KRÓTKI PORADNIK POSZUKIWACZA WIEDZY

Nieprzypadkowo zdjęcie rozpoczynające ten artykuł przedstawia bagno. Internet przypomina takie właśnie bagno: jest powierzchnia, pod którą nie wiadomo co się kryje, jest mnóstwo miejsc, w których można ugrzęznąć, gęstwiny przesłaniają widok, a odnalezienie jakiejkolwiek drogi prowadzącej do czegoś na tym bagnie wydaje się zadaniem na miarę herosów.

Każdy, kto pokochał Przyrodę pragnie też wiedzy o niej. Nie wszystko można zaobserwować samodzielnie, nie wszystko, co się zaobserwowało, łatwo zinterpretować, wreszcie: nie wszystko, co w Przyrodzie wydaje się ludziom prawdą oczywistą – jest taką w rzeczywistości.

Zwłaszcza internet to wielka zupa, do której spływa zarówno informacyjne szambo, jak i drogocenna wiedza. Jak do niej dotrzeć? Jak wybrać z mnóstwa sprzecznych fraz taką, która jest prawdziwa?

Co nie pomaga w poszukiwaniach

Istnieje ostatnio moda na „domaganie się źródeł” informacji. Zjawisko to jest odpryskiem naukowego i fachowego poszukiwania wiedzy, który jakimś sposobem oderwał się od swojego kontekstu i zawędrował pod strzechy. I jak każdy odprysk jest raczej wyrazem snobizmu, a czasami jest wręcz wykorzystywany jako narzędzie ataku: „podaj źródło, podaj źródło, jak nie to kłamiesz!”

Tymczasem samo źródło informacji nie gwarantuje jej prawdziwości. To, czy dana informacja posiada lub nie posiada odnośnika do czegoś tam w internecie zupełnie nie świadczy o jakości danej informacji. Ponadto domaganie się źródeł w sytuacji, gdy każdy może ich dziś poszukać samodzielnie jest chwytem co najmniej erystycznym.

Samo źródło w postaci kolejnego artykułu czy frazy internetowej nic nam nie da. Pierwszym źródłem informacji jest zawsze eksperyment i obserwacja. A tego nie da się przeprowadzić w internecie – trzeba wstać i samemu udać się do Lasu po wiedzę.

Gdy jednak jesteśmy w sytuacji fizycznej lub technicznej niemożliwości, żeby samodzielnie na takiej drodze zdobyć wiedzę, jesteśmy skazani na źródła w bibliotece lub internecie. I dopiero tutaj zaczyna się problem. Źródła są różne: starsze, nowsze. Brukowe i z wysokiej półki. Książkowe i internetowe. W danym temacie lub obok niego. A często jedne udają drugie i na odwrót.

Polscy użytkownicy internetu popełniają wiele paskudnych błędów pod względem selekcjonowania źródeł. Oto niektóre z nich:

Syndrom Amerykanina – czyli: „Jak to?? Poza nami jest jeszcze jakiś świat???” – w polskim oczywiście wydaniu. Polega on na tym, że „jeśli coś nie jest opisane po polsku to nie istnieje”. Tymczasem wiedza, zwłaszcza o Przyrodzie jest dziś rozwijana głównie w języku angielskim, ale nie tylko. Ograniczanie się do źródeł polskich to ograniczanie swojej wiedzy na własne życzenie. Jest to ważne zwłaszcza, gdy szukamy wiedzy o Przyrodzie: jakiej wiarygodności na Jej temat można oczekiwać w kraju, którym rządzą myśliwi, leśnicy i księża?

Kompleks Wiary – czyli poszukiwanie takiej odpowiedzi, jaką chciałoby się usłyszeć, a nie takiej, która jest prawdziwa. Zadawanie pytań z domyślną klauzulą: „chcę usłyszeć odpowiedź, ale ma być zgodna z moimi przekonaniami” jest wprost pakowaniem się w bagno fałszu.

Kult Wikipedii – czyli odwoływanie się – w praktyce – z jednego bagna do drugiego, tylko trochę suchszego. W połączeniu z syndromem Amerykanina powoduje uznawanie tylko polskojęzycznej Wikipedii jako najwyższego autorytetu. Tymczasem jest to źródło bardzo wtórne, a w przypadku Wikipedii polskiej – zawierające wprost nieprawdziwe informacje. Zamiast narzędzia do rozejrzenia się po źródłach sama urasta do rangi najwyższego źródła prawdy.

