KRAINA ZATRZYMANEGO CZASU. WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ ŁABY

Czym jest czas? To pytanie ludzie zadawali sobie od dawna: jedni z czystej ciekawości, inni z myślą o użyciu takiej wiedzy do podróży w przeszłość i przyszłość.

Katastrofą w historii ludzkości było to, że przez długi czas na takie pytania próbowano odpowiadać wygodnie siedząc w fotelu i filozofując, ewentualnie poszukując jakiejś podpowiedzi w ezoterycznych, pradawnych tekstach – spisanych przecież przez tak samo omylnych i filozofujących w fotelu ludzi.

Bojar odwraca się przez ramię – a w Języku Wilków oznacza to: „chodź za mną”. On w imieniu Fenrira, Wielkiego Wilka Końca Czasu poprowadzi nas dzisiaj do odpowiedzi na to pytanie. Udzieli jej sam majestat Przyrody, dostojeństwo gór i chwała Wszechświata.

Opuściliśmy Szklarską Porębę i udaliśmy się brzegiem potoku Kamieńczyk.  Już on jest dla nas pierwszym świadkiem czasu.

Przed 1945 rokiem nosił on nazwę „Zackel”, a rzeka Kamienna, której jest dopływem: „Zacken”. Nie są to słowa niemieckiego pochodzenia, ale słowiańskiego. Pochodzą od tego samego rdzenia, z którego wywodzi się nasz współcześnie używany czasownik: „cieknąć”, rzeczowniki: „ciek, ciecz”.

Skąd w kraju, opisanym czysto niemieckimi nazwami, takimi jak Hirschberg, Riesengebirge, Schreiberhau taka nazwa?

Pochodziła ona sprzed wieku XIII, z czasów, gdy ludność zamieszkująca te tereny była jeszcze w większości słowiańska. Wieki przekształceń sprawiły jednak, że polskie władze ustalające po II wojnie światowej nowe nazewnictwo nie rozpoznały brzmienia starych słów.

Gdy zmienia się ludzkie państwo, ba, gdy zmieni się ustrój czy partia rządząca – pierwsze padają ofiarą nazwy ulic. A bo ten czy tamten patron nagle nie jest już bohaterem, oklaskiwani stają się wygwizdanymi… A na ich miejsce przychodzą nowi „bohaterowie”, nowi „godni upamiętnienia” tylko po to, żeby po kolejnej zmianie sytuacji również odejść na śmietnik.

Tylko nazwy obiektów przyrodniczych potrafią utrzymywać się przez całe wieki. Jakby świadcząc o tym, że czas dla Przyrody jest czymś zupełnie innym niż dla nas.

Idąc brzegiem tego strumienia dotarliśmy do niezwykłego cudu natury.

Potężna, potrójna kaskada Wodospadu Kamieńczyka

Potok opada tutaj blisko trzydziestometrowej wysokości wodospadem w wąską i głęboką gardziel wąwozu o pionowych, skalnych ścianach.

Miejsce to od dawna robiło na ludziach potężne wrażenie. Długi na sto metrów wąwóz głęboki jest na trzydzieści, a szeroki miejscami na ledwie trzy do pięciu metrów. Jakby jakiś olbrzym nagle uderzył toporem w górskie zbocze i zostawił w nim głęboką szczelinę.

W pewnym sensie dokonał tego olbrzym. W mitologii skandynawskiej olbrzymy symbolizowały najpierwotniejsze, najbardziej podstawowe moce Przyrody.

Wąwozu Kamieńczyka nie stworzył żaden bóg w którymś z sześciu dni. Wyrzeźbiła go woda.

Ludziom ciężko jest to pojąć, dlatego wymyślają sobie obdarzonych magicznymi mocami, typu „pyk i już” stwórców. Gdy spoglądamy na stare zdjęcia Wodospadu Kamieńczyka czy wczesne, siedemnastowieczne grafiki go przedstawiające wydaje się nam, że nic się nie zmieniło. Nawet spękania w skałach są takie same.

Jednak czasami wystarczy uważnie patrzeć pod nogi, żeby zrozumieć.

Kiedy chodziłem do szkoły droga do niej wypadała mi po nachylonej ulicy, która nieco dalej przechodziła w polną, gruntową drogę. Wiatr i samochody nanosiły na ulicę piach, który mieszał się z resztkami opadających jesienią liści. To wszystko razem tworzyło przy krawężnikach ubite łachy niczym w rzece.

