podobno syn stworzyciela świata – a więc i stworzyciela cyklu życiowego drzew – i wszechwiedzący bóg przy okazji nie wie, że to nie czas owocowania drzew figowych. I wówczas – a jakże! – kochający i przenajsłodszy Jezus, niepomiernie wściekły za tę straszliwą obrazę, jakiej się wobec niego drzewo dopuściło, bo ośmieliło się żyć w zgodzie z cyklem własnej natury – przeklina je. A chór teologów, biblistów i innych kreatur skrzeczy zgodnie: on tylko uczynił przykład dla uczniów, taka pomoc dydaktyczna…

Jaką masz gwarancję, o chrześcijaninie, że twój pan nie postąpi z Tobą tak samo jak z tym drzewem? Że tak samo nie spodoba mu się, że jesteś po prostu sobą, zamiast być tym, kim on by chciał, żebyś był? Jaką masz gwarancję, że tak samo Cię nie przeklnie?

Jeśli mógł to zrobić z drzewem, może to zrobić z każdym.

A jeśli ktoś jest winien holocaustu wilków, który dokonywał się i wciąż się dokonuje od dwóch tysiącleci, to tylko Jezus przez swoje namiętne wykorzystywanie tego zwierzęcia w charakterze metafory wszystkiego, co złe, podstępne i niegodziwe.

Kiedy więc pewien biskup powiedział, że „ekologizm” jest sprzeczny z Biblią, miał absolutną rację! Samych nauk Jezusa wystarczy, żeby potwierdzić taką tezę, a co dopiero wielu, wielu innych wypowiedzi rzekomego słowa bożego.

I na koniec pospieszę z odpowiedzią wobec tych, którzy niewątpliwie oskarżą mnie, że „wyrwałem z kontekstu” słowa przenajświętszego Jezusa. A co jest tym kontekstem? Zdanie poprzedzające i następujące? A może cały akapit? A może cała Biblia plus tradycja kościelna i jeszcze ustalenia teologów na dokładkę? Kontekst można dowolnie rozszerzać i zwężać – tak, żeby tylko usprawiedliwić okrucieństwo Jezusa.

Zapraszam tych, których nie przekonałem, żeby sami otworzyli Nowy Testament i go przeczytali: rzetelnie, od deski do deski. I zapewniam: niejeden raz serce wam ścierpnie ze strachu, gdy przeczytacie słowa swojego ukochanego Chrystusa. A wtedy, zamiast udawać, że tego nie zauważyliście, że to tylko taka „typowa przesada ludzi Wschodu”, zadajcie sobie uczciwie pytanie, czy warto podążać za takim tyranem.

Pogromca ludzkiego boga

Kiedy chrześcijaństwo dotarło w końcu do Skandynawii, napotkało tam rozwiniętą mitologię. Misjonarze Jezusa Chrystusa stwierdzili po jej przestudiowaniu, że nadaje się ona idealnie, by ją przy ewangelizacji wykorzystać.

I tak Odyn, który wiesza się na drzewie, żeby zdobyć dar wielkiej mocy magicznej stał się Jezusem, który daje się zawiesić na krzyżu, by posiąść moc zbawienia grzeszników. A największy wróg i nemezis Odyna, Wielki Wilk Fenrir stał się Szatanem, diabłem, który spętany na wieki zostaje wrzucony do piekła.

I na tym kończy się opowiastka chrześcijan nie zwracając uwagi na to, że cała historia ma w oryginalnej mitologii dalszy ciąg.

Że w końcu pęta, narzucone Przyrodzie przez ludzkiego boga pękają i nastaje czas sądu nad bogami. A Fenrir odgryza Odynowi głowę, ukazując, że w końcu nastanie kres szkodliwemu panowaniu ludzkiego, potwornego boga. Skończy się gwałt na naturze, wykoślawianie miłości, zniewalanie przykazaniami i groźbami wiekuistej kary.

Wielki Wilk to symbol brutalnej mocy Przyrody, mocy, która w przeciwieństwie do Jezusa istnieje, żyje i działa niezależnie od omamionych umysłów wiernych. Ta oto moc jako jedyna jest w stanie położyć kres podstępnie zakamuflowanym potwornościom nauki Jezusa.

Gdy 22 marca 2015 roku wilk spojrzał mi w oczy – zapoczątkował moje wyzwolenie z oparów szkodliwej nauki pradawnego guru. Przyroda dotknęła mnie i uzdrowiła, i nie potrzebowała mordować stada świń, żeby mnie od demonów ewangelii uwolnić.

Jak wielka i jak prawdziwa jest słodycz wyzwolenia! Odtąd nie muszę już się bać żadnej wiekuistej kary, bo Przyroda pokazała mi pachnącą grzybami ziemię, do której pójdę, gdy umrę. Nie muszę już odczuwać wyrzutów sumienia, że ośmielam się nie kochać wszystkich ludzi na tej planecie, ba, ośmielam się idiotę nazywać idiotą. Bo Przyroda pokazała mi, że głupiec naprawdę jest głupcem i to, że go tak nazwę może mu tylko wyjść na dobre. Pokazała mi, że miłość należy się tym, którzy kochają. Przyjaźń należy się przyjaciołom. I zbyt cenne i zbyt piękne są to sprawy, by je marnować na krzywdzicieli i wrogów. Wreszcie też ośmielam się w pierwszym rzędzie dbać o swój interes i o swoje szczęście – bo Przyroda ukazała mi, że tak właśnie to działa, że tylko ten, kto dobrze zadba wpierw o siebie, skutecznie będzie mógł pomóc drugiemu.

I nie muszę już wierzyć bez dowodów, bo Przyroda nie boi się, że włożę rękę do jej boku i ganić mnie nie będzie, że wiedzy szukam poprzez doświadczenie. Przeciwnie, nagradza mnie za to, dając prawdę pewną i niezbitą. Prawdę, w którą nie trzeba wierzyć, gwałcąc własny rozum, ale którą można zobaczyć, zważyć, zmierzyć i zbadać.

I dlatego właśnie wiara w Jezusa jest szkodliwa – bo blokuje dostęp do szczęścia leżącego tu i teraz na wyciągnięcie ręki, a obiecuje jakieś przyszłe, które nigdy nie nastanie. Blokuje dostęp do prawdy, w zamian dając taką, w którą trzeba na siłę uwierzyć. Blokuje wreszcie dostęp do prawdziwej, wolnej i nieskrępowanej miłości, w zamian dając miłość nakazaną i zagrożoną batem nieskończonej kary.

Obyś był wolny, Przyjacielu. Niech Fenrir, pogromca ludzkiego boga, niech mądrość Przyrody będzie dla Ciebie wyzwoleniem.

Podziel się