Zaklęcie „Potrzebny Przypis” – to właśnie wspomniane wyżej żądanie źródeł. Jest ono tym zabawniejsze, gdy odnosi się do rzeczy, które każdy ma możliwość samodzielnie sprawdzić i to naocznie. Jest on bardzo przyjemnym narzędziem cierpiących na Kompleks Wiary, bo kiedy przypadkowo napotkają oni informację niezgodną z ich oczekiwaniami, natychmiast mogą się ochronić przed wszelkimi wątpliwościami: „nie ma odnośnika, hurra, więc mogę spokojnie uznać tę informację za nieprawdziwą”.

Wydajemisizm – czyli „wydaje mi się = wiem”. Zwyczaj ten jest łatwy do zaobserwowania u wszelkiej maści hejterów, którzy podają osobiste przekonania jako oczywistą i bezdyskusyjną prawdę, a następnie taką prawdę przerabiają na młot do walenia w przeciwnika. Najgorsze jest jednak to, że wokół często zbiera się gawiedź, która temu waleniu radośnie przyklaskuje, a hejter urasta do rangi autorytetu – a tym samym jego jednostkowe przekonania stają się przekonaniami wielu, z tym, że wzmocnionymi – bo mają odnośnik.

Zjawisko Reinkarnacji Napoleona – Legenda głosi, że Napoleon Bonaparte posiadł trudną sztukę szybkiego czytania, ponoć do 2000 słów na minutę. Oczywiście taka sztuka istnieje i można się jej nauczyć, ale nie jest to łatwe i z pewnością nie polega ona na przeczytaniu tytułu i co najwyżej po dwóch lub trzech przypadkowych słów z niektórych akapitów danego źródła. Tymczasem częstym zwyczajem u polskich użytkowników internetu jest właśnie takie zapoznawanie się ze źródłami. Powoduje ono, że ofiara Zjawiska Reinkarnacji Napoleona albo zobaczy w danym źródle coś, czego w nim nie ma, albo przeciwnie: umknie mu to, co w tym źródle jest najważniejsze, a tym samym: błędnie oceni stopień jego wiarygodności.

Klątwa Gomółki – Władysław Gomułka jest autorem przepięknej frazy: „ziać sadystycznym jadem nienawiści”, która to fraza zrobiła w języku polskim spektakularną karierę. Zwyczaj ten polega na przypisywaniu autorowi jakiegoś źródła konkretnych uczuć czy emocji i natychmiastowego stwierdzenia, że to właśnie te uczucia i emocje są bezpośrednio odpowiedzialne za to, co napisał i w związku z tym dyskredytują jego stwierdzenia jako nieprawdziwe.

(Tak na marginesie, pan Gomółka w tym samym przemówieniu użył nie mniej przepięknego związku frazeologicznego „człowiek o moralności alfonsa” – ciekawe, czemu to powiedzenie nie weszło do powszechnego użytku?)

„Janie, podaj mi źródło”– czyli ekstremalna wersja Zaklęcia Potrzebnego Przypisu. Jest to zwyczajne, a często posunięte do absurdu lenistwo. Wielu ludzi zamiast samodzielnie poszukać źródeł wchodzi na najprzeróżniejsze fora i tam prosi lub wprost się domaga podania im tychże źródeł na talerzu. To okropnie powszechna praktyka, która do niczego nie prowadzi. Wzajemna pomoc w poszukiwaniu źródeł jest jak najbardziej dobrą praktyką, ale „pomoc” nie oznacza „wyręczenia”. A już na pewno nie prowadzi do zdobycia wiarygodnych informacji, gdyż zrzucamy kwestię doboru źródeł na kogoś, nie mając wpływu na to, jak ten ktoś tego doboru dokona.

Jak odsiewać źródła

Metoda odsiewania źródeł, którą chcę się tutaj z Tobą, Przyjacielu podzielić nie jest oczywiście absolutną i jedyną. Myślę, że każdy poszukiwacz wiedzy w miarę doświadczenia powoli dojdzie do własnej, autorskiej metody, przy pomocy której będzie mógł nawigować na bezkresnym morzu informacyjnej kakofonii. Moja refleksja wieloletniego, opornego konsumenta przeróżnych źródeł na przeróżne tematy, które zdążyły mnie w życiu zainteresować nie pretenduje więc do miana jakiegoś wyznacznika czy jedynie słusznej drogi, jednak myślę, że może być pomocą. Właśnie: pomocą, a nie wyręczeniem

Metoda polega na zadaniu źródłu pięciu prostych pytań:
1. Kto?
2. Gdzie?
3. O czym?
4. Jak?
5. Do kogo?

