BOJAR, KSIĄŻĘ Z WILCZEGO RODU

Czytelnicy działu „Wędrujący z Wilkiem” znają go doskonale. Jego szary grzbiet widnieje na wielu zdjęciach z kolejnych wypraw. Często widać, jak się odwraca i patrzy – jakby zapraszał w dalszą drogę.

O nim właśnie chcę dziś Tobie, Przyjacielu opowiedzieć.

Był 23 grudnia 2016 roku. Po wielu staraniach adoptowałem wówczas pierwszego towarzysza – Aresa. Przyjechałem ze znajomym do schroniska „Jamhudy” w Wałbrzychu, które prowadzi p. Izabella Plata.

Gdy późnym popołudniem podjechaliśmy pod bramę – już było ciemno – zadzwoniłem do Izy, zawiadamiając o naszym przybyciu. Wjechaliśmy przez bramę na parking i czekaliśmy.

Podszedł do nas portier i zagadnął:
— Panowie po Aresa, zgadza się? – Gdy usłyszał potwierdzenie, pokiwał głową. – Taaak… – mruknął. – Ares to łagodniutki jest. Nie to, co ten.
Wskazał stojący na podwyższeniu za budynkiem portierni kojec. Coś biało – szarego przemknęło w półmroku.
— Ten to tylko niektórym pozwala do siebie podejść. Inaczej atakuje…
Jakby na potwierdzenie, zadzwoniła kratka kojca, silnie trącona przez łapy ledwo widocznego w półmroku, dużego psa.

Gdy przeżywałem swoje półtora roku z Aresem, często przyjeżdżaliśmy do Wałbrzycha odwiedzać Izę i jej schronisko. Za każdym razem, gdy przekraczaliśmy bramę, z wysokości spoglądały na nas wilcze oczy – jego oczy.

Muszę wyznać, że nigdy nie zwracałem na niego uwagi. Nigdy nie okazywał szczególnej agresji w momencie, gdy mijałem go z Aresem, ale miał w sobie coś takiego, co nakazywało respekt. Siła, z jaką uderzał w kratki kojca, wyniosła postawa sugerowały, że to nie piesek domowy, ale wojownik, waleczny strażnik wejścia.

Zawsze, gdy podchodziłem pod bramę, stawał, często na dachu swojej budy, wyprostowywał się i patrzył, pilnie śledząc każdy mój ruch. I tak mijałem za każdym razem tę wyprostowaną jak świeca, wilczą postać przychodząc i odchodząc po  każdej wizycie.

Ares był starym malamutem i umarł 8 czerwca 2018 roku. Tydzień później przyjechałem do Wałbrzycha, żeby spotkać się z Baronem – kolejnym staruszkiem, który miał zastąpić Aresa.

Kiedy szedłem ze stacji kolejowej w kierunku schroniska, minąłem miejsce przy tunelu pod nasypem kolejowym, gdzie to po raz pierwszy zobaczyłem Aresa. Doświadczenie, że znów widzę to miejsce, znów je mijam – ale tym razem sam – uderzyło we mnie falą  bólu. Gdy doszedłem do schroniska, usiadłem na ławce przed portiernią i nie mogłem powstrzymać łez.

A on patrzył.

Minąłem go z Baronem, gdy kolejny tydzień później zabierałem schorowanego malamuta do domu.

Dziewięć miesięcy – ostatnich miesięcy swojego życia – spędził Baron w swoim nowym domu. Ze względu na jego stan, duże trudności z chodzeniem – tylko raz byliśmy z wizytą w schronisku w Wałbrzychu.

Miałem wówczas pewne plany życiowe, które – gdybym zdecydował się je zrealizować – pozbawiłyby mnie możliwości posiadania psa na wiele lat. Zamierzałem podjąć studia w odległym mieście, wiązałoby się to z dalekimi wyjazdami, mieszkaniem w akademikach, koniecznością podjęcia pracy obok studiów i wszystkimi trudnościami z tym związanymi. Tak, Baron miał być – na razie – ostatni.

Umarł 27 marca 2019 roku. Do ostatniej chwili był niespokojny, piszczał, a ja czułem, że to nie tylko z bólu. Czułem, że Baron z całych sił walczy, żeby nie zostawić mnie samego, jakby w tym tkwiło jakieś straszliwe niebezpieczeństwo. Jakby umierając ostrzegał mnie, wołał: nie rób tego!

