BYLE NIE ZOBACZYĆ. O TYCH, KTÓRZY KOCHAJĄ UROJENIA

Kiedy Galileusz skierował swój dopiero co skonstruowany teleskop w niebo, wiedza człowieka o świecie zmieniła się na zawsze. W tym samym, XVII wieku, około pięćdziesiąt lat później, Antoni van Leeuwenhoek oraz Robert Hooke przez obiektywy pierwszych mikroskopów zajrzeli w głąb rzeczywistości, dokonując analogicznego przewrotu w postrzeganiu świata od strony jego mikroskali.

Te dwa, poszerzające w dal i w głąb horyzonty ludzkiego widzenia wynalazki stanęły u podstaw tego wszystkiego, co dziś o rzeczywistości wiemy. Dały początek rozwojowi rozumienia, o jakim nikt wcześniej nie ośmielił się marzyć.

Dały też początek największemu konfliktowi w historii: nauki z religią, wiedzy z wiarą, rzeczywistości z urojeniami.

Problem z Galileuszem

Nie wiemy, której nocy 1609 roku po raz pierwszy Galileusz użył swojego pierwszego, dającego ledwie trzykrotne powiększenie teleskopu. Możemy sobie jednak wyobrazić, co wtedy poczuł uczony, nagle samotny wobec potęgi Wszechświata – i samotny wobec reszty ludzkości, której dotąd nie dane było widzieć tego, co jemu. Jakieś echa tego drżenia można ujrzeć w wydanym ledwie rok później dziele, w którym Galileusz opisał to, co zobaczył.

Dziełu nadał wiele mówiący tytuł: Sidereus nuntius: „Gwiezdny posłaniec”. Choć próbował napisać w tonie neutralnym naukowe sprawozdanie z obserwacji, czytając je można wyczuć zdziwienie, fascynację i wzruszenie, które przeżył. Zdawał sobie sprawę, że ogląda właśnie coś, czego od początku świata nie widział żaden człowiek.

Opisał ledwie cztery przedmioty swoich obserwacji: Księżyc, gwiazdy, Drogę Mleczną i Jowisza. Ale wszystkie cztery obserwacje sprawiły, że w gruzy obróciło się wszystko, w co ludzie dotychczas wierzyli.

Księżyc okazał się chropowaty, pokryty górami, nierównościami, dolinami, kraterami…

Tymczasem przecież niebo miało być siedzibą Boga, a więc czymś doskonałym, Księżyc miał być idealną, gładką kulą, tronem wniebowziętej Maryi Niepokalanej! Plamy na jego powierzchni – widoczne gołym okiem – tłumaczono sobie tym, że Księżyc, jako najbliższe Ziemi ciało niebieskie, został lekko skażony od grzechu, jaki zapanował na ludzkim padole.

Tymczasem teleskop Galileusza ukazał brutalną prawdę o tym, że ciało niebieskie nie jest niebieskie, jest skaliste, nierówne, pełne chaosu i nieuporządkowania – jak Ziemia.

Nie lepiej było z gwiazdami.

W proch runęła astrologia i wiara w zapisaną w gwiazdach wolę boską. Szkła teleskopu ukazały, że pomiędzy tymi gwiazdami, które widzimy gołym okiem, a które układają nam się w figury Lwa, Bliźniąt, Raka czy Skorpiona – znajduje się mnóstwo mniejszych, które całkowicie zacierają dotychczas oglądane kształty. Nie ma na niebie żadnego lwa, nie ma żadnych bliźniąt ani innych stworów Zodiaku. Są tylko chaotycznie rozrzucone, świetliste punkty…

A Droga Mleczna? Otoczony legendami pas, widniejący na tle ciemności nocnego nieba? Okazał się niczym więcej, jak kolejnymi gwiazdami, tyle że małymi i położonymi blisko siebie tak, że w oczach ludzi zlewały się w bladą smugę na firmamencie.

Prawdziwe trzęsienie ziemi przyniosło jednak to, co zobaczył Galileusz, gdy uzbrojonym okiem ośmielił się obejrzeć Jowisza.

Wokół planety, w równym rządku ukazały się… cztery inne ciała niebieskie, w dodatku – poruszające się!