Jednak wystarczyła jedna burza, jeden ulewny dzień – a woda spływająca po nachylonej ulicy rzeźbiła w tych piaskowych powierzchniach głębokie kaniony, co rusz spływające miniaturowymi wodospadami.

A teraz, dumny człowieku stań nad brzegiem Wąwozu i spójrz w jego przepaść. Spójrz na pokryte mchami, granitowe ściany i wsłuchaj się w szum wodospadu. Po to, żeby zrozumieć.

Często w starych, średniowiecznych zamkach czy kościołach można zobaczyć wyślizgany przez wieki, kamienny próg w głównym wejściu. Czasami wręcz widać zagłębienie, wyrzeźbione stopami przechodzących tędy przez stulecia ludzi. I chociaż najczęściej taki próg wykonany jest z miękkiego piaskowca, a podeszwy butów szurały o niego przez sześćset czy nawet osiemset lat – zdołały wyrzeźbić w nim ledwie obłe, kilkucentymetrowe wgłębienie.

I teraz pomyśl, człowieku. Pomyśl, przez ile lat, wieków, ba, tysiącleci musiał tędy płynąć potok, że wciął się w twardą, granitową skałę jak nóż, jak dłuto rzeźbiarza czy kilof górnika.

Sto pięćdziesiąt lat, które minęły od wykonania pierwszej fotografii Wodospadu Kamieńczyka czy trzysta od pierwszych rysunków i grafik – są niczym dla Przyrody. Ona ma dużo czasu. O wiele więcej, niż ludziom jest dane móc sobie to wyobrazić.

Bardzo, ale to bardzo mi przykro, ale już sam Wąwóz Kamieńczyka wystarczy, żeby wyśmiać na głos wysiłki teologów, którzy wyliczyli, że według Biblii świat został stworzony 22 września 4004 roku p. n. e. w godzinach wieczornych.

Nie wystarczy sześć tysięcy lat. Nie wystarczy i dziesięć razy tyle, żeby powstał Wąwóz Kamieńczyka. A co dopiero Wielki Kanion Kolorado.

Nie wszystko tu jednak jest dziełem Przyrody.

Pomiędzy drugą a trzecią kaskadą Wodospadu Kamieńczyka kryje się wejście do jaskini, zwanej Złotą Jamą.

Pomiędzy drugą a trzecią kaskadą Wodospadu Kamieńczyka znajduje się wejście do jaskini – Złotej Jamy. Wykuto ją sztucznie, w poszukiwaniu złota – prawdopodobnie w XV wieku.

Uprzedzam pytania: nie, dzisiaj nie wolno do niej wchodzić. A i zawsze było to niebezpieczne, bo trzeba się najpierw wspinać po zalewanych wodospadem, śliskich skałach.

Widok z góry na próg wodospadu i wąwóz w głębi.

Nasza droga poprowadziła nas od tego niesamowitego miejsca wyżej, ku nowym naukom, które pobrać można od gór i lasu.

Ot, choćby podejdźmy do rosnącego wśród świerkowego lasu przedstawiciela nielicznych tu drzew liściastych – jarzębia pospolitego Sorbus aucuparia. Co on nam powie o czasie? Nie jest to przecież drzewo – matuzalem, żyje mniej więcej tyle lat, co człowiek.

Jarząb pospolity.

A jednak i ten rówieśnik ludzi w świecie Przyrody może wiele opowiedzieć o czasie. Na przykład to, że jeszcze ja – choć nie jestem stary – pamiętam czasy, kiedy i dorośli nie wstydzili się użyć owoców tego drzewa jako korali. O ileż lepsza to ozdoba od srebrnych i złotych wyrobów! Tamte trzeba wydobywać z ziemi w postaci rudy, w której złota czy srebra jest może kilka procent. Żeby więc z wydartych ziemi przemocą skał wydobyć błyszczący metal, trzeba hektolitrów kwasu siarkowego i innych odczynników. Pozostaje po nich całe morze żrącego, cuchnącego szlamu, który następnie zlewa się do wielkich, trujących osadników. Takich jak Żelazny Most pod Polkowicami czy Geamana w Rumunii.

Czy żywe, lśniące czerwoną barwą owoce nie są piękniejsze, piękniejsze zwłaszcza w tym, że nie są skutkiem brutalnego gwałtu i kradzieży dokonanych na Przyrodzie, ale przyjętym od Niej darem?

