DLACZEGO KOŚCIÓŁ BOI SIĘ HARRY’EGO POTTERA?

Odkąd w 1997 roku do rąk czytelników trafił pierwszy tom sagi o Harrym Potterze, jasnym się stało, że jest to wyjątkowa lektura. Wyjątkowa nie tylko przez swoją treść, walory literackie, popularność czy niemal natychmiastową ekranizację.

Jest to lektura wyjątkowa dzięki zaangażowaniu, z jakim od samego początku Kościół Katolicki ją potępiał. Najwybitniejsi przedstawiciele Kościoła, w tym ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, Joseph Ratzinger czy naczelny egzorcysta Watykanu, Gabriel Amorth rzucili na szalę swoje autorytety, żeby za wszelką cenę powstrzymać zwycięski pochód młodego czarodzieja przez serca i wyobraźnię czytelników. Z poświęceniem sił i środków godnym o wiele lepszej sprawy teologowie duchowni i świeccy – rzucili się w wir walki z nieistniejącą postacią literacką i z jej fikcyjnymi przygodami.

Chyba każdy normalnie myślący człowiek – nawet po stronie wierzących – zadawał sobie pytanie: O co tyle krzyku? Przecież to tylko książka!

Tymczasem wściekłość Kościoła pomimo lat nie słabnie, o czym świadczy choćby niedawny incydent z jednej z parafii w Gdańsku, kiedy to księża publicznie spalili książki o Harrym Potterze twierdząc, że sprowadzają one „złe moce”.

Zadziwiające zaangażowanie hierarchii duchownej – zaangażowanie, którego nadzwyczaj księżom brakuje, gdy przychodzi do rozliczenia się z seksualnych perwersji i gwałtów na dzieciach – ma swoją głęboko ukrytą przyczynę. Przyczynę, do której Kościół nie w pełni się przyznaje.

Dziś opowiem Tobie, Przyjacielu, jaka jest prawdziwa przyczyna tego strachu Kościoła. Jeżeli nie czytałeś jeszcze książek o młodym czarodzieju, a zamierzasz to uczynić, wybacz mi, że będę trochę „spojlował”. Jest to niezbędne, ale ponieważ do niniejszego omówienia potrzebne mi będą tylko niektóre fragmenty i fabularne szczegóły myślę, że w żaden sposób nie zepsuję Ci wspaniałej przygody przy lekturze tych książek, a być może – i na to liczę! – zaostrzę Ci apetyt.

Hogwart w oparach absurdu

Dla każdego myślącego człowieka zarzuty, stawiane dziełom pani Rowling brzmią jak mieszanina bełkotliwej ignorancji i przedziwnego absurdu. Jest to absurd niepojęty przez to, że w głowie się nie mieści, jak inteligentni ludzie są w stanie stawiać takie zarzuty!

Weźmy tylko jeden przykład. Taki na przykład ks. Aleksander Posacki nie wstydził się w publicznym wystąpieniu twierdzić, że książki o Harrym Potterze propagują wróżbiarstwo. Tymczasem nawet pobieżna lektura „Więźnia Azkabanu”, gdzie temat po raz pierwszy się pojawia, pokazuje że jest wręcz na odwrót! Cała seria, począwszy od trzeciej części jest jedną wielką krytyką wróżbiarstwa i wiary w przepowiednie. Sybilla Trelawney, nauczycielka tego przedmiotu w Hogwarcie to chodząca satyra wróżki: nawiedzona, rozhisteryzowana, przepowiadająca każdemu śmierć i nieszczęście alkoholiczka. Profesor McGonagall oględnie stwierdza, że „wróżbiarstwo jest jedną z najmniej ścisłych dziedzin magii”:

– Chodzi o to, pani profesor, że właśnie mieliśmy pierwszą lekcję wróżbiarstwa i odczytywaliśmy przyszłość z fusów, i…
-Ach, już rozumiem – powiedziała profesor McGonagall, marszcząc czoło. – Nie musisz nic więcej mówić, Granger. To kto ma umrzeć w tym roku?
Wszyscy spojrzeli na nią ze zdumieniem.
-Ja – wyznał w końcu Harry.
-Rozumiem. (…) Powinieneś więc wiedzieć, Potter, że Sybilla Trelawney co roku przepowiada śmierć któregoś z uczniów. Jak dotąd żaden jeszcze nie umarł.