Ta obserwacja zbluźniła przeciwko całej katolickiej teologii. Albowiem jej fundator i najjaśniejszy przedstawiciel, Tomasz z Akwinu orzekł przecież, że planet, czyli ruchomych ciał niebieskich może być tylko siedem. A dlaczego? Ano dlatego, że w głowie człowieka jest tylko siedem otworów 🤣🤣😂

Jakby mało było tego bluźnierstwa, okazało się, że te cztery nowe księżyce okrążają… Jowisza.

Tego już było za wiele. Przecież to niemożliwe – zawołano – żeby cokolwiek na niebie NIE OBRACAŁO SIĘ wokół Człowieka, Ludzkości, a najlepiej wokół Rzymu i papieża.

Jak zareagował Galileusz na słowa krytyków?

Przyniósł im teleskop i powiedział: popatrzcie sami.

Lecz oni odmówili. Po co mamy patrzeć, zapytali, skoro WIEMY, że nie ma żadnych księżyców Jowisza, konstelacje są niezmienne, a księżyc gładki jak pupa niemowlaka. A wiemy to, bo tak naucza Arystoteles, tak naucza Tomasz z Akwinu, tak naucza Kościół i wiara, Amen.

Tak oto wyklarowała się grupa ludzi, grupa funkcjonująca z powodzeniem do dzisiaj. Są to ludzie, którzy wszystko zrobią, każdą ofiarę poniosą, każdej zbrodni się dopuszczą i na każdy absurd się zgodzą, byle tylko – uchowaj Boże! – rzeczywistości NIE ZOBACZYĆ.

Spokojne początki mikroskopii

Galileusz miał naraz wielkiego pecha i wielkie szczęście, że żył i działał we Włoszech, blisko Rzymu i serca katolicyzmu. Pecha, bo od razu wszedł w ostry konflikt z kościelną ciemnotą. Szczęście, bo dzięki temu konfliktowi usłyszał o nim świat nie tylko naukowy.

Zupełnie inaczej narodziła się mikroskopia. Antoni van Leeuwenhoek żył w Delft w Holandii. Był to kraj protestancki, ale to akurat niczego nie zmieniało: wszak protestanci bywali jeszcze bardziej odporni na wiedzę, bo uważali, że poza Biblią nie istnieje żadne słowo warte uwagi. Ważniejsze było to, że Holandia była krajem kupieckim, a więc krajem ludzi, którzy religią przejmowali się tylko wtedy, gdy nie szkodziło to interesom.

Van Leeuwenhoek skonstruował mikroskop złożony z jednej soczewki, która osiągała powiększenie około 240 razy – musiała być jednak bardzo mała i prawie kulista. Stąd ten mikroskop potrafił obsługiwać bodaj tylko sam jego konstruktor, który swoje odkrycia publikował jedynie w formie listów do Royal Society w Londynie.

Jego działalność zainspirowała angielskiego naukowca, Roberta Hooke, do skonstruowania własnego, ulepszonego mikroskopu.

Dzięki Hooke’owi powstało dzieło, będące odpowiednikiem Sidereus nuntius Galileusza dla mikroskopii. W 1665 roku ukazała się Micrographia, po raz pierwszy odsłaniająca ludziom nowe, nieznane dotąd oblicze rzeczywistości.

Nagle okazało się, że zwykła mucha czy pchła są wysoce złożonymi organizmami, równie lub bardziej skomplikowanymi w budowie od człowieka.

Nagle okazało się, że rośliny czy małe zwierzęta, dotychczas uznawane za przedstawicieli jednego gatunku różnią się od siebie, jedynie nasz wzrok był za słaby, aby te różnice wychwycić.

Robert Hook dokonał też odkrycia, które w przyszłości podważyło jedną z najświętszych prawd, w które wierzyli ludzie.

Okazało się, że wszystkie organizmy żywe: rośliny, grzyby, zwierzęta, w tym człowiek – są zbudowane z małych struktur, które Hooke nazwał cells, bo przypominały mu małe, oddzielone cele mnichów w kartuzjach.

Cells, czyli komórki. Z wolna dotarła do ludzi nauki prawda, że każde zwierzę, roślina, grzyb, każdy z nas jest wspólnym dziełem niezliczonych, małych organizmów. Wielkie i wspaniałe współdziałanie tych małych istot wystarczy, żeby wytłumaczyć nasze uczucia, nasz intelekt, naszą pamięć: słowem wszystko, co dotychczas nazywaliśmy duszą.

Okazało się, że nie jesteśmy monolitami, ulepionymi przez jakiegoś Boga z gliny, ale wspólnym dziełem wielu mikroorganizmów, z których każdy ma swoje własne życie i swoje osobne problemy.

