PIJANY STWÓRCA, CZYLI CO JEST NIE TAK Z KREACJONIZMEM

Zwolennicy teizmu i kreacjonizmu twierdzą, że istnieje pozanaturalny świat duchowy, na którego szczycie znajduje się najwyższy byt, absolut, czyli duchowy Bóg. Twierdzą, że to tenże Bóg aktem swojej woli stworzył cały widzialny świat. Twierdzą też, że tenże świat jest marnością, przemijającą iluzją, która prowadzi do prawdziwego, duchowego Królestwa Niebieskiego.

W pliku twierdzeń teistów wyróżnia się szczególnie jedno z nich, najukochańsze dziecko tego światopoglądu, a mianowicie tzw. Inteligentny Projekt.

Inteligentny Projekt

„Inteligentny Projekt” jest… dowodem na istnienie Boga! Wow. Tak przynajmniej twierdzą jego zwolennicy.

„Dowód” ów składa się z dwóch głównych twierdzeń:

Pierwsze głosi, że Wszechświat pełen jest przykładów tzw. złożoności nieredukowalnej. Co to takiego? Złożonością nieredukowalną jest, wg zwolenników IP np. oko. Jest ono złożonym, precyzyjnym organem zmysłu, który nie będzie działał, jeśli odejmiemy od niego choć jeden element. Tym samym – dowodzą – oko nie mogło powstać przez przypadek. Musiał za tym stać jakiś Inteligentny Projektant czyli – Bóg!

Drugie mówi o „złożoności ukierunkowanej”. Mówi ono o tym, że Wszechświat wykazuje pewną analogię z dziełami ludzkiej techniki. Złożoność, dopasowanie i działanie silnika pozwala się nam domyślać, w jakim celu został zaprojektowany. Tak samo – zdaniem kreacjonistów – Wszechświat posiada wszelkie znamiona precyzyjnego mechanizmu, ukierunkowanego na, a jakże, powstanie najwspanialszej, najlepszej, najświętszej i najdoskonalszej istoty we Wszechświecie, czyli tadaaam! Człowieka.

Ugryźmy Inteligentnego Projektanta w tyłek

Jak bardzo bezsensowny jest ów dowód, można zobaczyć na własne oczy, jeśli przyjrzymy się Przyrodzie takiej, jaka ona jest, bez teologiczno – ezoterycznych gogli.

Załóżmy na początek, że owszem, istnieje pozawszechświatowy, duchowy Bóg, który w swej niezmierzonej wszechwiedzy zaprojektował cały Wszechświat.

Przyjrzyjmy się jednemu z najbardziej podstawowych zjawisk w Przyrodzie, zjawisku, od którego zależy „być albo nie być” niemal całego życia na tej planecie. Przyjrzyjmy się zjawisku fotosyntezy.

W szkole wielu uczniów z obrzydzeniem wkuwa, że jest to proces, w którym m. in. rośliny dzięki energii świetlnej tworzą z dwutlenku węgla glukozę, a więc ze związku nieorganicznego – organiczny. Dzięki temu mają co jeść zwierzęta roślinożerne, dzięki temu – w dalszej kolejności – mają co jeść ludzie i drapieżniki.

Następnie – zapewne z narastającym znudzeniem – zapamiętać muszą nieszczęśni uczniowie, że proces ten składa się z dwóch faz: jasnej, w czasie której roślina pobiera energię ze Słońca, i ciemnej, zwanej cyklem Calvina, w której roślina przy pomocy tej energii przerabia dwutlenek węgla w glukozę. Glukoza zaś jest punktem wyjścia do budowy wszystkich węglowodanów, tłuszczów, białek, jest materiałem energetycznym w procesie oddychania… itd. itd.

Zapewne w liceum dorzuca się jeszcze informację, że cykl Calvina zaczyna się, gdy niejaki pięciowęglowy związek chemiczny, rybulozobisfosforan przyjmuje cząsteczkę dwutlenku węgla i staje się związkiem sześciowęglowym, który następnie rozpada się na dwa trójwęglowe kwasy 3 – fosfoglicerynowe.

