OPOWIEŚĆ O SOŚNIE

Sosna zwyczajna jest jednym z najpospolitszych drzew. Dla wędrowcy lub turysty nie ma nudniejszych lasów niż często spotykane w Polsce monokultury sosnowe. Sosna kojarzy się z trumnami dla niezamożnych, a drewno sosnowe w dawnym meblarstwie wstydliwie zakrywano okleinami z „droższych”, „szlachetniejszych” gatunków.

Dziś chcę Cię zaprosić w podróż do tej zwyczajności. Warto takie podróże odbywać – ja sam odbyłem ich na tyle dużo by wiedzieć, że to, co oczywiste kryje najwięcej tajemnic, a pod tym, co zwyczajne można odkryć rzeczy niezwykłe.

Oczyma wędrowca

Kiedy pierwszy raz w życiu wybrałem się na wielodniową wędrówkę w głąb sosnowych borów musiałem przerwać ją… po pierwszym dniu. Okazało się nagle, że nie jestem zupełnie do tej podróży przygotowany.

Wychowując się w lasach górskich przyzwyczaiłem się do tego, że wszędzie jest pełno wody. Nie można w górach przejść kilku kilometrów nie napotkawszy choćby jednego potoku czy strumienia.

Tymczasem bory sosnowe w przeważającej większości są albo suche jak pieprz, albo stanowią brudne, cuchnące mokradło. Nie mając więc w ogóle większych zapasów wody ani czegokolwiek, co pozwoliłoby mi na jej pozyskiwanie musiałem z sosnowego boru z pokorą się wycofać.

Sosna potrafi rosnąć tam, gdzie człowiek nie widzi ani kropli wilgoci. Gleba takich lasów jawi się nam jako sam piach, upstrzony suchą szczeciną wrzosów.

Dlatego właśnie wygląda to drzewo tak, jak wygląda: ma długi, pozbawiony gałęzi pień, zwieńczony umieszczoną jak najwyżej koroną. Środowisko, jakie zasiedliła sosna jest z reguły suche, z ubogą glebą, więc często wybuchają w nim powierzchniowe pożary. Długi pień sprawia, że sosna jest w stanie taki pożar przetrwać, gdyż ogień nie sięgnie jej igieł i nie pozbawi jej tym samym źródła odżywiania się.

Inny szczegół, sprzyjający ewolucyjnemu dostosowaniu się do łatwopalnych miejsc nie jest już tak oczywisty. Przyjrzyjmy się korze sosny.

Sucha gleba, sucha trawa, trochę paproci… łatwo o pożar, prawda? Spokojnie, sosna jest na to przygotowana.

Wydawałoby się, że pod tym względem sosna jest wrażliwa na atak ognia. Jej kora jest cienka, łatwo łuszcząca się, mocno spękana. Po drzewie, którego przodkowie musieli przetrwać wiele pożarów spodziewalibyśmy się jakiegoś pancerza przeciwogniowego, kory grubej, gładkiej, trudnej do podpalenia.

Jest to przykład na małość naszej ludzkiej wyobraźni, małość, przez którą wielu ludzi nie umie pojąć ani zaakceptować faktu ewolucji gatunków.

Dla sosny o wiele groźniejszy od opalenia pnia jest szok termiczny – on bowiem może zabić kambium, czyli żywą tkankę wewnętrzną, odpowiedzialną za wzrost. Bez niej drzewo będzie martwe. Cienka, spękana kora sprawia, że ciepło swobodnie, a więc stopniowo w miarę zbliżania się ognia przenika do wnętrza pnia, dzięki czemu komórki tkanki twórczej mogą się do zwiększonej temperatury przystosować.

