GWIAZDKA PANTEISTY, CZYLI CZYJE SĄ ŚWIĘTA?

25 grudnia każdego roku kościoły chrześcijańskie różnych rodzajów obchodzą święto, zwane Bożym Narodzeniem lub Narodzeniem Pańskim. Treść tej uroczystości wydaje się jednoznaczna: jest to wspomnienie narodzenia Jezusa Chrystusa, założyciela chrześcijaństwa, wspomnienie tego, że Bóg rzekomo przybrał naturę człowieka.

Zastanówmy się jednak: na ile to święto jest rzeczywiście chrześcijańskie? A może jest… panteistyczne?

Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, przyjrzyjmy się wszystkim elementom tego święta pod lupą. Zapewniam was, to co zobaczycie będzie… mało chrześcijańskie.

1. Idea świętowania

Zacznijmy od podstaw, czyli: skąd w ogóle wziął się pomysł żeby „świętować”, czyli rzucić swoje codzienne zajęcia, najeść się, zabawić, nic nie robić, oddać się przyjemnościom i w ogóle czynić jakiś dzień innym od wszystkich.

Świętowanie nie jest wynalazkiem chrześcijańskim. Ba, nie jest nawet wynalazkiem ludzkim! Można powiedzieć, że jest ono tak stare, jak samo życie. Dla prostych, jednokomórkowych organizmów wyłączenie swojej zwykłej aktywności biologicznej jest sposobem na przetrwanie niekorzystnych warunków. Każde zwierzę, któremu przez odpowiednio długi czas coś nie pozwoli zasnąć, umrze. Wilki, gdy nie polują, bawią się, śpią, zwiedzają świat. W całej Przyrodzie obowiązuje zasada, że pracuje się, poluje, walczy – po to aby żyć, a nie na odwrót. To właśnie „żyć” znaczy „świętować” – czyli po prostu cieszyć się życiem. Trwa ono krótko, więc każda chwila jest cenna i żadnej nie można marnować na… niepotrzebną pracę.

Zupełnie inny pogląd na świat wprowadziło chrześcijaństwo, zwłaszcza katolicyzm i kalwinizm. Tu wynaleziono potworka, zwanego „etosem pracy”, „wartością pracy”, paplaniną o tym, że „człowiek, pracując, współdziała ze Stwórcą” (Twierdzenie to jest tym bardziej absurdalne, gdy zważymy, że człowiek swoją pracą najczęściej niszczy Przyrodę). Tu wprowadzono pochwałę „cnoty” pracowitości i potępienie „lenistwa”. Tu narodził się kapitalizm. Tu narodziło potworne, odrażające hasło, które po dziś dzień przyświeca większości pracodawców: „Arbeit macht frei”.

W chrześcijaństwie świętowanie jest tylko po to, żeby potem więcej, lepiej i wydajniej pracować, więcej i wydajniej zarabiać, żeby więcej złota móc wpłacać na konta próżniaczej hierarchii duchownej.

Patrząc więc uczciwie, sama idea świętowania jest niemalże antychrześcijańska. Jak dotąd: 1:0 dla panteizmu.

2. Data

25 grudnia był – dawniej – dniem przesilenia zimowego. Dzisiaj to wydarzenie astronomiczne wypada 21 – 22 grudnia, a to przez zmiany w kalendarzu, które nastąpiły w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat.

Ludzie od pradawnych czasów interesowali się zjawiskiem skracania i wydłużania dnia w cyklu o rocznym. Kiedyś miało to znaczenie istotne dla przetrwania: zorientowanie się po astronomicznych wskazówkach co do tego, kiedy jest wiosna, a kiedy zima pozwalało z większym wyprzedzeniem planować prace rolne. Już w neolicie budowano drewniane lub kamienne kręgi, pozwalające obserwować miejsce wschodu i zachodu słońca, a tym samym – wyznaczać najkrótszy i najdłuższy dzień w roku.

Nic dziwnego więc, że dla ludzi, uzależnionych na co dzień od władzy Przyrody dzień przesilenia zimowego stał się dniem szczególnym. Był to dzień narodzin lata, które odtąd, jak dziecko, „rosło”, bo rósł dzień, przynosząc najpierw odwilż, potem wiosnę. Była to zarazem najdłuższa noc w roku, a więc apogeum panowania ciemności, a więc święto wszystkich nocnych stworzeń, symbol tego, co w Przyrodzie przerażające, wobec czego człowiek jest bezsilny.

