DIXI ET SALVAVI ANIMAM MEAM. O MORALNOŚCI „NAWRACACZY”

Wyobraź sobie, że kiedyś dawno, dawno temu – powiedzmy przed kilkunastu laty – poznałeś, Przyjacielu, jakąś osobę. Może to była jakaś kolonia letnia za dziecięcych lat, może ktoś ze szkoły, studiów, z pierwszej pracy – nieważne. Wyobraź sobie następnie, że z tą osobą kontaktu już od tych kilkunastu lat nie masz, albo że jest to kontakt bardzo, ale to bardzo sporadyczny. Oczywiście masz tę osobę na liście znajomych na facebook’u. Portal ten daje taką możliwość, że teoretycznie w każdej chwili możesz się do takiej osoby przez internet odezwać i zapytać, co u niej, ale tego nie robisz – bo po co i niby o czym?

Każdy z nas ma wielu takich „znajomych” martwego kontaktu na facebook’u czy innym tego typu portalu. Nie inaczej było ze mną. Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło.

MAŁY MISJONARZ W AKCJI

Kiedy z niewielką górą rok temu założyłem tę stronę, kiedy ukazał się na niej ten czy inny artykuł – te martwe kontakty zaczęły po kolei zmartwychwstawać – ale tylko na chwilę, na jedną rozmowę przez internet. Niewiele z tych rozmów było konwersacją typu: „hej, co u Ciebie? Tyle lat się nie widzieliśmy”.

Większość z tych rozmów stanowiły taktowne i nietaktowne, bardziej lub mniej nieudolne próby NAWRACANIA mnie.

Te bardziej taktowne próby sprowadzały się do informowania mnie, że „ja się z tym i tamtym, co napisałeś, nie zgodzę”. Tych mniej taktownych nie przytoczę ze względu na przyzwoitość. Łączyło je jednak to, że kiedy ktoś zdecydował się odezwać do mnie po kilku, kilkunastu latach braku jakiegokolwiek kontaktu, to nie po to, żeby porozmawiać o tym, co porabiamy, nie po to, żeby powspominać jakieś dawne czasy – ale tylko po to, żeby zaprotestować przeciwko mojemu odrzuceniu wiary chrześcijańskiej i spróbować uświadomić mnie, jaki to straszliwy błąd popełniam.

Od razu zadałem sobie pytanie: dlaczego w czasach, kiedy byłem religijnym fanatykiem, żaden z dalej lub bliżej znajomych ateistów nie próbował tego samego, nie przerywał milczenia po długim czasie tylko po to, żeby mnie przekonywać o nieistnieniu boga? Skąd ta dysproporcja? Co sprawia, że chrześcijanin natrafiwszy przez przypadek na zamieszczony na czyjejś prywatnej stronie tekst o antyreligijnej wymowie odczuwa tę nieprzepartą, niemal fizjologiczną potrzebę, żeby zdefekować się w prywatnej rozmowie czy komentarzu pseudoapostolskim elaboratem o szkodliwości niewiary? Dlaczego nie napisze tego u siebie, nie założy swojej strony promującej religijność – nie, musi wejść z butami do konkretnej osoby?

RENESANS KRZYŻOWCÓW

Dziś wielu ludzi na całym świecie odchodzi od wiary religijnej, a szczególnie od chrześcijaństwa. Nieliczne głosy uczciwości po stronie wierzącej przyznają, że chrześcijanie rzetelnie sobie przez wieki na taki stan rzeczy zapracowali. W łonie samego chrześcijaństwa nasila się zjawisko konwersji z jednego wyznania na inne. Mało się też mówi o tym, że Polska na przykład przoduje w świecie pod względem osób, przechodzących z katolicyzmu na… judaizm. Wszystko to sygnalizuje problem tego, że chrześcijaństwo nie zaspokaja już tych potrzeb, z jakimi człowiek zwraca się do religii – a także, że tychże potrzeb jest też coraz mniej.

Ale każda akcja wywołuje reakcję o tym samym kierunku, lecz przeciwnym zwrocie – głosi stare prawo fizyki. Nie inaczej jest w tym niefizycznym świecie przekonań religijnych.

