PANTEIZM, CZYLI BÓG DLA INTELIGENTNYCH

W poprzednim artykule zastanawialiśmy się, czy istnieje religia racjonalna. Doszliśmy do wniosku, że jedyną religią czy raczej poglądem religijnym, który spełnia wymogi racjonalizmu jest panteizm. Panteizm uznaje za Boga literalnie Wszechświat, Naturę, Przyrodę.

Powiedzieliśmy też o wadach panteizmu i obiecałem, że spróbuję na nie odpowiedzieć. Dziś nadszedł ten czas.

Wady panteizmu

Jak to napisał Carl Sagan: „nie ma sensu modlić się do prawa grawitacji”. Bóg panteizmu jest bezosobowy, nie ma żadnego wielkiego „Ty” do którego można by się zwrócić. Nie ma opatrzności, jest potężny, przemożny zestaw praw, które toczą się swoim rytmem niezależnie od tego, czy będziemy je czcić, czy nie. Panteizmowi zarzuca się, że jest to tylko „podrasowany ateizm”, że prezentuje ten sam pogląd na człowieka i jego życie: że jest ono sumą przypadków.

Otóż wszystko powyższe to prawda, ale prawie prawda. Lecz w tym „prawie” tkwią istotne różnice. Przyjrzyjmy się więc tym wadom pod lupą.

brak osobowego boga

We Wszechświecie powszechnie panuje pewne zjawisko, nazywane emergencją. Jest ono szczególnie ważne w biologii. Polega ono na tym, że każdy układ złożony jest czymś więcej, niż sumą składowych. Z właściwości klocków nie wynikają właściwości tego, co z nich zbudowano.

Podam przykład, chyba najbardziej popularny. Sól kuchenna jest słona, w umiarkowanych ilościach dodawana do potraw w niczym nie szkodzi, a nawet była niegdyś używana do konserwacji artykułów spożywczych. I to wszystko mimo tego, że składa się z trującego gazu bojowego i metalu, który po wrzuceniu do wody powoduje jej wrzenie i wydzielanie się wodoru. Inny przykład emergencji: chlorofil składa się z węgla, wodoru, tlenu, azotu i jednego atomu magnezu. Nic szczególnego. A przecież ten związek organiczny decyduje obecnie o istnieniu życia na ziemi, gdyż bez niego nie byłoby tak efektywnej fotosyntezy.

Posłużyłem się przykładami prostych złożeń. Ale przecież ze związków organicznych powstają elementy komórek, z nich całe komórki, z komórek organizmy… Ty sam jesteś ogromną złożonością swojego ciała i ta właśnie złożoność owocuje właściwościami, których nie posiada martwa materia, której nie posiadają atomy i proste związki chemiczne.  Te właściwości ludzie zwykli nazywać „duszą”, „psychiką”, „świadomością”, „inteligencją”, wreszcie: „osobowością”.

Bycie inteligentną istotą, osobą jest skutkiem złożoności ciała. Ale dlaczego na naszym poziomie złożenia miałoby się to kończyć? Przecież organizmy są częściami stad, ekosystemów, biosfery, wreszcie: całego Wszechświata. Dlaczego złożoność Wszechświata nie miałaby wygenerować czegoś jak Osoba, Inteligencja, Rozumność?

Myślę więc, że przypisywanie panteizmowi braku osobowego boga to insynuowanie mu niepotrzebnego dogmatu. Panteizm nie głosi, że Wszechświat – Bóg jest bezosobową, bezwolną siłą, ale jedynie zawiesza sąd na ten temat, gdyż brak nam na razie danych, by określić, czym jego złożoność skutkuje. Jedyne, co wiemy to to, że:

1) Zjawisko emergencji może sprawiać, że złożoność Wszechświata generuje coś na kształt Osobowości.

2) Biorąc jednak pod uwagę ogrom tej złożoności i słabe jak na razie jej poznanie trzeba być ostrożnym w przypisywaniu Wszechświatowi czegokolwiek. Jeśli jest Osobą to w sposób zupełnie odmienny i daleko przekraczający nasze bycie osobami.

Podsumowując, może się okazać, że osobowy, duchowy bóg czy absolut teistów jest czymś szalenie prymitywnym w porównaniu z Bogiem Panteizmu.