Harry Potter i więzień Azkabanu

Potem jest już tylko lepiej. Co więcej, w „Księciu Półkrwi” autorka dobitnie pokazuje czytelnikom, że nawet, jeśli istnieją „prawdziwe” przepowiednie, to ich skuteczność polega na tym, że znajdują się ludzie, którzy w nie wierzą i to oni swoimi własnymi czynami wprowadzają owe przepowiednie w życie. Astrologia zostaje skwitowana stwierdzeniem, że planety mają pewien wpływ na ziemskie życie, ale jest on tak wielkoskalowy, że odczytywanie z ich pozycji losów jednostek to głupota. Jowisz dla przykładu, dzięki swojej potężnej grawitacji wychwytuje sporo odłamków kosmicznych, które w innym wypadku mogłyby uderzyć w Ziemię – ale to, na tle jakiego jest gwiazdozbioru w momencie czyiś narodzin nie ma żadnego znaczenia.

Posunę się do stwierdzenia, że żaden z katolickich wojowników nie zdołał w równie interesujący, prosty i pełny sposób zdyskredytować zabobonów związanych z dziedziną wróżenia i przepowiadania przyszłości.

Jednak Kościół szermuje takimi argumentami nie dlatego, jakoby jego przedstawiciele – poza skrajnie ogłupionymi, szeregowymi fanatykami – rzeczywiście w nie wierzyli. Problemem Kościoła jest to, że NIE MOŻE on wprost powiedzieć, DLACZEGO Harry Potter stanowi dla niego zagrożenie. Musi więc uciekać się do takich rozpaczliwych bzdur, żeby – broń Boże! – ktoś tych książek nie przeczytał i, co gorsza, je zrozumiał.

Jest to subtelne uwiedzenie, które oddziałuje niepostrzeżenie, a przez to głęboko i rozkłada chrześcijaństwo w duszy człowieka, zanim mogło ono w ogóle wyrosnąć

Joseph Ratzinger

Joseph Ratzinger to człowiek niewątpliwie wielkiego formatu. Dlatego też jego powyższa wypowiedź należy do tych nielicznych ze strony kościelnych krytyków Harry’ego Pottera, które nie zawierają absurdalnych i śmiesznych zarzutów á la ks. Posacki. Jest jednak zadziwiająco ogólnikowa, niejasna – a to właśnie dlatego, że późniejszy papież nie mógł jej uszczegółowić. Gdyby to zrobił, uderzyłby sam w podstawy swojej wiary.

Albowiem oto są cztery rzeczy których Kościół się boi w serii książek o Harrym Potterze i nigdy się w pełni do tego nie przyzna. Ale ja, były duchowny, który od środka poznał wiarę, teologię i strukturę Kościoła, który – ku swojemu przerażeniu! – odkrył, CO się kryje za chrześcijaństwem – opowiem Tobie, Przyjacielu, jakie są prawdziwe fundamenty furii kościelnych dostojników.

Oto one:

1) Strach obyczajowy
2) Strach z zazdrości
3) Strach przed magią
4) Strach przed prawdą o fundamencie chrześcijaństwa.

Strach obyczajowy

Jest to jedyny z czterech strachów Kościoła, do którego częściowo się on przyznał. Niemal od początku przewija się on w powodzi chrześcijańskiej krytyki książek o Harrym Potterze.

I tak narzeka się, że główny bohater, zamiast być dla dzieci jasnym wzorem dobra, jest wybuchowy, samolubny, potrafi z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą, a nawet bezczelnością odzywać się do starszych i utytułowanych.

Samej narracji autorki zarzuca się, że z gombrowiczowską kpiną traktuje „normalny”, „rzeczywisty” świat „normalnych” ludzi, choćby w karykaturalnych postaciach rodziny Dursley’ów.

Nie omieszkały się też pojawić oburzone głosy jęczące, że nieletni uczniowie Hogwartu piją piwo, a starsi z nich (choć ciągle niepełnoletni) namiętnie tudzież nieobyczajnie się całują.

Nic dodać, nic ująć. W optyce Kościoła seria o Harrym Potterze to moralna puszka Pandory.