Jeszcze niedawno – w czasach, które niestety odeszły – tą reakcją było rozpoczęcie dialogu ekumenicznego, najpierw między wyznaniami protestanckimi, potem także między katolikami i prawosławnymi. Chciano zażegnać wewnątrzreligijne spory, gdy zdano sobie sprawę, jak bardzo obniżają one wiarygodność chrześcijaństwa.

Tą reakcją był także drugi sobór watykański, odbywający się pod hasłem aggiornamento – „udzisiejszenia” katolicyzmu. Tą reakcją były nowe prądy myślowe typu teologia wyzwolenia czy – moim zdaniem – głęboko chrześcijański w swojej wymowie ruch rastafariański.

Niestety, żyjemy w czasach, kiedy chrześcijanie tej opcji, opcji pozytywnej wymierają, ustępując miejsca nowej krucjacie, istnemu renesansowi świata wypraw krzyżowych, przymusowych chrztów i polowań na czarownice.

Do lamusa odsyła się dziś tych, którzy na sekularyzację chcieli reagować przemyśleniem i reformą tego, jaką propozycją dla współczesnego człowieka miało by być chrześcijaństwo. Na naszych oczach w ogóle odchodzi się od wizji chrześcijaństwa jako propozycji – na rzecz chrześcijaństwa jako nakazu.

W tej atmosferze rodzi się przedziwna moralność, moralność „nawracacza”. Idealnym jej opisem jest zamieszczona w tytule, łacińska sentencja: dixi et salvavi animam meam – „powiedziałem i zbawiłem moją duszę”.

Żadna z tych osób, które po latach się odezwały, żeby skrytykować moje odrzucenie chrześcijaństwa nie odezwały się, kiedy byłem w potrzebie, żadna z tych osób nie pomogła mi, kiedy dziesięć lat temu bezskutecznie szukałem pracy, żadna z tych osób nie zapytała się wtedy nawet, jak sobie radzę.

Nie, te osoby, tak głęboko przekonane o tym, że wielkim złem jest egoizm – same niesamowitym egoizmem się wykazują. Bo ich religia, chrześcijaństwo wojujące, zawiera pewien bardzo, ale to bardzo groźny imperatyw, zawarty w Księdze Ezechiela:

Jeśli do występnego powiem: „Występny musi umrzeć” – a ty nic nie mówisz, by występnego sprowadzić z jego drogi – to on umrze z powodu swej przewiny, ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił, on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę.
(Ez 33, 8-9)

Tak to z jednej strony kij w postaci boskich pogróżek, z drugiej marchewka w postaci błogiego uczucia, że oto ja, niczym apostoł Paweł, niczym legendarni misjonarze dziś głoszę Chrystusa w porę i nie w porę – pcha wielu chrześcijan do uprawiania nowej krucjaty, do reagowania na ateizację – wojowniczą, templariuszowską ewangelizacją.

Są ludzie – i jest ich nawet całkiem sporo – którzy w swoim apostolskim zapale idą o krok dalej. Zapisują się mianowicie tacy na przeróżne fora internetowe grupujące ateistów, żeby tam krygować się w przebraniu Pawła z Tarsu XXI wieku. A kiedy ktoś zniecierpliwiony ich nachalnością odpowie im dobitniejszym tonem – momentalnie pojawia im się w ręku palma męczeństwa. Nic, tylko ubrać takiego w udrapowane szaty i postawić na rokokowym ołtarzu z atrybutem klawiatury komputerowej w ręku i podpisem: święty Troll z Neostrady.

