BIOLOGIA VS. TEOLOGIA: OSTATNIA BITWA

Kiedyś poruszałem już temat teologii w jej stosunku do nauki. (tutaj część pierwsza, a tutaj druga) W dwóch krótkich esejach potraktowałem wówczas sprawę na wpół żartobliwie, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że sprawa, na pierwszy rzut oka oczywista, nie jest taka dla wszystkich. Wielu rozumnych i inteligentnych ludzi dało się omamić płaszczykiem naukowości i autorytetu, jaki otacza teologię.

Tymczasem pod tym płaszczykiem kryje się pustka leniwych umysłów, które – nieskore do zdobywania rzeczowej wiedzy – wolą dumać nad nieistniejącymi bytami.

Dziś postaram się to wykazać i ostatecznie rozprawić z teologią. Lojalnie ostrzegam jednak, że ponieważ postanowiłem sprawę potraktować jak najrzetelniej, zmuszony byłem napisać długi i – obawiam się – nie dla każdego strawny wywód. Mimo to zapraszam do zapoznania się z nim – warto, choćby dlatego, żeby nie dać się łatwo okłamać pewnym „autorytetom”. Jeśli odczujesz na pewnym etapie znużenie tekstem, zawsze możesz odłożyć dalszą część na później 🙂

I. Co to jest teologia i co to jest nauka

Co to jest teologia

Każdą poważną analizę należy rozpocząć od ustalenia pojęć. Inaczej może się okazać, że nie zostanę zrozumiany zgodnie z moimi intencjami, i – co za tym idzie – otworzę pole do niepotrzebnych nieporozumień.

Oba wyrazy: „nauka” oraz: „teologia” są bardzo różnie i szeroko rozumiane. Pojęcie mówiące o wszystkim nie mówi tak naprawdę o niczym, więc aby cokolwiek zanalizować w temacie, musimy je oba uściślić, nakreślić wyraźne granice i dokładnie zdefiniować. Oczywiście będzie to arbitralny wybór, ale postaram się w obu wypadkach go uzasadnić.

Zacznijmy od teologii. Augustyn z Hippony definiował teologię jako „rozumowanie lub wywód o boskości”. W Oxford English Dictionary czytamy z kolei, iż teologia jest to „studium natury Boga i wierzeń religijnych, czyli usystematyzowane wierzenia i teorie religijne”; W Słowniku Języka Polskiego PWN znajdujemy natomiast określenie: „nauka o Bogu, jego naturze i relacji do świata i ludzi, odrębna dla każdej religii”.

Ta ostatnia definicja będzie dla naszych potrzeb najodpowiedniejsza. Sygnalizuje ona pewną szczególną cechę, do której teologowie zwykle nie chcą się przyznać, a którą świetnie ujął Tomasz z Akwinu. Odpowiadając na pytanie, co jest właściwie przedmiotem badań teologii, napisał: Omnia autem pertractantur in sacra doctrina sub ratione Dei, vel quia sunt ipse Deus, vel quia habent ordinem ad Deum, ut ad principium et finem, co można przetłumaczyć: „Wszystko zatem jest przedmiotem świętej doktryny (tak wówczas nazywano teologię – Sz. F.), gdyż albo jest to samym Bogiem, albo jest przyporządkowane do Boga jako źródła pochodzenia i celu”.

Chociaż nie wszystkie odłamy chrześcijaństwa uznają autorytet Tomasza z Akwinu, to świetnie wyraził on w swojej definicji przedmiotu teologii to, czego wielu teologów bezpodstawnie się wypiera.

Często słyszę, że „nie można mieszać porządków”. Teologia mówi o czym innym, a np. fizyka o czym innym. Teologia mówi o Bogu, rzeczach duchowych, niematerialnych, a nauka zajmuje się tym, co można dotknąć, zważyć, zmierzyć itd. Jednak takie ujęcie sprawy jest nielogiczne z punktu widzenia samej teologii. Jeżeli jest ona nauką o Bogu – Stwórcy wszystkiego, który wszystkim kieruje, wszystko od niego pochodzi i do niego zdąża (tak mówią przecież wszystkie wielkie monoteizmy) to JAK teologia może nie wypowiadać się o wszystkim? Poza „porządkiem” teologii leżałoby tylko to, czego Bóg nie stworzył, nie ma żadnego z tym czymś powiązania ani nawet o tym czymś nie wie i nie ma na temat tego czegoś żadnego zdania. A to przecież jest zaprzeczenie rozumienia Boga jako wszechwiedzącego wszechstwórcy!

Tymczasem teologia nagminnie się wypowiada – i musi się wypowiadać! – o rzeczach jak najbardziej leżących w zasięgu empirycznego poznania. Mówi więc, jaki ma być stosunek wierzącego do polityki, czy zarodek jest już człowiekiem albo czy Jezus lub Mahomet istnieli w kontekście historycznym, jak przebiegała „historia zbawienia”, przypisując jej konkretną chronologię itd.

Potrzebujemy jednak nieco zmodyfikować słownikową definicję w dwóch jej punktach. Po pierwsze, słowo: „nauka” zastąpimy słowem „studium” zapożyczonym ze słownika oksfordzkiego. W innym wypadku założylibyśmy już na wstępie, że teologia jest nauką, a przecież chcemy wykazać coś zupełnie przeciwnego. Po drugie, do definicji wstawimy przymiotnik „chrześcijański”. Teologia jest zjawiskiem znanym różnym religiom. Ja zaś nie czuję się kompetentny, żeby wypowiadać się o np. teologii islamu czy hinduizmu. Zajmę się więc teologią konkretnie chrześcijańską, a ewentualną ekstrapolację mojego wywodu na grunt innych religii zostawię lepiej obeznanym Czytelnikom.

Nasza definicja teologii brzmiałaby zatem tak:

Teologia [chrześcijańska] jest to studium o Bogu, jego naturze i relacji do świata i ludzi, uprawiana w ramach chrześcijaństwa.

Co to jest nauka

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zajmuje się nim filozofia nauki, a odwiecznym problemem całej filozofii jest to, że ilu filozofów – tyle różnych filozofii. Co innego o nauce powie nam Arystoteles, co innego Karl Popper, Koło Wiedeńskie, a jeszcze co innego August Comte czy John Stuart Mill.

Dodatkowe zamieszanie wprowadza fakt, że temat starano się „ugryźć” z dwóch różnych stron. Podczas, gdy jedni chcieli ustalić pozytywne kryteria, definiujące czym nauka jest, inni zajęli się tzw. problemem demarkacji, określając co nauką nie jest.

No cóż, stoję przed trudnym wyborem: nie tylko muszę mieć na względzie rzeczowość wywodu, ale także wytrzymałość Czytelników 🙂

Przygotowując się do napisania tego artykułu przejrzałem różne opracowania. Spośród wielu ujęć tematu musiałem odrzucić- choć z żalem – niektóre bardzo szczegółowe i precyzyjne kryteria tak naukowości, jak nienaukowości. Zależy mi na maksymalnym uproszczeniu i tak bardzo trudnego i złożonego tematu, tak jednak, aby nie naruszyć podstawowego celu: rzeczowego wykazania swojej tezy.