Wiele więc kultur i religii obchodziło ten dzień jako szczególny, świąteczny. Taki też był ów dzień dla wyznawców boga Sol Invictus, „Słońca Niezwyciężonego”, którego to czcicielem po grób był… Konstantyn Wielki. Kto wie, może dla podlizania się cesarzowi chrześcijańska hierarchia obwołała dzień przesilenia zimowego świętem narodzin Jezusa? Prawdziwa data tego wydarzenia już wówczas była nieznana. A duchowieństwo ma i dzisiaj paskudny zwyczaj żenienia się z władzą na wszelkie możliwe sposoby.

Przesilenie zimowe to data wyznaczona przez sam Wszechświat, przez konstrukcję Układu Słonecznego. 2:0 dla panteizmu.

3. Choinka

Fama głosi, że zwyczaj przystrajania choinki na Boże Narodzenie pojawił się gdzieś u zarania Reformacji w Niemczech. Niektórzy wręcz przypisują ten pomysł Marcinowi Lutrowi, ale nie ma na to żadnych dowodów. Zdania wśród badaczy są podzielone, a dodatkowy chaos wprowadza fakt, że taki zwyczaj napotykamy w wielu kulturach. Szczególnie interesujący trop prowadzi do wierzeń pogańskich Germanów, którzy Wszechświat wyobrażali sobie jako wielkie, rozgałęzione drzewo, a na dowód, że tak jest pokazywali sobie… Drogę Mleczną na niebie. I mówili: to konar tego wielkiego drzewa!

Zastanówmy się przez chwilę, jaki właściwie sens ma z chrześcijańskiego punktu widzenia przystrojona bombkami choinka?

Odpowiedź brzmi: żaden. Czczenie drzew, czy w ogóle używanie drzew do czynności religijnych czy świątecznych jest zwyczajem czysto pogańskim i panteistycznym w swojej wymowie. Drzewa są bowiem fascynującymi istotami, zupełnie odmiennymi od nas, a przecież żywymi jak my. Gromadzenie się wokół drzewa, które potrafi rosnąć setki lat w jednym miejscu jest dla nas, rozbieganych zwierzaków momentem wytchnienia, skupienia się na czymś stałym, pewnym. Nieprzypadkowo pies obsikuje drzewa – wie, że to dane drzewo rośnie tu i będzie rosło przez długi czas, więc można na nim bezpiecznie i trwale oprzeć konstrukcję swojego terytorium.

Dlaczego choinka? Myślę, że gromadzenie się wokół gołego na zimę drzewa liściastego byłoby zbyt przygnębiające. Skądkolwiek wziął się zwyczaj strojenia drzewka na święto przesilenia zimowego, jasne jest, dlaczego akurat na takie drzewo padł wybór.

A przyjrzyjmy się choince tak okiem współczesnego człowieka. Zadziwiające jest, jak dobrze oddaje to udekorowane drzewo znaną nam dziś konstrukcję Wszechświata. Gwiazda na szczycie – to Wielki Wybuch, początek czasu i przestrzeni. Począwszy od niej aż w dół choinka jest coraz szersza, coraz bardziej rozgałęziona – jak i Wszechświat, który napędzany inflacją kosmologiczną, rozpierany ciemną energią wciąż się rozszerza. Na gałęziach ramion galaktyk rozbłyskują niczym lampki na choince – wciąż nowe gwiazdy, a wokół nich, niczym kolorowe bombki – wiruje setki, tysiące planet. Galaktyki te łączą się w gromady a gromady – w całe, srebrzyste łańcuchy, które oplatają Wszechświat skomplikowaną siecią. A na dole jest teraźniejszość – miejsce, gdzie widoczny pień przeszłości i chwili obecnej przechodzi w ukryty, nieznany korzeń przyszłości.

Ciężko sobie wyobrazić lepszy posąg Boga – Wszechświata, niż żywą, przystrojoną światłami, bombkami i łańcuchami choinkę. 3:0 dla panteizmu.

4. Kolacja wigilijna

Zwyczaj rozpoczynania jakiegoś święta wieczorem dnia poprzedniego od uroczystego, sutego posiłku jest zwyczajem… żydowskim. W taki właśnie sposób rozpoczyna się świętowanie cotygodniowego i najważniejszego święta religii mojżeszowej, czyli Szabatu.