Z tą nadętą i obłudną obyczajowością chrześcijan rozprawił się Jaroslav Hašek, autor „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Kiedy zarzucano jego dziełu, że pełne jest wulgaryzmów, napisał:

Słusznie powiedziano kiedyś, że dobrze wychowany człowiek może czytać wszystko. Nad tym, co jest naturalne, zastanawiają się tylko największe świntuchy i wyrafinowani rozpustnicy (…) Ludzie, którzy lękają się mocniejszych wyrażeń są tchórzami, bo naga rzeczywistość ich przeraża, a tacy właśnie słabi ludzie są największymi szkodnikami kultury i charakteru. Tacy wychowaliby naród jako gromadę przeczulonych człowieczków, masturbantów fałszywej kultury w rodzaju św. Alojzego, o którym powiedziano w księdze mnicha Eustachego, że gdy św. Alojzy usłyszał, jak mąż jeden z wielkim hukiem wypuścił wiatry, rozpłakał się i w modlitwie dopiero znalazł ukojenie.

Harry Potter i jego przyjaciele są po prostu realistyczni i to przeraża tych, którzy chcą tresować dzieci w czymś, co nazywam „szachową moralnością”: tu białe, tam czarne, a wszystkie pola kwadratowe. Złośliwie poradziłbym takim, żeby rozejrzeli się po katolickich szkołach, po seminariach duchownych i porównali je z Hogwartem. Gwarantuję, że Szkoła Magii i Czarodziejstwa wypadłaby w tym zestawieniu jako ostoja wszelkich cnót.

Jednak pod obyczajowym strachem Kościoła kryje się podskórna warstwa prawdziwej obawy, tej, o której już się nie mówi.

Zauważmy, że zarówno narrator serii jak i jej główny bohater nie wahają się głupca nazwać głupcem. Harry Potter nie ma zahamowań przed tym, żeby kogoś nie lubić, a nawet w szczególnych wypadkach – nienawidzić. Książki ukazują te uczucia jako w pełni naturalne. Nie ma nic złego w tym, że się nie lubi kogoś, kto nas nie lubi albo źle nas traktuje. Nie ma nic złego w tym, że nienawidzimy tych, którzy bardzo nas skrzywdzili. Prawdziwe dobro nie polega na jakiejś potwornej puryfikacji uczuć i relacji, ale na tym, żeby uczyć się nad nimi panować i nie pozwalać, by złe emocje stały się treścią codziennego życia.

Tego może się nauczyć młody czytelnik z książek o Harrym Potterze. A to byłby cios w samo serce Kościoła. Zasadza się on bowiem na strachu przed grzechem, przed karą boską doczesną i wieczną, na żalu i obwinianiu się. Kościół gorąco pragnie świata, w którym ludzie pójdą za wezwaniem rzekomej zjawy z Fatimy, która miała wywrzeszczeć: „Pokuty! Pokuty! Pokuty!” To żal za grzechy spędza ludzi do konfesjonałów, gdzie księża mogą bez przeszkód włazić w ludzkie sumienia, to poczucie winy sprawia, że ludzie zmieniają się w stadko ogłupiałych owieczek i pozwalają pasterzowi robić ze sobą, co mu się żywnie podoba.

To żal za grzechy jest główną bronią pedofilów w sutannach, dzięki której potrafią oni zamknąć usta swoim ofiarom, a ich ręce uczynić bezsilnymi.

Dlatego właśnie uważam serię o Harrym Potterze za jedną z moich najpiękniejszych przygód z literaturą. Każdy młody człowiek może w głównym bohaterze zobaczyć siebie: swój naturalny i na mocy Prawa Doboru Naturalnego przysługujący każdemu egoizm. Może zobaczyć, że nie ma nic złego w dbaniu na pierwszym miejscu o swoje dobro. Może nauczyć się, że takie zdrowe samolubstwo, otwarte na pomoc innym jest lepsze od idiotycznych poświęceń nieprzynoszących nikomu żadnych namacalnych korzyści.

