WSPOMNIENIE O BARONIE (~2005 – 27.04.2019)

Ares – mój pierwszy towarzysz – był ze mną ledwie od dwóch miesięcy. Pojechaliśmy wtedy odwiedzić schronisko Fundacji JAMHUDY w Wałbrzychu, gdzie Aresa poznałem i skąd go wziąłem w grudniu 2016 roku.

Niewiele wcześniej pojawił się tam nowy mieszkaniec – Baron.

Ktoś odnalazł straszliwie zagłodzonego, skołtunionego i prawie niezdolnego do poruszania się malamuta gdzieś przy szosie ze Szklarskiej Poręby do Jakuszyc. Odwieziono go do schroniska w Jeleniej Górze. Maja Wieczorska z Fundacji Północniaki wzięła go wtedy w opiekę. Jasnym było, że tak schorowany i skatowany pies nie przeżyje w zwykłym schronisku. Maja poprosiła więc Izę Plata z Fundacji JAMHUDY, dysponującą lepszymi warunkami, żeby przyjęła umierającego psa na dom tymczasowy – a właściwie na spokojną śmierć.

Baron – bo tak nazwano uratowanego – nie poddawał się jednak. Bardzo chciał żyć i ku zdumieniu wszystkich szybko zaczął odzyskiwać zdrowie. Zaczął chodzić, ba, biegać…

Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy Baron był istną gwiazdą. Cudem uratowany, cudem ozdrowiały, po kilku operacjach i kilku jeszcze wypadkach po drodze – był kimś niezwykłym. Niejeden pies nie wytrzymałby choćby części tego, co on.

Oczywiście, nie wszystko było tak różowo. Baron nigdy nie odzyskał pełni zdrowia. Wszystko wskazywało też na to, że musi być w dość podeszłym wieku. Różnie ten wiek oceniano, ale musiał mieć od 10 do 12 lat.

Przyjeżdżałem do Wałbrzycha z Aresem regularnie, więc spotykaliśmy też Barona. Na wiosnę 2017 został wygolony w całości z futra, gdyż sfilcowanego i skołtunionego podszerstka nie dało się w żaden sposób wyczesać.

Baron w charakterystycznym fartuszku po wygoleniu;

Mijały miesiące – moje z Aresem. W tym czasie Baron przeżył skręt żołądka i kilka innych, mniej lub bardziej poważnych chorób. Ale miał wielką wolę życia. Futro odrosło mu i wszystko wskazywało na to, że nie wybiera się w najbliższym czasie do Pani Śmierć na wino. 

Tak upłynął rok. Baron został wystawiony do adopcji, jednak mało było chętnych, żeby przyjąć psa tak schorowanego i wymagającego drogich leków. A ci, którzy chcieli nie mogliby zapewnić staruszkowi odpowiednich warunków.

Baron był pięknym malamutem czystej rasy, jednak pod pięknym wyglądem kryło się bardzo słabe zdrowie.

Gdy umarł Ares Iza zaproponowała mi, żebym na towarzysza przyjął Barona.

Tydzień po śmierci Aresa przyjechałem do Wałbrzycha. Przyznam, że stan Barona napełnił mnie wątpliwościami. Nie potrafił bez odpoczynku przejść więcej, jak kilkaset metrów. Widać było, że przez ten rok bardzo się zestarzał.

Baron wiedział, że ma mało czasu. Wiedział, że ten dzień to jego ostatnia szansa, ze następnej nie będzie. Nigdy nie zapomnę tego, jak w owym dniu na mnie spojrzał.

Wszystko wydawało się nie tak. Byłem świeżo po śmierci pierwszego towarzysza życia i przyjmowanie do domu kogoś, kto w spodziewanej, bardzo bliskiej przyszłości też miał odejść wydawało się czystym masochizmem. Jestem osobą, która uwielbia dużo i daleko chodzić – Baron był zdolny co najwyżej do krótkich spacerów po parku.