Dziś nikt już nie nosi takich korali. Może w przedszkolach jeszcze się zdarza, że dzieci robią sobie z owoców jarzębia tego typu ozdoby. I to tylko pod warunkiem, że przewrażliwieni, rozhisteryzowani rodzice nie przyjdą z pretensjami, że ich dziecko musiało się trochę pobrudzić, zbierając z drzewa jego owoce.

Ja, kiedy byłem mały, bawiłem się nawet w błocie i trzcinowych szuwarach nad stawami. Ojej, ja żyję? To cud! 😂

Jakże szybko zmieniają się ludzie! Szybko zmieniają się ich mody, a każda jest coraz głupsza od poprzedniej. I coraz bardziej szkodliwa.

Droga nagle przeszła w brukowaną charakterystycznymi, betonowymi sześciokątami nawierzchnię.

Charakterystyczne sześciokąty PRL-owskiego szlaku.

Nie trzeba być wielkim znawcą, żeby nie poczuć skojarzeń z czasami PRL-u. Tak, to wtedy właśnie wiele dróg w Karkonoszach obdarzono taką nawierzchnią.

Wydawałoby się, że to istna zbrodnia na Przyrodzie i krajobrazie. Ale pomyślmy: droga ta bez żadnych napraw służy już jakieś pół wieku. Tymczasem „nowoczesne”, „dostosowane do krajobrazu” szlaki muszą być intensywnie naprawiane niemal co sezon. A ja się pytam: co jest szkodliwsze dla Przyrody: kiedy człowiek wybuduje, co już koniecznie musiał i zostawi to miejsce w spokoju przez następne pięćdziesiąt lat, czy kiedy co roku wchodzi ze swoimi maszynami, hałasem, szczającymi po krzakach robotnikami pokrzepiającymi się piwskiem i wrzeszczącymi „KURWA!” tak, że słychać ich aż w Czechach?

Ciekawe, że drogi, brukowane kwadratową kostką szybko wypaczają się pod wpływem zamarzania i odmarzania, ciężaru śniegu… Może kształt sześciokąta, daleka jakaś reminiscencja pszczelich konstrukcji lepiej rozprasza naprężenia? Pozostaje faktem, że zbudowana bodaj w latach siedemdziesiątych droga jest płaska i niemal nieuszkodzona.

Schronisko na Hali Szrenickiej.

Taka to właśnie droga doprowadziła nas do Schroniska na Hali Szrenickiej.

I znów napotykamy tutaj lekcję czasu. W czasach niemieckich schronisko to nazywało się „Neue Schlesische Baude”. Tomy można by napisać na temat historii, która doprowadziła do powstania takiej nazwy. „Baude” to niemieckie określenie schroniska górskiego, zapożyczone od czeskiego „Bouda”, które z kolei wykształciło się właśnie w Karkonoszach. Tutaj bowiem pasterze budowali sobie na górskich halach okresowe schrony: „budy” pasterskie, służące na czas wypasów. Niekiedy, zwłaszcza w czasach wojen i niepokojów w dolinach takie „budy” przekształcały się w stałe mieszkania. Aż przyszły czasy, kiedy zamiast kóz bardziej opłaciło się doić turystów, podążających szlakami i strudzonych długą wędrówką pod górę. Tak to „bouda” stała się „Baude” – schroniskiem górskim. A dlaczego „Neue Schlesische” – „Nowa Śląska”? O tym później.

Znów jednak napotykamy przykład na to, że nawet nasz ludzki język nie nadąża za pędem szaleńców, jaki sprawiliśmy sobie naszą cywilizacją. Bo oto górski hotel z Wi-Fi, toaletami, trzema czy czterema gwiazdkami – nadal jest „budą!”

Vade mecum, człowieku 🙂

Góry to lekcja z bez litości przeładowanym materiałem, a pies w górach to wyjątkowo wymagający nauczyciel. Aż strach pomyśleć o sprawdzianie na semestr…

Nie ma rady, trzeba iść!

Górna granica lasu i Góry Izerskie.

Doszliśmy do górnej granicy lasu. To miejsce, gdzie porywiste wiatry i niskie temperatury w zimie zabiją bez litości każde nasiono, które przyniesie tu ptak czy wiatr. Przeżyją tylko… najmniejsi, ci pokornie płożący się po ziemi, ci z karkiem zgiętym wobec mocy Przyrody. Jak kosodrzewina.