Młodzi czytelnicy mogą w lustrze głównego bohatera zobaczyć swój własny gniew, swoje własne, rozchwiane w okresie dojrzewania emocje, mogą – ku przerażeniu Kościoła – zrozumieć, że nie należy za nie żałować, ale dzielnie naprawiać wyrządzone przez nie szkody. I że do tego, żeby kogoś przeprosić czy poprawić swoje zachowanie niepotrzebna jest spowiedź.

To przeraża duchownych, że Harry Potter pomimo swoich wad jest kimś po prostu dobrym i sympatycznym. Przeraża ich, że czytelnicy w książkach o nim dostają prawdziwą wersję dobroci, tą nieocenzurowaną przez purytańską, zakłamaną moralność chrześcijańskich bajek w rodzaju tej o trzech świnkach i – a jakże – złym wilku.

Księży i teologów przeraża to, że młody czytelnik zrozumie, że nie ma ludzi kryształowych tak, jak nie ma ludzi doskonale złych. Zrozumie tym samym, że żaden człowiek nie może być autorytetem moralnym i rozporządzać czyimiś obyczajami. Zrozumie, że kościelna hagiografia ocieka wprost karykaturalnymi bzdurami, a niekiedy jawnymi kłamstwami.

Katolickich duchownych przeraża wreszcie, że ludzie zaczną ich głupotę nazywać głupotą, że ich niegodziwość, chciejstwo, tyranię, nieróbstwo i – najczęściej – straszliwą otyłość ludzie nazwą po imieniu i nie będą czuć przy tym żadnych skrupułów.

A ja mogę tylko dodać: jeżeli jest nadzieja, że książki o Harrym Potterze w taki właśnie sposób zmienią świat, to autorce już za to należy się nagroda Nobla.

Strach z zazdrości

Do tego strachu Kościół już się nie przyznaje, ale nie potrafił go ukryć na tyle dobrze, żeby pozostał on niezauważony. Jego podłożem jest najzwyczajniejsza, podła i niska zazdrość o to, że książki o Harrym Potterze zdobyły tak wielką popularność.

Jednak w tej zazdrości kryje się „drugie dno”.

Do najbardziej zażartych krytyków serii o młodym czarodzieju należy pani Gabriele Kuby, niemiecka pisarka, autorka książki „Harry Potter: dobry czy zły?” reklamującej się rekomendacją papieża Benedykta XVI. O tym „drugim dnie” wygadała się ona, zapewne nieświadomie, w rozdziale napisanym specjalnie dla polskiego wydania jej wypocin:

Które dziecko, pozostające od szóstego roku życia w świecie Harry’ego Pottera, będzie zainteresowane biblijnymi historiami o świętych, Jezusie Chrystusie, Bogu? Które będzie chciało chodzić na mszę świętą?

Zadziwiające jest to, że autorka niniejszego, retorycznego pytania nie wpadła na pomysł, że to nie z Harrym Potterem jest coś nie tak, ale właśnie z mszą i historiami biblijnymi.

Dzieci nie zainteresują „historie o świętych, Jezusie Chrystusie i o Bogu” ponieważ ich fabuła jest tak do bólu przewidywalna: dobra, grzeczna, ulizana, posłusznie nadstawiająca tyłka owieczka będzie zbawiona, a zły, bo niezależny i niepokorny wilk na wieki wieków potępiony.

Poza tym nie dziwię się, że dzieci wolą czytać historię o sympatycznym czarodzieju, zamiast o tym, że zostaną na wieki wrzucone do piekła, jeśli nie wyłupią sobie oka i nie odetną nogi. Czy to dziwne, że dzieci wolą poznawać tajniki Hogwartu, niż potworne historie o tym, jak to dwoje ludzi padło trupem (czyżby Avada kedavra?) bo nie przyniosło św. Piotrowi wystarczająco pieniędzy?

Zadziwiający jest też brak wiary chrześcijan w siłę tego, co nazywają słowem bożym. Jeśli wierzą, że historia o Jezusie została dana ludzkości przez boga, to mają go chyba za kiepskiego autora, skoro nie potrafi dorównać brytyjskiej nauczycielce angielskiego. Gdzie ich wiara w to, że, jak pisał autor Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca”?

Absurd kościelnej zazdrości polega na tym, że zazdroszczą oni popularności czemuś, co, według ich wiary nie ma prawa być popularniejsze od biblii. Zazdroszczą oni powodzenia i sukcesu czemuś, co nie ma prawa – zgodnie z kanonami ich wiary! – odnieść sukcesu zdolnego zagrozić pozycji słowa bożego.