Ktoś, kto nigdy nie miał okazji przeżyć Szabatu nie wie, jak bardzo sensowne jest takie rozwiązanie. Otóż cały rytuał żydowskiego Szabatu jest w gruncie rzeczy bardzo praktyczną, oszlifowaną przez wieki odpowiedzią na pytanie: Jak mając do dyspozycji tylko 24 godziny raz na tydzień naprawdę, solidnie, psychicznie i fizycznie wypocząć?

Świętowanie więc zaczyna się wieczorem tak, żeby w gruncie rzeczy centralnym czasem całego odpoczynku była noc. Noc wyjątkowa, bo noc, po której nie trzeba się zrywać na ostry dźwięk budzika o lodowatym, ciemnym świcie. Noc, kiedy można siedzieć i pić wino do późna, a potem spać ile dusza zapragnie. Uroczysta, powolna i spokojna kolacja jest zaś przeciwwagą dla w biegu spożywanych posiłków wypełnionego pracą tygodnia.

Szabat to także przygotowania do niego – przepisy religijne zabraniają w ów dzień jakiejkolwiek pracy, w tym także gotowania, więc wszystko musi być gotowe przed zachodem słońca w piątek. Wydaje się to idiotyczne, ale wystarczy trochę wyobraźni, żeby zrozumieć stojący za tym praktyczny sens. Otóż pomyśl, że zmachany całotygodniową pracą, zamiast paść na fotel, przerzucać kolejne kanały w TV pierdząc i bekając, dowalasz sobie jeszcze: intensywne sprzątanie, gotowanie naraz trzech posiłków na cały następny dzień itd. A potem jeszcze, jak nakazywał dawniej szabatowy zwyczaj, wychodzisz o zachodzie słońca na pola, poza ludzkie siedziby, aby powitać Szabat, zwracając się do dziczy: „wyjdź oblubieńcze, na spotkanie oblubienicy, razem powitajmy nadejście Szabatu”. I potem z takiego spaceru wracasz – prawdopodobnie już powłócząc nogami, siadasz… i nagle uświadamiasz sobie: Już nic nie muszę. Koniec. Nie muszę naprawdę NIC już robić. Wszystko czeka przygotowane, by jeść, pić i zażywać wszelkich rozkoszy lenistwa. Myślę, że jeśli odpoczynek może dać rozkosz porównywalną z najlepszym seksem, to tylko w taki sposób. Nawiasem mówiąc, niektórzy rabini zalecali, żeby stosunki seksualne odbywać właśnie w noc szabatową…

Jak więc widzimy, kolacja wigilijna ani się nie wywodzi z chrześcijaństwa, ani nie ma żadnej, chrześcijańskiej wymowy. Ma za to podstawę w tych trzech rzeczach: w religii mojżeszowej, w chęci sprawienia sobie maksymalnej, czysto fizycznej przyjemności oraz odpoczynku i uświęconym lenistwie.

Ciężko o coś mniej chrześcijańskiego. Dodajmy jeszcze, że żydowski Szabat miał wiele, podobnie pomyślanych odpowiedników w innych, pierwotnych i pogańskich kulturach. Aha, i zaczyna się od podzielenia się chlebem… No cóż… 4:0 dla panteizmu.

5. Msza Pasterska, czyli „Pasterka”

W Kościele katolickim nic nie może się odbyć bez mszy. Czasami nawet dwóch (patrz: bitwa pod Grunwaldem). Jakże to więc, Boże Narodzenie tak bez mszy? No więc wynaleziono „Mszę Pasterską”.

Zwyczaj jest stricte chrześcijański, obrzęd też… ale wróć. Miałem kiedyś znajomego, który straszliwie religijny nie był, ale święta obchodził, bardziej jako odpoczynek i wyszalenie się od codziennego trudu, bez liturgiczno – teologicznego podtekstu. Wynalazł on mianowicie coś takiego, że po kolacji wigilijnej, gdzieś tak koło północy zapraszał kumpli pod altanę na ogrodzie, rozpalał tam w kominku i… no cóż, wódka lała się strumieniami. I taką to celebrację przewrotnie nazwał: zapraszam do mnie na Pasterkę…

Skądś się bierze to, że ludzie w weekend, zamiast odpoczywać w sensie dosłownym, pędzą na imprezy, najlepiej z alkoholem i muzyką. Trochę sobie ten odpoczynek przez to psują (po takim weekendzie to dopiero trzeba odpoczywać…) ale dużo to mówi o naszym świecie. Skoro dzień wolny sprawia nam tyle radości, że znika całe zmęczenie, że mamy ochotę tańczyć, bawić się i wrzeszczeć po pijanemu na cały głos, to jak bardzo wielką, choć nieuświadomioną udręką musi być nasze codzienne życie. Życie wypełnione na wskroś chrześcijańskim „etosem pracy”, „pracowitością”, „bez pracy nie ma kołaczy”, itd.