Kosodrzewina Pinus mugo.

Jest to doskonała okazja, by rozprawić się w tym miejscu z powszechnym przekonaniem, jakoby ewolucja darwinowska polegała na tym, że „przetrwają tylko najsilniejsi”.

Można odpowiedzieć w stylu Radia Erewań: Tak, to prawda, tylko że nie „przetrwają”, ale zdołają się rozmnożyć, nie „najsilniejsi”, ale najlepiej dostosowani do aktualnych warunków. I nie „tylko”, ale 3/4 z nich.

Siła w Przyrodzie często jest balastem, który przedwcześnie uśmierca, podczas gdy słabszy, cherlawy dochowa się potomstwa i zasiedli dane środowisko. Gdy zwykłe sosny czy świerki obumierały, powalane wichrami i smagane lodowatym wiatrem, jakaś „nieudana”, „skarłowaciała” sosna zdołała przetrwać i dała początek kosodrzewinie.

Kto wie, może gdy skutki ludzkiego kretyństwa na ludziach się w końcu zemszczą i odrą ich z cieplutkiego i bezpiecznego klosza cywilizacji, gdy na nowo i bez miłosierdzia do pękatego od pychy dupska rodzaju ludzkiego na nowo dobierze się Dobór Naturalny nagle okaże się, że ludzie z autyzmem czy zespołem Downa mają większe szanse na przeżycie niż ci rzekomo „normalni”?

Tymczasem nam przyszło podziwiać „piękno” wspomnianego, ludzkiego kretyństwa, którym góra Szrenica jest obwieszona niczym choinka.

Górna stacja wyciągu. W oddali przekaźnik RTV.

Pisałem już o wyciągach tutaj. Naprawdę, nie chce mi się powtarzać tematu. Ale Szrenica to jeszcze jeden pomnik ludzkiej głupoty, tej o wiele straszliwszej niż lenistwo i konsumpcjonizm.

Wystarczy spojrzeć na szczyt Szrenicy.

W górze Schronisko na Szrenicy.

Stoi tam schronisko, będące ponurym pomnikiem tego, w czym ludzie są bardzo, ale to bardzo dobrzy: nienawiści z idiotycznych powodów.

W latach dwudziestych XX wieku leżące nieco dalej, w Czeskich Karkonoszach schronisko Vosecka bouda dzierżawił Niemiec, Kurt Endler. Ale dzierżawa, to dzierżawa, w końcu upływa jej termin i może zostać wymówiona. Tak się właśnie wydarzyło i pan Endler zinterpretował to jako wyraz „prześladowania” Niemców Sudeckich przez tych paskudnych, bezbożnych Czechów. „Męczennik” przenajświętszej „sprawy narodowej” został przyjęty w Niemczech jak bohater i szybko zebrał składki na wybudowanie własnego schroniska. I to jakiego! Postawił na samym wierzchołku Szrenicy okazały hotel górski, wielki, gołym okiem widoczny z końca Kotliny Jeleniogórskiej i z głębi Czech, a co najważniejsze: bardzo, ale to bardzo dobrze widoczny z niewdzięcznej Voseckiej boudy. Z pewnością niejeden raz powiewała na budynku flaga ze swastyką. A skończyło się to zajęciem Sudetów czeskich przez III Rzeszę w 1938 roku, a potem zaborem reszty Czech, skończyło się Lidicami i Terezinem.

Ale pierwszą poszkodowaną przez „sprawę narodową” była Przyroda. Poszkodowana przez katastrofalne zniszczenie krajobrazu nowym, zupełnie niepotrzebnym schroniskiem, które w dodatku stoi w takim miejscu, że narażone na ostre warunki atmosferyczne częściej wymaga remontu i napraw. A za tym idzie: więcej hałasu i śmieci.

Dlatego jestem takim „lewakiem” i dlatego pluję na „sprawy narodowe”, dlatego wszystko mi jedno, czy to będzie polska, niemiecka czy radziecka „sprawa narodowa”. Pojęcie narodu nie ma biologicznych podstaw, znaczy wszystko i nic. Bo jak określić, kto przynależy do danego „narodu”? Dzisiaj w Polsce nie ma siły, żeby bodaj każdy z jej mieszkańców, „Polak z dziada pradziada” nie miał wśród przodków Niemca, Czecha, Słowaka, Rosjanina, Ukraińca a nawet Holendra. I co najmniej kilku Żydów.