Absurd kościelnego strachu polega właśnie na tym, że na raz głoszą oni wiarę w bożą wszechmoc, a jednocześnie zachowują się, jakby bóg był kompletnie bezsilnym warzywem. Głoszą oni, że Szatan jest tylko marnym pyłkiem w porównaniu z bożą potęgą i jednocześnie boją się go, jakby było dokładnie na odwrót.

Strach z zazdrości obnaża największą wadę Kościoła: że jego kapłani sami nie wierzą w to, co głoszą.

Strach przed magią

Jeśli wierzyć kościelnej retoryce, wystarczy zrobić tylko dwie rzeczy: przeczytać książki o Harrym Potterze i oddać duszę Szatanowi, a będziemy mogli… czarować! Co ciekawe kościelni „specjaliści” nic nie wspominają o konieczności posiadania różdżki z rdzeniem z pióra feniksa albo włosa z ogona jednorożca (a ze zdobyciem czegoś takiego byłyby spore trudności).

No to spróbujmy! Swego czasu podpisałem własną krwią pakt z Szatanem, więc powinno działać.

Expelliarmus! Wingardium leviosa! Sectumsempra! Reparo! Protego!!!

Nie działa 😂

Tymczasem pod takimi absurdalnymi zarzutami rodem z katofantasy kryje się strach przed tym, że niektóre zaklęcia, opisane w historii o Harrym Potterze… naprawdę działają!

Mówię tu dokładnie o DWÓCH zaklęciach, które poznajemy w trzecim tomie.

Pierwszego z nich bohaterowie uczą się na lekcji z profesorem Lupinem i nazywa się zaklęciem Riddikulus. Według książki służy ono do odpędzania bogina, rodzaju zjawy, która przybiera postać tego, czego się najbardziej boi patrząca na nią osoba. Zaklęcie zmienia tę przerażającą wizję w coś śmiesznego i absurdalnego. Na przykład jeden z uczniów, Neville panicznie boi się surowego profesora Snape’a i w takiej właśnie postaci widzi bogina. Jednak zaklęcie Riddikulus sprawia, że nagle profesor Snape jawi się Nevillowi ubrany w ciuszki jego babci.

Do tego, żeby to zaklęcie w rzeczywistości zadziałało niepotrzebna jest różdżka ani znajomość formuły. Wystarczy magiczna, lecz realnie istniejąca moc wyobraźni.

I tak profesor Lupin może nauczyć młodego czytelnika, jak radzić sobie z irracjonalnymi lękami a to – to właśnie przeraża Kościół. Bazuje on na irracjonalnym strachu: strachu przed piekłem, którego nikt nigdy nie widział, strachu przed urażeniem autorytetu biskupa czy papieża, którzy są takimi samymi ludźmi jak każdy. Bez tego strachu ofiary pedofilów w sutannach zaczynają głośno mówić o tym, co przeżyły, bez tego strachu zwyczajni ludzie ośmielają się wątpić w kompetencje kościelnych hierarchów do dyrygowania życiem seksualnym. Bez tego strachu szybko upadnie cały gmach autorytetu Kościoła, a najgroźniejszym wrogiem tego strachu jest śmiech.

Mój kolega z jednego roku z seminarium nieświadomie użył zaklęcia Riddikulus, kiedy pewnego dnia został wezwany na wulgarny i poniżający opieprz w wykonaniu rektora. Mianowicie, jak mi potem opowiadał, wyobraził sobie księdza rektora siedzącego z opuszczonymi spodniami na sedesie i stękającego z powodu zatwardzenia. Pozwoliło mu to zachować odwagę w obliczu gróźb i inwektyw.

Nic dziwnego, że seria satyrycznych opowiastek, które napisałem na koniec seminarium tak przeraziła Kościół, że zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby mnie zniszczyć.

Drugiego działającego zaklęcia również nauczy nas profesor Lupin.

