CZY ISTNIEJE PIEKŁO?

Była deszczowa sobota. Ksiądz profesor podszedł do okna i, zupełnie ignorując grono swoich studentów, w absolutnej ciszy wpatrywał się w krople spływające po szybie. W jego wodnistych oczach odbijała się szarość dnia, a blada cera, przywodząca na myśl rozgotowaną kluskę jeszcze potęgowała bijące od niego wrażenie bezbarwności. Gdyby go teraz przenieść na cmentarz, otoczyć scenerią gołych drzew i późnojesiennego listowia zaścielającego ziemię, postawić przed nim stylowy nagrobek – byłby idealną fotografią artystyczną pt. „Wdowiec”. Albo „Deszczowe Wszystkich Świętych”.

– Dziś będziemy mówić – zaczął,pauzując po każdym słowie – o argumentach za nieśmiertelnością duszy.

Minęło kilka minut ciszy.

– Przypominam – odezwał się w końcu, wciąż zwracając się do szyby – że są to argumenty, a nie dowody.

Kolejna pauza. Tym razem dłuższa.

– Jeśli po śmierci okaże się więc, że tam nic nie ma… proszę nie mieć do mnie pretensji.


Kwestię istnienia pośmiertnej kary dla grzeszników ludzie omawiają na wszelkie możliwe sposoby. Piszą o niej teologowie, bluzgają na jej temat co mniej elokwentni, za to namiętni komentatorzy wszystkiego-co-da-się-zhejtować-w-sieci o zabarwieniu ultrakatolicko-prawicowo-narodowym (niepotrzebne skreślić).

Wilki patrzą na ludzki świat oczami logiki. A ta jest dla idei piekła bezlitosna.

Załóżmy, że rzeczywiście istnieje jakiś Wielki Stróż Sprawiedliwości, który postawił sobie za zadanie ukarać ludzi czyniących źle, a nagrodzić tych, którzy czynili dobrze. W tym celu rzeczywiście stworzył miejsce (wg jednych) czy wiekuisty stan duchowy (wg drugich) lub też (wg katolickiej nauki) nie stworzył, ale „dopuścił” istnienie takiego stanu, ale tworzy go dla siebie sam przebrzydły grzesznik.

W tym momencie konsekwencje takiego założenia sypią się jak lawina w Białym Jarze. Bo po pierwsze, pojedynczy człowiek ma do dyspozycji ograniczoną swoimi narodzinami i śmiercią ilość czasu i wszystko, co robi w życiu, robi w skończonym czasie. Choćby wypełnił tenże czas po brzegi morderstwami, spijaniem krwi nienarodzonych dzieci, gwałtami, rabunkami, zarządzaniem państwem totalitarnym, choćby wypełnił po brzegi życie wszystkich ludzi pośrednio i bezpośrednio z nim związanych morzem cierpień, choćby dopuścił się (o zgrozo! to najgorsze ze wszystkiego!!! – wrzasnęło Magisterium Kościoła) straszliwej zbrodni zwanej oględnie samozaspokojeniem się… choćby zrobił to wszystko, to i tak ogromna ilość zła (wg jakich kryteriów tak w ogóle??) byłaby ilością skończoną tak pod względem czasowym, jak ilościowym i jakościowym. Karanie za coś takiego nieskończenie trwającym cierpieniem byłoby nieskończenie wielką niesprawiedliwością i nieskończenie wielkim złem, nieskończenie większym od wszystkiego, co pojedynczy człowiek jest w stanie złego uczynić.

Bóg, który by stworzył lub dopuszczał istnienie takiego stanu jak piekło, byłby albo:

1) w pierwszym wypadku – wielkim, obrzydliwym sadystą;

2) w drugim wypadku – być może miłosiernym, łaskawym, ale impotentem, niemogącym zapobiec nieskończonemu cierpieniu;

3) w obydwu wypadkach – istotą, z którą nie ma sensu mieć cokolwiek wspólnego. Bo jeśli jest sadystą, karzącym za skończone zło nieskończoną karą, to choćbym został „zbawiony” przez takiego boga, to zastanawiam się, co byłoby większą karą – kara piekła przez niego stworzona, czy przebywanie z nim w jego „królestwie bożym”. A jeśli jest impotentem, który, gdy będę się smażył we wrzących odchodach, dźgany widłami przez diabła zawoła z nieba „ach, jak mi przykro!” to jaką mam gwarancję, że jest w stanie dać mi jakiekolwiek szczęście, skoro nie może mnie uratować od nieszczęścia?

Tymczasem wystarczy pójść do lasu, usiąść na mokrym mchu i poczuć jego chłód, odetchnąć zapachem żywicy, kory, igliwia i rozpadu szczątek organicznych w glebie – żeby pojąć, że JEŻELI istnieje Stworzyciel, to nie ma on nic wspólnego z rozhisteryzowaną, bulgoczącą wściekłością i jednocześnie obłudnie, słodziutko się uśmiechającą z ołtarzy kreaturą, którą – różnie nazywaną w różnych religiach i wyznaniach – można określić ogólnym mianem „ludzkiego boga”. Bo jak człowiek nie umie się miarkować w swojej żądzy zemsty – tak chce, by jego bóg się w tym nie miarkował i tych, których tenże człowiek uzna za złych wg jego wizji moralności, wiekuiście palił, smażył, dźgał, ćwiartował, gwałcił, deptał, nurzał w siarce, smole, wrzącym szambie, spermie i szlamie pokaustyzacyjnym.

Blondi, pies Hitlera, była w stanie swojego właściciela kochać pomimo wszystkiego, co tenże uczynił i jakim był (także dla niej) – i w ten sposób stała się ambasadorem i znakiem tego, czym jest Las, jaką miarą mierzy i jakim Prawem się kieruje.

Tako rzecze Wilk. Howgh!

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.