KRĄG DRUIDÓW I ŚWIĄTYNIA ATENY. WYPRAWA TROPEM PRZYJAŹNI Z PRZYRODĄ

Człowiek od dawien dawna obchodzi się z Przyrodą w arogancki, pasożytniczy i okrutny sposób. Nie od dzisiaj cywilizacja ludzka jest dla Przyrody największym zagrożeniem, z jakim przyszło Jej walczyć. Nie od dzisiaj też człowiek na skutek tej walki jest istotą tragiczną, która w dążeniu do maksymalizacji swojego szczęścia wykuła przyczynę swojej największej rozpaczy.

Nasi przodkowie sprzed wieków mieli – teoretycznie – o wiele bardziej stresujące życie od nas. Byle zranienie lub przeziębienie mogło zabić, bo brakowało osiągnięć dzisiejszej medycyny. Każda wycieczka do lasu mogła skończyć się śmiercią, bo nie brakowało drapieżników przewyższających ludzi pod każdym możliwym względem. Każde ukąszenie komara, pająka czy węża było śmiertelnie niebezpieczne. Innymi słowy: śmierć czaiła się wszędzie.

Człowiek przez dzieła swojej cywilizacji odsunął od siebie śmierć tak daleko, jak to tylko jest możliwe. Oczyścił z niej swoje życie, wysprzątał codzienność z choćby pamięci o niej… i tym samym odkrył coś, czego nie zna żadne, żyjące w dziczy zwierzę. Czyli bezmiar bezsensownego i niekończącego się cierpienia.

Spójrz, Przyjacielu, na swoje życie. Całe jest ono zanurzone w cierpieniu, a jeśli go nie odczuwasz, to tylko dlatego, że przyzwyczaić się można do wszystkiego.

Cierpieniem jest wstawanie do pracy czy szkoły, gdy jeszcze jest ciemno i zimno, cierpieniem jest konieczność ocierania się, współpracowania i dzielenia codzienności z ludźmi, z którymi nic Cię nie łączy, których nie lubisz, a nawet odczuwasz do nich wstręt. Męczarnią jest ciągłe życie w idiotycznym pośpiechu, hałasie i truciźnie. Cierpieniem jest powrót z pracy do domu, gdzie zamiast odpoczynku czeka Cię zwykle dalszy wysiłek. Udręką jest brak czasu na przyjemności tak wielki, że gdy już ten czas znajdziesz, mija on szybciej, niż chorobliwie głęboki sen. Życie toczy się w strachu przed śmiercią tak potężnym, że każe on ludziom przedłużać sztucznie swoją egzystencję nawet, gdy jest ona już permanentną udręką.

A codzienność ludzi wypełniona jest po brzegi, w każdej godzinie, minucie, sekundzie – czy śpią, czy nie – stresem w każdej jego możliwej postaci. Stresem, który utrzymuje ludzkie ciała w nieustannej gotowości do walki, zmusza je do rabunkowego gospodarzenia zasobami swojej energii. Nie ma się co dziwić komórkom naszego ciała, że poddane tak strasznemu, wojennemu wyzyskowi buntują się i obracają przeciwko całemu organizmowi, tworząc raka – chorobę, której żaden gatunek na tej planecie nie odczuł w tak wszechpotężnym zakresie, jak ludzie. Niewielką będzie przesadą nazwać nowotwór „ludzką chorobą”.

A jednak są w naszej historii chwile, które pokazały, że naprawdę MOŻNA INACZEJ. Są w naszym świecie miejsca, które nadal noszą ślad po tych krótkich, ale tak znaczących epizodach.

Dziś zapraszam Cię, Przyjacielu, do jednego z takich miejsc.

Pałac von Redenów w Bukowcu.

Bukowiec to mała, położona na uboczu Kotliny Jeleniogórskiej wioska. Podobnie jak wiele wsi w regionie, została założona w głębokim średniowieczu, podobnie jak wiele innych takich miejscowości stanowiła własność przeróżnych szlachciców i ich rodzin.

A jednak nastąpił w dziejach tej zapomnianej wioski moment, w którym stała się ona najjaśniejszym i wciąż żywym pomnikiem wielkiej przyjaźni z Przyrodą, świadectwem, że wbrew wszystkim ludzkim kalkulacjom i prawidłom cywilizacyjnym człowiek i Przyroda nie muszą być sobie wrogami, ale mogą razem stworzyć coś wspaniałego i olśniewającego.

Gdyby jakiś zidiociały urzędnik stwierdził, że nazwa wsi – Bukowiec – podpada pod tzw. „ustawę dekomunizacyjną”, bo wysławia Emiliana Nestorowicza Bukowa, radzieckiego pisarza i poetę, to wieś tę można by wówczas nazwać właśnie tak: MOŻNA INACZEJ.

W XVIII wieku wieś była biednym, zaniedbanym majątkiem, zamieszkałym przez żyjących w nędzy ludzi. Przez ostatnie sto lat stanowiła przedmiot handlu między kolejnymi właścicielami, którzy bez przerwy się zmieniali i żaden z nich nie zamierzał ani tutaj osiadać, ani cokolwiek czynić dla poprawy życia mieszkańców.