Zaklęcie Patronus służy w książkach do wyczarowania potężnej, pozytywnej energii, która przybiera kształt jakiegoś zwierzęcia, z którym czarodziej jest w jakiś sposób związany. Służy ono do ochrony przed dementorami, potworami, które wysysają z człowieka wszelkie szczęście i których sama obecność pogrąża ludzi w rozpaczy. Aby przywołać Patrona, należy skupić się na najszczęśliwszym wspomnieniu, jakie się ma, a następnie wypowiedzieć formułę: Expecto patronum.

Do tego zaklęcia również nie potrzebujemy rodzić się z magicznymi zdolnościami ani nie musimy zaopatrywać się w różdżkę z nieistniejących materiałów. Wystarczy wiedza i miłość do Przyrody.

Jeżeli zakochasz się w Przyrodzie, prędzej czy później coś Cię w niej, Przyjacielu szczególnie pociągnie i zainteresuje. Dla jednych będzie to magia cząstek elementarnych, dla innych wspaniałość gwałtownych zjawisk atmosferycznych, dla jeszcze innych będzie to – jak dla mnie – piękno i mądrość wilków. Taki obiekt zainteresowania staje się dla Ciebie czymś, co Indianie nazywali Totemem. Jest on Twoim opiekunem, bo wiedza, którą dzięki swojej pasji i fascynacji zdobędziesz uratuje cię z wielu życiowych opresji. Jest znakiem nadziei, bo Przyroda w każdym swoim przejawie pokazuje, jak mikre są ludzkie problemy, jak potężna jest wola przetrwania i jak ogromną mocą jest wola życia. Totem jest Twoim przewodnikiem także przez najtrudniejszą drogę, którą przyjdzie każdemu człowiekowi przejść – drogę Śmierci. Przyroda bowiem w każdym swoim przejawie uczy śmierci i z nią oswaja, sprawia, że nie zlękniesz się Końca.

Wezwanie na pomoc tak potężnego Patrona, jakim jest Totem wiedzy i zakochania w Przyrodzie natychmiast obezwładni dementorów, czyli ludzi wysysających z Ciebie pieniądze, nadzieję i szczęście – a takich ludzi spotykasz codziennie w pracy, w szkole czy na ulicy. Nie brakuje takich także w Kościele, co więcej, zadziwiająco wielu z nich nosi sutanny.

Mogą sobie grozić piekłem, wypominać Ci, Przyjacielu, Twoje winy, wady i błędy, mogą Cię próbować poniżyć, zniewolić i okraść. Wspomnij wtedy wszystko, co daje Ci szczęście, wspomnij swój Totem, wspomnij oczy Wilka i z wielkim, pełnym pokory szacunkiem zawołaj: Expecto patronum! Wypatruję Cię, Opiekunie!

Formuła zaklęcia podana w książce o Harrym Potterze jest wzorem pokory wobec sił Przyrody. Nie mówisz wszak: przybądź, Opiekunie. Nie rozkazujesz, nie wzywasz. Tylko informujesz, że czekasz, że wypatrujesz, że się spodziewasz pomocy.

Gwarantuję Ci, Przyjacielu, że siła twojego Totemu, czyli siła wiedzy, którą zdobędziesz w szkole Przyrody natychmiast obezwładni tych, którzy ośmielą się ponieść rękę na szczęście Twoje i tych, których kochasz.

Więcej o tym, czym jest totem przeczytasz w innym moim artykule pt. „Totem Wilka„.

Strach przed prawdą o fundamencie chrześcijaństwa

Cała historia, spisana w serii książek o Harrym Potterze obraca się wokół postaci złego czarnoksiężnika Voldemorta. Zadajmy sobie pytanie: kim jest tak naprawdę Lord Voldermort, czy istnieje w ludzkich wierzeniach lub rzeczywistości ktoś, czyim obrazem może być ta literacka postać?

Katoliccy propagandyści z lubością twierdzą, że Voldemort to Szatan we własnej osobie, a książki o Harrym Potterze są w istocie gloryfikacją diabła i jego potęgi.

Pominę litościwym milczeniem te absurdalne gaworzenie ludzi, którym najwyraźniej przytrafiło się to, co pewnemu zwolennikowi Voldemorta w Departamencie Tajemnic, kiedy jego głowa trafiła do zmieniacza czasu.

