WYPRAWA TROPEM POGAŃSKIEJ PRZESZŁOŚCI

Gotowi do drogi?

Witajcie, towarzysze wilczych wędrówek! Dzisiaj Bojar i ja zabierzemy Was w drogę tropem pogańskiej przeszłości Sudetów, a także – tropem smutnej historii tego, jak ludzie wyrzekli się własnego szczęścia i tym samym położyli fundamenty pod współczesną, europejską cywilizację. Cywilizację, która jest źródłem tak wielu cierpień dla Przyrody i dla nas samych.

Nie będzie to łatwa wędrówka. Bo choć nie wiedzie po stromych graniach ani nie każe nam przebywać dziesiątek kilometrów wśród ostępów i niebezpieczeństw, to wiedzie przez trudną naukę o człowieku, tak poniżającą dla ludzkiego zarozumialstwa i gatunkowej pychy.

Wędrówkę zaczniemy w podgórskiej miejscowości Sosnówka. Jest to jedna z wsi, które zostały założone w końcu XIII wieku w ramach masowego zasiedlania tych terenów, dotychczas dzikich i niezamieszkałych. Rządzący tu wówczas Piastowie śląscy pragnęli zaludniać swoje małe księstewka, aby podnieść swoje znaczenie i siłę w rywalizacji z innymi, podobnymi małymi dziedzinami, będącymi efektem rozbicia dzielnicowego.

Osady te zakładano wówczas na tzw. prawie niemieckim. Wyznaczano zasadźcę – czyli najczęściej zubożałego rycerza – aby zajął się organizacyjną stroną przedsięwzięcia. Taki ktoś podejmował wyprawę w teren, najmował mierniczych, czuwał nad wyznaczaniem działek, rozplanowaniem zabudowy a w końcu – na sprowadzeniu osadników. Zasadźca zostawał potem zwykle pierwszym przywódcą osady i był pośrednikiem między osadnikami a panem feudalnym, do którego należała ziemia. Od imienia tego właśnie zasadźcy tworzono też nazwę miejscowości.

Znamienne jest, że wszystkie wówczas powstałe miejscowości założone zostały u podnóża gór, na płaskim dnie Kotliny Jeleniogórskiej. Był jednak jeden wyjątek: w Czerwonej Dolinie powyżej dzisiejszego Podgórzyna powstała duża, ludna osada z własnym kościołem, ochrzczona od imienia zasadźcy: Bronysdorf, a więc „wieś Bronka”.

Wieś rozwijała się przez niemal sto lat, gdy w 1412 roku potężne oberwanie chmury zniszczyło ją całą wraz kościołem.

Musiała być to ogromna tragedia, która wstrząsnęła okolicznymi społecznościami, bo odtąd, aż po XVII wiek nikt nie odważył się już zakładać żadnej stałej osady powyżej Kotliny Jeleniogórskiej.

Były to czasy, kiedy chrześcijaństwo nie było ugruntowaną religią na tych terenach. Jeszcze w pierwszych latach XIII wieku biskup wrocławski Cyprian nakazał spalić funkcjonujące miejsce kultu pogańskiego na Bazaltowej Górze pod Jaworem.

Kiedy ludzie więc zobaczyli na własne oczy, że chrześcijański bóg nie może się mierzyć z potęgą Przyrody, która spłukała kościół ze zbocza niczym kupę obornika – tym chętniej wrócili do pogańskich wierzeń. Wrócili do kultu tej mocy, która dała po łapach zaborczej, chrześcijańskiej cywilizacji i nakazała jej pokornie pozostać u stóp gór.

Nic więc dziwnego, że w Kotlinie Jeleniogórskiej i okolicach pogańskie wierzenia były żywo kultywowane aż do XVIII wieku!

U wylotu Pogańskiej Doliny. W tle góra Grabowiec.

Powyżej ostatnich zabudowań starej wsi mijamy wylot wrzynającej się w górskie zbocze doliny zwanej Pogańską Doliną. Nazwa oczywiście nie jest przypadkowa. Ponad doliną wznosi się bowiem góra Grabowiec, która musiała o niezły ból głowy i innej części ciała przyprawiać nachalnych ewangelizatorów ery średniowiecza. Dlaczego? Chodźcie, a zobaczycie…

Tak na marginesie… Niedaleko stąd, dosłownie dwieście metrów powyżej, znajduje się niegdysiejsza, prywatna willa Franza Kutschery, zbrodniarza nazistowskiego i gorliwego katolika przy okazji.

