PANTEIZM A CHRZEŚCIJAŃSTWO

Stosunek chrześcijaństwa do panteizmu jest dość jednoznaczny: to herezja, godząca w podstawy wiary. Za przykład niech posłużą cytaty z „Notyfikacji odnośnie do pism ojca Anthony de Mello SJ” wydanej przez Kongregację Nauki Wiary. W piśmie tym następczyni Świętej Inkwizycji odnosi się do pism hinduskiego jezuity, oskarżonego o skażenie panteizmem:

(…) już w niektórych fragmentach tych pierwszych publikacji, a w sposób nasilony w późniejszych pismach tego Autora, zauważa się coraz bardziej niebezpieczne odchodzenie od podstawowych treści wiary chrześcijańskiej. Objawienie dokonane w Chrystusie zastępuje on intuicją Boga (…)  Aby ujrzeć Boga wystarczy patrzeć bezpośrednio na świat. (…) Pytanie o istnienie Boga jest już absurdem. To radykalne zaprzeczenie prowadzi także do negacji prawdy, że w Biblii znajdują się doniosłe potwierdzenia istnienia Boga. (…) Myśleć, że Bóg własnej religii jest jedynym, znaczy poddać się fanatyzmowi. „Bóg”, według Autora, powinien być widziany jako rzeczywistość kosmiczna, nieokreślona i wszechobecna. Ignoruje się charakter osobowy Boga, a praktycznie się go zaprzecza. (…) Przy różnych okazjach stwierdza się, że problem przeznaczenia po śmierci nie jest ważny. Powinno interesować nas jedynie życie obecne. W tym życiu jednak, według Autora, nie można mówić o obiektywnych zasadach moralnych, ponieważ zło jest jedynie nieznajomością. Dobro i zło są widziane jako rozumowe wartościowanie narzucone na rzeczywistość. (…) Kongregacja Nauki Wiary, mając na celu troskę o dobro wiernych, uznała za konieczne stwierdzić niniejszą Notyfikacją, że wyżej przedstawione teorie nie są do pogodzenia z wiarą katolicką i mogą prowadzić do poważnych szkód. [podkreślenie Szaman Fenrira]

To o czym w ogóle rozmawiać?

Można by powiedzieć: całe szczęście, chrześcijaństwo to nie tylko Kościół Rzymski i Kongregacja Nauki Wiary. Ale choć inne odłamy chrześcijaństwa nie mają tak sztywnych ram dogmatycznych, i tam panuje przekonanie, że wiara we Wszechświat i Przyrodę jako Boga jest nie do pogodzenia z religią Jezusa Chrystusa. Przecież jest napisane: „Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i prawdzie” (Jan 4, 24); „I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało. ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i duszę i ciało zniszczyć w piekle” (Mat 10, 28); „Duch ożywia, ciało nic nie pomaga. Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem” (Jan 6, 63); Istnienie świata duchowego, odrębnego od wszelkiej materii i energii znanej fizyce wydaje się być nieodzownym artykułem wiary, wypływającym wprost z Biblii, a to przecież na tej księdze budują swoje doktryny wszystkie odłamy chrześcijaństwa.

Na gruncie chrześcijaństwa można postawić też inny argument przeciwko panteizmowi. Bóg w chrześcijaństwie jest Stwórcą Wszechświata, nie może więc być Wszechświatem. Panteizm uderza także w jakiś sposób w misterną konstrukcję teologii samej postaci Jezusa Chrystusa. Jeśli byłby on Synem Bożym Boga – Przyrody, Boga – Wszechświata, to całe dotychczasowe rozumienie tej postaci musiałoby ulec co najmniej wielkim modyfikacjom.

Czy jednak rzeczywiście sprawa jest aż tak oczywista?

Skąd się wziął świat duchowy?