Powiem tylko, że zgodnie z treścią chrześcijańskiej wiary Voldemort nie może być Szatanem z tego prostego powodu, że jest człowiekiem o konkretnej dacie narodzin i konkretnej dacie śmierci, o konkretnej, dość smutnej historii dzieciństwa.

Jest jednak ktoś, kto niewątpliwie stanowi idealny odpowiednik Lorda Voldemorta w rzeczywistym świecie. I choć istnieją duże i uzasadnione wątpliwości co do historyczności owego kogoś, to ma on tak wielki i znaczący wpływ na ludzkość, że kwestia tego, czy istniał rzeczywiście jest tutaj marginalna.

Mówię o kimś, kto tak jak Voldemort urodził się w wielkiej biedzie. Tak samo jak Voldemort nie uznawał własnego ojca, za to odwoływał się – jak Voldemort do Slytherina – do przodka sprzed wieków, czyli pewnego legendarnego króla. Wierzył, że jest synem kogoś, kto rozmawiał z wężem, każąc mu czołgać się na brzuchu i „jeść proch”.

Mówię o kimś, kto tak jak lord Voldemort zebrał wokół siebie liczne grono zwolenników. Ten ktoś, podobnie jak Voldemort zginął – de facto na własne życzenie – ale powrócił i gdy tego dokonał, stanął pośród swoich zwolenników i jak Voldemort wyrzucał im brak wiary i to, że go opuścili.

Mówię o kimś, kto jak Voldemort mówił o sobie: I am Lord – „Ja jestem Pan”. Mówię o kimś, czyjego imienia też zabrania się wypowiadać „do czczych rzeczy”. O tym kimś jego zwolennicy też wierzą, że można go spotkać jak Voldemorta, czytając coś, co można nazwać „dziennikiem”, bo też jest zapisem życia i czynów. Wierzą oni, że odpowiada on im słowami tejże księgi, jak Voldemort odpowiadał na to, z czym Ginny Wesley zwracała się do kartek dziennika Toma Riddle’a.

Ten ktoś również twierdził, że pokonał śmierć i że jego główną misją jest właśnie tego dokonać. Ten ktoś również twierdził, że jest dla swoich wyznawców Vol de mort czyli – „ucieczką (dosłownie: wylotem) od śmierci”.

Ten ktoś również stworzył mnóstwo horkruksów, czyli martwych przedmiotów, w których on sam, jak twierdzą jego wyznawcy, jest zaklęty.

Nawiasem mówiąc, pani Rowling nigdy nie ujawniła, skąd wzięła tę dziwną nazwę na określenie owych magicznych przedmiotów, ale staje się to jasne, jeśli zrozumiemy, kim naprawdę jest Lord Voldemort. Jego odpowiednik w rzeczywistym świecie jest bowiem, według wiary jego zwolenników zaklinany w martwy przedmiot, gdy wypowiadane są nad nim słowa:

Hoc est enim corpus meum, quod pro vobis tradetur
(to jest bowiem ciało moje, które za was będzie wydane)

i w tym czasie wykonuje się nad owym przedmiotem znak krzyża – po łacinie crux. A więc: Hor-crux.

Mówię o kimś, kto tak jak Lord Voldemort kompletnie nie rozumie miłości, czego dowiódł, kiedy wpadł na absurdalny pomysł, że miłość – nawet do wrogów – można nakazać, polecić do wykonania i realizację tego rozkazu obwarować karą wiekuistego cierpienia, którym Voldemort również chętnie szafował pod postacią zaklęcia Cruciatus. Tenże ktoś najwyraźniej nie ma bladego pojęcia o tym, że prawdziwa dobroć i prawdziwa miłość jest zawsze wolna, tak bardzo, że człowiek nie ma możliwości jej nakazać nawet samemu sobie.

Mówię cały czas o kimś, kto – jeśli to jeszcze nie jest, dla Ciebie, Przyjacielu jasne – jak Lord Voldemort również omamia swoich zwolenników wizją nieśmiertelności, jak on również skutecznie udaje dobrego, tak, że jego wyznawcy – identycznie jak poplecznicy Voldemorta – przypochlebiają mu się, mówiąc: „Panie, jesteś miłosierny i łaskawy”. Do tego kogoś tak samo wołają: „Panie! Panie, przebacz mi! Przebacz nam wszystkim!”, a on torturuje ich, żeby odpokutowali za swoje winy.