Brak sensu modlitwy

Trzeba to sobie powiedzieć od razu: rzeczywiście, jest taki przypadek, w którym nie ma sensu „modlić się do prawa grawitacji”. Mianowicie, nie ma sensu modlić się w znaczeniu: prosić o to, żeby prawa natury przestały działać albo zaczęły działać tak, jak nam się podoba. Innymi słowy, nie ma sensu się modlić o cud. Nie ma sensu się modlić, żeby prawo grawitacji się zlitowało i sprawiło, że nasz plecak, zabrany w góry na wyprawę, zamiast 30 kilo ważył 30 gram.

Ale tak samo nie ma sensu modlić się o to samo do chrześcijańskiego, duchowego boga teistów!

Jak nie wierzysz, że mam rację, spróbuj. Ciekawe, czy w ilu wypadkach na tysiąc takich modlitw teistyczny bóg rzeczywiście wyciągnie rękę i zmieni wagę plecaka.

Ale modlitwa to przecież nie tylko proszenie o cuda.

Modlitwa może być dziękczynieniem.  Myślę, że mamy za co prawu grawitacji dziękować.

Modlitwa jest uwielbieniem. Myślę, że każdy miał chwile, gdy przystawał w zachwycie nad Przyrodą, jej złożonością i pięknem.

Modlitwa jest przeproszeniem. Myślę, że mamy za co Przyrodę przepraszać.

Nawet jeśli te modlitwy nie zmieniają niczego w Przyrodzie, zmieniają nas, a tym samym sprawiają, że inaczej zaczynamy Ją traktować. A Przyroda rzeczywiście odpowiada na to, jak się ją traktuje. Spróbuj sam, doświadczysz.

W ten pośredni sposób Przyroda z pewnością modlitw wysłuchuje. W przeciwieństwie do nieistniejącego ducha.

brak boga miłości

Zarzut często kierowany przez teistów w stronę panteistów brzmi: nie macie boga miłości! Nie macie moralności ani sensu życia!

A ja odpowiadam: Przyroda daje wszystkim to, co jest im niezbędne do przeżycia: ani mniej, ani więcej. Każdy w Przyrodzie ma szansę, nikt bez szans się nie rodzi. Wreszcie: żadne prawo Przyrody nie jest bezwzględne, zawsze jest margines na „farta”, na szczęśliwy los; niekiedy ten margines jest całkiem duży. Badania Hopi Hoekstra i jej zespołu z 2010 wykazały, że nawet organizm nieprzystosowany w jakiejś kluczowej właściwości do warunków nadal ma 25% szans ma przeżycie.

Może to i szorstka miłość, ale pewna. A nie miłość istoty, której nie widać, nie słychać, której dotknąć nie można.

Nie mamy sensu życia? To i lepiej! Pierwsze z twierdzeń tzw. kerygmatu, czyli głoszenia najbardziej podstawowych prawd wiary chrześcijańskiej głosi: „Bóg cię kocha i ma dla ciebie WSPANIAŁY PLAN!”

No, pięknie. Nie mam nic do powiedzenia. Bo wasz bóg ma plan! Pewna władza też miała ciągle wspaniałe plany: pięcioletnie, sześcioletnie. Jak każda tyrańska władza.

Przyroda nic dla mnie nie planuje. Bo niczego ode mnie nie chce, niczego nie żąda, nie potrzebuje mojego tego czy tamtego zachowania. Ale tym samym nie ma za co mnie po śmierci potępiać na wieki, jak wasz bóg.

Nie mamy moralności? To dlaczego nie zabijamy, nie gwałcimy, nie palimy na stosach, nie torturujemy za nieprawomyślne idee? Dlaczego nie zmieniamy życia całych pokoleń w piekło?

Otóż mamy moralność i mamy oparcie w Prawach Przyrody, które możemy wciąż odkrywać i na nich wzorować nasze postępowanie. Bo to Przyroda uczy nas egoizmu otwartego na poświęcenie i pomoc innym; to Przyroda uczy nas walki bez nienawiści, zaspokojenia potrzeb bez niepohamowanego rabunku. Nie mamy tym samym prymitywnej, czarno – białej, szachowej etyki, która jest odpowiedzialna za tak wiele zbrodni w historii ludzkości.

brak nadziei na życie wieczne

Tutaj muszę się PRAWIE zgodzić. No cóż, jeżeli nasza psychika, pamięć, inteligencja, osobowość są jedynie emergentnym skutkiem złożoności naszego ciała i procesów w nim zachodzących, gdy ustanie w nim jakiś kluczowy proces lub ulegnie uszkodzeniu kluczowy element, emergencja przestaje działać. Przestaje istnieć nasza osobowość, „dusza”, inteligencja.