Moją ojczyzną jest Przyroda, a nie ta czy inna organizacja państwowa, polityczna, religijna, społeczna itp. itd.

My z Bojarem odwróciliśmy się więc od tych żałosnych reliktów ludzkiego szowinizmu i wyruszyliśmy poszukiwać mądrości Przyrody.

Na przykład takiej.

Pokryte porostami głazy gołoborza na zboczach Szrenicy.

Wielu ludzi odwiedzających rejony Karkonoszy między Wielkim Szyszakiem a Szrenicą uderza seledynowy kolor skał, gołoborzy i kamiennych bloków, którymi są usiane zbocza najwyższych szczytów.

Jest to zasługa porostów, głównie wzorca alpejskiego Rhizocarpon alpicola oraz wzorca geograficznego Rhizocarpon geographicum.

Porost to owoc straszliwej „zdrady narodowej”, ba, „zbrodni rasowej” wręcz. Oto bowiem glony, które są roślinami, wchodzą w bardzo, ale to bardzo ścisły, jeśli nie intymny nawet związek z… grzybami, a więc istotami z innego królestwa organizmów żywych, innego tak, jak inne są zwierzęta od roślin. Taki to nieprawy związek tworzy właśnie porost.

Typowy porost pod mikroskopem. Zielone kulki to glony, a przeźroczyste nitki – to strzępki grzyba.

Związek ten to świetny interes dla obu stron. Glon wytwarza z dwutlenku węgla z powietrza niezbędne do życia węglowodany, a grzyb w zamian za ich część dostarcza glonom innych składników mineralnych i scala glon w sztywną, trudną do zniszczenia pokrywę, przywierającą do skały, odporną na mrozy, ostre słońce, śniegi i upały.

Jak widać, opłaca się odrzucić szowinizm i nacjonalizm.

Uwielbiam ten kolor…

Dla nas porosty to nie tylko wielka nauka, ale też cudowny kolor, znak czystego powietrza (porosty źle znoszą zanieczyszczenia) i kolejne świadectwo czasu.

Porosty rosną bardzo powoli, często ułamek milimetra rocznie. Są więc oznaką wieku powierzchni skały. I najstarszymi organizmami, które możemy w górach spotkać.

Dla tych porostów czas płynie o wiele, wiele wolniej. Dla nich na miarę krótkiego pierdnięcia były perypetie nieszczęsnego Endlera, na taką samą miarę jest dla nich nasze życie.

Pokłonić się nam wypada przed tą Radą Starszych i jej prastarą nauką o współżyciu pomimo różnic, współpracy pomimo odmienności. A może należałoby powiedzieć: „współpracy DZIĘKI odmienności”?

Pokłonić się pokornie przed tą nauką powinien rozwydrzony, wrzaskliwy, półgłówkowaty, sztubacki nacjonalizm.

A my pokłoniliśmy się także wspaniałości górskich przestrzeni, które mogliśmy stamtąd oglądać.

Wspaniały widok na ogrom górskich przestrzeni…

Idąc dalej dotarliśmy do grupy skalnej o wdzięcznej nazwie: Twarożnik.

Twarożnik. I słupek graniczny na wierzchołku skały.

Nazwa ta wzięła się od kształtu głazu, wieńczącego grupę skalną. Przypominał ludziom gomółkę serową. Dzisiaj rzadko spotykamy taką formę sera: częściej ser to zapakowane w folię plasterki. I znów: nasze czasy się zmieniły, góry trwają. I będą trwać, kiedy przeminą i nasze, wariackie czasy.

Również Twarożnika nie ominął ślad szowinizmów i nacjonalizmów.

Granica państw przebiegała tędy już w XVIII wieku, kiedy Dolny Śląsk został przyłączony do Królestwa Pruskiego. Jednak dopiero w 1935 roku (dwa lata po przejęciu władzy przez nazistów w Niemczech) komuś przyszło do głowy wmurować w skałę słup graniczny. Ba, wręcz chwalono się tym na widokówkach:

Widokówka niemiecka z 1935 roku. Napis dumnie głosi: „Słup graniczny na Twarożniku”.

Tak… I ten oto słupek, dumnie głoszący, że oto tutaj zaczyna się Wielka Rzesza Niemiecka, ten sam słupek później twierdził, że tu się rozgranicza Polska Rzeczpospolita Ludowa i Czechosłowacka Republika Socjalistyczna. A później, że to jednak Czechy i Trzecia RP. A może Czwarta?