Drobna dygresja, żeby wyjaśnić sprawę. Sosna nie została przez nikogo „zaprojektowana” do przetrwania pożarów. Nie było żadnego Boga, który usiadłby przy desce kreślarskiej i tak wymyślił. Gdy pierwsi przodkowie dzisiejszych sosen zaczęli zasiedlać drogą przypadkowego rozsiewu łatwopalne środowiska, nie byli wszyscy przygotowani na to, co ich tam spotka. Wiele milionów czy miliardów tych pra-sosen musiało umrzeć przy pierwszym lepszym pożarze ściółki, bo miało albo za grubą korę, albo za nisko umieszczone gałęzie z igłami. Przeżyło kilku odmieńców, którzy przez kaprys genetycznej loterii akurat tak wyrośli, że mieli trochę wyżej położone korony i cieńszą korę. Ponieważ przeżyli, rozmnożyli się i przekazali swojemu potomstwu geny odpowiedzialne za pokrój drzewa i rodzaj kory. Działo się to powoli, stopniowo. Każdy bowiem milimetr grubości kory mniej i każdy milimetr wyższego pnia dawał przewagę, zwiększał szanse na przeżycie. Potomstwo było podobne do drzew – rodziców, tak, jak każde dziecko jest podobne do rodziców. Ale też trochę się różni. Bezwzględność ognia wybierała te, a nie inne drzewa tak, że powoli korzystne różnice kumulowały się przez setki pokoleń. I tak aż zaczęły wyrastać takie sosny, które dzisiaj możemy widzieć. Tak działa Prawo Doboru Naturalnego. Z chorób, śmierci, cierpienia, zniszczenia i niewyobrażalnego marnotrawstwa rodzi się różnorodność, piękno i potęga życia.

Dobrze, dość tej wędrówki z ludzkiej perspektywy. Zapnijcie pasy, lecimy naprawdę w głąb sprawy.

Pokaż mi swoje wnętrze

Igła sosny w przekroju. 1 – przewód żywiczny; 2 – skórka; 3 – miękisz asymilacyjny; 4 – drewno; 5 – łyko; 6 – tkanka transfuzyjna;

Tak wygląda pojedyncza igła sosny zwyczajnej w przekroju i w naturalnym ubarwieniu. Igła jest liściem dla tego drzewa, organem, od którego zależy jej życie, bo to tutaj dokonuje się fotosynteza, mocą której z energii świetlnej i dwutlenku węgla wziętego z powietrza tworzy się cukier – niezbędny składnik energetyczny każdej żywej istoty.

Pierwszym, co rzuca się w oczy jest siedem kolistych zgrupowań komórek, ułożonych na obrzeżu. Są to tak zwane przewody żywiczne (1).

Jak widzimy na zdjęciu powyżej, przewód żywiczny składa się z wieńca komórek, budujących jego ściankę i środkowego kanału. Te właśnie, białe komórki naokoło produkują żywicę i wydzielają ją do kanału, który rozprowadza tę substancję po całej roślinie.

Nie będzie wielkim uproszczeniem powiedzieć, że żywica jest dla sosny tym, czym dla nas krew, a konkretnie białe krwinki. U nas są one żywymi obrońcami organizmu, które niszczą atakujące nasze ciało bakterie. Żywica jest natomiast mieszaniną terpenoidów, która działa bakteriobójczo – stanowi więc właśnie odpowiednik naszego systemu odpornościowego. Zasklepia ona miejsca zranień, pełniąc tym samym także rolę naszych płytek krwi, odpowiedzialnych za krzepnięcie.

Igła sosny pokryta jest skórką (2). Nic to niezwykłego, my też mamy skórę. Skóra sosny ma jednak jedną przewagę nad naszą. Jest odporna na mróz. Jeśli nie wierzysz, tytułem eksperymentu wyjdź na golasa przy temperaturze, powiedzmy -15°C. I stań obok sosny. A potem włącz stoper i sprawdź, kto z was przeżyje dłużej 🙂

Tę odporność skórce sosny zapewnia warstwa tzw. kutykuli. Ściany komórkowe takich komórek pokryte są kutyną, czyli… rodzajem tłuszczu. Nic dziwnego, że otyłym ludziom jest cieplej. Nacieranie skóry tłuszczem to dawny sposób na mróz, praktykowany przez naszych przodków. A i dziś, żeby zabezpieczyć usta czy skórę twarzy przed niską temperaturą wielu z nas stosuje różnorodne kremy, których głównymi składnikami są właśnie różnego rodzaju tłuszcze. To, na co my musimy wydawać pieniądze, sosna ma jednak za darmo z urodzenia.