Przyjmę więc na użytek tego artykułu kryteria, użyte przez amerykańskiego logika i filozofa nauki, ucznia Bertranda Russela, prof. Irvinga Copi. Jego propozycja wydaje mi się najprostsza, a jednocześnie wystarczająco dokładna jak na nasze potrzeby.

Od strony negatywnej, czyli odpowiedzi na pytanie co nauką nie jest wyróżnił on następujące kryteria eliminacyjne:

1. Niefalsyfikowalność – żadne twierdzenie nie będzie naukowym, jeśli nie może zaistnieć (choćby tylko w wyobraźni!) fakt niezgodny z tym twierdzeniem, fakt, który mógłby jemu zaprzeczyć albo chociaż zmniejszyć jego prawdopodobieństwo.

Najlepszy, i bardzo dowcipny przy okazji przykład niefalsyfikowalności podał Karl Popper. Mówiąc o hipotezach psychoanalizy Freuda stwierdził: jeśli przyjdzie do pana Freuda pewien mężczyzna i powie: co noc śni mi się, że palę cygaro, pan Freud odpowie: podświadomie pragnie pan seksu oralnego, a to na skutek traumatycznych przeżyć w fazie oralnej rozwoju dziecięcego. Zapytujemy więc pacjenta: czy to prawda? Czy odczuwa pan takie pragnienia? Czy miał pan takie traumatyczne przeżycia we wczesnym dzieciństwie? Jeśli odpowie: tak, to prawda! pan Freud zawoła triumfalnie: miałem rację! A jeśli pacjent stwierdzi, że: nie, to nieprawda – pan Freud odpowie: to jest wyparcie do podświadomości – a więc w tym wypadku również miałem rację!

Jeśli mamy poszukiwać prawdy – a o poszukiwaniu prawdy w nauce chodzi – nie możemy przyjmować takich twierdzeń. Twierdzenie, które niezależnie od faktów zawsze będzie prawdziwe faktów nie wyjaśnia, a więc nie zbliża nas do prawdy.

2. Nieobiektywność – nie będzie naukowym twierdzenie, które można udowodnić tylko i wyłącznie na gruncie subiektywnych doświadczeń pojedynczych osób czy konkretnych społeczności. W bardzo zabawnym, tasiemcowym serialu pt. „Starożytni Kosmici” (który to serial jest wprost idealnym przykładem nienaukowości na najbardziej ekstremalnym poziomie) często możemy usłyszeć narratora, który natchnionym głosem obwieszcza: „wielu ludzi wierzy, że…” po czym następuje jakieś twierdzenie o kosmitach. A już od następnego zdania twierdzenie to jest omawiane jako pewny, niezawodny fakt tak, jakby przekonanie „wielu ludzi” (ilu??) było wystarczającym dowodem na jego prawdziwość.

To, że wielu ludzi w coś wierzy nie jest dowodem na to, że to prawda…

3. Brak precyzji językowej – nie będzie naukowym twierdzenie, wygłoszone w sposób mętny i wieloznaczny. Na przykład, ktoś może powiedzieć: „Już dawno udowodniono, że ludzkie życie jest urwanym poematem”. Pomimo poetyckiego piękna nie można to zdanie traktować jako naukowe. Jeśli powiemy, że autor nie ma racji, bo życie to zespół pewnych procesów i wydarzeń, a nie spisany utwór literacki – może on nam odpowiedzieć, że przecież słowa „urwany poemat” nie należy rozumieć dosłownie. A więc jak? Zakres znaczenia danej metafory może przecież obejmować wszystko, co się autorowi tej metafory będzie podobać. Nie można zatem „udowodnić” takiego twierdzenia, bo w zależności od tego, jakie argumenty przeciwko niemu wytoczymy, autor może dowolnie zmieniać jego znaczenie.

Od strony pozytywnej, czyli czym nauka być powinna – I. Copi przyjął następujące kryteria wiarygodności:

1. Relewantność – z naukowego wyjaśnienia musi się dać logicznie wyprowadzić to, co chcemy wyjaśnić. Naukowe twierdzenie musi być „na temat”. Weźmy na przykład fakt, że bakterie, mimo iż nie rozmnażają się płciowo – a więc nie dokonują klasycznej rekombinacji materiału genetycznego – uodparniają się na antybiotyki. Powstaje problem, jak to robią, skoro powinny być wszystkie swoimi klonami. Antybiotyk dostosowany do danego szczepu powinien zawsze zabić wszystkie z nich. Wyjaśnieniem tego faktu jest twierdzenie, że bakterie oprócz podstawowego DNA w formie nukleoidu posiadają plazmidy, czyli osobne, koliste fragmenty kwasu deoksyrybonukleinowego i że je między sobą wymieniają, nawet w obrębie różnych szczepów. Jeśli tak jest, to logicznie wynika stąd, że gdy spośród np. miliona bakterii danego szczepu sto zdoła wymienić się plazmidami z bakteriami innego, odpornego na antybiotyk szczepu, to te sto przeżyje użycie leku i następne ich pokolenia będą już na niego odporne (użyłem na potrzeby tej ilustracji sporego uproszczenia sprawy, ale w ogólnym zarysie tak to właśnie wygląda)

2. Sprawdzalność – naukowe wyjaśnienie danych faktów musi przewidywać jakieś fakty jeszcze nieznane, które je potwierdzą lub obalą. Na przykład Karol Darwin natknął się kiedyś pewien rodzaj storczyka (Angraecum sesquipedale). Kwiat jego posiadał nektar umieszczony tak głęboko, że żaden znany Darwinowi owad nie mógłby tego nektaru dosięgnąć, a tym samym pomóc storczykowi w zapyleniu. Uczony przewidział więc, że skoro mimo to ten storczyk jakoś się rozmnaża, na mocy Prawa Doboru Naturalnego musi istnieć nieodkryty jeszcze owad, który będzie posiadał odpowiednio długą trąbkę. Odkrycie – już po śmierci Darwina – ćmy Xanthopan morgani praedicta potwierdziło to wyjaśnienie.

3. Zgodność z wcześniej przyjętymi, dobrze sprawdzonymi hipotezami – prawdziwa nauka nie może jednocześnie przyjąć sprzecznych ze sobą twierdzeń. Jeśli jakiś naukowiec wysunie tezę radykalnie wykluczającą wcześniejsze twierdzenia, na których poparcie znaleziono wiele dowodów, trzeba taką tezę traktować z odpowiednią podejrzliwością. Nie oznacza to, że owe „wcześniej przyjęte, dobrze sprawdzone hipotezy” są niepodważalnymi dogmatami. Jednak żeby nowe, sprzeczne z nimi twierdzenie było do przyjęcia jako naukowe, musi się ono uporać z dowodami poprzednich teorii – musi zaproponować jakieś racjonalne ich wytłumaczenie.

4. Moc wyjaśniająca – mówiąc potocznie, w nauce im więcej faktów dane twierdzenie jest w stanie wyjaśnić, tym lepiej. Nie ma miejsca na zagrywkę przypisywaną Heglowi (czy słusznie, czy nie – nie jestem w stanie powiedzieć), który miał jakoby powiedzieć: „skoro przyroda przeczy mojej teorii, tym gorzej dla przyrody”. Jeśli mamy w nauce dwa alternatywne wyjaśnienia, za obowiązujące przyjmujemy to, które potrafi wyjaśnić większą liczbę faktów.