To bluźniercze odkrycie nie wywołało jednak większych burz. Może dlatego, że anglikanizm to odłam chrześcijaństwa, który ma swoje specyficzne, nie dające się chyba nigdzie indziej skopiować podejście do spraw religii.

Jednak prawdziwa burza miała dopiero nadejść.

Mikroskop Darwina

W grudniu 1831 roku w pięcioletnią podróż badawczą wyruszył okręt HMS Beagle. Na pokładzie znajdował się młody przyrodnik Charles Darwin, a w jego bagażu – dwa mikroskopy.

Nie były to imponujące instrumenty. Jeden z nich był właściwie lupą botaniczną na trójnogu. Podstawowym jednak dla Darwina narzędziem pracy był drugi, dziś zwany raczej planktoskopem albo lupą preparacyjną.

Ze względu na jednosoczewkową budowę nie oferował on wielkich atrakcji wizualnych: zakres powiększeń nie powalał. W dodatku duże powiększenia uzyskiwał kosztem pola widzenia tak, że w przypadku największych wizjer był właściwie wielkości otworu po szpilce.

Jednak ten przyrząd uświadomił młodemu przyrodnikowi, jak ważne jest przyglądanie się rzeczywistości Przyrody w jej najdrobniejszych szczegółach – bo w Przyrodzie żaden szczegół nie jest wystarczająco drobny. Każdy jest istotny i może decydować o życiu lub śmierci.

Kiedy wiele lat później Darwin zrozumiał mechanizm Prawa Doboru Naturalnego i odkrył jak odbywa się ewolucyjny rozwój życia – postanowił swoje odkrycie należycie podeprzeć konkretnymi obserwacjami.

W tym celu zdecydował się, że wybierze jedną konkretną gromadę stworzeń – ot, choćby wąsonogi – i dokładnie ją opisze. Potrzebował jednak lepszego przyrządu, aby tego dokonać.

W tym celu w 1846 roku zamówił najnowocześniejszy wówczas mikroskop świetlny i zapłacił za niego 47 funtów – czyli na dzisiejsze warunki równowartość kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Mikroskop ten oferował dobrej jakości obraz dla powiększeń w zakresie do 850 razy, przy maksymalnym powiększeniu 1300 razy.

Przez osiem lat Darwin z benedyktyńską cierpliwością porównywał różne podgatunki wąsonogów, niektóre różniące się między sobą szczegółami dostrzegalnymi tylko pod mikroskopem.

To właśnie ta praca dostarczyła pierwszych dowodów na prawdziwość teorii ewolucji poprzez dobór naturalny. Okazało się, że żadna, choćby najdrobniejsza różnica w budowie organizmów żywych nie jest nieistotna. Każda, nawet mikroskopijna właściwość czy cecha może zdecydować o przeżyciu lub o śmierci. Dwa wąsonogi, na ludzkie oko niczym nie różniące się od siebie spotyka różny los: jeden przeżywa i dochowuje się potomstwa, drugi ginie. Czy decyduje o tym przypadek? Okazało się, że nie.

Przyroda nieustannie testuje, sprawdza, nakłuwa słabe punkty. Wystarczy najdrobniejsza wada, żeby zginąć – i najdrobniejsza zaleta, żeby przeżyć. Te drobne różnice, tak drobne, jak te, które normalnie obserwujemy między dziećmi a ich rodzicami nawarstwiają się z czasem. Czynniki środowiskowe, dostępność pokarmu, głód i choroby selekcjonują każde pokolenie, konsekwentnie domagając się na przykład większej zwinności, lepszych oczu albo umiejętności wtapiania się w otoczenie. Drogą nawarstwiania się tych różnic, powoli z pokolenia na pokolenie powstają z gatunku wyjściowego zupełnie nowe gatunki zwierząt, roślin, grzybów…

Mosiężny mikroskop Darwina pozwolił zobaczyć całej ludzkości, że światu ubliża twierdzenie, że został stworzony przez jakiegoś Boga. Pozwolił zobaczyć, że z chorób, cierpienia i śmierci wyłania się cała różnorodność i nieopisana złożoność życia. Pozwolił zobaczyć, że każde drzewo, trawa, owad czy ssak są dziełami siebie samych, a nie zmyślonego, duchowego stwórcy. Pozwolił zobaczyć, że to Przyroda zasługuje na uwielbienie i zachwyt, a nie fałszywe, płodzone przez kłamców w sutannach bzdury.