Prastara lipa…

Mijamy wielką, rozłożystą lipę, której pień wskazuje na to, że może liczyć sobie nawet 200 lat. To właśnie takie stare, pomnikowe drzewa tworzyły niegdyś „święte gaje” pogan. Przystańmy pod tym potężnym organizmem i zastanówmy się. Zadajmy pytanie. Albo nie – nie: zadajmy, ale wykrzyczmy w pijaną, tłustą twarz nadętych pychą funkcjonariuszy Jezusa Chrystusa: co jest złego w czczeniu tych drzew, że przez wieki z wściekłością paliliście i zrąbywaliście te święte drzewa, a i dziś was ręce świerzbią, żeby je zabijać? Dlaczego tak was to uwiera, tak boli, taką wściekłością napawa, że opluwacie się w szalonym gniewie, gdy słyszycie o Halloween, gdy zobaczycie wisiorek z pentagramem czy inny pogański symbol?

Jest tylko jedna siła, zdolna wykrzesać z człowieka tak irracjonalne poruszenie. Jest nią zazdrość. Tak, zazdrościcie poganom kultu radosnego, błogosławiącego życie pełnią życia. Zazdrościcie im, że ich bogiem jest Przyroda, realna i namacalna, odczuwalna potęga, podczas gdy wy możecie całe wieki wyć do waszego Jezusa, możecie pościć i się okaleczać cilice i innymi okropieństwami, a nic wam to nie da. Nie będzie żadnej odpowiedzi na wasze modlitwy, żadnej oznaki uwagi na wasze kadzidła, żałosne śpiewy i bezdennie nudny teatr napuszonej liturgii.

Początek Babiej Ścieżki.

Ale niech im…! A tymczasem my, Przyjacielu, pod przewodnictwem Bojara wkraczamy na ścieżkę, zwaną Ścieżką Czarownic albo Babią Ścieżką. Tak, ta nazwa też nie jest przypadkowa.

Widzisz, Przyjacielu, jeśli będziesz dużo wędrował po Sudetach, wszędzie natkniesz się tutaj na takie nazwy: Babiniec, Babia Przełęcz, Polana Czarownic, Czarcia Ambona, Diabelski Kościół, Czartowiec, Piekielna Dolina, Piekło, Piekiełko, Diabelski Stół… Samych „czarcich” albo „diabelskich ambon” naliczyłem w swoich wędrówkach przynajmniej cztery.

Są trzy źródła takich nazw:
1) Miejsce pogańskiego kultu były tak nazywane przez kościelnych funkcjonariuszy, żeby obrzydzić je ludziom i zasugerować, że każdy kult niechrześcijański jest w istocie satanizmem;
2) Miejscom nadawano też demoniczne nazwy po wojnie trzydziestoletniej. Wtedy to arcykatolicki cesarz Austrii nie przyjął do wiadomości, że większość mieszkańców Dolnego Śląska wyznaje luteranizm i nakazał przymusowe „nawrócenie” na katolicyzm. Kościoły na nowo zagarnęli zboczeńcy w czerni, na nowo stojąc tyłkiem do ludzi mamrotali swoje nieskuteczne zaklęcia po łacinie, a ludzie? Ludzie oczywiście nie ugięli się i organizowali swoje, protestanckie nabożeństwa w lesie, używając leśnych skał jako ołtarzy lub ambon. Co na to Kościół Katolicki? Oczywiście: to też jest pogaństwo, satanizm, kult diabła, za karę za który wejdzie w ciebie sto demonów, a po śmierci będziesz się wiecznie gotował w szambie.
3) Miejscom umieszczonym w dziczy, w głębi lasu: skałom, polanom, dolinom czy potokom nadawano takie nazwy „na wszelki wypadek”, bo przecież wszystko, co kryje się w ciemnym, mrocznym lesie, wszystko co dzikie, wolne i nieokrzesane – to przecież też diabelstwo, nieprawdaż?