5. Prostota – to kryterium szerzej jest znane pod nazwą „brzytwy Ockhama”. Naukowe wyjaśnienie to takie, które przyjmuje jak najmniejszą liczbę założeń. Na przykład twierdzenie o tym, że planety poruszają się po orbitach idealnie kołowych odrzucono na rzecz praw Keplera. Teza o orbitach kołowych, żeby wyjaśnić skomplikowany ruch planet na niebie – które przyspieszają, zwalniają, czasami zawracają – musiała przyjąć złożenie nawet pięciu i nawet więcej ruchów kołowych, podczas gdy prawa Keplera przyjmowały tylko jedną, prostą orbitę eliptyczną.

Kryterium prostoty mówi nam po prostu: nie zakładaj z góry, na wiarę,  kiedy możesz coś sprawdzić sam.

II. CZY TEOLOGIA STOSUJE SIĘ DO NAUKOWYCH KRYTERIÓW?

Teologia a kryteria eliminacyjne

Skoro już przykrą konieczność uściślenia pojęć mamy już za sobą, możemy wreszcie przejść do sedna sprawy i skonfrontować teologię chrześcijańską z wyżej zaprezentowanymi kryteriami. Zaczniemy od kryteriów eliminacyjnych.

1. Niefalsyfikowalność. Jako przykład niefalsyfikowalności w teologii można przytoczyć dowolne jej twierdzenie. Sięgnijmy do fundamentów teologii chrześcijańskiej, czyli Credo konstantynopolitańsko – nicejskiego. Znajdujemy tam takie twierdzenie: „Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi” – tak to brzmi w wersji katolickiej. W wersji wcześniejszej, do dziś używanej przez prawosławnych, brzmi to: „…który od Ojca pochodzi”.

I teraz pytanie: jaki fakt musiałby zaistnieć, żeby katolicy na przykład jednogłośnie powiedzieli: „myliliśmy się! Duch Święty rzeczywiście nie pochodzi od Syna, pochodzi tylko od Ojca!”.

Przetestujmy różne możliwości. Czy gdyby na przykład Jezus objawił się teraz w świetlistej postaci papieżowi i powiedział: „Duch Święty nie pochodzi ode mnie, zmieńcie tę bzdurę!” wystarczyłoby to? Nie sądzę. Mamy w historii papiestwa wiele przykładów na to, że nawet gdy jakiś papież przeforsował coś, o czym był osobiście dogłębnie przekonany, ale nie zgadzało się to z przekonaniem kardynałów i wpływowych teologów – zmieniano to od razu po jego śmierci. Wspomnę tylko o papieżu Sykstusie V, któremu nie podobała się nowa edycja Wulgaty (łacińskiej wersji Biblii), którą przygotowała komisja ekspertów. Opracował więc swoją, wersję, w której dość dowolnie potraktował uświęcone wtedy zasady biblistyki. Niezwłocznie wydał i pod groźbą ekskomuniki nakazał przyjęcie swojej wersji jako jedynie słuszną i prawdziwą. Kardynałowie po śmierci papieża (która ku ich uldze nastąpiła niedługo potem) pospiesznie wycofali „z rynku” wszystkie egzemplarze. Przynajmniej próbowali – nie udało im się tego dokonać całkowicie, stąd wiemy o całej historii.

No to może Bóg musiałby się objawić wszystkim katolikom na całym świecie i przekonać ich, że formuła wyznania wiary jest błędna? No cóż, nawet wówczas nie byłby to fakt falsyfikujący. Po pierwsze, w jaki sposób by sprawdzono, czy wszystkie te objawienia są prawdziwe? Kościół mógłby arbitralnie uznać, że nie są. A nawet jeśliby je uznał – to jak sprawdzić, czy każdy spośród miliarda katolików mówił prawdę? A jeśliby wszyscy mówili prawdę – jak sprawdzić czy to, co widzieli i słyszeli było rzeczywiście objawiającym się Bogiem, i to tym właściwym, katolickim? Sama Biblia mówi przecież, że Szatan potrafi się objawić w postaci anioła światłości. Jak można w sposób nie ulegający wątpliwości przetestować, czy wizja danej osoby jest prawdziwa?

Cudowne wizje, objawienia, surrealizm i oniryzm – to typowe elementy religii. No, a teraz zbudujmy na tym naukę…

A może wystarczyłoby, żeby jakiś teolog znalazł w Biblii lub nauce Kościoła niepodważalne twierdzenie przeciwne? No cóż, teologowie prawosławni wysuwali tego typu obiekcje, żadna jednak nie przemówiła do katolików, gdyż żadna nie była, no właśnie, niepodważalna. Biblię można interpretować na różne sposoby. Nawet, gdyby było w niej napisane: „I rzekł Pan: katolicy oto bzdurę wygłaszają, gdy modlą się mówiąc: i od Syna Duch Święty pochodzi” zaraz teologowie powiedzieliby, że nie można tego fragmentu rozumieć dosłownie, że nie można go wyrywać z kontekstu kulturowego, tekstualnego, że hermeneutyka, że to, że tamto…  wszystko wobec tego jest OK.

I tak można by mnożyć przykłady i zawsze dojdziemy do brutalnej prawdy: twierdzeń teologicznych nie da się sfalsyfikować.

2. Nieobiektywność. Właściwie z samej definicji teologii, którą żeśmy przyjęli, wynika nieobiektywność. Wszak teologia jest uprawiana tylko i wyłącznie „w ramach danej religii” – w naszym przypadku chrześcijaństwa. A więc według teologii chrześcijańskiej teologia judaizmu jest błędna. Teologia buddyzmu również. A dlaczego? Bo nie jest chrześcijańska!

Ale na gruncie samego chrześcijaństwa nie jest lepiej. Która teologia jest prawdziwa? Prawosławna? Katolicka? Luterańska? Reformowana? Metodystyczna? Adwentystyczna czy może pentekostalna? Każda przecież twierdzi, że jest tą prawdziwą teologią, prawdziwą wykładnią objawienia bożego. Nie słyszałem jeszcze o teologu, który by uprawiał teologię na początku zastrzegając, że uprawia ją źle. Ale przecież wszystkie te teologie nie mogą być prawdziwe na raz, bo są ze sobą sprzeczne!

Teologia na ten zarzut broni się, że „w ramach danej religii” czy wyznania stara się ustalić „obiektywne” punkty odniesienia: na przykład Biblię czy orzeczenia soborów albo tzw. Doktorów Kościoła. No to zobaczmy, co z tego wynika. Orzeka więc Sobór Watykański II w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym, pkt 16:

W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie daje, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos nawołując go zawsze do miłowania i czynienia dobra oraz unikania zła tam, gdzie należy, rozbrzmiewa we wnętrzu człowieka: czyń to, tamtego unikaj. (…) Sumienie jest najskrytszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, w nim pozostaje on sam z Bogiem, którego głos rozbrzmiewa w jego wnętrzu.