Jednak w 1785 rioku nadszedł przełomowy moment nie tylko w życiu lokalnej społeczności, ale w całej historii ludzkości. I uważam, że nie popełniam najmniejszej przesady, używając takiego stwierdzenia.

Wieś kupił wówczas hrabia Fryderyk Wilhelm von Reden.

Czytelnikom z Górnego Śląska spieszę z zapewnieniem: tak, to TEN Reden, którego imienia ulica znajduje się w Zabrzu, którego pomnik stoi w Chorzowie, a tamtejsze wzgórze do dziś bywa nazywane Wzgórzem Redena. To ten sam człowiek, na którego cześć jedna z dzielnic Dąbrowy Górniczej nazywa się właśnie: Reden.

Hrabia von Reden był typowym przedstawicielem oświeceniowej myśli technicznej, jedną z ikon rewolucji przemysłowej. To on, jako nadgórmistrz we Wrocławiu zreorganizował działalność wydobywczą na Górnym Śląsku, wprowadził do górnictwa dopiero co wynalezione maszyny parowe i tym samym stał się jednym z ojców tej dziedziny w jej nowoczesnym wydaniu.

Hrabia von Reden nie mógł wszakże nie zauważyć, jakie są skutki jego działalności. W jednej chwili na Górny Śląsk, wraz z dobrodziejstwami, spadły wszelkie, straszliwe skutki rewolucji przemysłowej, skutki, które przerobiła już Anglia, skąd zaczerpnął wzorce. W jednej chwili nierówności społeczne przybrały formy, przy których nawet starożytne niewolnictwo wydaje się lepszym rozwiązaniem. W jednej chwili ciche wsie stały się zadymionymi, pełnymi wrzawy miastami z niekończącymi się szeregami kamienic o poczerniałych od sadzy fasadach. W jednej chwili zalesione wzgórza zamieniały się w hałdy trujących odpadów, bystre rzeki w bulgoczący, smrodliwy ściek, a zieleń lasów ustąpiła szarości i czerni przemysłowego świata.

Nie wiemy nic o tym, czy hrabia pożałował tego, czego dokonał, nie wiemy, co poczuł widząc to wszystko, co opisałem powyżej. Ale możemy się tego domyślać po tym, co zrobił, gdy dwa wydarzenia zmieniły jego życie. Po pierwsze, w toku burzliwych dziejów wojen napoleońskich najpierw stracił dawne wpływy i znaczenie, a potem stanowiska i władzę. Po drugie, odnalazł w późnym wieku 50 lat największą miłość swojego życia: Fryderykę Karolinę, którą poślubił w 1802 roku.

Małżonkowie, osiadłszy na stałe w Bukowcu zmienili go nie do poznania. Przekształcili zubożałą wioskę w jedną, wielką, bogatą farmę, rezerwat Przyrody i park krajobrazowy w jednym.

Park Krajobrazowy w Bukowcu.

Park ten powstał na fali ówczesnych czasów. Był to moment dziejów, kiedy to burzliwy rozwój techniki przyniósł ludzkości nowe, nieznane dotąd utrapienia, które podziałały niczym kubeł zimnej wody. Opadł entuzjazm i zadufanie w to, że Przyrodę można i należy człowiekowi podporządkować. Jednocześnie przewrót w nauce ukazał ludziom, że Przyroda jest o wiele bardziej tajemnicza i niesamowita, niż kiedykolwiek przypuszczano. Myśliciele końca Oświecenia nawoływali zgodnie do powrotu do Przyrody, do ponownego przyjrzenia się jej tajemnicom. Tak narodził się romantyzm.

W szkole przedstawia się nam zwykle romantyzm w typowo polskim wydaniu, jako czas rozhisteryzowanych poetów, niespełnionych, wzdychających kochanków, ginących w bohaterskich szarżach wojowników o wolność, a przede wszystkim: jako czas jednej, wielkiej traumy wymazanego z mapy narodu, który robi z siebie jedną, wielką, jęczącą ofiarę.

Jednak romantyzm europejski to czas zupełnie inny. To czas, kiedy prawie każdy artysta był jednocześnie naukowcem, czas, kiedy na równi z piórem poety modny był młotek geologa. Był to czas, kiedy narodziła się współczesna biologia, czas wielkiej fascynacji Przyrodą.

Hrabia von Reden założył w Bukowcu coś, czego jeszcze nie próbowano: miejsce, które będzie po ludzku na siebie i swoich mieszkańców zarabiało – i jednocześnie będzie świątynią Przyrody, ostoją bioróżnorodności. Zbudował tutaj przedziwną enklawę, gdzie beztroska przyjemność i ciężka praca przestały być przeciwieństwami, gdzie piękno i użyteczność pobrały się w pełnym miłości związku.

Widok na dolinę Parku Krajobrazowego w Bukowcu. Po lewej Opactwo na zboczu wzgórza Mrowiec, nieco bliżej stawy, a po prawej: pałac z zabudowaniami gospodarczymi i Świątynią Ateny na pagórku.