Cóż, nie tylko papier jest cierpliwy, kamień, jak widać również. I cierpliwie czeka, aż poupadają kolejne, ludzkie imperia, państwa i państewka.

Lecz oto zbliżamy się do kulminacji naszej wyprawy. Do źródła Łaby.

Łabska Łąka, z której wypływa Łaba.

Co nam powie o czasie ta jedna z największych rzek Europy? Może to, że coś jednak w nas tkwi niezmiennego, tylko o tym nie pamiętamy, lub pamiętać nie chcemy?

Źródło Łaby.

Obejrzyj z Bojarem i ze mną, Wędrowcze to miejsce. I zastanów się.

Ileż tu pracy włożono, żeby ocembrować na podmokłej łące umowne miejsce, z którego początek bierze wielka Łaba. Te murki, ozdoby… Czy czegoś nam to nie przypomina?

Niektórzy wywodzą nazwę Łaby z języka Celtów, inni ze starogermańskich narzeczy. Już Ptolemeusz wspomniał o rzece Albis, że wypływa ona z Gór Asciburgis, gdzie mieszka plemię Wandalów. Nazwa ta zarówno w narzeczach celtyckich jak i starogermańskich znaczyła po prostu „rzeka”. Jakby na określenie Łaby nie potrzebne były żadne przydomki, opisujące jej cechy czy miejsca, przez które przepływa. Nie, to była po prostu „rzeka”, rzeka przez wielkie „R”. Rzeka pogan, czczących Przyrodę i dziękujących za jej dary – także za dar wody.

Dlatego u pogan europejskich tak wielką czcią otaczano źródła. Były one miejscami świętymi, miejscami wdzięczności wobec Wszechświata za to, co jest dla nas niezbędne do życia.

Myślę, że w dzisiejszej chęci do podkreślenia tego miejsca, przyozdabiania go można odnaleźć dalekie echa tego, za czym nasze przygniecione wiekami chrześcijańskich absurdów umysły tęsknią.

To wdzięczność, wyrywająca się z każdej komórki naszego ciała za dar wody, która zrodziła zjawisko życia, a więc zrodziła także i nas – ta wdzięczność każe nam uczcić to miejsce, każe nam do niego pielgrzymować i je czcić. A wszystko to na przekór chrześcijańskiego, wściekłego boga, który Przyrody nienawidzi, bo jest dla niego konkurencją, konkurencją, z którą niewidzialny, urojony i małostkowy Jezus przegrywa. Bo Przyroda to widzialna, dotykalna i realnie wszechmogąca potęga. Potęga, o której nie trzeba pisać świętych ksiąg i uprawiać religijnej propagandy, ale potęga, która sama wydobywa z naszych umysłów pieśń uwielbienia.

To Źródło mówi naszym oczom, że wody nie dał nam żaden bóg, ale wypływa ona z ziemi i jest właśnie Jej darem.

Nic zatem dziwnego, że w Kościele Katolickim woda była od dawna uznana za domenę Szatana, dlatego pobożny chrześcijanin zanosił ją do księdza, który „poświęcał” ją w aż dwóch etapach. Najpierw należało z wody wypędzić diabła, dlatego wypowiadał nad nią słowa: Exorcizo te, creatura aque…, czyli „Egzorcyzmuję cię, stworzenie wodo”. Po długim wyklinaniu diabła dopiero następowało „pobłogosławienie” wody, teraz już wreszcie w imię dobrotliwej, z miłością posyłającej kogo popadnie do piekła Bozi.

Ach, Przyrodo! Przebacz nam naszą głupotę. Przebacz, Ojcze Wilku, Panie Leśnych Ciemności, Bracie Pani Śmierci, że tak niemądrzy jesteśmy. I przyjmij tę naszą wdzięczność, wdzięczność za wodę, ze słońce, za zieleń lasu i chłód wiatru.

Widok na Łabski Szczyt.

Gdy rozejrzeliśmy się dokoła, zobaczyliśmy, że wiele krzewów kosodrzewiny w okolicy nosi ślady ognia. To ślad ogromnego pożaru łąk, który wybuchł tutaj 17 listopada 2018 roku.

Do dziś można zobaczyć w internecie zdjęcia, ukazujące księżycowy krajobraz po tamtym pożarze. Wszędzie widać było jedynie szarą, popielną pustynię. Lecz dziś? Sami zobaczcie.