Nawet nazwy topograficzne wysławiają paranoję kościelnej tyranii.

Babia Ścieżka należy do tej pierwszej grupy. Nazwano ją tak, gdyż jest najstarszą drogą, prowadzącą do pogańskiego miejsca kultu na górze Grabowiec.

Kaplica nad Dobrym Źródłem.

Ze zbocza tej góry od wieków wypływa źródło, zwane Dobrym Źródłem lub Świętym Źródłem.

Badania archeologiczne wykazały, że ludzie przychodzili tutaj w celach religijnych już od neolitu, a więc od zarania swoich dziejów. Co więcej, znaleziska potwierdziły nieprzerwany kult aż do średniowiecza.

To bardzo ważna informacja. Zastanów się, Przyjacielu!

Ile ludów przebywało na śląskiej ziemi od czasów neolitu? Cofając się w czasie: byli tu Niemcy, Czesi, Polacy, wcześniej członkowie różnych słowiańskich plemion, wcześniej Germanie, Goci, Celtowie… A jeszcze wcześniej? Ludy, których pochodzenia i zwyczajów nie znamy, a po których pozostały nam tylko resztki potłuczonych garnków.

Tak różnorodny korowód ludów, języków i narodów zgodnie przychodził tutaj czcić święty dar Wody, dar Przyrody, która zrodziła Życie. Ludzie, którzy się nie mogli nawet porozumieć, którzy zupełnie inaczej żyli, czym innym się interesowali, wiedli inny tryb życia: tutaj byli jednością.

Tak, Przyjacielu, pogański kult Przyrody jednoczył ludy, podczas gdy chrześcijaństwo, kłamliwie nazywające się „religią pokoju” wprowadziło tylko waśnie i wojny. Chrześcijanie różnych wyznań – nawet w ramach jednego narodu! –  nawzajem obrzucają się oskarżeniami o czczenie diabła, o pogaństwo, o ateizm, nawzajem profanują swoje miejsca kultu, a wszystko to w cieniu jednego krzyża i jednego Jezusa…

Już kiedyś o tym wspominałem, ale słowa chrześcijańskiego boga o tym, że nie może dobre drzewo wydawać złych owoców są najlepszym zaprzeczeniem sensowności samego chrześcijaństwa.

Dobre Źródło…

Dobre Źródło było miejscem modlitwy i wytchnienia zarazem: Babia Ścieżka wiedzie bowiem dalej, ramieniem grzbietu odchodzącego od głównego łańcucha Karkonoszy, żeby na Równi pod Śnieżką przekroczyć je i poprowadzić na południe, ku Kotlinie Czeskiej. Był to sięgający czasów średniowiecznych, a może i wcześniejszych, szlak, który dziś określilibyśmy mianem „międzynarodowego”. Można powiedzieć, że było to miejsce błogosławione dla strudzonych podróżą w upale wędrowców, miejsce dające im cudownie zimną wodę i przystanek przed najtrudniejszym etapem ich podróży: drogą przez górskie lasy.

Oczywiście, kościół w swojej wściekłości nie mógł pozwolić, żeby tuż pod jego nosem kwitło miejsce pogańskiego kultu. Zawłaszczył więc je, budując tuż powyżej źródła nadętą kaplicę. Wznosi się ona nad źródłem, żeby nie było wątpliwości, czyj bóg jest prawdziwy, kto tu rządzi i kto ma prawo wdeptywać w ludzkie sumienia i ludzką wiarę.

Ale Przyroda jest siłą potężniejszą od chrześcijańskiego, wściekłego boga. I dowód tego możesz zobaczyć tutaj, na własne oczy.

Rozejrzyj się wokół kaplicy, wokół źródła. Jeżeli będziesz dostatecznie uważny, dopatrzysz się mnóstwa kanalików, odpływów i innych urządzeń do osuszania i odprowadzania wody.

Albowiem źródło prawie nigdy nie jest dziurką w skale. Najczęściej jest to obszar od kilku do kilkunastu metrów kwadratowych, gdzie woda przesącza się na powierzchnię, tworząc najzwyczajniejsze w świecie błoto i kałuże, które następnie łączą się w strumień spływającej po zboczu wody.