Gdy następnego dnia zadzwoniłem, zawiadamiając Izę o śmierci Barona, powiedziała do mnie:
— Mam następcę jakby coś. – Po chwili dodała: – No, ale ty przecież już nie możesz mieć psa…

Spędziłem cały dzień myśląc. Co mi przyjdzie z podejmowania studiów gdzieś daleko tylko dlatego, że wydaje mi się, że owa uczelnia jest bardziej prestiżowa? Co mi przyjdzie, że rzucę się na coś, czego dobrze nie rozpoznałem, o czym nic nie wiem, nie mam rozeznania co do najbardziej podstawowych spraw, co mi przyjdzie z działania „na ślepo”? Może dzisiaj ludzie promują „spontan”. Jednak ja tak mam w życiu, że gdy podejmowałem jakiekolwiek przedsięwzięcie w taki właśnie sposób, zawsze, ale to zawsze kończyło się to klęską. Tym większą, im większy był mój stopień nieprzygotowania. Zawsze natomiast, gdy do czegoś się skrzętnie przygotowałem, zaplanowałem – udawało się to. Nawet, gdy życie weryfikowało plany, wymuszało ich zmianę – to właśnie: wymuszało „zmianę”, a nie konstruowanie wszystkiego od nowa, naprędce, niestabilnie, więc w konsekwencji: błędnie.

Nie minęła doba, gdy znów zadzwoniłem do Izy.
— Wspominałaś coś o jakimś… następcy – rzuciłem niby od niechcenia.
— Tak, jest Bojar. Ale przecież ty miałeś nie mieć psa.
— Ja… muszę zmienić plany. Co to za Bojar? Chyba go nie znam…
— Znasz. To ten z kojca przy portierni.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jego imię. Brzmiało tak, jak wszystko, co o nim wiedziałem – groźnie i walecznie.

Przyjechałem do Wałbrzycha. Iza opowiedziała mi o Bojarze, że ma siedem lat, a od pięciu lat żyje tutaj jako pies stróżujący. Był trzymany przez pierwszych „właścicieli” na łańcuchu i głodzony. Gdy Iza zabrała chodzący szkielet do swojego schroniska, szybko się okazało, że Bojar jest bardzo agresywnym psem. Jej samej nie pozwalał się dotykać.

Właśnie ze względu na jego agresywność miał nie być przeznaczony do adopcji. Raz Iza podjęła taką próbę – zgłosił się do niej pewien znajomy, który zresztą miał wcześniej silnego, wojowniczego owczarka niemieckiego. Mieli wyjść na „próbny” spacer, jednak – jak mi Iza opowiadała – gdy Bojar zobaczył tego znajomego, prawie go rozszarpał.

Innym razem zdarzyło się, że dziki zrobiły wyrwę w ogrodzeniu terenu schroniska i Bojar uciekł. Nie udało się go odnaleźć przez trzy tygodnie i wydawało się, że zniknął bezpowrotnie.

Dopiero po trzech tygodniach Iza przez przypadek znalazła ogłoszenie o psie, który został zatrzymany przez… policję w momencie, gdy właśnie zagryzał szóstą kurę jakiegoś gospodarza w odległej o dziesięć kilometrów miejscowości. Podobno nie dawał do siebie podejść, atakował – trzeba było sprowadzać specjalistę ze strzelbą z środkiem usypiającym, żeby go złapać.

Szedłem z Izą do kojca Bojara z mieszanymi uczuciami. Mimo, że sypiałem samotnie na terytorium wilków, mimo, że miałem w życiu wiele spotkań z dzikimi zwierzętami – mimo tego wszystkiego (a może właśnie dlatego?) nie uważałem się za kogoś, kto sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Przyroda nauczyła mnie, że to ona jest stroną panującą, że to ona wybiera – lub odrzuca.

Nie poprawił mojego nastroju ceremoniał zakładania Bojarowi obroży, gdzie Iza nawet do Bojara nie podchodziła, żeby go nie rozeźlić, obrożę zakładał jej syn, którego Bojar ponoć tolerował – a i on nie wydawał się zbyt pewny siebie w czasie tej czynności.

Gdy wreszcie ująłem smycz, Bojar nie spoglądając na mnie, pewnym i szybkim krokiem ruszył ku bramie.

Po dwóch latach wyprowadzania na spacery dwóch dziadziusiów Aresa i Barona, gdy trzeba było cierpliwie i wolnym kroczkiem towarzyszyć statecznie człapiącym malamutom, poczułem się jak woźnica furmanki posadzony nagle w fotelu wyścigówki.