Życia nic nie powstrzyma…

Niezniszczalne jest życie i niepotrzebna jest nam bajka o zmartwychwstaniu tego czy tamtego guru. Przyroda jest potężna, życie biologiczne nieśmiertelne.

Słyszałeś może o takiej bakterii: Deinococcus radiodurans? Tę bakterię odkryto przypadkiem, kiedy próbowano sterylizować żywność przy pomocy promieniowania gamma. I tak się zepsuło. Bo jedna bakteria przeżyła. Eksperymenty dowiodły, że dopiero przy dawce 15 000 grejów można jej zaszkodzić. Chociaż nie do końca, bo 37% bakterii przeżywa nawet takie napromieniowanie. Dla porównania, żeby dostać taką dawkę promieniowania musiałbyś spędzić bez przerwy cztery doby siedząc na wysadzonej pokrywie reaktora w Czarnobylu tuż po katastrofie. Ale byś tyle NIE spędził, bo dawka śmiertelna dla człowieka to około 10 grejów…

Życie jest potężne. I uczy nas największej lekcji o czasie, jaką człowiek powinien przyjąć.

Dla ludzi czas to przemijanie. Dlatego się go boją, chcą go cofać, nie pamiętać o jego upływie a czasami starają się go zabić.

Dla Przyrody czas to TRWANIE.

Kukułka szerokolistna.

Tak jak taki rosnący na Łabskiej Łące kwiatek: Kukułka szerokolistna Dactylorhiza majalis. Jest rośliną okrytonasienną, a więc należy do szczytowych osiągnięć ewolucji w dziedzinie roślin. Ale… jego nasiona nie zawierają żadnych substancji zapasowych, jak to jest u innych roślin. Takie nasiono, gdyby nie wykiełkowało natychmiast, obumierałoby w szybkim czasie, a przecież nie zawsze można wykiełkować od razu. Ale jest ktoś, kto pomaga nasionkom. To grzyb, który żyje w symbiozie z nasionami kukułki szerokolistnej – niemal tak, jak u staruszków porostów.

Tak to dobre rozwiązania przechodzą z pokolenia na pokolenie i pozwalają przetrwać trudne chwile. Tak to mądrość Przyrody podąża razem ze ścieżkami jej dzieci, pozwalając im kwitnąć i żyć.

Ileż my bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy mądrości szukali w obserwacji Przyrody, a nie w bezpłodnych medytacjach nad bełkotem ksiąg religijnych.

Wodospad Łaby.

Pożegnaliśmy Łabę w miejscu, gdzie opada ona do kotła polodowcowego wspaniałym, czterdziestopięciometrowym wodospadem.

Powróciliśmy na główny szlak, mijając po drodze okazałą, skalną fortecę Łabskiego Szczytu – oczywiście przystrojonego seledynową szatą porostów.

Łabski Szczyt.

Tu skręciliśmy jeszcze na wschód, żeby obejrzeć najwspanialsze, skalne ściany Karkonoszy: ściany Wielkiego Śnieżnego Kotła.

Wielki Śnieżny Kocioł.

I znów, ileż te skały mogłyby nam powiedzieć o tym, jak wiele czasu ma Przyroda! Potrzeba było tysięcy lat ostatniego zlodowacenia, które zaczęło się 117 tysięcy lat temu, a skończyło 11 700 lat temu, żeby wyrzeźbić w górach zapierające dech w piersiach przepaście.

Widok na Kotlinę Jeleniogórską;

No cóż… i tutaj dopadł nas czas. Nie ten czas Przyrody, ale czas ludzki, ten poganiający. Zbliżał się wieczór, a z nim koniec dnia, konieczność powrotu do domu z uwagi na następny dzień w pracy…

Nie tak mocno nas jednak pogonił, żebyśmy nie mogli zobaczyć – i podzielić się z Wami dowodem na to, jak znikoma jest nasza, ludzka historia wobec ogromu czasu historii Przyrody.

Czarcia Ambona na zdjęciu z 1880 roku i dziś…

Nad brzegiem Śnieżnych Kotłów wznosi się skała, zwana Czarcią Amboną. Tak, zaiste diabelskie to kazanie nam wygłosiła dzisiaj Przyroda. Stu czterdziestu lat nie wystarczyło, żeby zmienić oblicze tej skały. Przeminął budynek schroniska, przeminęli ludzie ze zdjęcia – a skała nie zdążyła ani pęknięcia dodać do kolekcji swoich zmarszczek.