Zanim przejdę do omówienia, o co w każdym z tych pytań chodzi, muszę dodać bardzo ważną uwagę co do sposobu, w jaki z tych pytań się korzysta. Otóż odpowiedź na jedno czy dwa pytania NIE ZWERYFIKUJE nam źródła. Identyczna odpowiedź na pierwsze z nich będzie oznaczała podniesienie wiarygodności źródła lub jej obniżenie w zależności od tego, jakie będą odpowiedzi na pytania następne. Dlatego z ostatecznym osądem źródła trzeba się wstrzymać do momentu, aż będziemy mieli odpowiedzi na wszystkie pięć pytań.

Kto? – czyli pytanie o autora

Autor danej informacji, choćby się bronił przed tym rękami i nogami, nie pozostaje bez wpływu na informację, którą podaje. Wpływ ten wynika z tego, do jakich źródeł sam autor ma dostęp, jakie ma zdolności trafnego ubierania w słowa tego, co chce przekazać, wreszcie: ile ma dobrej woli, żeby przekazać prawdę.

Jeżeli dana informacja nie posiada podanego w żaden sposób autora, lub jest to zgromadzenie Anonimowych Autorów – należy mieć na pamięci możliwość, iż autor sam nie jest pewien danego twierdzenia i nie chce brać za nie odpowiedzialności. Ale może być też tak, że sama informacja ma wielu autorów w postaci jakiegoś kompetentnego, złożonego zespołu. I teraz bardzo ważne: i pierwsze, i drugie JEST MOŻLIWE. Ale drugie jest MNIEJ PRAWDOPODOBNE. Ważne to jest dlatego, że trzeba umieć to rozróżniać. W ocenie źródeł NIGDY nie będziesz mieć, Przyjacielu PEWNOŚCI PRAWDY. Wysokie prawdopodobieństwo oznacza, że dane źródło jest godne Twojego zaufania, ale nie oznacza, że nie możesz się pomylić.

Ważne jest jednak, żeby nie wstydzić się tego, że pomimo wszelkich wysiłków weryfikacyjnych masz ledwie „wysokie prawdopodobieństwo”, a nie „absolutną prawdę”. To nie wstyd, to przywilej. Bo ci, którzy szukają „absolutnej prawdy” nigdy jej nie znajdują, za to najczęściej zaczynają wierzyć w bzdury, które nawet minimalnego stopnia prawdopodobieństwa nie posiadają.

Jest wielu ludzi, którzy żyją w czarodziejskim, zamkniętym kręgu: „tak, tak, nie, nie – a co nadto jest, od złego pochodzi”. Ale życie nie jest, nie było i nigdy nie będzie takie proste. Nawet, jeśli widzisz coś na własne oczy nie masz pewności, że widzisz prawdę, bo jest wiele możliwości oszukania Twojego wzroku. Nie możemy być absolutnie pewni żadnej prawdy – ale możemy prawidłowo ocenić prawdopodobieństwo i wbrew ukrytemu chyba w każdym z nas perfekcjoniście – malkontentowi, to bardzo, ale to bardzo dużo.

Mając to na pamięci, wróćmy do kwestii autora: niekoniecznie musi się on przedstawiać z imienia i nazwiska nad nagłówkiem, może się przedstawić nawet w samym tekście, może w innym miejscu – ważne jest, by coś o tym autorze było wiadomo. I ważne jest potem, by na zimno i z logiką podejść do oceny wiarygodności danego autora.

Profesor uniwersytetu też ma prawo się mylić zwłaszcza, gdy wypowiada się nie w swojej dziedzinie. Jeśli jednak wypowiada się właśnie taki profesor, który życie strawił na poszukiwaniu wiedzy w danej dziedzinie, i w niej właśnie się wypowiada, jest wysokie prawdopodobieństwo, że nie pomylisz się, wierząc informacjom przez niego podanym. Z drugiej strony, kompletny amator z wykształceniem niepełnym podstawowym może być wspaniałym źródłem rzetelnej wiedzy, jeśli przy okazji jest szczerym pasjonatem danej dziedziny. Gdyż pasja daje siłę do podjęcia takiego wysiłku zdobycia wiedzy, na jaki nikt inny by się nie zdobył. Tacy ludzie też są godni Twojego zaufania.