Bojar z gracją w ruchach rwał do przodu, a gdy zdarzyło nam się minąć jakiegoś innego psa, niemal mnie wywrócił, szarpiąc się jak wściekła bestia, warcząc i pokazując wielkie kły.

Tak zaciągnął mnie na przełęcz wysoko w Górach Wałbrzyskich i jeszcze, jeszcze dalej, skąd schronisko i dróżka, którą niegdyś z ledwością udało się Baronowi przejść – wyglądały jak mała, ledwie widoczna wstążeczka i kilka okruszków obok.

Zszedłem z drogi w las.
— Odpoczniemy chwilę, Bojar – powiedziałem i usiadłem na ziemi. Wilk przez chwilę obchodził mnie dokoła, jakby badając nową dla niego sytuację… i nagle uwalił się przy mnie i wtulił we mnie głowę, domagając się pieszczot.

— Jestem w szoku, że Bojar wobec kogokolwiek się tak zachował – odparła Iza, kiedy jej o tym opowiedziałem po powrocie.

Odtąd przez miesiąc przybywałem co weekend do Wałbrzycha. Za pierwszym razem zauważyłem, że Bojar miał kleszcza nad okiem i tydzień później – raz kozie śmierć! – spróbowałem go wyciągnąć.

Bojar zawarczał otrzegawczo, gdy wyciągałem rękę. Przez chwilę tłumaczyłem mu z najwyższą pokorą i szacunkiem, co i dlaczego chcę zrobić. Pozwolił.

I tak się zaczęło.

10 maja 2019 roku zabrałem Bojara do domu. Pierwsze, co Bojar zrobił, gdy się w nim znalazł to… zajął łóżko.

Zaczęła się szalona przygoda, gonitwa przez wiele gór, nad przepaściami Karkonoszy, przez doliny Gór Izerskich, wśród szczelin i skał Gór Stołowych, przez pagórki i pola Kotliny Jeleniogórskiej i stoki Rudaw Janowickich.

Mijały tygodnie, a Bojar coraz rzadziej – choć od początku zdarzało się to w ogóle bardzo rzadko – przejawiał jakiekolwiek oznaki agresji. Znalazł dom, swój dom, w którym mógł się nareszcie poczuć pewnie.

Nie zatracił jednak zdolności, które pozwoliły mu przeżyć, kiedy trzy tygodnie błąkał się samotnie w Górach Wałbrzyskich.

Zdarzyło mu się – nim zdążyłem się spostrzec i zareagować – zagryźć małego dzika, innym razem zająca, o myszach polnych nie wspomnę. Całe jego zachowanie jest czasami wyraźnie mało „psie”, a raczej wilcze. Choć z pyska wygląda jak typowy husky, ogon trzyma przeważnie opuszczony, a jego gesty, postawa ciała, sposób, w jaki reaguje na to, co wyczuje lub gdy usłyszy coś podejrzanego, wreszcie sposób, w jaki zaznacza swój teren – wszystko to robi w sposób, jaki obserwowałem u dzikich wilków.

To właśnie on sprawił, że powstał na naszej stronie Świątyni Wilka dział „Wędrujący z Wilkiem”. To dzięki niemu odwiedziliśmy – i jeszcze odwiedzimy! – wiele miejsc, które opowiadają o majestacie Przyrody, wspaniałości Wszechświata i świętości Biosfery. I o trudnej, bolesnej, a często żałosnej historii tego, jak z tym majestatem, wspaniałością i świętością współistnieli ludzie.

A o tym, jaki potrafi być człowiek Bojar się przekonał. Wciąż miewa odruchy spięcia, gdy dotyka go ktoś obcy. Odruch taki może świadczyć o tym, że był kiedyś bity. Jest to bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, w jakim stanie został zabrany swoim dawnym pseudowłaścicielom.

Tłumaczy to też jego agresję, z jaką podchodził do ludzi. Zrozumiał, że tylko na taką odpowiedź ludzie zasługują za swoją chrześcijańską niegodziwość i pogardę, za swoją pychę, z jaką uważają się za najważniejszą istotę we wszechświecie, podczas, gdy są wstydem dla całej Przyrody, wstrętnym odpadem ewolucji, rakiem Ziemi. Każde z dzieci Przyrody potrafi okazać Jej należną pokorę i cześć – z wyjątkiem człowieka, wyrodnego syna, który słów: „pies”, „zwierzę” używa jako obelg. Tymczasem niewielu jest ludzi, którzy zasługują na ten zaszczyt, by nazwać ich psami lub zwierzętami. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy tacy istnieją.