Diabelskie to kazanie, bo mówi nam o tym, że ani dosłowna, ani symboliczna interpretacja biblijnej uzurpacji, jakoby jakiś ludzki bóg stworzył Przyrodę nie zmieni faktu, że bełkot starych tekstów jest bajką, mitem, za którym nie kryje się żadna prawda. Nie powstał świat w sześć dni, ani nawet w sześć tysięcy lat. Potrzeba było miliardów lat. Potrzeba było oceanów czasu, tak wielkich, że chrześcijański bóg utopi się w ich przestworach.

I za to Ciebie, diabelska Przyrodo kocham!

Czas wracać do domu…

Nie tak jednak szybko wracać nam do ludzkiego świata! Piękno w górach jest szczególnie widoczne właśnie popołudniami i wieczorami.

Łabski Szczyt jeszcze raz…
Szrenica – stamtąd przyszliśmy 🙂
Wspaniałe, kamienne miasto Borówczanych Skał;
W dole Schronisko pod Łabskim Szczytem;

Zbliżaliśmy się do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Przy okazji opisu Schroniska na Hali Szrenickiej obiecałem, że opowiem, dlaczego nazywało się ono „Nową Śląską Budą”. Ano właśnie przez Schronisko pod Łabskim Szczytem, które zwało się… „Starą Śląską Budą”.

Niegdyś przez to zbocze, Łabski Szczyt i Łabską Łąkę przebiegał jeden z najstarszych szlaków łączących Śląsk z Czechami. W XVII wieku wzniesiono więc tutaj coś w rodzaju strażnicy granicznej, która strzegła przejścia od strony Dolnego Śląska – stąd zaczęto ją zwać Schlesische Baude.

W końcu XVIII wieku zbudowano Schronisko na Hali Szrenickiej – legendy mówią, że założył je zięć właściciela Schroniska pod Łabskim Szczytem, który wyprowadził się tam z małżonką. Stąd były odtąd dwie Śląskie Budy – i tak dla odróżnienia jedną nazwano Starą, a drugą – Nową.

Schronisko pod Łabskim Szczytem.

Jeśli odwiedzicie kiedyś latem to miejsce nie zapomnijcie popodziwiać wielkich okazów szczawiu alpejskiego Rumex alpinus, który tu rośnie.

Ta piękna roślina, wbrew nazwie nie przywędrowała tutaj z alp, ale jest w pełni „tutejsza”.

Szczaw alpejski.

Nieco dalej, dosłownie kilka minut drogi od schroniska możemy ujrzeć kolejne, wspaniałe formacje skalne zwane Kukułczymi Skałami.

Kukułcze Skały.

Jak wszystkie granitowe formy skalne Karkonoszy, tak i te noszą piętno swoje mineralnej struktury: pękają w trzech, ustawionych względem siebie pod kątem prostym płaszczyznach. Oczywiście, jak widzicie na zdjęciu, nie jest to stalowa reguła – kamień był kiedyś płynną lawą, w której różne domieszki lokalnie zmieniały jego skład, dlatego od tej – jak od każdej reguły w Przyrodzie – są odstępstwa.

Czyż Przyroda nie jest lepszym Bogiem od wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa swojemu widzimisię – i widzimisię swoich hierarchów i kapłanów – chrześcijańskiego tyrana? Bądź uwielbiona, Przyrodo, za wolność i totalną anarchię, która sama z siebie organizuje się w Tobie w porządek zapewniający wszystkim spokój korzystania z życia. O, piękna jesteś i wielka!

Droga do Szklarskiej Poręby;

Na powrót zeszliśmy na wysokości, gdzie góry są już porośnięte lasem. A las wieczorem to wspaniały teatr światła i wrażeń.

Blisko już do zachodu słońca… i coraz piękniej.

Słońce niezmiennie od miliardów lat wschodzące i zachodzące odmierzyło czas naszej z Bojarem lekcji. Lekcji o czasie w Przyrodzie. Lekcji, która nie jest zbiorem ciekawostek, ale wezwaniem i praktycznym wskazaniem. Z Przyrody wyszliśmy i tylko w wierności Jej zwyczajom i prawom, nawet w harmiderze rozwrzeszczanej cywilizacji odnaleźć możemy równowagę i pokój. Czego Tobie, który to czytasz życzy Bojar i ja.

Do zobaczenia na kolejnej wędrówce z Wilkiem!
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.