Student fizyki będzie bardziej wiarygodnym autorem informacji z zakresu fizyki niż profesor zwyczajny doktor habilitowany teologii. Naoczny świadek jakiś wydarzeń niekoniecznie będzie miał pełny obraz tego, co się działo. Ktoś, kto w czasach stanu wojennego miał dwa latka, może z uwagi na dostęp do wyważonych, z perspektywy czasu podjętych badań być bardziej wiarygodny w tej dziedzinie od szeregowego uczestnika tamtych wydarzeń.

Autor informacji może szczerze wierzyć w jej prawdziwość, ale to nie oznacza, że ona sama rzeczywiście jest prawdziwa. Autor może mieć emocjonalne podejście do danej dziedziny czy do konkretnej informacji, ale to nie przesądza o tym, że taka informacja automatycznie jest fałszywa.

Należy pamiętać o tym, że nawet chory psychicznie może powiedzieć prawdę i nawet niekwestionowany autorytet może się pomylić. Dlatego właśnie same autorstwo jeszcze nie decyduje o wiarygodności informacji, ale trzeba je wziąć pod uwagę przy ocenie prawdopodobieństwa. Owszem, należy przy tym być ostrożnym i nie ulec pokusie przyznawania racji komuś przystojnemu tylko dlatego, że jego oponent jest brzydalem – ale, z drugiej strony, śmierdziel wypowiadający się o higienie będzie oczywiście mniej wiarygodny, niż człowiek zadbany.

Nie można jednak pozwolić, by nasza czujność została uśpiona. Powszechnie w Polsce popełnianym błędem jest dyskredytowanie niewygodnych informacji przy pomocy ataku na osobę tego, kto je przekazuje. Nagminne jest stosowanie argumentu ad personam we wszelkiego rodzaju dyskusjach i wojnach na słowa. Tymczasem autor, jak napisałem na początku – „ma wpływ” na informację, ale nie decyduje o jej prawdziwości. Autor jest tym czynnikiem, którego należy mieć na uwadze przy ocenie wiarygodności źródła, ale nie może być traktowany jako jedyny albo najwyższy wyznacznik prawdy bądź fałszu.

Gdzie? – czyli pytanie o miejsce zamieszczenia informacji

Miejsce ma duży wpływ na to, czy informacje w nim zamieszczone są wiarygodne. Oczywistym jest, że forum internetowe, gdzie każdy bez zobowiązań i anonimowo może pisać, co mu się żywnie podoba, będzie mniej wiarygodnym źródłem informacji niż recenzowane czasopismo naukowe. Takie czasopisma bowiem posiadają specjalne procedury selekcji nadsyłanych doń artykułów. Każdy nowy artykuł jest przed publikacją wysyłany do kilku uznanych specjalistów danej dziedziny z prośbą, by ocenili jego rzetelność. Tym samym prawdopodobieństwo tego, że komuś uda się „przepchnąć” na łamy takiego czasopisma jakąś bzdurę jest odpowiednio mniejsze niż w przypadku komentarza na facebook’u.

Na Wikipedii polskojęzycznej ze względu na stosunkowo niewielką liczbę użytkowników tego języka na świecie publikujący artykuły mają odpowiednio większe możliwości ominięcia czujnych oczu krytyków i podania informacji fałszywych lub błędnych. Natomiast kłamca publikujący coś na Wikipedii po angielsku musi się liczyć z odpowiednio wyższym prawdopodobieństwem, że jego kłamstwo zostanie wykryte i usunięte.

To prawda: odpowiednio wyrafinowany oszust jest w stanie przejść nawet surowe procedury weryfikacyjne czasopism naukowych. Jednak jest to w sposób niewyobrażalnie mniej prawdopodobne niż to, że w dyskusji na internetowym forum ekspert „od wszystkiego” powie naprędce skleconą bzdurę tylko po to, żeby w wojnie na słowa zwyciężyć.