A jednak nie mogłem inaczej. Czułem, że jestem to winien Aresowi. Czułem, że takie mam zadanie od Ojca Wilka, Fenrira, Brata Pani Śmierci – zapewnić kolejnemu wilkowi spokojną i godną drogę do Niej.

Tak się zaczęła ta niezwykła, choć krótka przygoda. 23 czerwca, dokładnie rok temu razem z Mają pojechaliśmy do Wałbrzycha, aby Ciebie, Baronku,  zabrać do Twojego nowego domu.

Tak, Ty, Baronie zmuszałeś mnie do kreatywności. No bo jak zapewnić takiemu staruszkowi jakieś wrażenia, sprawić, żeby poznał jeszcze trochę jedynego, który istnieje, świata zanim wszystko się skończy?

Organizowałem wszystko tak, żebyśmy musieli chodzić mało albo wcale. Pojechaliśmy do Dusznik Zdroju, gdyż tam las jest wszędzie wokół (w Jeleniej Górze nie ma już ani skrawka lasu, do którego dałoby się dotrzeć bliżej, niż po kilku kilometrach marszu wśród samochodowych spalin), a chciałem, żebyś w tamtejszym, chłodniejszym klimacie trochę odpoczął od letniego gorąca.

To był piękny, szczęśliwy wyjazd. Niewiele chodziliśmy, ale spędzaliśmy całe godziny w lesie za domem wypoczynkowym, gdzie się zatrzymaliśmy. Leżeliśmy, ja przeczytałem przez te kilka dni chyba ze trzy albo cztery książki, a Ty z rozkoszą wysypiałeś się na chłodnej trawie.

Oczywiście, zdarzało nam się chodzić. Po parku, wokół ośrodka…

Byłeś zupełnie inny niż Ares. Pokazałeś mi tą najczulszą stronę wilczej natury. Szczególnie dwie sytuacje – notorycznie się zdarzające – mówiły bardzo wiele.

Po pierwsze, kiedy wracałem z pracy zawsze wstawałeś, żeby podejść, żeby mnie przytulić. Zawsze. Nawet, gdy wstawanie sprawiało Ci już trudności albo i ból. Zawsze podchodziłeś i wciskałeś we mnie głowę – i tak siedzieliśmy za każdym razem przez długą, długą chwilę.

Po drugie, kiedy przechodziliśmy, a ktoś właśnie wsiadał do samochodu, zawsze, ale to zawsze chciałeś do tego kogoś podejść. Chciałeś sprawdzić, czy to nie Oni. Ci, u których kiedyś miałeś dom.

A z pewnością miałeś kiedyś dom i to dobry dom. Nie podejmuję się wymieniać codziennie obserwowanych szczegółów, które o tym świadczyły. Pozostanie na zawsze tajemnicą, czy ci ludzie pozbyli się Ciebie, gdy zobaczyli pierwsze oznaki starości? Czy może kogoś skusił rasowy malamut i zostałeś ukradziony, a kiedy złodziej stwierdził, że nie będzie miał pożytku ze staruszka – też Cię wyrzucił? Ile czasu spędziłeś, błąkając się po lesie? Sądząc po stanie, w jakim cię odnaleziono, musiało to być bardzo długo. A może nie? Może zostałeś zaniedbany już wcześniej? To już pozostanie Twoją tajemnicą. Twoją i tych, którzy wyrządzili ci krzywdę.

Ale ty nie pamiętałeś im tej krzywdy. Ciągle miałeś nadzieję, że po Ciebie wrócą.

Nie wrócili.

Teraz napiszę coś trudnego dla wielu, którzy to przeczytają. Ale za to właśnie chcę Tobie, Baronku podziękować. Bo to Ty swoją miłością zdmuchnąłeś ostatnie okruchy chrześcijaństwa, jakie jeszcze we mnie zostały. Dzięki Tobie zrozumiałem.