Jeśli uczciwie przeczytamy Biblię, zauważymy, że nigdzie nie precyzuje ona w jakiś ściśle naukowo – filozoficzny sposób, co to właściwie jest ten „duch” czy „dusza”. Używane w Starym Testamencie słowo ruah, a w Nowym pneuma pierwotnie znaczyły „oddech, tchnienie, wiatr”, później zaś „rozum, intelekt”. Dopiero później słowa te zyskały  znaczenie „duszy” lub „ducha”.

W teologii chrześcijańskiej od początku obecne były wpływy potężnego kierunku filozoficznego, a mianowicie platonizmu. Znane z prologu ewangelii Jana „Słowo” jest zapożyczeniem filozoficznego pojęcia Logos Platona; radykalny dualizm człowieka, jako duszy nieśmiertelnej i grzesznego ciała również pochodzi od greckiego filozofa. Wreszcie pojęcie Boga jako niematerialnego Absolutu, świata idei jako wzniosłości, której świat materialny jest mizernym odbiciem – wszystko to znajdziemy w systemie platońskim.

Mało kto wie, jak właściwie Platon wpadł na pomysł, żeby w ogóle założyć istnienie zupełnie osobnego, niematerialnego świata. Wszystko zaczęło się od… zadania z geometrii.

W czasach Platona wśród filozofów greckich wybuchł spór na temat stycznej do okręgu. Znamy z lekcji matematyki definicję: „jest to linia prosta, mająca jeden punkt wspólny z okręgiem”.

Problem pojawia się, gdy narysujemy taką styczną.

Jak widać na załączonym obrazku, narysowana styczna ma wspólny z okręgiem ODCINEK, a nie punkt. Oczywiście wiemy, że wynika to z grubości zastosowanej do rysowania kreski, podczas gdy okręg i prosta z geometrycznej definicji mają grubość zerową.

W czasach Platona podniesiono jednak ten problem jako podważający zasadność uprawiania całej geometrii. Skoro – argumentowano – w świecie realnym styczna do okręgu ma z nim wspólny odcinek, a taka, która by spełniała definicję geometryczną nie istnieje, to znaczy, że cała geometria zajmuje się rzeczami nierealnymi, nieistniejącymi, a więc jest stratą czasu.

Platon poważnie potraktował ten problem i uznał w końcu, że jedynym sposobem jego rozwiązania jest uznanie istnienia realnego, doskonałego świata idei. W świecie tym narysujemy styczną i będzie ona spełniać geometryczną definicję. Tutaj, w świecie materialnym jest to niemożliwe dlatego, że świat ten jest tylko nędznym, niedoskonałym odbiciem prawdziwego, duchowego świata.

Tak narodził się chyba najbardziej w historii świata brzemienny w skutki pomysł. To właśnie z przelotnej miłości sytemu platońskiego i chrześcijaństwa, na rozstajnej drodze spłodzono doktrynę o świecie duchowym, dogmaty o duszy nieśmiertelnej człowieka, duchowej naturze Boga i tak dalej.

To chyba odpowiedni moment, żeby ktoś wreszcie postawił najważniejsze pytanie: dlaczego wydumany problem z zadaniem z geometrii ma być dogmatycznym wyznacznikiem prawidłowości wiary religijnej? Dlaczego Platon po dziś dzień decyduje o tym, w co mają wierzyć wyznawcy Jezusa Chrystusa? To czyimi w końcu są wyznawcami?

Wróćmy do Biblii

Problem naleciałości platońskich w chrześcijaństwie nie jest jedynym źródłem wiary w świat duchowy. Przytoczyłem wcześniej kilka fragmentów biblijnych, mówiących o duchu czy duszy, ale można by ich znaleźć niepomiernie więcej. Człowiek wierzący w Biblię jako objawione Słowo Boże nie może przejść obok nich obojętnie.

I tu napotykamy drugi problem, równie stary jak sama Biblia. Jest to problem jej interpretacji.