Należy z drugiej strony pamiętać, że niewielki blog, jeśli jest dziełem prawdziwego pasjonata danej dziedziny – również może być wspaniałym i wiarygodnym źródłem wiedzy. Sam wiele zawdzięczam blogom miłośników survivalu, dzięki którym na przykład dowiedziałem się, jaki sprzęt podczas moich wędrówek po Borach Dolnośląskich będzie naprawdę użyteczny, a jaki tylko się takim wydaje.

O czym? – czyli o śliskich tematach

Są dziedziny, w których z natury rzeczy łatwiej o pewną wiedzę, niż w innych. Są dziedziny, gdzie prawdopodobieństwo pomyłki albo oszustwa jest mocno ograniczone naturą samej dziedziny.

Gdy ktoś wypowiada się o zwyczajach godowych wilków, każdy może, przy odrobinie dobrych chęci samodzielnie wybrać się na przykład do Parku Wilków im. Wernera Freunda w Merzig i na własne oczy zaobserwować, czy dana wypowiedź jest prawdziwa, czy nie. Ale gdy ksiądz doktor nawet i habilitowany teologii wypowiada się o naturze relacji między Ojcem a Duchem Świętym w Trójcy świętej, to nikt, ale to nikt z ludzi nie może tejże relacji zaobserwować i przez tę obserwację ocenić, czy ksiądz teolog skłamał, czy może mówił prawdę.

Nauki ścisłe pozyskują wiedzę poprzez eksperymenty i obserwacje, który każdy może powtórzyć kiedy tylko dusza zapragnie i samodzielnie stwierdzić, czy dane twierdzenie jest wiarygodne, czy nie. Ale już na przykład historia, choć ma do dyspozycji fakty: znaleziska archeologiczne czy źródła „z epoki” – nie może bezpośrednio (przynajmniej dopóki nie dysponujemy wehikułem czasu) zaobserwować na przykład przebiegu bitwy pod Grunwaldem. Tym samym choć ogólna wiedza historyczna typu: w bitwie pod Grunwaldem zginął wielki mistrz Ulrich von Jungingen – posiada wysokie prawdopodobieństwo, to już stwierdzenia szczegółowe typu: wielkiego mistrza zabił chłop z włócznią świętego Maurycego, jak to Matejko ukazał – są już dużo mniej wiarygodne. Czytałem kiedyś wywiad z archeologiem – żałuję, że nie pamiętam nazwiska – który zajmował się odkrywaniem pochówków z epoki brązu. Powiedział on, że śmieszne są stwierdzenia typu: „ooo, w tym grobie przy głowie zmarłego po stronie wschodniej ustawiono wazę. Oznacza to, że ludzie ci czcili Słońce i do niego się odwoływali w rytuałach pochówkowych”. Archeolog ten skwitował, że co najmniej równie prawdopodobne jest, że przy grobie był ścisk i ten człowiek, który na dar pochówkowy przyniósł tę wazę, postawił ją akurat tutaj, bo po prostu miał najbliżej.

Są więc dziedziny śliskie. Taką dziedziną jest, niestety, ulubiona dziedzina Polaków, ba, dziedzina, w której każdy prawie Polak jest światowym ekspertem (wybaczcie sarkazm) – czyli historia, zwłaszcza najnowsza, gdzie brak jest odpowiedniej perspektywy czasu, nie brak za to emocji zaburzających ocenę.

Generalnie rzecz ujmując, każda dziedzina wiedzy ma do dyspozycji fakty – oraz ich interpretację. Im mniej dana dziedzina ma faktów do dyspozycji, a więcej interpretacji – tym mniej jest wiarygodna, tym łatwiej w niej o pomyłkę. W skali tej na jednym końcu mamy nauki ścisłe, które mają do dyspozycji właściwie tylko gołe fakty i to takie, których możliwości interpretowania są mocno ograniczone, a na drugim końcu – teologię i filozofię, złożone właściwie WYŁĄCZNIE z interpretacji.

Dlatego, gdy ktoś podaje twierdzenie filozoficzne jako pewnik powinien mocno się zastanowić, na jak kruchych fundamentach swoją pewność opiera.

Jak? – czyli co styl mówi o wiarygodności

To jest właściwie kluczowy moment oceny prawdopodobieństwa danego źródła. W jego świetle trzeba rozpatrywać wszystkie poprzednie odpowiedzi na pytania weryfikujące.