Tworzące tzw. miękisz asymilacyjny zielone komórki wewnątrz igły (3) to główni żywiciele rośliny. Tu właśnie znajdują się chloroplasty, małe organy odpowiedzialne za przerabianie energii słonecznej na energię chemiczną. Tutaj odbywa się fotosynteza, dzięki której żyją rośliny, dzięki czemu żyją też wegetarianie i – w dalszej kolejce – mięsożercy. Tak, tak, wszyscy jesteśmy na utrzymaniu tych właśnie, widocznych na zdjęciu powyżej, zielonych robotników. Może przydałoby się więcej wdzięczności?

Rdzeń igły tworzy zespół tkanek w kształcie położonej na boku cyfry „8”. Jest to główna arteria transportowa. Tworzą ja trzy rodzaje komórek, a każda ma swoje, osobne zajęcie. Komórki drewna (4) transportują wodę, komórki łyka (5) – cukry i inne, końcowe produkty fotosyntezy. Komórki transfuzyjne zaś (6) pośredniczą między arterią przewodzącą a okolicznymi komórkami miękiszu asymilacyjnego, przekazując im wodę, a odbierając cukry.

Drewno nie powstaje jako takie od razu. Są to właściwie puste ściany komórkowe po dawnych, żywych komórkach. Pozostałe po nich długie, puste w środku rury ciągną się od korzenia aż po końcówki igieł, przewodząc wodę, niezbędną komórkom asymilacyjnym do fotosyntezy.

W przeciwieństwie do drewna, łyko tworzą żywe komórki. Tutaj ruch odbywa się w drugą stronę – od końca igieł do korzenia. Tędy transportuje się cukry i inne składniki odżywcze, wyprodukowane przez zielone komórki asymilacyjne.

Tym jednak, którzy urzeczeni tą „harmonią”, „współpracą” wyspecjalizowanych komórek zaczną podejrzewać tu obecność jakiś wyższych wartości, spieszę z kubłem zimnej wody na łeb. Tak naprawdę każda z tych komórek żyje tylko i wyłącznie na własny rachunek. Każda z nich ma w głębokim poważaniu dobro ogółu całej rośliny. Dba ona tylko i wyłącznie o własny, jak najbardziej egoistycznie pojęty interes. Jednak brutalna ekonomia sprawia też, że zwyczajnie opłaci się jej, na przykład, przeprowadzać fotosyntezę i dzielić się jej produktami z sąsiadem – trutniem, który fotosyntezy robić nie umie. Ale za to płaci jej na przykład wodą, którą bezwstydnie ciągnie z trupa sąsiada obok, który umarłszy stał się częścią drewna.

To jest właśnie w Przyrodzie najpiękniejsze i za to Przyrodę uwielbiam. Że bezwstydnie, na przekór ludzkim ideałom „altruizmu”, „racji stanu”, „poświęcenia dla ogółu” nagradza ona brutalny, podły, niski egoizm.

Przyroda obywa się, jak widać świetnie bez „wartości wyższych”. Tymczasem ludzie w imię i z powodu właśnie tych wartości, takich jak Miłość, Miłosierdzie, Altruizm, Poświęcenie itp. itd. uprawiają niekończącą się orgię nienawiści i zbrodni.

Dziękuję Ci, Sosno, za naukę, której mi udzielasz. Za Twoje piękno, którym mnie inspirujesz. Za Twoje przetrwanie i świadectwo prawdy, którą poprzez naukę mogę odkrywać. Za to, że wieścisz mi istnienie lepszej opcji niż ludzki, zwariowany świat, w którym najważniejszym problemem są nieistniejące urojenia. Opcji, w której mogę być sobą, w której mogę być egoistą i jednocześnie nikomu nie szkodzić, a nawet pomagać. Opcji, w której nie muszę się obawiać żadnej zwierzchności ludzkiej ani boskiej, w której każde zagrożenie jest wyzwaniem, by i tym razem spróbować przetrwać.

Oddycham z ulgą pod w Twoim cieniu, Mistrzyni przetrwania.

Podziel się