Park w Bukowcu stał się też czymś jeszcze… ale to już odkryjemy, wędrując jego ścieżkami!

Sam pałac prezentuje się skromnie: jest nieduży, poza wejściem, w które wmurowano sprowadzone z Toskanii renesansowe kolumny nie posiada właściwie żadnych ozdób. Jakby architektom zależało, żeby podkreślić ducha nowych czasów: pokorę wobec Przyrody, uznanie, że żadne ludzkie rzeźby ani zdobienia nie przewyższą Jej piękna.

Pergola przy folwarku.

Idąc za naszym Przewodnikiem, wilkiem Bojarem opuszczamy więc tę ludzką siedzibę i wstępujemy do leżącej tuż za budynkami, okazałej Pergoli. Półkolisty amfiteatr wypełniono tutaj typową instalacją ogrodową z czasów baroku, czyli budowlą na wskroś ludzką, gdzie Przyroda pełni jedynie funkcję ozdoby – ale jednocześnie jest to ozdoba na tyle znacząca, że zapowiada to, co dane nam będzie za chwilę zobaczyć.

Tuż za zabudowaniami folwarcznymi wznosi się niewielkie, skaliste wzgórze. Młoda hrabina lubiła przychodzić tutaj, żeby z tego miejsca oglądać wspaniały widok na Karkonosze. Nic dziwnego, że w drugą rocznicę ślubu hrabia Fryderyk podarował jej niesamowity prezent: wybudował na wzgórzu Świątynię Ateny.

Świątynia Ateny.

Tak naprawdę była to świątynia herbaty i książek. Składała się z dwóch pomieszczeń: dwóch zamkniętych, czyli kredensu herbacianego i biblioteki – oraz trzeciego, otwartego na świeże powietrze portyku, gdzie hrabina i jej przyjaciele przesiadywali, mając przed oczyma widok Śnieżki, najwyższej góry Sudetów.

Śnieżka widziana ze Świątyni Ateny.

Napis nad wejściem głosi: Coniugi dulcissimae – „Najsłodszej małżonce”. A dlaczego miejsce to nazwano „Świątynią Ateny”? Cóż, Atena to grecka bogini mądrości, a właśnie tym było to miejsce: świątynią mądrości, miejscem, gdzie w zadziwiający sposób ożenione zostały niby wykluczające się przeciwieństwa: pobyt w lesie i lektura w bibliotece. A jeśli jakiejś cechy potrzeba, żeby ludzka cywilizacja nie była wrogiem Przyrody, to właśnie mądrości, czyli połączenia rozwagi, doświadczenia i wiedzy.

Najstarszy dąb, a w tle – charakterystyczny dach Domu Ogrodnika.

Tuż za wzgórzem zbudowano willę dla architekta całego parku – Hansa Karla Walthera. Dziwaczny dla naszego oka kopulasty kształt dachu to wyraz fascynacji Anglią, krajem, w którym zresztą poznali się przyszli małżonkowie von Reden.

Na zboczu wzgórza Świątyni Ateny rośnie też Najstarszy Dąb. Jest on właśnie przykładem owej mądrości w gospodarzeniu tym terenem. Gdzie bowiem napotykano stare, piękne drzewa – pozostawiano je, choćby kosztem zakrętu na drodze czy wyłączenia kolejnej części spod ludzkiego wykorzystania. Dlatego Bukowiec i jego park krajobrazowy pełen jest starych drzew: tylko tych, które posiadają status Pomnika Przyrody znajdziesz tutaj aż 350!

Pomniki nie tylko Przyrody znalazły się w parku, ale także pomniki rodzącej się wówczas wiedzy o Niej. Tuż przy Najstarszym Dębie, na ogrodzeniu sadu przy Domu Ogrodnika hrabia von Reden wystawił tablicę pamiątkową na cześć Johanna Adama Valentina Weigla, wybitnego dolnośląskiego geografa i botanika, jednego z pierwszych, którzy naukowo opisali rośliny dziko rosnące w Sudetach. Weigel był dobrym znajomym hrabiego Redena, pełnił bowiem obowiązki pastora w leżącej po drugiej stronie gór Rudaw Janowickich wsi Leszczyniec. Gdy zmarł w 1806 roku upamiętniono go nie tylko tablicą w parkowym lesie, ale także w tym, co zapomniany uczony kochał najbardziej: w nauce o Przyrodzie. Jednemu z chrząszczy, odkrytemu w Masywie Śnieżnika, nadano wówczas naukową nazwę: Carabus weigelli.

Aleja wierzbowa.

Gdy zejdziemy ze skalistego pagórka, gdzie rośnie Najstarszy Dąb, napotkamy aleję, wysadzaną drzewami, które jak żadne inne kojarzą się z polską, starą, dobrą wsią: wierzbami.