Nie inaczej było i tutaj. Oczywiście – i tak postąpiono – dla wygody wędrowców można takie miejsce ogrodzić murkiem, za którym jak za zaporą zacznie się gromadzić woda. Wówczas wystarczy w tym murku zrobić dziurę i będziemy mieli jedno, konkretne miejsce wypływania wody, gdzie można jej nabrać w ręce, napić się, napełnić manierki.

Kiedy jednak zbudowano dosłownie nad źródłem kaplicę, nie wzięto pod uwagę, że woda wypływa tu ze zbocza wszędzie. Dość szybko mury kaplicy, ołtarze i rzeźby paskudnych, chrześcijańskich „świętych” pokryły się pleśnią, bardzo szybko zawilgociły się ściany, a fundamenty rozluźniły. Doszło do tego, że obraz w ołtarzu kaplicy trzeba było namalować na miedzianej blasze, bo płótno by zgniło.

Ten problem pozostaje do dziś i Przyroda nieustannie podgryza pomnik pychy chrześcijańskiego boga. Kiedy ludzie choć na kilka lat zaniedbają napraw i remontów, wdziera się do środka i niszczy ukazując, jak nędzny jest to bóg, który bez troskliwej opieki ludzi nic by tu nie zdziałał. Jeśli nie wierzysz, rozejrzyj się jeszcze raz. Kaplica „jako tako” wygląda tylko dzięki kosztownemu remontowi generalnemu, który urządzono tu kilka lat temu. A i dziś, jeśli się rozejrzysz, zobaczysz niewątpliwie jakieś ogłoszenia czy ulotki błagające o datki na remont kaplicy…

Kiedy byłem jeszcze księdzem, zdarzyło się podczas pewnej procesji Bożego Ciała, że wiał porywisty wiatr. Procesja jednak się odbyła. Użyto podczas niej niemiłosiernie ciężkiej i wielkiej, barokowej monstrancji, która miała pewną wadę, szczególnie ujawniającą się podczas wietrznej pogody, Wielka tzw. gloria monstrancji działała jak żagiel sprawiając, że tym trudniej było ją utrzymać.

W czasie takiej procesji nawiedza się cztery ołtarze, z których ostatni przeważnie ustawia się przy samym kościele parafialnym i tamtym razem właśnie tak było. Proboszcz zamierzał przy ostatnim ołtarzu, na sam koniec procesji wygłosić dłuższą mowę, ale obawiał się, że wiatr zrzuci wielką monstrancję z hostią z piedestału. Zwrócił się więc do mnie, żebym w czasie jego przemówienia stał obok ołtarza i trzymał monstrancję z czymś, co, jak głosi katolicka wiara jest samym Jezusem Chrystusem, fizycznie obecnym pośród wiernych.

Nie wiedzieć czemu, właśnie wtedy przypomniały mi się słowa z biblijnej Księgi Mądrości, mówiące o przedmiotach ludzkiego kultu:

„Przygotował mu pomieszczenie stosowne:
na ścianie umieścił, przytwierdzając gwoździem.
Zatroszczył się więc o niego, żeby czasem nie spadł,
wiedząc, że sobie sam pomóc nie zdoła,
bo jest tylko obrazem i potrzebuje pomocy.
Ale gdy się modli w sprawie swego mienia,
w sprawie swych zaślubin i dzieci –
nie wstydzi się mówić do bezdusznego.
I bezsilnego prosi o zdrowie,
do martwego modli się o życie.
Najbardziej bezradnego błaga o pomoc,
a o drogę szczęśliwą – niezdolnego posłużyć się nogą.
O zarobek, o pracę, o rękę szczęśliwą,
o siłę prosi tego, czyje ręce są jak najbardziej bezsilne.”

Biorąc pod uwagę, że są to słowa z świętej księgi chrześcijan, to nie można tego określić inaczej jak „samozaoranie”.

Przyroda, w przeciwieństwie do chrześcijańskiego boga nie potrzebuje, żeby ją podtrzymywać.