Czucie i wiara

„Czucie i wiara silniej przemawia do mnie, niż mędrca szkiełko i oko” – napisał Mickiewicz.

Mamy w Polsce duże doświadczenie z ignorowaniem rzeczywistości ma rzecz mrzonek, przesądów, bajek i kłamstw. Niestety.

„Jaka jest cena kłamstwa?” pytał filmowy profesor Legasow z serialu HBO o katastrofie w Czarnobylu. Kto jak kto, ale my dobrze o tym wiemy. Ceną kłamstwa była zmiana mocarstwa Jagiellonów w burdel, z którym każdy robił, co chciał, włącznie z ostateczną jego likwidacją. Ceną kłamstwa była bezsensownie przelana krew setek tysięcy młodych ludzi i bezpowrotna strata ich talentów w kolejnych bezpłodnych powstaniach – bo „honorowo”, „wzniośle”, „romantycznie”.

I tak odziedziczyliśmy kraj „prawilnych” idiotów bez koszulki, niespełnionych emo – poetów, amarenowych filozofów i piwnych ekspertów od wszystkiego.

W kraju tym żyje cała masa ludzi, dla których godnym i sprawiedliwym, słusznym i zbawiennym jest wystrzelać wszystkie wilki, dziki, jelenie. Jest tu sporo takich, którzy wierzą w to, że Ziemia jest płaska albo pusta w środku. Większość ludzi w Polsce nie ma bladego pojęcia o ewolucji i uważa ją za nieudowodnione kłamstwo masonów, Żydów albo satanistów. Dużo tu też takich, dla których drzewa i lasy nic nie znaczą.

I wiecie, co jest w tym najśmieszniejsze, a zarazem najbardziej godne pożałowania? Dzisiaj za kilkunastokrotnie niższą cenę każdy może mieć mikroskop o wiele lepszy od tego, którym dysponował Darwin. Teleskop o całe rzędy wielkości lepszy od lunetki Galileusza również. Nie trzeba wierzyć naukowcom, każdy może zobaczyć i przekonać się samodzielnie, że ewolucja przez dobór naturalny nie jest przypuszczeniem, ale faktem. Każdy może zmierzyć odległość Ziemi do Księżyca, każdy może obejrzeć odległe galaktyki, o księżycach Jowisza nie wspominając. Każdy może przekonać się naocznie o wieku skał i o kulistości Ziemi. Każdy może doświadczyć wspaniałości i piękna Przyrody dogłębnie, każdy może sięgnąć po wiedzę, w poszukiwaniu której Darwin musiał przez pięć lat żeglować po oceanach i osiem lat studiować anatomię wąsonogów.

Każdy może. Ale mało kto chce. Bo lepiej „na chłopski rozum”, na z rzyci wziętą „mądrość życiową”. Bo to o wiele łatwiejsze. Nie trzeba ustalać faktów i słuchać rzeczywistości, faktem będzie to, co mi się wydaje, co wydumam przed telewizorem, bekając radośnie od nadmiaru piwska. Łatwiej jest wyprodukować tony filozoficznego czy teologicznego bełkotu, łatwiej wylać hejt z pozycji wszechwiedzącego eksperta, który niczego nie musi udowadniać, bo taki jest wspaniały. Łatwiej jest ponatrząsać się z mędrca szkiełka i oka, dumnie unosząc bujającą w obłokach czucia i wiary głowę.

Co mam odpowiedzieć Tobie, Mickiewiczu? Chyba tylko to:

Ufajcie memu oku i szkiełku,
Wiele tu widzę dokoła:
Cudownych rzeczy przedziwne piękno,
Bezradne są przy nich słowa.

Nie jak marzenia próżno ścigane,
Jak wiara w tych, których nie ma;
Lecz jak o skałę wsparty fundament:
Prawda, Nauka i Wiedza.

Gdy rozum chłopski tonie w przesądach,
Boi się cyfr w kalendarzu,
Ja się nie lękam przez szkła przyglądać
Tajemnic straszliwej twarzy.

Nie dla mnie reżim świętych pasterzy,
Nie dla mnie owiec zagroda;
W żadną z ich bredni nie muszę wierzyć,
Z Wilkiem ja wolę wędrować!

Podziel się

4 Replies to “BYLE NIE ZOBACZYĆ. O TYCH, KTÓRZY KOCHAJĄ UROJENIA”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.