Tyle szkolnej nauki. Ach, gdyby ci uczniowie wiedzieli, co się kryje pod tymi nudnymi wykresami, gdyby wiedzieli, jakie dziwolągi skrywa tutaj Przyroda, NIGDY nie daliby się zwieść kreacjonistom i fanatykom religijnym.

Co kryje cykl Calvina

Zapraszam Cię, łaskawy Czytelniku do krótkiej, spokojnej refleksji nad JEDNYM tylko szczegółem ze złożonego schematu fotosyntezy.

Otóż to, co mówią w szkole, że rybulozobisfosforan asymiluje, to jest przyłącza do siebie cząsteczkę COto prawda, ale niecała prawda.

Choćbyś nałożył całą kupę rybulozobisfosforanu, zamknął ją w szczelnym naczyniu i napompował tam czystego dwutlenku węgla, nie zajdzie żadna reakcja. Jeżeli włożysz torebkę herbaty do zimnej wody, nic się nie stanie, a to dlatego, że brakuje energii do tego, żeby zaszła jakaś reakcja. Musisz najpierw dostarczyć tej energii, podgrzewając wodę na wrzątek. Tak samo reakcja rybulozobisfosforanu z COwymaga dostarczenia energii…

Ale to się nie opłaca. Gdyby roślina miała w każdą reakcję chemiczną zachodzącą w fotosyntezie pakować energię, to nie byłaby w stanie wytworzyć jej więcej, niż by zużywała. Wpadłaby w spiralę długu energetycznego, czyli, mówiąc brutalnie, uschłaby zanim zdołałaby się zazielenić.

Rozwiązaniem w Przyrodzie są enzymy. Enzym to taka zbudowana z białka wielka aparatura chemiczna, służąca do tego, żeby dana reakcja chemiczna mogła zajść przy mniejszym nakładzie energii. Enzym – wielgachny zlep aminokwasów o określonym kształcie – posiada dwa miejsca aktywne, czyli takie dwa foteliki, jeden dla jednej cząsteczki, drugi dla drugiej. Gdy obydwie się wygodnie w nich usadawiają, zachodzi reakcja i z enzymu wychodzi już połączona, gotowa cząsteczka produktu.

Enzym, który umożliwia reakcję rybulozobisfosforanu z dwutlenkiem węgla nazywa się karboksylaza rybulozobisforforanu, a w skrócie – RuBisCo.

I tu dochodzimy do szczegółu, który rozwala w pył całą misterną argumentację kreacjonistów. Otóż jeżeli ich Bóg zaprojektował RuBisCo, to musiał to robić po pijanemu.

RuBisCo jest straszliwie wadliwym enzymem. Po pierwsze, jeżeli w swoim miejscu aktywnym usadowi się cząsteczka CO2, a później rybulozobisfosforan – wszystko będzie OK, cykl Calvina ruszy dalej bez problemów i opóźnień, a na końcu otrzymamy śliczny, nowiutki kwas 3- fosfoglicerynowy.

Gorzej, jeśli stanie się odwrotnie, a mianowicie kiedy to rybulozobisfosforan usadowi się pierwszy. RuBisCo uznaje wtedy, że wszystko jest gotowe i, nie czekając na spóźnialski CO2 zamyka się… i nic się nie dzieje. Cykl Calvina nie zachodzi.

Przyroda posiada jednak ratunek na tenże wypadek. Pojawia się nowy enzym, aktywaza rubisco, która rozmontowuje źle złożony kompleks i daje RuBisCo drugą szansę, żeby tym razem przyłączyła cząsteczki we właściwej kolejności.

Jak widzimy, jest to ewidentna łata, którą prowizorycznie zaklejono niedostatki podstawowego dla fotosyntezy enzymu.

Ale na tym nie koniec wad RuBisCo. Otóż fotelik przeznaczony dla dwutlenku węgla jest tak „zaprojektowany”, że równie dobrze, a w pewnych warunkach o wiele chętniej sadowi się tam… tlen atmosferyczny.