Trzynaście długich lat… musisz mi za nie odpłacić swoimi trzynastoma latami, wtedy może ci przebaczę.

Lord Voldemort

Ten, o kim mówię, również przebacza tym, którzy zgrzeszą przeciw niemu, ale nakłada karę, którą dawniej również liczyło się w dniach czy latach, i którą przez odpowiednie „odpusty” można było sobie skrócić.

Mówię o kimś, kogo językiem codziennym był aramejski, a właśnie aramejska jest formuła ulubionego zaklęcia Voldemorta: Avada kedavra – „Niech to będzie zniszczone”.

I tak jak profesor Dumbledore imię Voldemorta, ja też ośmielę się wypowiedzieć jego imię i wprost powiedzieć, że jest mordercą, bo w jego imię wymordowywano całe narody.

Lord Voldemort to nikt inny jak Jezus Chrystus. Różnica polega tylko na sposobie ukazania postaci. Gdyby Lorda Voldemorta opisała nie pani Rowling, ale któryś z jego wyznawców, z pewnością powstałaby epopeja o dobrym, łaskawym, miłosiernym cudotwórcy i nauczycielu, który pokonał śmierć – czyli wypisz – wymaluj: ewangelia.

A jak się nazywa ścisłe grono najbliższych współpracowników Voldemorta? Śmierciożercy. No cóż, kapłani Jezusa Chrystusa również żywią się śmiercią, bo ze śmierci i ze strachu przed nią żyją, ściągając daniny za pogrzeby, za odpusty mające uchronić przed czyśćcem, za msze za zmarłych i tym podobne.

Ma się Kościół czego obawiać w książkach o Harrym Potterze, bo a nuż ktoś doda dwa do dwóch i zobaczy w Lordzie Voldemorcie tyrana, który wciąż rękami i ustami swoich popleczników torturuje ludzi wizją sądu i potępienia za niespełnienie jego niewykonalnych rozkazów.

Ma się Kościół czego obawiać, bo wie, że zwyczajny, niepozbawiony wad i przywar chłopiec, wyposażony w prawdziwą magię, którą poznaje na lekcjach numerologii (matematyki), zielarstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami (biologii), eliksirów (chemii), transmutacji (fizyki) – że taki właśnie chłopiec dzięki magii, czyli nauce może pokonać ich rzekomo wszechmogącego pana. A tym chłopcem jest każdy z nas. Prawie każdego z nas w dzieciństwie naznaczono klątwą chrztu w imię Jezusa Chrystusa i wieczystym wpisaniem danych osobowych do ksiąg kościelnych. Jednocześnie każdy z nas może przejść tę długą drogę, by znaleźć odwagę i stawić czoło lękom, którymi Jezus napoił ludzkość: lękowi przed grzechem, przed swoją niedoskonałością, przed własnymi uczuciami, przed tym, że się nie kocha wszystkich, a zwłaszcza wrogów, wreszcie: lękowi przed śmiercią.

Jest nadzieja, że niejeden rzeczywisty chłopiec czy dziewczynka, przeczytawszy historię młodego czarodzieja zdobędzie się na odwagę, by powiedzieć: nie! psychomanipulacji, którą uprawia Kościół, żeby zamiast trwożyć się z szacunku kopnąć w krocze pedofila w sutannie. Dla samej takiej nadziei warto serię książek o Harrym Potterze nazwać arcydziełem literatury, którym jest rzeczywiście.

To nie Jezus oddał życie za ludzi, ale za każdego człowieka, który miał szczęście mieć kochających rodziców, to właśnie oni oddali za niego życie. Oddali wiele wygód, pieniędzy i sił, żeby ich dziecko mogło żyć. Książki o Harrym Potterze są ogromnym hołdem dla tej właśnie, prawdziwej miłości, miłości stokroć większej niż urojona miłość równie urojonej, zaświatowej istoty.

Dlatego na koniec rację przyznam panu Ratzingerowi. Rzeczywiście, treść książek o Harrym Potterze może „rozłożyć chrześcijaństwo w duszy człowieka”. Ale jeśli tak, to nie jest wada tych książek, ale jeden z ich najpiękniejszych walorów.

Podziel się