W OBLICZU FANATYZMU

Moralność „nawracacza” to moralność nachalnego obłudnika, którego – wbrew jego ideowym deklaracjom – w ogóle nie interesuje kwestia czyjegoś zbawienia. Takiego człowieka w pierwszej kolejności interesuje jego własne, osobiste zbawienie, do którego potrzebuje pochwalić się przed Jezusem odpowiednim CV. W drugiej zaś kolejności interesuje go zaleczenie dysonansu poznawczego – a mówiąc dosadniej, bólu dupy – z powodu tego, że jak to: przecież istnienie boga i to MOJEGO boga udowodniono! Przecież chrześcijaństwo jest najcudowniejszą drogą życia! Przecież nauka zawarta w Biblii jest w sposób niekwestionowany doskonale dobra! Więc jak to: nie wierzysz? Jak to: odrzuciłeś chrześcijaństwo? Jak to: uważasz naukę Chrystusa za niegodziwą? Jak możesz??

A ja na to odpowiadam: mogę. Mogę, bo spojrzałem w oczy Wilka, bo wsłuchałem się w oddech Lasu i poznałem potęgę Prawa Doboru Naturalnego. Mogę, bo widziałem przez mikroskop chromatynę w jądrze komórkowym i widziałem przez teleskop galaktykę Bodego odległą o 12 milionów lat świetlnych od Ziemi. Mogę, bo przewędrowałem wiele kilometrów śladami wilków.

Ale takich ludzi nie interesuje moja odpowiedź. Ba, paradoksalnie w głębokim poważaniu ma taki człowiek to, czy jego apostolskie napomnienie odniesie skutek i czy się nawrócę. Gdyby było inaczej, przejawiałby zainteresowanie moim losem, moim życiem – ale nie, jego obchodzi właśnie tylko to: powiedzieć i zbawić swoją duszę. Zbawić od strachu przed piekłem, zbawić od bólu, jaki sprawia niemożność pojęcia mojej postawy i tego, że jestem w niej szczęśliwy, wreszcie: zbawić od stresu, którego w nadmiarze zapewnia uznanie nauki chrześcijańskiej za swój kodeks postępowania. A że jedynym skutecznym sposobem na zbawienie od tego wszystkiego jest odejście od chrześcijaństwa – na co ci ludzie się nie mogą zdobyć – będzie do nich ta potrzeba powracać z regularnością głodu narkotykowego.

Co pozostaje nam, którzy odrzuciliśmy banialuki wiary w fantasmagorie, nam, którzy zatonęliśmy w zachwycie nad Wszechświatem, jego prawdziwością, potęgą i dostojeństwem?

Pozostaje nam zrobić to, czego uczy nas Prawo Doboru: przystosować się. Być może histeria i fala spolaryzowanego fanatyzmu przeminie i rozwieje się jak pierd w powietrzu. Być może przeciwnie – wzmoże się i zaowocuje prawdziwymi zbrodniami i rozlewem krwi. Być może sama zawali się na siebie w olbrzymim krachu, gdy Przyroda dobitnie odezwie się, uderzając w ludzką cywilizację zasłużonymi konsekwencjami jej zaborczości i marnotrawstwa. Jakkolwiek będzie, trzeba nam od pilnie przystąpić do szkoły Wilka i od wilków nauczyć się, jak przetrwać zmienne powiewy ludzkiego szaleństwa.

Tego Ci życzę, Przyjacielu, żebyś jak wilk przetrwał i przeżył szczęśliwie te dni i lata, które będą Ci dane przez Przyrodę. Bo tylko to jest prawdziwym zbawieniem i prawdziwym zwycięstwem.

Podziel się

One Reply to “DIXI ET SALVAVI ANIMAM MEAM. O MORALNOŚCI „NAWRACACZY””

  1. Dziękuję.Mam podobne doświadczenia.Ale żyję sobie po swojemu i nie pozwalam na to, żeby ktoś wlaził mi z brudnymi nogami do mojego światopogladu, czy nadeptywał na koci ogon.Są ludzie , ktorzy mnie lubią znająć moją postawę i są tacy , którzy tego nigdy nie zrozumieją .Udało mi się ” jakoś” przeżyć 69 lat z etykietką niewierzacej ale ostatnie lata były chyba najtrudniejsze…. nie można sobie pozwolić na narzucanie jedynej racji .Trochę wojuję dając świadectwo , że myślę i działam na rzecz malej wspólnoty , jako ta dziwna.
    Serdeczności przesyłam i mruki od moich kotów!😁♥️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.