Niemal wszyscy bibliści wszystkich wyznań zgadzają się co do jednego: słów Biblii nie można rozumieć wszystkich literalnie i dosłownie. Biblia stałaby się wtedy stekiem absurdów i sprzeczności. Bóg, który mówi „nie zabijaj” (II Mojż 20, 13; V Mojż 5, 17) niemal po sąsiedzku mówi też: „czarownicy nie pozostawisz przy życiu” (II Mojż 22, 18), albo wręcz nakazuje wymordowanie całego narodu (V Mojż 25, 17 – 19).

I tu narodził się cały aparat egzegezy, czyli interpretacji Biblii. A więc przy wyjaśnianiu znaczenia danego zdania czy fragmentu trzeba wziąć pod uwagę niuanse języka oryginalnego, bo przekład nie oddaje treści w sposób dokładny. Trzeba uwzględnić gatunek literacki, w jakim dany fragment napisano – przecież nie można traktować słów poezji tak samo jak dane statystyczne czy kalendarium kronikarskie. Trzeba uwzględnić… i tak można by wymieniać.

Ale dobrze, zastosowaliśmy wszystko powyższe i zinterpretowaliśmy, jaki sens i znaczenie mają dane słowa biblijne. To jednak nie wszystko. Musimy teraz zdecydować, czy ten sens, tę treść słów mamy traktować na serio? Przykładowo, autor I Księgi Mojżeszowej, tj. Księgi Rodzaju w opisie stworzenia świata napisał: „Uczynił więc Bóg sklepienie, i oddzielił wody pod sklepieniem od wód nad sklepieniem; i tak się stało. I nazwał Bóg sklepienie niebem.” (I Mojż 1, 7 – 8). Oczywistym jest, że nie pomoże tu żaden gatunek literacki czy filologia. Autor pisząc te słowa na pewno miał na myśli to, co tu jest napisane: że niebo to taka kopuła, przykrywająca płaską ziemię, ponad którą jest pełno wody, dlatego jest owa kopuła niebieska i czasami z niej leje. Takie bowiem było wyobrażenie konstrukcji świata w czasach, gdy ten fragment powstawał. Sens dosłowny mówi o sklepieniu, ale my dzisiaj wiemy z badań astronomicznych, że jest to totalna bzdura.

Egzegeci mówią więc: przy interpretacji samej treści Biblii trzeba jeszcze uwzględnić uwarunkowania kulturowe, w jakich autor pisał.

I tu dochodzimy do sedna problemu.

Polega on na tym, że teologowie i egzegeci różnych wyznań stosują wpływ autora ludzkiego na Biblię jak im się podoba. Jeśli im to akurat pasuje, mówią: to uwarunkowanie kulturowe! To uwarunkowanie historyczne!

Ale gdy dochodzą do fragmentów, które potwierdzają ich ukochany, platoński system od razu mówią: To Duch Święty tak natchnął i jest to prawda, którą trzeba rozumieć dosłownie!

I nagle podczas gdy autor Księgi Rodzaju był uwarunkowany kulturowo i historycznie, to Paweł z Tarsu już nie był, więc gdy pisze „Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci?” (Rzym 7, 24) trzeba to dosłownie rozumieć i koniec…

A można by inaczej

Można by inaczej. Można by przestać wreszcie traktować Biblię jako podręcznik wiedzy o Bogu, Wszechświecie, o biologii, astronomii i geologii. Można by odkryć Biblię jako opowieść o Bogu przeżywanym przez ludzi, a nie Bogu naukowo opisanym.

Izraelita, który przeżył najazd wrogiego ludu, widział śmierć swoich bliskich i płonące miasta przeżywał Boga jako Mściciela, który krwawo odpłaci wrogom narodu wybranego. I takim go opisywał. Uczniowie Jezusa, wspominający po latach ponure dni ukrzyżowania ich mistrza przeżywali Boga jako wymagającego przelania krwi, żeby przebaczyć ludziom ich grzechy. I tak go opisywali. Apostoł Jan radując się z rozwoju Kościoła przeżywał Boga jako tego, który jest miłością. I tak go opisywał.