Tymczasem naucza Tomasz z Akwinu, podobno Doktor Kościoła:

Właściwie mówiąc, sumienie nie jest władzą, ale czynnością. (…) Wyrażamy się: mam spokojne sumienie, ono mnie usprawiedliwia, sumienie oskarża, gryzie, wyrzuca. Jasne jest, że wszystkie te wypadki są następstwem aktualnego stosowania wiedzy do naszego postępowania. Stąd też właściwie mówiąc, sumienie oznacza czynność. (Traktat o człowieku, q. 79, a. 13)

Pomijając bełkotliwość języka teologii (o czym niżej) podczas gdy Sobór Watykański określa sumienie jako jakieś tajemnicze „sanktuarium” czyli „miejsce” w duszy ludzkiej, jako prawo, które odkrywa w głębi siebie, Tomasz z Akwinu sumienie ujmuje jako czynność rozumu, a wspomniane przez sobór „prawo” nazywa prasumieniem, czyli sprawnością rozumu, z którego dopiero sumienie wynika. (por. jw. q. 79, a. 12)

Jak widzimy, teologia dziedziczy po filozofii podstawowy problem: ilu teologów, tyle jest teologii.

Sama teologia chrześcijańska bazuje na założeniu, że istnieje Bóg, i to TEN konkretny Bóg, będący Ojcem, Synem i Duchem Świętym jednocześnie (pomijając unitarian, bo ci twierdzą inaczej), gdzie Syn = Jezus Chrystus. Cokolwiek by nie powiedzieć o obiektywności istnienia Boga w ogóle, nie da się stwierdzić w sposób obiektywny, że tenże konkretny Bóg istnieje. Gdyby było inaczej, nie mógłby istnieć islam, judaizm, hinduizm, shintoizm ani buddyzm, które WSZYSTKIE mają zupełnie inne koncepcję Boga.

A na twierdzenie, że teologia jest przecież obiektywna „w ramach danego wyznania” odpowiem, że w ten sposób można totalny subiektywizm sprowadzić do obiektywizmu – mogę i ja powiedzieć, że np. moje subiektywne odczucie estetyczne na temat twórczości Słowackiego jest obiektywne – w ramach mnie samego.

Jak to mówią, Cezar jest nieśmiertelny – przez jakiś czas 🙂

3. Brak precyzji językowej. Teologia powszechnie posługuje się wieloznacznymi określeniami, których nie precyzuje, co więcej, których często NIE DA się sprecyzować.

Przyjrzyjmy się dla przykładu tym momentom, gdy teologia próbuje coś zdefiniować. O, na przykład wiarę. Co to jest wiara? Przecież to kluczowe pojęcie w teologii, w religii, nieprawdaż? Zobaczmy w Katechizmie Kościoła Katolickiego, pkt 26:

Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela, przynosząc równocześnie obfite światło człowiekowi poszukującemu ostatecznego sensu swojego życia.

Nietrudno zauważyć, że ta definicja nie definiuje niczego. Jeśli wiara jest „odpowiedzią” to co to znaczy? I co to znaczy, że Bóg mi się objawia i udziela? Wszystko i nic. Zgodnie z tą definicją Nergal jest wierzący, bo gdy podarł Biblię i zawołał: „Żryjcie to gówno!” – to, jakby nie było, dał jakąś odpowiedź na objawienie boskie, za jakie uznaje się słowa Pisma. Ba, można by powiedzieć, że było to publiczne wyznanie wiary, bo miało miejsce na koncercie. Powyższa definicja przecież nie precyzuje, jaka ma być ta odpowiedź.

To może komuś innemu poszło lepiej? Może weźmy stary, dobry Katechizm Soboru Trydenckiego? Tam czytamy, rozdział I, pkt 1:

W Piśmie św. to słowo wiara rozmaicie się rozumie. My tu o tej mówimy, której mocą przyjmujemy to wszystko za prawdę, co nam jest od Pana Boga podane. (…) Wiara, której mocą za rzecz pewną mamy, co nam Kościół Boży, najświętsza Matka nasza twierdzi, że jest od Pana Boga podane.

Niby już konkretniej to brzmi, ale jeśli się przyjrzeć, to wcale nie jest lepiej. Wiara jest wtedy, gdy za prawdę przyjmiemy to, co nam jest „podane” od Boga, a co jest „podane”, to twierdzi „Kościół Boży”. Kościół, czyli kto? Papież? Biskup? Pijany proboszcz na ambonie? A może jakieś powszechne, nadprzyrodzone przekonanie wszystkich wiernych? A który Kościół tak w ogóle jest „Boży”? Katolicki twierdzi, że tylko on sam, ale przecież wiele kościołów chrześcijańskich sądzi tak samo o sobie…

No to może ktoś z innej beczki? Może Marcin Luter był bardziej precyzyjny?

Wiara jest dziełem Bożym w nas. które nas zmienia i daje nowe życie od Boga. (…) Wiara jest żywym, śmiałym zaufaniem łasce Bożej, tak pewnym Bożej pomocy, że w tym zaufaniu tysiąc razy zaryzykuje życiem. (Dr Martin Luter vermischte deutsche Schriften. Johann K. Irmischer, ed. Vol. 63,  p. 124)

Nic dodać, nic ująć, jest jeszcze gorzej. Wiara to „dzieło Boże, które nas zmienia” – jak? Urośnie mi trzecia ręka? Stanę się wyższy? A może przestanę odczuwać potrzeby fizjologiczne? „Daje nowe życie od Boga” – co to znaczy: nowe życie? Nowe, czyli jakie? Będę miał siedmiokrotną helisę DNA, jak twierdzą niektórzy ezoterycy?

Natomiast w drugim zdaniu Luter definiuje wiarę, de facto, jako totalną głupotę. No bo przecież jeśli wyskoczę z pięćdziesiątego piętra, będąc pewnym Bożej pomocy, to ciekawe, co się stanie? Co? Słucham? Aaaa, źle rozumiem tę definicję? No to jak mam ją rozumieć? Bardziej metaforycznie?

Jak widzimy, język teologii jest nieprecyzyjny i wieloznaczny.

Teologia a kryteria wiarygodności

Spróbujmy teraz porównać teologię do kryteriów pozytywnych, jakimi musi odznaczać się nauka w swoich twierdzeniach.

1. Relewantność. Zadajmy teologii jakieś pytanie – w końcu jeśli teologia twierdzi, że jest nauką, musi odpowiadać na jakieś pytania. Na przykład: jaka jest przyczyna powstania Wszechświata? Teologia chrześcijańska – tym razem, jak sądzę, jednogłośnie powie: Bóg! Bóg stworzył Wszechświat i dlatego on istnieje!

A teraz zadajmy sobie pytanie: czy z istnienia Boga można logicznie wywieść istnienie Wszechświata?

Większość teologów chrześcijańskich do sprecyzowania pojęcia Boga używa filozoficznego pojęcia Absolutu – teologie, które by twierdziły, że Bóg nie jest Absolutem są w zdecydowanej, szczątkowej mniejszości. A więc Bogu przypisuje się, że jest najdoskonalszym bytem, posiadającym wszystkie cechy niesprzeczne w stopniu doskonałym: a więc jest wszechmogący, wszechwiedzący, jest czystą miłością, dobrem, prawdą, sprawiedliwością itd.