Wówczas reakcja zachodzi, ale wtedy z RuBisCo, zamiast dwóch cząsteczek kwasu 3 – fosfoglicerynowego (a tyle potrzeba, żeby cykl kręcił się dalej) wychodzi tylko jedna. Wraz z nią opuszcza RuBisCo jedna cząsteczka bezużytecznego fosfoglikolanu. Żeby cokolwiek mogło się kręcić dalej, potrzeba… TAK, ZGADLIŚCIE! Kolejnego, trzeciego już enzymu, który usłużnie przerobi fosfoglikolan na kwas 3 – fosfoglicerynowy.

schemat problemu z RuBisCo w roli głównej

Podsumowując, jeżeli przyjmiemy, że fotosyntezę zaprojektował Inteligentny Projektant, to nie jest on zbyt inteligentny. Zamiast od początku zaprojektować jeden, skuteczny enzym, zaprojektował wadliwe RuBisCo, którego działanie trzeba łatać dwoma dodatkowymi enzymami.

A co na to panteista – ewolucjonista?

Teiści wydumali sobie super – doskonały byt, który nigdy się nie myli. Przyroda zaś, prawdziwy i jedyny Bóg, który rzeczywiście istnieje, myli się zawsze. Bo metodą prób i błędów czysty przypadek konstruuje we Wszechświecie coraz bardziej złożone, coraz doskonalsze struktury. Na miliard pomyłek zdarzy się jedna, doskonała cząstka, jedno doskonałe rozwiązanie. A jeśli nie będzie doskonałe, tak jak RuBisCo nie jest doskonałe? W Przyrodzie obowiązuje jednak inne rozumienie doskonałości, krańcowo odmienne od tego ludzkiego: wszystko NAJ, wszystko MAX, wszystko idealnie.

W Przyrodzie wadliwe RuBisCo jest WYSTARCZAJĄCO doskonałe, żeby przy pomocy dwóch łatek można było sprawić, że cały system będzie działał i nadal będzie się opłacił. Fotosynteza i tak odzyskuje ze Słońca tyle energii, że silnik spalinowy, który bardziej ogrzewa powietrze niż napędza samochód może się schować.

Chwała Tobie, Wszechświecie, że Twoja doskonałość jest doskonałością na minimum. Nie jesteś jak ten okrutny, kompulsywny perfekcjonista, Bóg teistów, który chce wszystkiego „naj”, a jak coś nie jest „naj” – to się wścieka i posyła do piekła. Dla Ciebie ja ze swoimi wadami jestem wystarczająco doskonały, bo wciąż żyję i wciąż mogę się cieszyć szczęściem, które mi dajesz.

A propos jeszcze „nieredukowalnej złożoności” oka. Euglena zielona, malutki, jednokomórkowy pierwotniak posiada prymitywny fotoreceptor, zaopatrzony w stigmę – coś w rodzaju ni to powieki, ni to tęczówki – która reguluje dopływ dopływ światła. Wszystko to pozwala tylko ustalić, skąd pada światło, ale od czegoś trzeba było zacząć… Krok po kroku ewolucja udoskonalała ten fotoreceptor, aż stworzyła złożony aparat wzroku.

Ze zwolennikami „nieredukowalnej złożoności” jest tak, jak z pewnym człowiekiem, który miał kiepsko płatną pracę. Zawziął się jednak, podjął wiele strasznych wyrzeczeń i ze swojej chudej pensji odłożył tyle, że stać go było na zrobienie specjalistycznych studiów i wyjazd za granicę. Tam został bogatym i cenionym ekspertem. A grupa kreacjonistów powiedziała: „cała ta historia jest niemożliwa, to musiał Bóg zstąpić i zesłać mu milion euro i tak właśnie się zaczęła jego kariera”.

I to właśnie jest „nie tak” z kreacjonizmem. Że jest w gruncie rzeczy jedną, wielką, paranoiczną teorią spiskową. Tyle, że zamiast Żydów, masonów, kosmitów, reptilian czy grupy Bilderberg za wszystkim stoi w niej niewidzialny, duchowy Bóg.

Jak dla mnie, fotosynteza jest wystarczająco zachwycająca i piękna, że nie potrzebuje żadnego celu – jest celem sama w sobie. I nie potrzebuje cudu, żeby zaistnieć, bo sama jest wystarczająco cudowna.

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.