Tym większym jest zaszczytem dla mnie to, jak łagodnie Bojar obszedł się ze mną.

Czuję z Bojarem wielką więź, której zresztą sam nie rozumiem. Wiem wszakże jedno: odkąd szczęśliwie uwolniłem się spod tyranii ludzkiego boga, Jezusa Chrystusa, zbrodniarza, okrutnika i mordercy, a zacząłem w sposób wolny i nieskrępowany wielbić i cieszyć się Przyrodą i Jej nieskończoną potęgą – towarzyszy mi Jej posłaniec, awatar Totemu Wilka, miękki i przyjazny dotyk tego, co w Przyrodzie najbardziej ukochałem i w co, ku wściekłości tyrana Chrystusa – uwierzyłem.

A ta obecność daje mi siłę, dzięki której mogę kpić z potęgi ludzkich bogów. I choć szaleje wokół mnie rozhukane morze ludzkiej, zidiociałej do cna cywilizacji, pełnej zbrodni, cierpienia, bezsensownej walki i bezużytecznych poświęceń – mogę tkwić jak skała pośród tej burzy dzięki temu, który mi towarzyszy.

Przemierzamy razem ludzki świat nie zaszczycając go spojrzeniem, a patrząc w nim tylko na to, co należy do Przyrody. Przemierzamy ludzki świat w ogóle przez niego nie zauważeni, wciąż obserwując. I jesteśmy doskonałymi obserwatorami, bo takimi, których nie ima się zasada mówiąca o tym, że każdy obserwator wpływa jakoś na to, co obserwuje.

My nie wpływamy. Jakby nasza więź tworzyła wokół nas magiczną barierę całkowicie oddzielającą od szaleństwa skazanego na zagładę, ludzkiego świata. Świata rozbuchanej techniki pomieszanej z ciemnotą przesądów i religijnej czci okazywanej niegodziwym oszustom. Świata, gdzie tak niewiele jest miłości, a mnóstwo żałosnych ideałów, tak mało jest namacalnej radości, a tak wiele nic nie wartych „wartości wyższych”; w którym tak mało można zaznać przyjemności, a tak wiele trzeba znosić cierpienia, trudu i nikomu niepotrzebnej pracy.

Nie stworzyłem tej więzi, sama do mnie przyszła, jest darem Przyrody, darem Totemu Wilka, za który mogę jedynie odczuwać wdzięczność.

Bojar jest też dowodem na to, co wyraził bohater filmu Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, Newton Scamander, gdy powiedział: „Nie ma niebezpiecznych zwierząt, są tylko ludzie o ciasnych poglądach”. Przyroda zawsze reaguje na ludzi w sposób odpowiedni do tego, co mają w swoim umyśle. Jeśli ktoś – jak pewien idiota w purpurowym wdzianku z Krakowa – widzi w pokorze i uwielbieniu Przyrody „grzech”, „Engelsa” i „niezgodne z Biblią”, pięknym za nadobne odpowie mu Las. Niech nie mają pretensji ci, na których zaszarżował dzik, na których warknął wilk czy zaryczał niedźwiedź. Gdyby Przyroda znalazła w nich respekt i miłość, tym samym by odpowiedziała.

Nasze relacje z wypraw to zaproszenie dla Ciebie, Przyjacielu, żebyś i Ty w jakiś sposób wszedł w tę barierę i z jej wnętrza obserwował. Nici ludzkiej cywilizacji i Przyrody splotły się w nieustającej walce, ale moja więź z Bojarem służy za doskonały przyrząd, pozwalający te nici rozdzielić i oglądać je osobno, każdą z nich taką, jaka jest.

Bardzo Bojara kocham i wdzięczny mu jestem za zaszczyt przyjaźni z jego strony. Myślę, że i Ty ze mną go pokochasz.

Wyrusz z nami w drogę! Nowe opisy wypraw już wkrótce 😀

 

Podziel się

5 odpowiedzi do “BOJAR, KSIĄŻĘ Z WILCZEGO RODU”

  1. Piekna wzruszajaca powiesc uczuc czlowieka i respekt do natury oraz miłość ktora jest orężem natury ..ona jest piekna i niepokonana w swoich wartosciach .czgo dowodem sa nasi młodsi bracia..ktorzy stają sie pradziwymi przyjaciolmi …do konca…obu stron.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.