Wierzba biała Salix alba to drzewo dawniej nierozerwalnie związane z ludzkimi domostwami – to właśnie z jej gałązek sporządzano miotły. Jednak nawet tak prosta czynność, jak sporządzenie miotły wymagało mądrości i pokory wobec praw Przyrody: gałęzie są drzewu niezbędne do życia, rosną bowiem na nich liście, gdzie przeprowadzana jest fotosynteza. Trzeba wiedzieć, kiedy można ściąć gałęzie, aby nie zagrozić życiu drzewa i aby móc jeszcze długo korzystać z jej witek. Takie właśnie, odpowiednio przycinane wierzby nabierały wówczas charakterystycznego, maczugowatego kształtu.

Nie muszę chyba dodawać, że wierzbę od dawien dawna otaczano czcią jako drzewo z pogranicza światów. W naturze jest to bowiem drzewo bagienne, porastające błotniste doliny rzek, trzęsawiska i łęgi. A jednak ta mieszkanka niegościnnych dla człowieka miejsc stała się też jego wierną przyjaciółką, przez wiele pokoleń dostarczając ludziom nie tylko witek na nowe miotły, ale także kory zawierającej salicynę – skutecznego leku przeciwbólowego i przeciwgorączkowego.

Stawy parku krajobrazowego w Bukowcu.

Bukowiec to kraina nie tylko lasów, ale także stawów. Staw zaś to jeden z nielicznych ludzkich wynalazków, który nie pozostaje w konflikcie z Przyrodą, ale jej służy: zwiększa bioróżnorodność, oferując dom roślinom i ptakom wodnym. Jednocześnie stawy miały bardzo praktyczne, przyziemne znaczenie: służyły hodowli ryb, dzięki którym – między innymi – majątek w Bukowcu na siebie zarabiał. Staw to także piękno i nie ma potrzeby opisywać, dlaczego tak jest – wystarczy to zobaczyć.

Staw jest więc kolejnym symbolem przyjaźni z Przyrodą, w którym naraz łączy się: korzyść dla Przyrody, korzyść dla człowieka, korzyść dla piękna.

Stawy w Bukowcu to miejsce, gdzie możemy też podziwiać łabędzia niemego Cygnus olor, ptaka, który na przekór swojej nazwie wykształcił bardzo skomplikowany język dźwięków, którym porozumiewa się z innymi przedstawicielami swojego gatunku.

Dom Rybaka nad brzegiem jednego ze stawów.

Nad brzegiem największego z bukowieckich stawów wznosi się Dom Rybaka – chatka wbrew nazwie służąca jako pawilon wypoczynkowy i letnia jadalnia. Albowiem stawy, jakby mało było tego, że służą Przyrodzie, ludzkiej gospodarce i pięknu, służyć też mogą przyjemności, dając w lecie upragniony chłód.

Jeden ze starych dębów, rosnących wśród stawów.

Stawy w Bukowcu, choć są sztucznym wytworem człowieka, posiadają kapryśny, nieregularny zarys. Częściowo było to zamierzone jako chęć nadania im maksymalnie naturalnego charakteru, a częściowo dlatego, by pozostawić miejsce dla kolejnych starych dębów, które tutaj zastano. Jakże to cenna lekcja dla nas, żyjących w świecie, gdzie pod pozorem „wyprostowania” i poszerzenia dróg wycina się całe setki drzew.

Znad brzegu największego ze stawów, zwanego Kąpielnikiem możemy też pozdrowić miejsce poprzednio opisanej wyprawy z Wilkiem – górę Grabowiec, miejsce pogańskiego kultu Przyrody.

W oddali Grabowiec – góra kultu pogańskiego

Skoro już o kulcie pogańskim mowa, nieopodal nad brzegiem sąsiedniego stawu znaleźć możemy urokliwe miejsce zwane Ponurą Kapliczką. Przyjrzyjmy się jej.

Ponura Kapliczka.

Niby pełna chrześcijańskich dewocjonaliów, a jednak taka… pogańska. To jest właśnie chrześcijaństwo, które jestem w stanie polubić: chrześcijaństwo ludowe, do cna przesiąknięte zwyczajami pogańskimi, gdzie w jednej kapliczce ustawiono pięć krucyfiksów, dwa obrazy matki boskiej i jej trzy posążki, obok kilka szklanych aniołków i porcelanowych zwierzątek, a wszystko to w zagłębionej w ziemi niszy – jakby na cześć jakiegoś pogańskiego bóstwa świata podziemnego. To jest chrześcijaństwo, które o ból głowy i nie tylko głowy przyprawia wyniosłych i napuszonych teologów tej religii, które wywołuje skręt obrzydzenia u liturgistów, które przez wieki wyklinano z ambon, które do dziś duchowni bezskutecznie próbują „korygować”, „oczyszczać” z elementów pogańskich. Bezskutecznie, bo tęsknota za radosnym, pogańskim kultem Przyrody jest częścią ludzkiej natury, tą częścią, która poczuwa się do bycia dzieckiem Przyrody, która nie w betonowych kościołach odnajduje spokój ducha, ale w lesie, wśród drzew i skał.

Nieopodal napotkamy kolejne miejsce, które hrabiostwo von Reden pozostawiło przyszłym pokoleniom – a więc także i nam – jakby dla nauki i refleksji.