Taka Biblia mówiłaby o Bogu Panteizmu. Bo oto przecież i my w różny sposób przeżywamy Wszechświat i Przyrodę. Jeśli jest ci smutno, przeżywasz nawał pracy i problemów, pochmurna pogoda i ulewa wyda ci się ponurą i przygnębiającą. Lecz w tym samym czasie para zakochanych będzie śpiewać w deszczu, a rolnik dziękować Niebu za to, że skończyła się susza.

Biblia jako opowieść o Bogu przeżywanym zmieniłaby też swój status jako Słowa Bożego. Słowem Bożym przestałyby być już litery (przecież ludzkie!) czy wyrazy (ludzkiego przecież języka!). Słowo Boże stawałoby się w momencie, gdy bierzesz do ręki Biblię i ją czytasz, byłoby gdzieś pomiędzy tobą a tekstem, gdzieś pomiędzy literami a twoim umysłem.

Niestety, to tylko marzenie. Teologowie nigdy nie dopuszczą do tego, żeby wyznawcom chrześcijaństwa wolno było tak na Biblię spoglądać. Tak pojęta Biblia utrąciłaby bowiem sens uprawiania całej tej próżniaczej dyscypliny, sprowadziłaby ją do szeregu podrzędnego działu literaturoznawstwa, filologii i filozofii. Nie byłoby już miejsca na próżne spory o to, jakie są i jaki jest wzajemny stosunek natur w Chrystusie, czy człowiek zmartwychwstaje do życia wiecznego w momencie śmierci, czy musi odczekać stan pośredni, czy w Trójcy Świętej Osoby Boskie mają charakter prosoponów, czy może…

Chrześcijaństwo, o jakim marzę

Marzę o takim chrześcijaństwie, które nauczy się obywać bez teologii i teologów. Marzę o chrześcijaństwie, które nie będzie chrześcijaństwem wypraw krzyżowych, procesów czarownic, wojen religijnych, nocy św. Bartłomieja, cudów eucharystycznych i stęchłych relikwii. Marzę o chrześcijaństwie, które będzie religią pokoju. Marzę o chrześcijaństwie, które odrzuci tego okropnego cielca, ulepionego ze strzępków ludzkiej filozofii, które odrzuci Boga teologów, a otworzy oczy na potęgę i majestat Wszechświata.

Marzę o chrześcijaństwie, które zwróci ludziom Jezusa Chrystusa prawdziwego, a odrzuci ten potworny konstrukt myślowy, postawiony przez teologów na ołtarzach. Marzę o chrześcijaństwie, które przestanie sankcjonować ludzką pychę i uważanie się za najdoskonalszą istotę. Marzę o chrześcijaństwie, które nie będzie traktowało świata Przyrody jako dekoracji na scenie, na której występuje główny celebryta – człowiek, a Bóg ma siedzieć na widowni i klaskać. Marzę o chrześcijaństwie, które będzie potrafiło uklęknąć przed drzewem, jeleniem czy wilkiem. Marzę o chrześcijaństwie, które połamie strzelby myśliwych, zatamuje wylew ścieków do rzek, które stępi piły drwali i zatrzyma koparki rozwalające góry.

Marzę o chrześcijaństwie, które będzie społecznością, a nie instytucją. O chrześcijaństwie, które będzie miało odwagę przyznać się do pomyłek, błędów, kłamstw i zbrodni, a które w ich miejsce postawi tolerancję, uczynność, dobroć, wiedzę i pokój.

Marzyć każdy może. A póki co Fenrir jest moim Jezusem, a Wszechświat moim Bogiem Ojcem, emergencja moim Duchem Świętym. I tego nikt mi nie odbierze.

Podziel się