Bo żaden Jezus, żaden ludzki bóg – nie kochał nigdy tak, jak Ty.

Ludzie zmyślili sobie boga z Nazaretu, wciąż wmawiają sobie, że Jezus ich kocha. Wciąż wyją do niego z wzniesionymi rękami, a on nigdy nie odpowiada na ich modlitwy. Zawsze zawodzi. Ale nie, oni nie tracą wiary, bo sobie wmawiają, że to taka próba, że Bóg ma w tym jakiś plan, że jest, tylko go nie czują, ale to też dobrze, bo to umacnia wiarę…

I tak trwa to oszukiwanie samych siebie. Kto wie, może uprawiali je także ci, którzy Cię skrzywdzili? Jeśli tak, to zdeptali prawdziwe, bijące serce i prawdziwą miłość, którą mieli obok siebie na rzecz urojonego Jezusa. Czyli na rzecz człowieka, którego ciasny umysł despotycznego guru nie byłby w stanie nawet pojąć konceptu takiej miłości, jaką Ty, Baronku, byłeś.

Byłeś przy mnie, gdy zakładałem tę stronę. Byłeś przy mnie, gdy w parku czy domu przygotowywałem się do egzaminu z biologii. I cały czas, cokolwiek robiłem, gdziekolwiek byłem, chroniła mnie i otaczała Twoja miłość. To ona jest fundamentem tego wszystkiego, co tutaj zdołałem napisać i pokazać. To od niej się zaczęła właśnie – Świątynia Wilka.

A pamiętasz, jak pojechaliśmy spędzić kilka dni na zamku Czocha? Stwierdziłem, że jeśli już nazwano cię Baron, to jakże to tak: Baron bez zamku? To była już jesień, ale pogodna i piękna. I znów przeżyliśmy magiczne dni ze sobą, w starej budowli oddzieleni od szaleństw ludzkiego świata.

I tak zbliżał się powoli czas rozstania. Dostałeś jeszcze te kilka miesięcy kredytu od Pani Śmierci. Jakby chciała dać Ci pocieszenie po tym, jak ludzie zniszczyli Twoje życie.

Zdążyłeś jeszcze spędzić ze mną zimę. Ostatnią zimę. Śnieg, który wtedy spadł leżał jeszcze na górach, gdy nadszedł czas.

I nadszedł. Jak Ares położyłeś się, jak Ares wybrałeś miejsce, gdzie chcesz umrzeć i nie dałeś się z niego ruszać. Ciekawe, że ułożyłeś się tak, że z umierającym rok wcześniej Aresem tworzylibyście istne Jing i Jang. Jak Sköll i Hati, synowie Fenrira, jeden goniący Księżyc, drugi goniący Słońce, wilki niebieskich obrotów. Ares przyszedł do mnie w Przesilenie Zimowe, Ty w Letnie. Obaj byliście dla mnie znakami Fenrira – tak w swoim życiu, jak i w swojej śmierci.

Jedna tylko rzecz mąciła spokój Twojej śmierci. Nie chciałeś mnie zostawiać. I nie chciałeś zostawiać tych, którzy kiedyś wcześniej byli Twoim domem. Chciałeś jeszcze raz, choćby jeden, jedyny raz ich zobaczyć…

Ale nie zobaczyłeś.

Kto wie, może teraz siedzą sobie w gronie rodzinnym (znów nie wymienię zachowań Barona po których wywnioskowałem, że musiał pochodzić z domu, gdzie były dzieci i musiał to być dom dość bogato urządzony – ale takich sygnałów było bardzo dużo) i popijają drogi koniak, zaśmiewając się w głos. Może właśnie wrócili z kościoła, gdzie pobożnie składali ręce do nieistniejącej miłości?

Jeśli jakimś cudem trafią ci ludzie na tę stronę, zobaczą zdjęcia, poznają Cię – to chcę im powiedzieć:

Nie macie pojęcia, co straciliście.