Grota nad Jedlicą

Nad brzegiem dzikiego potoku Jedlica wykuto w skale Grotę. W czasach romantyzmu wierzono, że pierwotni ludzie zamieszkiwali właśnie jaskinie – i nie do końca jest to mylny pogląd. Grota nad Jedlicą jest jednak przede wszystkim przypomnieniem i przestrogą: jak w łonie matki w ciemnościach jaskiń rodziła się i kształtowała ludzkość u swego zarania. Jak przez matkę przez Przyrodę została ludzkość zrodzona, wykarmiona i wychowana. Do czego doszedłeś, człowieku, że dziś mordujesz własną matkę w imię nieistniejących bogów, w imię interesu, który dziś przyniesie ci zysk, ale jutro zamieni się w rozpacz i stratę nie do odrobienia?

Czasami ciemności potrzeba…

Czasami ciemności potrzeba, żeby zaznać oświecenia. Tu, w ciemnościach Groty nad Jedlicą możesz razem z nami, Przyjacielu zrozumieć, czemu służył park krajobrazowy w Bukowcu.

Park ten był jednym, wielkim eksperymentem duchowym, instrumentem badawczym, którym próbowano zajrzeć w głębiny Tajemnicy Przyrody. Był miejscem stworzonym po to, by móc na nowo przemyśleć miejsce człowieka w Przyrodzie.

Jaka szkoda, że z tego nie skorzystano! Ale jakże można było skorzystać, skoro nikomu nie chciało się w późniejszych czasach odkrywać miejsca człowieka w Przyrodzie; a nie chciało się dlatego, że za dogmat przyjęto chrześcijańską wizję człowieka jako centrum, wokół którego wszystko się ma obracać, wszystko ma mu niewolniczo służyć i wszystko ma mu się poddać. Ta potworna uzurpacja do dziś skutecznie blokuje umysły ludzi, nie pozwalając im usiąść w ciemności jaskini i zastanowić się: czym jestem dla Przyrody? Gdzie w Niej jest moje miejsce? Jak zachować z Przyrodą przyjaźń? Jak w miłości do Niej budować swoje życie?

Można by zapytać: a po co w ogóle się nad tym zastanawiać? I na to pytanie postarała się nam odpowiedzieć hrabina von Reden. Wyjdźmy więc z jaskini i udajmy się wąską ścieżką pośród lasu drzew, od których Bukowiec wziął swoją nazwę.

Buk zwyczajny – od niego wzięła się nazwa wsi: Buchwald – Bukowy Las – Bukowiec.

Ścieżka zaprowadzi nas do miejsca, gdzie zakochani w sobie małżonkowie, którzy stworzyli to miejsce, pożegnali się na zawsze.

W 1815 roku zmarł hrabia von Reden, pozostawiając swoją żonę samotnie na straży tego królestwa i świątyni Przyrody. Został pochowany w Opactwie – mauzoleum stylizowanym na ruiny gotyckich klasztorów, którymi usiana jest tak kochana przez von Redenów Anglia.

Opactwo w bukowym lesie.

To właśnie Śmierć jest tą nauczycielką, która bez wyjątków każdego człowieka odpyta z tego, nad czym zastanowić się mógł choćby w Grocie nad Jedlicą czy wśród bukowieckich stawów. Jest tą Panią Profesor, która kończąc życie człowieka z Życia każe mu zdać egzamin, z mądrości, której nabyć mógł w Świątyni Ateny, gdy z wzgórza spoglądał na Śnieżkę.

W jaki sposób się to odbywa? To bardzo proste. Śmierć nie zapyta Ciebie, Przyjacielu, jakiego boga czciłeś i ile na ten czy tamten kościół dałeś. Śmierć zapyta Cię, ile prawdziwego szczęścia zaznałeś w swoim życiu. Tylko w tym życiu bowiem jest czas na szczęście, a potem wszystko się kończy. Biada tym, którzy wierząc w okrutnych, wymagających pokuty i umartwień bogów zmarnowali to właśnie, jedyne życie na niepotrzebne cierpienia. Biada tym, którym zabrakło mądrości, żeby dostrzec w otaczającej go Przyrodzie, że nie ma żadnego urojonego nieba, w którym otrzyma się nagrodę za cierpliwe nadstawianie tyłka i portfela księżom. Biada im, bo w chwili śmierci zrozumieją, że na żadne szczęście nie będzie już okazji.

Nagrobek hrabiostwa von Reden – twórców tego miejsca.

Hrabia von Reden umierając mógł dobrze zdać egzamin przed Panią Śmiercią. Spędził ostatnie trzynaście lat życia pośród piękna Przyrody, przyjaźń z którą pielęgnował i której to przyjaźni wystawił najpiękniejszy pomnik. Spędził te lata z ukochaną żoną, pośród ludzi, którym po latach biedy i beznadziei dał dostatek, spokój o jutro i radość – a tym samym otoczył się szczęściem i szczęśliwymi chwilami wypełnił swój czas.

Przewodnik przez grób.