Jednak jeżeli ja jestem skutkiem złożoności, to znaczy, że istnieje na mnie przepis. Przepis na mnie takiego, jakim jestem. To znaczy, że ten przepis gdzieś – może w pamięci Wszechświata – może być zapisany. Mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Mało prawdopodobne, że nawet jeśli, to ktoś będzie miał władzę i chęć mnie odtwarzać. Ale to też nie jest niemożliwe.

Więc nawet w takiej kwestii dla panteisty twierdzenie, że śmierć wszystko kończy jest niepotrzebnym dogmatem. Tak samo zbędnym, jak zbędne jest pytanie o ewentualną, przyszłą egzystencję.

Natomiast bóg teistów obiecuje im życie wieczne. Czy to takie dobre? Nawet Biblia mówi o tym, że patriarchowie czy prorocy umierali „syci dni” (np. Księga Hioba, 42, 17).

Jesteśmy istotami skończonymi. Nasz wzrok sięga na pewną odległość, nie dalej. Jesteśmy w stanie zapamiętać pewną ilość informacji, ale nie więcej. Każda możliwa rzecz sprawia nam przyjemność tylko do czasu, potem staje się nudna. Wyobraźcie sobie ze szczegółami, że oto macie żyć 500 lat. Ja już po takim czasie miałbym dosyć nawet, jeśli te 500 lat spędziłbym bez żadnych cierpień i trudów. Ilość widzianych miejsc, przeżytych dni przygniotłaby mnie. A gdyby to miało trwać w nieskończoność? Każda egzystencja wieczna byłaby dla nas piekłem.

Stokroć wolę perspektywę egzystencji skończonej.

Panteizm, czyli Świątynia Wilka

Wszechświat jest nieogarniony dla pojedynczego człowieka. Nawet nasza dotychczasowa – a przecież wciąż rozwijająca się! – wiedza naukowa, choć niepełna, jest już tak rozległa, że jeden człowiek jest w stanie posiąść tylko jakiś jej specjalistyczny wycinek.

Czy w obliczu tego ogromu skazani jesteśmy na samotność z naszymi problemami? Z naszym bólem, codziennością, trudem?

Otóż nie.

wstęp do totemu

Już panteistyczne religie pierwotne zdawały sobie sprawę z tego problemu. I znalazły na niego rozwiązanie. Tym rozwiązaniem jest pojęcie totemu.

Totem to nie, jak się powszechnie myśli, rzeźbiony słup na środku indiańskiej wioski. Ten słup jest jedynie rzeźbiarskim, artystycznym przedstawieniem, grafiką, logiem totemu.

Totem to jakiś element wielkiej złożoności Wszechświata, z którym czujesz szczególną więź – a mówiąc mniej ezoterycznie, który budzi twoje największe zainteresowanie i sympatię.

Totem to okno. Cząstka Przyrody, którą poznajesz i przez to stajesz się Jej częścią. Jak w organizmie wielokomórkowym, to ta komórka, z którą akurat masz łączność funkcjonalną i informacyjną.

Może nim być zwierzę, zjawisko przyrodnicze, prawo Przyrody, dział naukowej wiedzy. To coś, co będzie pobudzało twój rozum i ciekawość do poznania i odkrywania, ale też coś w Przyrodzie, do czego będziesz mieć stosunek emocjonalny, co ukochasz i czemu się poświęcisz.

Zajmując się rozumowo, naukowo, ale też i emocjonalnie tym elementem ogromu złożoności Wszechświata, będziesz miał z Nim łączność trwałą i piękną, łączność, która uczyni pięknym i owocnym twoje życie.

Ja znalazłem swój totem. Jest nim Wilk i dlatego miejsce to nazwałem Świątynią Wilka. Dlatego mogę przewrotnie mówić, że mój Bóg, Bóg panteisty ma imię – Fenrir, Wilk Morderca Bogów. Bo zakończył on we mnie panowanie zmyślonego, duchowego wszechojca, który ma tylko jedną namiętność: wyładowywanie swojej wściekłości na własnym synu i posyłanie do piekła.

To tylko wstęp do totemu, zasygnalizowanie tematu. Wkrótce napiszę o tym coś więcej. Tymczasem – Howgh!

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.