Jednocześnie teologia chrześcijańska odrzuca panteizm, twierdząc, że stworzenie nie jest Stwórcą, a więc np. drzewo nie jest Bogiem ani nawet częścią Boga. To samo dotyczy świni, bakterii pałeczki okrężnicy, skał dewońskich, mgławicy G34.3, osadów komunalnych i papierka po cukierku. Owszem, Bóg jest wszędzie, ale tymi rzeczami nie jest.

Skoro Bóg jest pełnią bytu, to istnienie Wszechświata jest nielogiczne. O wiele bardziej logicznie z istnienia doskonałego Boga wynikałoby, że będzie istnieć tylko on sam i nic innego. Oczywiście teologia pośpieszy z wyjaśnieniem, że Bóg jest najdoskonalszą miłością, a miłość to nie egoizm, więc musiał stworzyć Wszechświat, żeby coś kochać poza sobą. Ale przecież ta sama teologia twierdzi, że Bóg jest pod tym względem samowystarczalny, bo jest Trójcą osób boskich, które nawzajem oddają się sobie w miłości!

Oddać należy hołd teologom judaizmu z nurtu kabały, którzy przynajmniej dostrzegli ten problem i starali się go – z marnym wszakże skutkiem – wyjaśnić dość mętną doktryną o „samoograniczeniu się” boskiego bytu, „ustąpieniem” bytu boskiego z istnienia bytów składających się na Wszechświat. Inni teologowie tego samego nurtu jednak zauważyli, jak marna jest to logika i przyjęli, że Bóg jest tożsamy z Wszechświatem, stając się tym samym panteistami. Panteizm ma jednak tę zaletę, że teologia natychmiast traci w nim wszelką rację bytu. Skoro Wszechświat jest Bogiem, to poznawać go można przy pomocy zwyczajnych nauk przyrodniczych.

Wreszcie zapytajmy się: czy istnienie TEGO Wszechświata, jaki mamy wynika logicznie z istnienia Boga? Przecież świat pełen jest okrucieństwa, śmierci, zniszczenia, bólu, zła. Najlepiej sprawę wyłożył Epikur:

Czy Bóg chce zapobiegać złu, lecz nie może? Zatem nie jest wszechmocny. Czy może, ale nie chce? Jest więc niemiłosierny. Czy może i chce? Skąd zatem zło? Czy nie może i nie chce? Dlaczego zatem nazywać go Bogiem?

Problemem teologii jest to, że zamiast wyjaśniać fakty i rozwiązywać problemy, ignoruje je, przeinacza albo wyjaśnia niewyjaśnionym. Wyjaśnij, teologio śmierć i rozlew krwi w Przyrodzie. Twierdzisz, że to skutek grzechu pierworodnego? Bez komentarza.

Dobrze, dajmy teologii drugą szansę! Może jakieś inne twierdzenie, nie tak fundamentalne, jakiś malutki szczególik… na przykład kapłaństwo kobiet. Niech się teologia wypowie na ten problem: czy kobieta może być kapłanem, czy nie może?

Jan Paweł II w liście apostolskim Ordinatio Sacerdotalis pisze:

Kościół uznawał zawsze za niezmienną normę sposób postępowania swojego Pana, który wybrał dwunastu mężczyzn i uczynił ich fundamentem swojego Kościoła (por. Ap 21,14). (…) Choć nauka o udzielaniu święceń kapłańskich wyłącznie mężczyznom jest zachowywana w niezmiennej i uniwersalnej Tradycji Kościoła i głoszona ze stanowczością przez Urząd Nauczycielski w najnowszych dokumentach, to jednak w naszych czasach w różnych środowiskach uważa się ją za podlegającą dyskusji, a także twierdzi się, że decyzja Kościoła, by nie dopuszczać kobiet do święceń kapłańskich ma walor jedynie dyscyplinarny. Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne.

Nie bardzo rozumiem – może jestem głupi – w jaki to sposób z faktu, że Jezus wybrał dwunastu mężczyzn spośród uczniów na… Dwunastu (sic!) i w żaden sposób w całym dostępnym materiale tekstowym ewangelii nigdzie nie sprecyzował, do czego konkretnie ich wybrał (a na pewno nigdzie nie powiedział: tylko wam wolno sprawować mszę w zwyczajnym i nadzwyczajnym rycie rzymskim! Tylko wam wolno wysłuchać spowiedzi usznej i wygłosić formułę sakramentalną!) – a więc w jaki to sposób wynika stąd, że kobieta nie może otrzymać święceń kapłańskich? A musi to wynikać w jakiś szczególnie oczywisty i niepodważalny sposób, skoro naczelny teolog kościoła katolickiego angażuje w tę wypowiedź cały swój autorytet…

2. Sprawdzalność – Spora część wyznań chrześcijańskich utrzymuje, że objawienie Boże (a więc zbiór faktów badanych przez teologię) w Jezusie Chrystusie jest pełne i ostateczne. A zatem nie może na mocy tego stwierdzenia zaistnieć jakikolwiek nieznany jeszcze fakt, który teologia będzie musiała wyjaśnić.

Ale zaraz… Załóżmy, że za ileś tam lat ludzkość nagle napotka we Wszechświecie inteligentną cywilizację (są tacy, którzy twierdzą, że już napotkała…) i nawiąże z nią kontakt. Okaże się, że po odszyfrowaniu zapewne jakiegoś zupełnie niewyobrażalnego dla nas sposobu porozumiewania się (nasz sposób komunikacji jest oparty na dźwięku i słuchu. A co jeśli ich będzie oparty na zapachu? Jak przetłumaczyć pierdnięcie kosmity?), że na ich planecie żył Syn Boży, został tam zabity promieniem laserowym i zmartwychwstał po 1/40 czasu połowicznego rozpadu polonu 214…

Oto zaistniał nowy fakt. Czy teologia jakoś go w sposób logiczny przewidziała? No cóż, na ile dane mi było się zorientować, większość teologów nie widzi możłiwości „powtórzenia” wcielenia Syna Bożego na innych planetach twierdząc, że wydarzenie z planety Ziemia ma znaczenie „uniwersalne w skali kosmicznej”. Tym niemniej jednak należy zauważyć, że są teologowie, np. Willem van Vorilong, którzy utrzymują inaczej.

Zauważmy, że w tym wypadku teologia spełnia warunek sprawdzalności. Wysuwa twierdzenie, jedni takie, inni przeciwne – ale da się je sprawdzić w rzeczywistości… zaraz, zaraz… czy to się już kiedyś nie zdarzyło?

Zdarzyło się. Już dwukrotnie.

Najpierw teologowie orzekli, że z objawienia bożego wynika, że Słońce krąży wokół Ziemi. Marcin Luter pisał o Koperniku:

Ludzie słuchają improwizowanego astrologa, który za wszelką cenę chce udowodnić, że to nie niebo się kreci, lecz ziemia. Aby wystawić na pokaz inteligencję, wystarczy coś wymyślić i podać to jako pewnik. Ów Kopernik, w swojej głupocie, chce zburzyć wszystkie zasady astronomii. W Piśmie Świętym czytamy bowiem, że Jozue nakazał zatrzymać się Słońcu, a nie Ziemi.