Kaplica z gospodą…

Ale pogańskie miejsce kultu na górze Grabowiec to nie tylko Dobre Źródło! Co więcej, źródło jest tylko przedsionkiem, miejscem przygotowania do właściwego miejsca świętego.

Ścieżka w górę…

Żeby do niego dotrzeć, musimy dać się poprowadzić Ścieżce Czarownic wyżej, w górę zbocza, wysoko ponad kaplicę i źródło.

Docieramy na przełęcz, zwaną Przełączką, którą zajmuje rozległa polana. Rozciąga się z niej wspaniały widok na bliską Śnieżką, najwyższy szczyt Sudetów.

Śnieżka – widok z Przełączki.

Tutaj skręcamy w leśną drogę, prowadzącą do serca dawnego ośrodka kultowego.

Droga do miejsca kultu.

Wędrówka pośród pięknych sosen, świerków i brzóz doprowadza nas w pobliże naszego celu. Pierwsza wita nas stercząca ze zbocza wspaniała iglica skalna, stojąca tu niczym strażnik na drodze do tajemnic tej góry.

Ostra.

Zaraz za nią zaczyna się centralne miejsce dawnego kultu pogańskiego, czyli skała Patelnia.

Patelnia.

Wielki, płaski stół skalny wystaje tutaj ze zbocza niczym wieża spękanego granitu. Na płaski wierzch skały można wejść. Kształt tej skały, przywodzący na myśl wielki ołtarz, to, że wystaje on ponad stromym zboczem, wyrasta powyżej drzew i oferuje przez to wspaniały widok – to wszystko najprawdopodobniej sprawiło, że miejsce to ludzie uważali za niezwykłe, za miejsce godne tego, by tutaj zanieść modlitwę ku chwale Przyrody – modlitwę, którą jest poryw uwielbienia.

Wstąpmy więc i my na skalny ołtarz pod wielkim dachem nieba.

Schody prowadzące na szczyt Patelni.

Jeżeli poszukasz, Przyjacielu w internecie czegoś na temat tych skał, znajdziesz prędzej czy później intrygującą wzmiankę o tym, jakoby było to „miejsce mocy” albo „energii”, że znajduje się tutaj „czakram”, a żelazny bolec, wbity w powierzchnię skały zaznacza największe skoncentrowanie „energii” i dotknięcie go zapewnia człowiekowi „naładowanie się” tą rzekomą energią.

Kiedyś byłem na Patelni z Bojarem (bywamy tam często) i akurat na skałę wszedł jakiś facet z żoną i synem oraz z – jak wywnioskowałem z rozmowy – jakimiś ich gośćmi czy może dalszą rodziną. Tenże pan zaczął z zapałem opowiadać rodzinie i gościom o owym „czakramie” i twierdził, że istnienie owego „miejsca mocy” potwierdziły jakoweś „badania naukowe z uniwersytetu”.

A ja przysięgam na wszystko, co o Przyrodzie wiem, ja, zobaczony przez Wilka, że to zbrodnicze brednie, wymyślone przez ludzi zbyt głupich, żeby pojąć co jest prawdziwą mocą i potęgą Przyrody.

Rzekome ognisko „mocy”.

Metalowy bolec, rzekomo zaznaczający nieistniejący „prąd energii kosmicznej” jest bowiem tylko i wyłącznie pozostałością po dawnym umocowaniu drewnianej platformy z barierkami. Ustawiono ją tutaj w XIX wieku i umocowano do skały przy pomocy takich właśnie bolców, tworząc wygodny punk widokowy, dostępny dla dam w krynolinach i dżentelmenów w sztuczkowych spodniach. Jeśli nie wierzysz, spójrz na dawną rycinę, przedstawiającą to miejsce.

Patelnia około 1850 roku

Tymczasem prawdziwa moc Przyrody to moc namacalna, nie żadna „kosmiczna” nie żadna „bioenergia”, ale dotykalna, widzialna moc wszechpotęgi życia. Umniejsza jej czci mówienie o jakiś „czakramach” zamiast spojrzenie na prawdę, która lśni przed naszymi oczami.