Dziękuję Przyrodzie, że mogłem znaleźć się w tym miejscu z wilkiem Bojarem. Nie bez przyczyny rdzenni Amerykanie wierzyli, że Wilk jest przewodnikiem przez Śmierć. Jest Ona bowiem wielką ciemnością – bo nikt nie wie, czy i co jest za Nią – i jest bardzo daleką podróżą, gdyż nikt z Niej nie wraca. Jeśli jednak jest ktoś, kto potrafi przez tę wielką ciemność i daleką podróż przeprowadzić, to jest to Wilk – Ten, który widzi w ciemnościach i który potrafi przez tydzień wędrować bez odpoczynku.

I jak na zdjęciu powyżej spoza grobu spogląda na nas Przyroda w postaci gęstego lasu, tak jeśli ktoś zna odpowiedzi na pytania o Śmierć, to nie jest tym kimś któryś z żałosnych, urojonych bogów, ale Przyroda – matka tak Życia, jak i Śmierci.

Okno w Opactwie.

Widok z okna w Opactwie, tej świątyni Śmierci przypomina nam, żyjącym, że wciąż mamy czas i ten czas musimy dobrze i szczęśliwie wykorzystać. Nie czekajmy więc!

Park w Bukowcu.

Jeżeli rozejrzysz się, Przyjacielu sprzed Opactwa na okolicę, Twój wzrok przykuje widniejąca na wzgórzu w oddali, tajemnicza budowla.

Wieża Wartownicza.

To Wieża Wartownicza – i tam się teraz udamy. Nie od razu jednak – jest po drodze miejsce, które trzeba nam odwiedzić, żeby do końca zrozumieć przesłanie parku krajobrazowego w Bukowcu. Lecz ostrzegam: lekcja ta będzie trudna.

Zagajnik Kręgu Druidów.

Pośród pól, które w czasach Redenów służyły jako rozległe pastwiska, pozwalające na stworzenie bogatej hodowli zwierząt – napotkamy niepozorny zagajnik. Kryje on równie niepozorne, ale magiczne miejsce.

Ludzie, odwiedzający park krajobrazowy w Bukowcu często czują się zawiedzeni. Przybywają tu, zwabieni szumnie brzmiącą nazwą: Krąg Druidów i co znajdują?

Krąg Druidów.

Pośród drzew widnieje istotnie krąg najzupełniej naturalnych, omszałych kamieni. Ustawiła je tutaj sama Przyroda. Ktoś, kto spodziewał się tutaj czegoś w rodzaju Stonehenge, niewątpliwie odczuje zawód. Jeden z takich sfrustrowanych odwiedzających nie omieszkał na tabliczce informacyjnej napisać: „I gdzie ci druidzi, wy oszuści!!!”

Temu idiocie zabrakło najwyraźniej pewnej magicznej zdolności, której deficyt jest coraz boleśniej odczuwany w całej ludzkości. Mowa tutaj oczywiście o wyobraźni.

To wyobraźnia pozwoliła von Redenom, by w niepozornym kręgu skałek i drzew dostrzec Krąg Druidów – świątynię Przyrody, miejsce modlitwy i wdzięczności.

Żyjemy w czasach, które zabijają wyobraźnię. Niegdyś ludzie nie mieli gotowych obrazów w postaci filmów i gier komputerowych, więc musieli dużo pracować wyobraźnią, żeby zobaczyć postacie ze swoich ulubionych książek czy opowieści. Tylko wytrenowana zaś wyobraźnia pozwala w Przyrodzie widzieć to, co w niej jest – a nie to, czego w niej nie ma.

Schorowana, zaniedbana wyobraźnia współczesnych ludzi widzi na niebie latające talerze, w witaminie C lek na raka, a w pełnej niedorzeczności księdze sprzed dwóch tysięcy lat – przepis na nieśmiertelność. I choć choroba widzenia w Przyrodzie tego, czego w niej nie ma nie stanowi epidemii jedynie naszych czasów – wszak i dawniej wierzono w nieistniejących bogów – to tylko zdrowa i wyćwiczona wyobraźnia pozwoliła w czasach von Redenów narodzić się nowej nauce: biologii, czyli poszukiwaniu prawdy o Przyrodzie.

Astronomia i muzyka, poezja i biologia łączą się w Przyrodzie w nierozerwalną całość i tylko człowiek z wyobraźnią będzie zdolny w Przyrodzie znaleźć zarówno naukową prawdę, jak i piękno.

Bojar odpoczywający w Kręgu Druidów.

My zaś odpoczęliśmy w Kręgu Druidów ciesząc się szczęściem zaznanym dzięki wyobraźni, która pozwoliła mi odczytać mądrość parku krajobrazowego w Bukowcu.

Jesienny las, jesienne słońce…

Rozglądając się dokoła i sycąc pięknem jesiennego lasu poczułem, że nie odpuszczę sobie jednego: ponownej wizyty tutaj w pogodny, majowy dzień. A Tobie, drogi Przyjacielu nie odpuszczę, byś i Ty ze mną to miejsce odwiedził i zobaczył je odmienione przez wiosnę.