I choć zwyczaj Pasterki jest więc chrześcijański, to gdzieś spod niego wyziera nasza natura. Ta nadana nam przez Przyrodę, a stłamszona, zdeptana i wbita na siłę w ramy przez chrześcijańską cywilizację. Przyznaję tu punkt chrześcijaństwu: 4:1. Ale tylko kurtuazyjnie.

A tak na marginesie. Zapytaj katolickiego proboszcza: czy jeśli połamię się opłatkiem, zjem kolację wigilijną, pośpiewam kolędy, ale na mszę nie pójdę, to spełniam obowiązek chrześcijański, czy nie? Odpowiedź będzie brzmiała: nie, masz grzech ciężki i musisz się z tego wyspowiadać. A jeżeli pójdę na mszę (i dam na tacę), ale nie będę miał w domu choinki, nie będzie żadnej kolacji, żadnego opłatka ani nic w tym guście, to spełnię tenże obowiązek? Aaaa, to już jak najbardziej tak!

Chore to jest. Tyle mogę powiedzieć jako komentarz.

6. Kolędy

Śpiewanie kolęd wydaje się zwyczajem chrześcijańskim… ale to tylko zewnętrzna pozłota.

Przyjrzyjmy się samej treści kolęd. Wiele z nich jest na bakier z oficjalną teologią. A w ogóle to większość z nich, typu: „lulajże Jezuniu” czy tym podobne – jak dla mnie więcej ma wspólnego z przesłodzoną kołysanką roztkliwionej matki niż z JAKĄKOLWIEK teologią. Jeżeli czyjaś cześć jest w tych przyśpiewkach wyrażona, to nie jest to cześć chrześcijańskiego Boga, ale cześć dla matczynej miłości i cześć dla słodyczy dzieciństwa.

A w ogóle: śpiewanie podczas świętowania? Jest stare jak samo świętowanie. Śpiewają ptaki w czasie swoich godów, wyją wilki, gdy cieszą się z udanego polowania. Nawet ateistom zdarza się zaśpiewać „góralu, czy ci nie żal”, albo „sto lat”, gdy świętują przy alkoholu czyjeś urodziny czy jubileusz.

Śpiew to zdrowie. I naturalna rzecz, nadana nam razem z głosem przez ewolucję. 5:1 dla panteizmu.

7. Prezenty

Zwyczaj obdarowywania się znają nawet zwierzęta, ba, jest to znane nawet roślinom! Niemiecki leśnik, Peter Wohlleben w swojej książce „Sekretne życie drzew” opisuje przypadek, kiedy odnalazł w lesie resztki pnia już dawno ściętego drzewa. Okazało się, że korzeń i resztki tegoż pnia są żywe, pomimo braku możliwości przeprowadzenia fotosyntezy. To sąsiednie drzewa utrzymywały resztkę starej rośliny przy życiu, obdarowując ją wszystkimi składnikami, których ta potrzebowała do życia.

Wszechświat znał radość dawania i otrzymywania prezentów na długo zanim ktokolwiek pomyślał o opakowywaniu ich w błyszczący papier i układaniu pod choinką. I na wiele, wiele lat przed naszą erą. 6:1 dla panteizmu.

Podsumowanie

Werdykt jest jednoznaczny: 25 grudnia z kolacją wigilijną, śpiewem, choinką i prezentami jest świętem dla wszystkich, także dla pogan, panteistów, ateistów. Chrześcijaństwo nie ma patentu ani wyłączności na ten obchód, na tę tradycję i zwyczaje z nią związane. Nie może przybić znaczka © na dniu zimowego przesilenia. Różnica będzie niewielka i wyrazi się w tym, czy ktoś po kolacji pójdzie spać, albo poszaleje przy winku z przyjaciółmi, czy też pójdzie do zimnego kościoła wysłuchiwać politycznych tyrad z ambony. Co kto woli chciałoby się rzec 🙂

Świętujmy więc, odpoczywajmy i życzmy sobie wilczych, dzikich, wesołych Świąt ♥

Podziel się

One Reply to “GWIAZDKA PANTEISTY, CZYLI CZYJE SĄ ŚWIĘTA?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.