Ogrom lasu i świetlistość życia…

To potęga i wspaniałość biologicznego, tak, tego ubłoconego, żrącego, bekającego i wydalającego życia, tego które rośnie, mnoży się i pulsuje, tego, które lśni zielenią chlorofilu i czerwienią krwi. To życie jest nieśmiertelne, bo śmierć je rodzi i tworzy, to życie jest niezniszczalne, bo we Wszechświecie nie ma promieniowania ani temperatury na tyle niskiej lub wysokiej, panującej na odpowiednio dużym obszarze, żeby zniszczyć je całe i wszędzie. Jest ono więc kwintesencją potęgi i wielkości tego Wszechświata w małej skali tej Ziemi.

To życie jest piękne samo w sobie i nie potrzebuje tajemnych mocy ani energii nieznanych nauce. I tak te moce i energie, które nauka poznała są wystarczająco tajemną magią dla matołów, stanowiących lwią część ludzkości.

A Ty, Przyjacielu, zapomnij o banialukach New Age, lepiej otwórz szeroko swoje oczy i zobacz, a doświadczysz prawdziwej mocy, odetchnij powietrzem lasu, a doznasz prawdziwego uzdrowienia i oczyszczenia.

Bojar na miejscu pogańskiego kultu.

Poganie, którzy tu przychodzili nie wydziwiali z jakimiś kosmicznymi energiami, ale zachwycali się i czcili Przyrodę taką, jaka jest, uprawiając radość życia bez ograniczeń, bo żadnych ograniczeń Przyroda na życie nie nakłada.

A potem rozejrzyj się z wysokości skały i zobacz swój świat z wysoka, z innej, wilczej perspektywy. Nic tak nie usuwa problemów codziennego życia, jak zobaczenie ich we właściwej proporcji i ujrzenie, jakie są małe.

Szrenica, którą odwiedziliśmy podczas jednej z poprzednich wypraw…
…i skała Słonecznik – Południowy Kamień ze ścieżką, którą również przemierzyliśmy w jeszcze wcześniejszej z opisanych tutaj wypraw.
Cieplice – byłe uzdrowisko…
Sobieszów z dobrze widocznym pałacem Schaffgotschów. Wieś tę również założono w XIII wieku, podobnie jak Sosnówkę i Bronysdorf, a zwała się wtedy Hermanni Villa – „Wieś Hermana” od imienia zasadźcy.
Góra Chojnik z zamkiem na szczycie…
…i zbliżenie na sam zamek.

Z żalem opuszczamy to miejsce, ale nasza lekcja, której udziela nam profesor Bojar jeszcze nieskończona. Schodzimy z góry Grabowiec, zostawiając za sobą miejsce pogańskiego kultu i kierujemy się ku bezimiennej przełęczy, zwanej niekiedy Rozdrożem pod Grabowcem.

Piękno lasu…

Wędrujemy przez złożony w większości ze świerków las, aż nagle obok drogi zaskakuje nas widok wyłaniających się z gęstwiny… ruin.

Tajemnicze ruiny przy drodze.

Las wdarł się do środka starej budowli, wcisnął mchami w szczeliny po zaprawie murarskiej, bezlitośnie wpił korzeniami w cegły, okrył trawami, paprociami i porostami. Jednakże jeden szczegół przeszkadza nam w tym, by ulec pozorom i uznać to za pradawne ruiny sprzed wieków.

Pozostałości framug okiennych.

W oknach zapomnianej budowli widzimy dobrze zachowane resztki framug okiennych, a na ścianach wewnątrz – ślady po kafelkach.

W 1912 roku na fali rozbuchanej koniunktury w bogatych wówczas, cesarskich Niemczech zbudowano tutaj okazałe schronisko Bergfriedenbaude. Później mieścił się tutaj dom dziecka, a po II wojnie światowej – prewentorium dziecięce. Kryzys lat 80-tych XX wieku sprawił, że ośrodek zamknięto, a w 1992 roku opuszczony obiekt spłonął z nieznanych przyczyn.

Przyjrzyj się tym ruinom, Przyjacielu. Są one opuszczone od ledwie trzydziestu lat. To nie jest tak dużo, wciąż zapewne można spotkać wielu ludzi, którzy pamiętają ten obiekt w czasach jego funkcjonowania. A jednak zobacz, co w zaledwie trzydzieści lat zrobiła Przyroda, w jak potężnym uścisku zmiażdżyła potężne, kamienne i ceglane mury, jak zniosła wszelkie ograniczenia.