Udajemy się w dalszą drogę, w której Przyroda towarzyszy nam na każdym kroku swoim bogactwem piękna i mądrości.

Droga ta prowadzi nas w końcu do miejsca, w którym objawia się jeszcze jeden rys czasów romantyzmu: zamiłowanie do pięknych i rozległych widoków.

Wieża Wartownicza.

Na szczycie wzgórza zbudowano wysoką, stylizowaną na średniowieczną Wieżę Wartowniczą. Wzgórze to posiada dwa szczyty, oddzielone niewielkim siodłem. Urządzono tutaj niewielką, piknikową polankę, a na drugim wierzchołku wzniesiono sztuczną ruinę, zwaną Amfiteatrem. Polanka ta stała się przytulnym miejscem, gdzie można było spędzić czas pośród śpiewu ptaków i które też nadało nazwę całemu temu miejscu: Kesselburg, czyli Zamek Kotlinki.

Wieża Wartownicza i Kotlinka – polana między wierzchołkami wzgórza.
…i Amfiteatr na drugim z wierzchołków.

W zamku tym nie poczujesz się bynajmniej jak średniowieczny rycerz – za to z pewnością najdzie Cię ochota, by położyć się na trawie, wypić wino i zasłuchać się w szumie wiatru w koronach drzew, ptasich nawoływaniach i szelestach liści.

A jeśli zdecydujesz się wstać i wstąpić na wieżę, zrozumiesz, dlaczego nazwano ją Wartowniczą.

Olśniewający widok z wieży.

Wartownik czuwający nad siedzibą, by nic nie zagroziło szczęściu mieszkańców musi mieć widok na cały teren, którego strzeże. Z wieży tej objąć zaś można wzrokiem cały park krajobrazowy w Bukowcu. Wieża ta przypomina nam, że strzec nam trzeba tego miejsca, żebyśmy my i przyszłe pokolenia mogli z niego korzystać, by uczyć się tutaj przyjaźni z Przyrodą. Strzec nam trzeba tego miejsca przed zakusami panów deweloperów, których nie waham się nazwać zbrodniarzami, bo tyle już krajobrazu w Polsce zasrali kolejnymi osiedlami dla nowobogackich. Strzec nam trzeba tego miejsca przed zidioceniem ludzi, których tylko doraźny zysk obchodzi, a za nic mają tak Przyrodę, jak i szczęście innych.

Pożegnanie z Kesselburgiem.

Żegnamy już to magiczne miejsce, bowiem Bojar i ja chcielibyśmy Ci jeszcze, Przyjacielu pokazać krańce bukowieckich włości. Z nich bowiem płynie kolejna, ważna nauka.

Udajemy się na północny kraniec parku.

Jak widzisz na zdjęciu, nagle znaleźliśmy się w lesie. Co to? Czyżby koniec parku? Nie!

Na tym polega cały geniusz parku krajobrazowego w Bukowcu, że płynnie przechodzi on od ludzkich domostw, poprzez ogród, potem park – w dziki, ciemny las.

Na parku w Bukowcu wzorowano się później w całej Kotlinie Jeleniogórskiej, w tym na przykład w Cieplicach, gdzie przypałacowy ogród przechodził w park zdrojowy z promenadą dla kuracjuszy, potem pola, łąki, zagajniki, a w końcu górski las Karkonoszy. Jednak wszystkie parki tego typu zostały już w Kotlinie Jeleniogórskiej zniszczone, bo usunięto właśnie ową płynność przejścia z zagospodarowania przez człowieka w zagospodarowanie przez dziką Przyrodę. Ograniczono dawne parki do ściśle zamkniętych obszarów, wokół których narosły paskudne nowotwory śmierdzących, asfaltowych dróg, paskudnych osiedli, ohydnych zakładów i jeszcze ohydniejszych, nowoczesnych hoteli.

Tylko pierwowzór, najstarszy z parków uszedł na razie uwagi zbrodniarzy, ale jak długo jeszcze?

Docieramy na północny kraniec parku krajobrazowego w Bukowcu, by ujrzeć wspaniałość Gór Sokolich, skrzących się w promieniach nisko świecącego, jesiennego słońca.

Góry Sokole.

Powróćmy teraz do serca parku. Gdybyś, Przyjacielu przybył tutaj w początkach dziewiętnastego wieku jako gość hrabiostwa von Reden i gdybyś zapytał ich o jakiś dłuższy, lecz ciekawy spacer, z pewnością zaproponowaliby Ci, żebyś wybrał się z nimi na widniejące w oddali wzgórze Brzeźnik – południowy kraniec ich włości.

Widok na Brzeźnik – południowy kraniec bukowieckiego parku.

Nuże więc! I my się wybierzmy śladami mądrego hrabiego i jego uroczej małżonki.

Przechodzimy przez centralny punkt samej wsi Bukowiec – niewielki plac, przy którym stoją dwa kościoły. Jest to ślad po dawnej strukturze wyznaniowej tych terenów – wówczas w bez mała każdej miejscowości był kościół katolicki i kościół ewangelicki.

Kościoły w Bukowcu.