Całą noc siedzieliśmy razem, czekając na Panią Śmierć. Lekarz mógł się zjawić dopiero nazajutrz, a nam zostały te długie godziny pożegnania. Siedzieliśmy więc, przytuleni. Tylko to przytulenie łagodziło Twój ból.

Zasnąłeś na zawsze przy mnie, 27 marca 2019 roku o godzinie 11:50.

Dziękuję za to, czego mnie nauczyłeś. Nauczyłeś mnie, gdzie szukać prawdy. Nauczyłeś i pokazałeś, jak wygląda prawdziwa miłość. I że nie znajdę takiej wśród ludzi.

Pokazaliście mi – Ares i Ty – że pies potrafi być lepszym zbawicielem i lepszą miłością niż jakiekolwiek ludzkie, religijne mrzonki. Oczy psa, oczy wilka – są bramą tajemnicy, którą dane mi było dzięki Wam zobaczyć.

Baron, mój najukochańszy przyjaciel i najlepszy towarzysz odszedł do Fenrira, Ojca wszystkich wilków.
Tak wielu mówiło o Tobie, że jesteś piękny. Ale tak długo czekałeś, by otrzymać swój własny dom. Dopiero, gdy Ares, Twój poprzednik odszedł, przekazał mnie Tobie jako dziedzictwo.
Krótko byliśmy razem – za krótko. Zasługiwałbyś na o wiele dłuższy czas szczęścia. Za trudy, które przeszedłeś, choroby i nieszczęścia. Za zniszczone życie. Zasługiwałbyś na kogoś lepszego niż ja. Tak bardzo chciałbym móc dać Ci więcej.
Dziękuję Ci za to, że pustkę w moim życiu po śmierci Aresa wypełniłeś swoją nieskończoną miłością. Dziękuję Ci, że byłeś dla mnie dobry i cierpliwy. Dziękuję Ci za to, że kochałeś mnie tak, jak w żaden sposób na to nie zasługuję. Za to, że tak niecierpliwiłeś się, gdy czasem wracałem z pracy choć chwilę później. Za nasze dwa wspaniałe wyjazdy, które zdołaliśmy odbyć – do Dusznik Zdroju i na Zamek Czocha. Za to, że towarzyszyłeś mi w nauce i w odpoczynku – zawsze, nieustannie patrząc na mnie Twoimi kochanymi oczyma.
Nikt nie wiedział, skąd jesteś, jaka historia przywiodła Cię do chwili, gdy w straszliwym stanie zostałeś odnaleziony i zabrany do schroniska. Nikt nie wiedział, ile naprawdę masz lat.
Gdy z Aresem odwiedzałem schronisko Jamhudy w Wałbrzychu widywałem Cię i już wtedy czułem, że nasz los jeszcze się spotka. I spotkał – na tak krótki, ale tak piękny czas.
Odpoczywaj, wilku. Nastał koniec Twej walki, Twoich nieszczęść, chorób i bólu, które dotknęły Cię z winy człowieka. Wielu Cię pokochało – zniszczonego, schorowanego. Ale to ja otrzymałem ten wielki zaszczyt, by służyć Ci w ostatnich miesiącach Twojego życia. Dziękuję Ci za ten zaszczyt, za to, czego mnie nauczyłeś i co dzięki Tobie zdołałem osiągnąć.
Pamiętaj o mnie i wróć po mnie razem z Aresem, gdy przyjdzie i mój czas.
Dziękuję wszystkim, dzięki którym nasze życia mogły się połączyć: Fundacji Północniaki i Maji Wieczorskiej, Fundacji Jamhudy i Izabelli Katarzynie Plata. Dziękuję p. lek. wet. Gabrieli Wójcik i wszystkim osobom, które wspierały Barona, nim znalazł u mnie dom.

Do zobaczenia Wilku, u Wielkiego Wilka Fenrira.

Podziel się