Dzisiaj wszystkie teologie, poza ekstremistami typu zwolennicy płaskiej Ziemi twierdzą, że nie należy tych fragmentów Biblii rozumieć w sposób dosłowny, że ależ tak, jak najbardziej Ziemia krąży wokół Słońca, a Słońce wokół centrum galaktyki itd.

Drugi raz zdarzyło się to, gdy fakt ewolucji zaprzeczył dotychczasowej koncepcji teologicznej na temat powstania życia na Ziemi, na temat natury człowieka itd. O, jest jeszcze trzeci raz! Dzisiejsza biologia zgadza się, że do wyjaśnienia psychiki człowieka wystarczą procesy neurologiczne. Niepotrzebna jest koncepcja duszy, a tym bardziej duszy nieśmiertelnej…

Poza kilkoma teologami, którzy próbują na własną rękę coś z tym zrobić, ogół środowiska teologicznego pominął te fakty wyniosłym milczeniem i dalej naucza o nieśmiertelnej duszy, wolnej woli, istocie ludzkiej jako „koronie stworzenia” itd.

Powtórzę więc jeszcze raz, bo to musi wybrzmieć: twierdzenia teologiczne SPEŁNIAJĄ w stu procentach kryterium sprawdzalności. Twierdzenia teologii nauka może testować i testuje. Z miażdżącym dla teologii skutkiem. A teologia? Za każdym razem stosuje coraz to inne wykręty. Tym silniej widać jej niefalsyfikowalność i jawne głoszenie kłamstw.

3. Zgodność z wcześniej przyjętymi, dobrze sprawdzonymi hipotezami – zilustrujemy sprawę kolejnym przykładem. Pisze papież Pius IX w liście apostolskim Iam vos omnes:

Ktokolwiek zaś zwróci uwagę i pilnie rozważy warunki, w jakich znajdują się różne wzajemnie podzielone wspólnoty religijne oddzielone od Kościoła katolickiego, (…) ten łatwo się przekona, że żadna z tych wspólnot religijnych, ani nawet wszystkie brane łącznie, nie tworzą i nie stanowią w żadnym razie tego jednego Kościoła katolickiego, który został założony, ustanowiony i powołany do istnienia przez Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Ponadto nie można nawet mówić, że te wspólnoty są czy to członkami, czy też częściami tegoż Kościoła, ponieważ w sposób widoczny są odłączone od jedności katolickiej.

Niecały wiek później Sobór Watykański II orzekł:

Nasi bracia odłączeni sprawują wiele obrzędów chrześcijańskich, które zależnie od różnorodnych warunków każdego Kościoła lub Wspólnoty niewątpliwie mogą rzeczywiście rodzić życie łaski i należy uznać, że dają możliwość wejścia w komunię zbawienia. Tak więc same Kościoły i Wspólnoty odłączone, choć w naszym przekonaniu mają braki, nie są bynajmniej pozbawione wartości i znaczenia w misterium zbawienia. Duch Chrystusa bowiem nie waha się posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których skuteczność pochodzi wprost z pełni łaski i prawdy powierzonej Kościołowi katolickiemu.

Przytoczone fragmenty mówią same za siebie. I nie jest to pojedynczy wypadek. Dodam tylko, że jeśli w teologii katolickiej, która twierdzi, że sam Duch Święty przez swoją asystencję czuwa nad prawowiernością kościoła, jeśli w tej teologii nauczanie papieża nie jest „wcześniejszą, dobrze sprawdzoną hipotezą” to nie wiem, co mogłoby tam nią być.

Oczywiście  znam odpowiedź teologów na ten zarzut. Brzmi ona mniej więcej tak: teologia się rozwija! Tak samo jak i nauka przecież. Ileż to błędnych hipotez przez lata obowiązywało w nauce, a potem się okazało, że trzeba je odrzucić. Tak samo w teologii!

Różnica polega jednak na tym, że naukę weryfikują fakty. A teologię weryfikuje teolog, który akurat jest u władzy w Kongregacji Nauki Wiary (w kościele katolickim), lub ten, który się cieszy większościowym poparciem (w pozostałych kościołach).

Aha, i jeszcze nie słyszałem, żeby którykolwiek teolog katolicki napisał wprost, że papież Pius IX pisał bzdury. Zamiast tego stosuje się pokrętne, cichaczem wycofywanie się z pozycji, których nie da się już obronić.

4. Moc wyjaśniająca – Moc wyjaśniającą teologii chyba najlepiej zilustrował jeden z moich wykładowców w seminarium. Nauczał on, że „są cztery momenty w dziejach Ziemi, których nauka nigdy (!) nie wyjaśni: 1) skąd się wziął Wielki Wybuch; 2) Kiedy w pierwszych chwilach po Wielkim Wybuchu powstały w równej ilości: antymateria i materia, anihilowały się nawzajem w energię, która z powrotem zmieniła się w materię i antymaterię itd. – jak to się stało, że powstał świat materialny, skoro teoretycznie powinny się one tak anihilować w nieskończoność; 3) Jak powstało życie; 4) Jak powstał człowiek jako jedyna istota, która jest rozumna i posiada duszę…”

Oczywiście, wszystkie te problemy, jak twierdził nasz wykładowca, w sposób oczywisty rozwiązuje założenie istnienia Boga, który wyciągnął rączkę i przywalił swoją supermocą…

Co na to nauka? Nauka na to, że: 1) Wielki Wybuch był zdarzeniem kwantowym, a więc z samej swojej natury nie podlega wyjaśnieniom przyczynowości, jakie funkcjonują w świecie fizyki klasycznej. Przyczyna musi być „przed” skutkiem; żeby cokolwiek było „przed” i cokolwiek „po”, potrzebny jest czas. A problem polega na tym, że czas powstał w Wielkim Wybuchu;

2) Problem materii i antymaterii istnieje tylko przy założeniu, że antymateria jest idealnie symetrycznym odwróceniem materii. Temat antymaterii jest zbyt słabo zbadany, żeby coś takiego zakładać. O wiele bardziej prawdopodobne, że „inność” antymaterii w stosunku do materii powoduje pewną asymetrię, na skutek której we wzajemnej anihilacji materia z wolna zaczęła przeważać.

3) Fakt ewolucji i Prawo Doboru Naturalnego wystarczająco wyjaśnia powstanie życia. Wbrew bowiem twierdzeniom teistów, Prawo Doboru dotyczy także nieożywionych replikatorów. Replikatory to takie związki chemiczne, które dzięki swojej strukturze i temu, że niektóre ich miejsca są polarne (tj. mają ładunek dodatni lub ujemny, jak bateria) spontanicznie oddziałują na okoliczne molekuły organizując je w coś, co odwzorowuje ich własną strukturę – czyli, krótko mówiąc, same z siebie się powielają. Żeby powstał replikator, nie potrzeba wiele: temperatura przestrzeni kosmicznej, trochę wody, metanolu i ekspozycja na promieniowanie UV. Eksperymenty wykazały, że tyle wystarczy, żeby powstała deoksyryboza, podstawowy budulec DNA. No więc wystarczy, żeby powstał replikator – on już podlega Prawu Doboru, bo zaczyna się wyścig, która z tych cząsteczek samoreplikujących się będzie to robić lepiej. Replikator, który zdoła w powolnym procesie doskonalenia się obudować wokół siebie odżywiającą się, wydalającą, zdolną do odbudowy i rozmnażania żywą komórkę – wygra. A jeszcze lepiej, jeśli to nie będzie pojedyncza komórka, tylko cały organizm. Środki chemiczne, którymi dysponuje Wszechświat w zupełności wystarczą do tego, żeby życie zaczęło się samo z siebie. Potrzeba tylko trochę czasu, a tego było naprawdę dużo.