Dziś oba kościoły służą katolikom. Zabawnym zbiegiem okoliczności przed laty zdarzyło mi się jako klerykowi wygłosić w tejże parafii niedzielne kazanie. Jakże wdzięczny jestem Przyrodzie, tej wielkiej i wspaniałej Nauczycielce, że powoli, drobnymi krokami wyprowadziła mnie z błędu.

A że chrześcijaństwo jest błędem i pomyłką, tego dowód możemy znaleźć na jednym z drzew tuż za wsią.

„Wywóz śmieci do lasu zabroniony”

Po tysiąckroć żałosny jest kraj, w którym takie tabliczki trzeba umieszczać przy wejściu do lasu. Pytam się: jakim prawem ludzie tak zidiocieli, że trzeba ich specjalnie informować, że traktowanie lasu jako wysypiska śmieci jest nie w porządku? Jakim prawem nie jest to dla ludzi OCZYWISTOŚCIĄ, którą powinno być?

Odpowiedź tkwi właśnie w chrześcijaństwie, w jego nauczaniu, że człowiek jest „koroną stworzenia”, „z woli bożej panem tej ziemi”, że ma nad Przyrodą panować, rządzić, i że może ją do woli dupczyć i wykorzystywać, bo przecież bóg to dla niego wszystko stworzył i ma prawo robić z tym, co mu się żywnie podoba.

Tan jawny absurd i wierutne kłamstwo było ludziom przez religijną propagandę tak długo powtarzane, że stało się dla nich prawdą, a tym samym zniszczyło w europejskiej, chrześcijańskiej kulturze przyjaźń z Przyrodą. I tylko w nielicznych – ale przez to wyjątkowo cennych miejscach – ta święta przyjaźń choć na krótki czas się odrodziła – jak chociażby tutaj, w Bukowcu, za czasów von Redenów.

Chodź za mną, człowieku…

Dokąd nas zaprowadzi nasz wilczy przewodnik? Coraz bardziej zagłębiamy się w las. I nagle – napotykamy dziwne i tajemnicze miejsce.

Skalna brama…
Jaskinia tuż obok…
…i dziwny napis na skale.

Potężny głaz zamyka przejście naturalną, skalną bramą, nieopodal której podobne, granitowe kamienie utworzyły przeróżne nisze, jaskinie i skalne schroniska. A nad tym wszystkim góruje wykuty w skale napis po… angielsku.

Kloeber’s dwelling

„Mieszkanie Kloebera”. Skąd w kraju, który od wieków był niemiecki – angielski napis? I kim jest ten Kloeber?

Napis ten to kolejny wyraz zakochania von Redenów w Anglii, kraju ich młodości i kraju, w którym się poznali i pokochali. Kraju, który wynalazł parki krajobrazowe w stylu tego z Bukowca i dlatego dziś nazywamy je parkami angielskimi.

Kloeber zaś – prawidłowo pisany jako Klöber – to kolejny przyjaciel hrabiego von Redena i kolejny uczony – lecz tym razem nie przyrodnik, ale… historyk. Dziś mało kto pamięta o tym człowieku – na polskiej wikipedii nie znajdziesz o nim wzmianki. A jednak ten wybitny prawnik i autor bestsellerowej w tamtych czasach historii Śląska należał do ulubionych autorów… Benjamina Franklina!

Podobno był tutaj – być może na wycieczce z hrabią von Reden – i gdy zmarł w czerwcu 1795 roku właściciel Bukowca polecił wykuć w skale napis ku jego czci, by zawsze już „mieszkała” tutaj pamięć o nim.

I choć ludzie o uczonym zapomnieli, Przyroda, której hrabia powierzył pamięć o przyjacielu – wciąż tej pamięci strzeże. Uczy nas tym samym, że – także za życia – gdy zapomną o nas ludzie, gdy opuszczą towarzysze – Przyroda zawsze pozostanie i zawsze będzie pamiętać.

Wchodzimy na Brzeźnik…

I oto zbliżamy się do kresu naszej wędrówki, czyli wzgórza Brzeźnik, które wieńczą okazałe, fantastyczne w swoich kształtach Babie Skały.

Babie Skały.

Tutaj kończy się krajobrazowy park w Bukowcu – a zaczyna się miasto Kowary.

Widok z Babich Skał na Kowary.

Jednak jeśli odwrócimy się plecami od hałaśliwego miasta u podnóża Karkonoszy jeszcze raz ujrzymy bukowiecki park w całej okazałości.

I dalekie, malutkie z tej odległości Opactwo w bukowym lesie, świątynia Śmierci posyła nam dzisiaj ostatnie przypomnienie, byśmy nie zaniedbywali czerpania radości z życia, póki ono trwa – i żebyśmy po tą radość zwrócili się do Przyrody. Bo tylko przyjaźń z Przyrodą jest w stanie uczynić nasze życie tak szczęśliwym, żebyśmy w ostatnią jego godzinę mogli zasnąć z uśmiechem na ustach.

Pozdrawia Cię, Przyjacielu Wędrujący z Wilkiem Bojarem. Do zobaczenia!

Podziel się