Gdy mamy jakąś informację, podaną z licznymi wulgaryzmami stosowanymi jako przerywnik, napisaną z błędami ortograficznymi, interpunkcyjnymi, logicznymi itd., mamy prawo stwierdzić, że z wysokim prawdopodobieństwem autorowi chodziło nie o przekazanie prawdy, ale o zwycięstwo w pojedynku na słowa czy ugaszenie swoich emocji. Tym samym mamy prawo takie źródło ocenić jako mało wiarygodne.

Z drugiej strony, wyrafinowany styl jakiejś wypowiedzi mimowolnie włącza nam sygnał alarmowy: tak się przyłożył do przekazania tej informacji, czy to nie przypadkiem jakiś podstęp?

Dobrze jest mieć ten sygnał alarmowy i go uwzględniać, jednakże bez popadania w paranoję. Sami po sobie wiemy i każdy sam w sobie jest w stanie zaobserwować to, że kiedy ma czas napisać coś z dbałością o styl, poprawność i tym podobne detale, automatycznie dłużej się zastanawia nad treścią tego, co napisze. A im dłużej się zastanawia, tym więcej wątpliwości przychodzi mu do głowy i tym bardziej musi choćby sam przed sobą umotywować swoje twierdzenia.

Ale co z tym prawdopodobieństwem wyrafinowanego oszustwa? No cóż, takich nigdy nie unikniemy, bo zawsze znajdzie się oszust na tyle inteligentny, że zdoła obejść wszelkie przeszkody weryfikacyjne, jakie przed nim postawimy. Zważmy jednak na to, że im bardziej taka procedura będzie surowa, tym mniej będzie geniuszy zdolnych ją oszukać, a tym samym o wiele mniejsze będzie prawdopodobieństwo błędu w ocenie źródła.

Pierwszą procedurą weryfikacyjną, którą napotyka każdy podający jakąkolwiek i gdziekolwiek informację na jakikolwiek temat, jest właśnie moment pisania danej informacji. To tutaj waży się, czy górę wezmą emocje, czy rozum, to tutaj waży się, czy autor uciszy strach przed konsekwencjami wydania się jakiegoś kłamstwa, czy stwierdzi, że nie warto ryzykować. To właśnie ta chwila decyduje o tym, czy dana informacja zostanie zbadana pod kątem wiarygodności, czy rzucona ot, byle by coś rzucić. Ślady tego, co się działo podczas pisania można napotkać w każdym tekście, jeśli się wie, czego szukać.

Na przykład: nagminnym zwyczajem współczesnych dzienników, portali informacyjnych, wiadomości itp. jest podawanie faktów wraz z instrukcją, co mamy o danym fakcie myśleć. Kiedyś dziennikarz napisałby: „Wczoraj policja zatrzymała posła X pod zarzutem prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu”. Dziś dziennikarz napisze raczej: „Skandal na A – czwórce! Kompletnie pijany poseł X prowadził auto na podwójnym gazie”.

Takie instruowanie ma dwa oblicza. Jeżeli autor prywatnego bloga, mający znane i sprecyzowane poglądy wyraża się w sposób jednoznacznie te poglądy ujawniającym, to nikt nie powinien mieć do niego pretensji – wszak każdy, kto zapoznaje się z podanymi tam informacjami powinien mieć świadomość, jaką poprawkę na prywatne poglądy autora musi zastosować. Ale gdy pretendujący do miana obiektywnego przekaziciela informacji poważny, chlubiący się rzetelnością informacji dziennik mówi czytelnikom, co mają myśleć, dopuszcza się fundamentalnego oszustwa.

Powyższej zasady autorzy zarówno jedni jak i drudzy są w pełni świadomi. Tym samym może się okazać, że emocjonalna, ale szczera wypowiedź prywatna jest bardziej wiarygodna niż uwarunkowane wypłatą i profilem miejsca zatrudnienia wypowiedzi zawodowych dziennikarzy.

Do kogo? – czyli tu już nie ma ściemy

Ostatecznym weryfikatorem każdej upublicznionej informacji czy twierdzenia są odbiorcy. To wśród nich może się znaleźć ekspert, który wykryje nawet najbardziej zawoalowane oszustwo. To wśród nich może się też znaleźć ktoś, kto w pełni potwierdzi to, co przeczytał i nie będzie się wahał publicznie wyrazić swojego zaufania. Oczywiście nie oznacza to, że prawda może być przedmiotem głosowania. Chodzi raczej o coś innego: to odbiorcy warunkują rzetelność autora.