4) Powstanie rozumnego człowieka zakłada, że tylko człowiek jest rozumny, co już od kilkudziesięciu lat jest w nauce twierdzeniem przegranym. Dowiedziono, że wiele zwierząt: szympansy, delfiny, bonobo, wilki, kruki – dysponują ogromnymi zdolnościami intelektualnymi. A dusza? A gdzie dowód, że człowiek ją posiada, skoro działanie układu nerwowego wystarczająco dobrze tłumaczy wszystkie zjawiska psychiczne? Co do powstania człowieka jako gatunku, to mało jest zwierząt o równie dobrze udokumentowanej ewolucji drogą powolnych, z pokolenia na pokolenie, stopniowych przekształceń.

Nauka stara się wyjaśnić większą złożoność mniejszą. Teologia chce wyjaśniać świat Bogiem, czyli kimś, kto musiałby być nieskończenie bardziej skomplikowany i nieogarniony niż Wszechświat. Nie dość, że go wymyślił i stworzył, to właśnie ręcznie kontroluje każdą funkcję wszystkich organelli choćby tych jednokomórkowych glonów.

Podsumowując, teologia zakłada jako wyjaśnienie coś, co niczego nie wyjaśnia. Teologia mówi: żyjemy, bo Bóg nas ożywił. Istniejemy, bo Bóg nas stworzył. Wszechświat istnieje, bo Bóg nakazał i stało się. OK. No to teraz, teologio, wyjaśnij Boga… Teologia na to: to niemożliwe, bo Bóg jest nieogarnioną tajemnicą.

Teologia jest jak obłąkany matematyk, który próbuje rozwiązać równanie z jedną niewiadomą przy pomocy równania z samymi niewiadomymi. Ignotum per ignotum.

Tymczasem nauka proponuje racjonalne wyjaśnienia, które rzeczywiście wyjaśniają zagadki Wszechświata. Niektóre pytania wciąż czekają na swoją odpowiedź, ale nie istnieje żaden powód, dla którego nie dałoby się kiedyś tych odpowiedzi znaleźć. Jeżeli dzisiaj z przyczyn technicznych nie jest to na razie możliwe, dlaczego miałoby być niemożliwe ZAWSZE?

5. Prostota – Brzytwa Ockhama ostatecznie stawia teologię pod ścianą. Bo zapytajmy: Największe tajemnice Wszechświata da się ostatecznie wyjaśnić samym Wszechświatem. A teologia proponuje nam – ludzie, obudźcie się i zobaczcie! – proponuje nam, żeby tajemnicę Wszechświata wyjaśniać jeszcze większą tajemnicą Boga. Tym samym nie służy wiedzy – ale ignorancji. Na pytanie: dlaczego istnieje Wszechświat odpowiedzieć: bo stworzył go Bóg – to TAK SAMO jakby odpowiedzieć: nie wiem, dlaczego istnieje.

Żeby tylko teologia zakładała istnienie Boga jakiegokolwiek w ogóle! Ale teologia chrześcijańska zakłada: że ten Bóg jest trójcą osób boskich, Ojcem, Synem i Duchem Świętym; zakłada, że Syn Boży stał się człowiekiem, konkretnie Jezusem z Nazaretu. Teologia zakłada, że taki Jezus w ogóle istniał. Teologia zakłada, że wszystko, co jest napisane w Biblii jest prawdą, przynajmniej w jakiś pokrętny (hermeneutyczny, egzegetyczny) sposób. Teologia chrześcijańska zakłada, że tenże Jezus musiał narodzić się partenogenetycznie, bez udziału plemnika.

Teologia zakłada, że człowiek posiada niematerialną, niezłożoną (cokolwiek by to miało znaczyć) duszę. Teologia zakłada, że ta dusza jest siedzibą świadomości i wolnej woli, których istnienie też musi założyć (bo nie ma na to dowodów). Teologia zakłada, że człowiek po śmierci będzie dalej żył – w piekle lub w niebie. Teologia zakłada, że w tym niebie jest dobrze (znając koncepcję chrześcijańskiego Boga, śmiem wątpić). Teologia zakłada, że aby zostać zbawionym, trzeba zostać polanym wodą w akcie chrztu i to polanie H2O materialnego organizmu ma przynieść zbawienie niematerialnej duszy (nie muszę dodawać, że nie jest w stanie teologia wyjaśnić, jak to się właściwie miałoby dziać).

Teologia zakłada, że pewne przekroczenie określonego kodeksu, który jest bełkotliwy, ogólnikowy i niejasny, skutkuje grzechem – cokolwiek to znaczy. Teologia zakłada, że te grzechy zostały w jakiś sposób „wymazane”, „odkupione”, „wybaczone” itd. dzięki temu, że wspomniany Jezus z Nazaretu został ukrzyżowany, którego to wydarzenia historyczność teologia również zakłada. Teologia zakłada, że tenże Jezus zmartwychwstał, choć nie wiadomo, co to jeszcze zmienia i do czego to w ogóle było potrzebne. Teologia zakłada, że na końcu świata powróci Zbawiciel sądzić żywych i umarłych (co to znaczy? Ludzkość skończy się prawie na pewno dużo wcześniej, niż skończy się życie na ziemi, a to skończy się na dużo wcześniej, nim skończy się Wszechświat, przy czym nie wiadomo jak się skończy i czy to coś będzie można nazwać końcem). Teologia zakłada…

Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Teologia jest jednym wielkim zakładaniem czegoś, czego nie da się udowodnić. Nawet przyjąwszy wszystkie te założenia, teologia nie trzyma się kupy, nie jest spójnym systemem, który wyjaśniałby cokolwiek.

Za mało powiedzieć, że teologia nie spełnia kryterium prostoty. Teologia jest jednym, wielkim ZGWAŁCENIEM tego kryterium.

III. Podsumowanie

Jako podsumowanie przytoczę ku zbudowaniu trzy cytaty z wypowiedzi teologicznych. Pierwszy pochodzi z encykliki Fides et ratio Jana Pawła II. Wielu obłąkańczo wrzeszczy peany na cześć tej encykliki i jej autora twierdząc, że oto jest ona punktem zwrotnym w dziejach Wszechświata, że przez tę encyklikę sam Bóg się wypowiedział i usunął ostatecznie wszelki rozdźwięk między nauką a teologią. Czy słusznie? Posłuchajmy:

Obok poznania właściwego ludzkiemu rozumowi (…) istnieje poznanie właściwe wierze. Jest to poznanie prawdy oparte na rzeczywistości samego Boga, który się objawia, a więc prawdy niezawodnej, ponieważ Bóg się nie myli ani nie zamierza zwieść człowieka. (…) Sobór naucza, że „Bogu objawiającemu się należy okazać posłuszeństwo wiary”. To zwięzłe, ale bogate w treść stwierdzenie wyraża jedną z podstawowych prawd chrześcijaństwa. Podkreśla przede wszystkim, że wiara jest odpowiedzią wyrażającą posłuszeństwo Bogu. (…) Oznacza to, że w sposób pełny i w całości uznaje za prawdę wszystko, co zostało mu objawione, ponieważ sam Bóg jest jej rękojmią.