Podam przykład. Wyobraź sobie, Przyjacielu mówcę, który wygłasza na Jasnej Górze mowę do stutysięcznego tłumu: samych białych mężczyzn, Polaków, katolików, samych zaangażowanych w jakieś mniej lub bardziej prawicowe organizacje. Taki mówca może spokojnie pleść wszelkie możliwe bzdury, byle by tylko przyprawił je Bogiem, Honorem, Ojczyzną, Patriotyzmem, Żołnierzami Wyklętymi, Walką, Wyzwaniem, Siłą, Stalą, Żelazem I Krwią, byleby użył retoryki militarnej lub sportowej i – najlepiej – dodał parę pieprznych kawałów o Żydach i blondynkach.

Wyobraź sobie teraz tego samego mówcę, wypowiadającego się na taki sam temat, ale stojącego przed zupełnie inną grupą. To kilkudziesięcioosobowe ledwie audytorium, złożone w połowie z kobiet, w tym blondynek, w którym jest też kilku Żydów, kilku muzułmanów, kilku Indian i ze czterech homoseksualistów. Wśród zgromadzonych mamy polityka, kilku profesorów różnych dziedzin, byłego więźnia Auschwitz, kilkoro studentów z Ruandy i nawet kilku bezdomnych. Jestem pewien, że ten mówca występując przed takim zgromadzeniem będzie się bardziej pilnował, czy to, co mówi jest dostatecznie poparte wiarygodnymi dowodami.

To właśnie RÓŻNORODNOŚĆ odbiorców jest bardzo ważnym czynnikiem weryfikującym. Oczywiście, to, co zostało umieszczone w internecie teoretycznie może przeczytać każdy, ale nie każdy chce. Grupę odbiorców kształtuje autor, tak dobierając np. tytuły swoich wypowiedzi czy miejsce ich umieszczenia – żeby na przykład zminimalizować możliwość trafnej krytyki poprzez silne skonkretyzowanie grupy odbiorców. Z kolei autorzy informacji, którzy są pewni ich rzetelności, nie będą się bali jej upowszechnienia także wśród tych, u których najprawdopodobniej wzbudzi ona sprzeciw. Ba, wyzywająco będą o to zabiegać, żeby czytali ich także ci, którzy się z nimi nie zgadzają.

Ostateczny wyrok o źródłach

Jak mówi stare porzekadło, najciemniej jest pod latarnią. Internet, miejsce, gdzie wydawałoby się tak łatwo o zdobycie wszelkiej wiedzy na wszelki temat okazuje się nagle miejscem, gdzie trudno oddzielić mniej od bardziej prawdopodobnego. Przydatne w ostatecznym osądzie źródła jest jednak kilka bardzo starych zasad, wymyślonych w czasach, gdy jeszcze o internecie nikt nie słyszał, a po wiedzę trzeba było dreptać do biblioteki.

Twierdzenie Sherlocka Holmesa: Spośród wielu wariantów odrzuć to, co jest niemożliwe, a wtedy to, co zostanie, choćby najmniej prawdopodobne, będzie prawdą.

Prawo zysku: Ten jest winien, komu przynosi to korzyść. Przekładając na sprawę weryfikacji źródeł: ta informacja jest mniej prawdopodobna, której autor może na kłamstwie zarobić.

Prawo wielu źródeł: Chyba podstawowa zasada: z im większej ilości bardziej różnorodnych źródeł pochodzi identyczna informacja, tym bardziej jest prawdopodobna. WAŻNE: do samodzielnego sprawdzenia, a nie do żądania, by ktoś nas wyręczał. Poszukiwanie musimy przeprowadzić sami, żeby mieć pewność jego rzetelności i uczciwości.

Prawo kosztów: Im więcej autor ma do stracenia, jeśli to, co mówi okaże się kłamstwem, tym większe jest prawdopodobieństwo, że mówi prawdę.

Zasada falsyfikowalności: Mówiąc kolokwialnie, im większe ma dana informacja możliwości „wykręcenia się” w przypadku faktów jej zaprzeczających, tym mniej jest wiarygodna. A to dlatego, że albo tak została pokrętnie sformułowana, żeby nikt nie mógł jej obalić, albo dotyczy tak niedowodliwej dziedziny, że nie ma technicznej możliwości skutecznie jej zaprzeczyć (a w takich dziedzinach nie ma też możliwości skutecznie dowiedzieć się prawdy).