Czy trzeba komentować? Tak właśnie wygląda teologia. Opiera się nie na wiedzy, ale na wierze. Nie na ciekawości, która pyta, docieka, bada, wątpi, ale na baranim posłuszeństwie, które ma uznać coś z góry za prawdę i zamknąć dziób. Pytanie, czy teologia jest nauką, to pytanie nie na miejscu. O wiele właściwiej jest się zapytać : czy jest coś BARDZIEJ PRZECIWNEGO NAUCE, rozumowi, racjonalności i szczerej chęci poznania prawdy niż teologia??

Jeśli powyższy cytat kogoś nie przekonuje, mam więcej. Marcin Luter w „Mowach stołowych” świetnie ujął całą kwintesencję teologii:

Gdyż rozum jest największym wrogiem wiary: nigdy nie przychodzi z pomocą w sprawach duchowych, ale – bardzo często – walczy przeciwko Słowu Bożemu, traktując z pogardą wszystko, co pochodzi od Boga. (353)

Ten, kto się wyrzeknie samego siebie i nie będzie opierał się na ludzkim rozumie, poczyni wielkie postępy w Piśmie św. (9)

Kto może być rozjemcą, gdy dwie rzeczy są przeciwne niczym ogień i woda? Otóż ludzka mądrość, rozsądek, rozum, zrozumienie czynią głupim. (96)

Mógłbym przytaczać jeszcze wiele. Trzeba Marcinowi Lutrowi oddać wielki hołd za to, że wprost mówił o tym, że rozum i wiara nie mogą iść w parze. Krytykował katolicki, tomistyczny pomysł, żeby religię przebierać za naukę. Niestety, niewielu potraktowało poważnie jego twierdzenia. Teologia kwitnie w całym chrześcijaństwie niezależnie od tego, czy podpisuje się ona pod Reformacją, czy przeciwko niej.

Stanisław Hozjusz, polski kardynał i zażarty wróg Reformacji w sposób najbardziej cyniczny ujął kwintesencję wiary religijnej:

Ten co mniej rozumie, jest zazwyczaj bardziej pobożny. Ci, którzy wszystko w kościele rozumieją, nabierają łatwo pogardy dla religii; ci, którzy niczego nie rozumieją, są pełni podziwu dla wszystkiego, co związane z Kościołem.

Teologia spełnia wszystkie kryteria tego, czym nauka nie jest. Jednocześnie z pięciu kryteriów wiarygodności, jak na ironię spełnia jedną: sprawdzalność. Piszę: „jak na ironię”, bo jest to jedyne kryterium nauki, które teologia na swoim gruncie odrzuca, twierdząc, że posiada „własne metody badawcze, niezależne od metod badawczych nauk przyrodniczych”.

Tak na marginesie mógłbym to jeszcze skomentować: no cóż, to w takim razie ja orzekam teraz, że oprócz poznania przez rozum (nauki formalne), obserwację i eksperyment (nauki przyrodnicze) oraz poznania przez wiarę (teologia) mam własne, niezależne od powyższych źródło poznania. A mianowicie, jak się porządnie upiję, to wiele rzeczy zaczyna mi się wydawać prawdą. A zatem jest to nowa, niezależna metoda badawcza, swoista dla poznania prawdy przez upojenie alkoholowe i dlatego jest to poznanie w pełni naukowe i równoważne do pozostałych. No, to zdrowie!

Na koniec chciałbym się wytłumaczyć, dlaczego to wszystko napisałem. Otóż nie jest moim celem, żeby teologia przestała twierdzić, że jest nauką – bo to nieosiągalne. Nie jest moim celem przekonać kogoś, żeby  przestał wierzyć teologii – jeśli wierzy, to nauka nic mu nie pomoże, gdyż brak mu krytycznego rozumu.

Często np. w telewizyjnych programach publicystycznych zaprasza się do studia jakiegoś naukowca, żeby wypowiedział się w temacie programu. Jeśli ten temat jest choć trochę kontrowersyjny z punktu widzenia religii, zaprasza się zwykle jakiegoś Przewielebnego Księdza Profesora Doktora Nauk Teologicznych Teologii Dogmatycznej itp. itd.

Otóż NIE ZGADZAM SIĘ NA TO, ŻEBY z równym szacunkiem traktować: takiego choćby profesora Jasona Badridze, gruzińskiego biologa, który, żeby poszerzyć ludzką wiedzę o wilkach, przez dwa lata kosztem olbrzymich wyrzeczeń mieszkał i żył w lesie z wilkami, narażał życie i zdrowie – i jakiegokolwiek tłustego, obleśnego, utytułowanego durnia, który swoją wiedzę wydumał w bezpiecznym fotelu, mając otwarty tomik pseudofilozoficznego bełkotu Jana Pawła II z jednej strony i mieszaninę archaicznych mitów i poplatońskich popłuczyn z drugiej.

Nie zgadzam się, żeby kogoś, kto nic nie robi, tylko kompiluje i mieli po raz setny puste, metafizyczne wywody i bajki z epoki brązu, płodząc długie, niezrozumiałe i bełkotliwe bzdury – szanować i na równi uznawać za autorytet z kimś, kto w swoją wiedzę włożył trud namacalny, nie tylko umysłowy, ale fizyczny, kto z narażeniem życia wydzierał prawdę tajemnicy Wszechświata.

Nie zgadzam się, żeby na równi szanować kogoś, kto prowadzi swoje teologiczne „badania” z góry wiedząc, jaki ma być ich wynik – bo mu to określa wiara – z kimś kto poszukując prawdy jej nie zna, a tym samym naraża się na to, że pozna coś nie do przyjęcia, co będzie przerażające lub zgubne.

Majestat Wszechświata jest wystarczająco wielki i naukowe poznanie nie umniejsza jego tajemnicy, lecz czyni ją jeszcze bardziej zadziwiającą i potężną. Spójrzcie na burzę – czyż teologia nie ubliża temu majestatycznemu zjawisku twierdząc na zmianę (jak pasuje) że jest to wyraz wściekłości małostkowego Boga lub też bezsilna złość diabła?

Bo taka jest naukowo zgłębiana prawda o Wszechświecie: często straszliwa, często miażdżąca, okrutna i taka, że lepiej byłoby jej nie znać. Ale właśnie dzięki temu jest Jego straszliwym pięknem i przerażającym majestatem. Kto go raz skosztował, nie przełknie już teologicznej papki, lecz z obrzydzeniem odrzuci ją od siebie i pozna prawdziwe misterium życia i śmierci, istnienia i nieistnienia. Jak to napisał Darwin, światło wielkie padnie na pochodzenie człowieka i jego historię.

Także Twoją i moją.

Podziel się