Zasada ostracyzmu: Im bardziej niepopularne jest to, co ktoś podnosi, tym większe jest prawdopodobieństwo, że mówi prawdę. Jeśli ktoś naraża się na rzeczywisty wylew hejtu lub nawet konkretne szkody, ujawniając daną informację, to można uznać, że odpowiednio do tego ryzyka zadbał o odporność tego, co mówi na krytykę.

Prawo stopnia oddalenia od empirii: Im bardziej coś jest odległe od obserwacji czy eksperymentu, tym mniej jest wiarygodne. Źródło w postaci relacji naukowca, który dany eksperyment sam przeprowadził i własnoręcznie notował jego wyniki jest bardziej wiarygodne od wtórnej relacji popularyzatora nauki, a już na pewno o wiele bardziej od notatki polskiego wikipedysty, który odpisał daną informację ze źródła z dziesiątej ręki, w dodatku korzystając z automatycznego translatora.

Podsumowanie, czyli uchwyćmy nieuchwytne

Ludzie interesują się i poszukują wiedzy w różnych dziedzinach z różnych powodów. Dla jednych ważne jest, by dana dziedzina dawała szerokie pole do popisu piwnym ekspertom, żeby móc skutecznie w tej dziedzinie walić młotem w przeciwników i przez to poczuć się silniejszym i lepszym przy minimalnych kosztach w postaci wysiłku rzetelnego poszukiwania wiedzy.

Jednak ci, którzy kochają Przyrodę nie mają takiego wyboru. Przyroda sama o sobie mówi empirycznymi faktami, więc kłamać w niej nie ma jak, chyba, że się liczy na lenistwo odbiorców. Jesteśmy więc skazani na rzetelność i uczciwość w poszukiwaniu wiedzy, bo zbyt wielu jest tych, którzy kochają własne poczucie wartości, pieniądze i władzę – a o Przyrodzie się nie tylko wypowiadają, ale o jej losie chcą decydować.

Przyroda ma jednak pewne właściwości, których powinien być świadomy każdy, kto prawdy o Niej poszukuje. Po pierwsze, jest dynamiczna, a więc to, co dziś jest w niej prawdą nie musi być nią jutro. Po drugie, to, co w niej odnajdujemy często jest dla nas upokarzające, wstrętne lub przerażające, jak surowość Prawa Doboru Naturalnego, jak już udowodniona wyższość zdolności szympansów do zapamiętywania nad ludźmi czy jak właściwości Wielkiego Wybuchu wykluczające, żeby mógł być spowodowany przez jakiegokolwiek boga.

Po co więc poszukiwać wiedzy o Przyrodzie? Czy tylko dlatego, że coś z jej mądrości ułatwi nam życie? Czy tylko po to, żeby błysnąć przed ludźmi? Nie, wiedzy o Przyrodzie warto szukać dlatego, że jest zachwycająca i przeżycie tego zachwytu jest autentycznym szczęściem, którego sam zaznaję – czego i Tobie, Przyjacielu życzę.

Podziel się

2 odpowiedzi do “KRÓTKI PORADNIK POSZUKIWACZA WIEDZY”

  1. Trochę przydlugi byl ten Pański wywod Mistrzu!Ale ze lubię czytać i staram się czytać ze zrozumieniem 🤣( jak powiedziala pani Beata do pana Sikorskiego🤣🤣🤣)
    To też w wielu miejscach mowilam sobie tak! TAK ! to oczywiste, zgadzam sie z tym…
    Bo ja moge gadac do siebie czytając.Kotom to nie przeszkadza, a zawsze przyjemnie jest pogadać z kimś inteligentnym.😀🤣🤣🤣Dziękuję . Dużo radosci z tego wysnułam a ostatnie zdanie dotyczace zachwytu przyrodą światem i życiem- podzielam w zupełności. Pięknie się kłaniam i przesyłam wyrazy miłości – za parę chwil będzie święto wariatow i zakochanych! Lepiej nie uczmy sie tanca świętego Vita ale usłyszeć KOCHAM CIĘ- to przyjemne, prawda?
    Buziakuję Pana z dubeltowki oj! – nie… dubeltowka jednak z mordem mi się kojarzy🙂🙃

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.