Potęga Przyrody zwycięża ludzi…

Niech ta ruina będzie dla nas dowodem na to, że nie mylimy się my i nie mylili się poganie sprzed ery chrześcijaństwa, czcząc moc i potęgę Przyrody. Tak wielka i tak nieskończona siła domaga się uczczenia od nas, słabych i drobnych ludzi, którzy jednak w tej potędze mogą odnaleźć i swoją siłę.

Przyda się nam ta ostatnia przestroga Przyrody, nim wyjdziemy z lasu i wstąpimy między ludzkie siedziby. Bo tam czeka nas coś, co pokaże nam, jak różną drogą poszli ludzie. Jak różną drogą jest chrześcijaństwo.

Miłków.

Schodzimy z gór i natrafiamy kolejną z XIII-wiecznych wsi, zanotowaną w kronikach jako Arnoldi Villa, a później – jako Arnsdorf czyli: wieś Arnolda. Kim był ów Arnold, poza tym, że był zasadźcą średniowiecznej osady? Nic o nim nie wiemy. Być może ujmował się on za życia dumnie pod boki i przemawiał do znajomych: „Ja mam własną wieś! A ty, ty do czego w życiu doszedłeś?”

Mógł sobie „dojść” do własnej wsi, jak dziś ludzie dochodzą do swojej firmy czy nawet posiadłości z trzema samochodami.

I tak poszedł do ziemi, a choć jego imię nie zostało zapomniane, to on sam – już tak. Niech to będzie przestrogą dla nas, zwłaszcza, jeżeli i Tobie, Przyjacielu, zdarza się chwalić tym do czego „w życiu doszedłeś”. To nie ma znaczenia. Jedyne, co ma znaczenie w życiu, to szczęście, jakiego zdołałeś zaznać, przyjemności, których zdołałeś zakosztować i piękno, którym zdążyłeś się zachwycić. Jedyne, co posiadasz tak naprawdę, to jedzenie, które zjadłeś, napoje, które wypiłeś i powietrze, którym odetchnąłeś. Niech Ci te słowa ujmą ci chwały z tego „do czego doszedłeś”, ale ujmą też trosk o to, czym nie warto się przejmować.

Zbliżamy się do puenty, ale – ostrzegam! – będzie ona ponura. Znajdziemy ją przy kościele w Miłkowie.

Kościół katolicki w Miłkowie.

Zanim jeszcze dojdziemy do kościoła, widzimy, czym jest chrześcijaństwo. Zazdrość, o której pisałem, zżera istotę tej religii od środka.

We wsi były dwa kościoły – luterański i katolicki. Oba nie posiadały wież. Ale w 1863 roku ewangelicy sprawili sobie wieżę kościelną. Katolików było wówczas niewielu i nie stać ich było na takie fanaberie, ale… zastaw się, a postaw się. Po ośmiu latach i oni uzbierali wystarczająco pieniędzy, żeby doprawić wieżę do swojej świątyni.

Ale kwintesencja chrześcijaństwa stoi u wejścia do kościoła, witając nas istną instalacją historyczno – dydaktyczną.

Krzyż i pręgierz.

Krzyż – narzędzie kary śmierci. A obok pręgierz – narzędzie kary upokorzenia i bólu.

Oto, czym jest chrześcijaństwo. Religią, dla której istnieją tylko niewolnicy i wrogowie. Kto nie chce być niewolnikiem księży, musi zostać wychłostany przy pręgierzu. Kto złamie surowe prawa społeczności, kto się narazi, kto się wychyli, kto nie dość silnie tyłka biskupom nie nadstawi – stanie przy pręgierzu. Tym doczesnym i tym wiecznym w piekle.

Oto jest chrześcijaństwo. Religia pogróżek. Religia zastraszenia, religia wiernopoddaństwa wymuszonego przemocą. Religia niedobrowolnej miłości, religia wymuszonego miłosierdzia, religia uległości wobec tych, którzy nas krzywdzą, religia posłuszeństwa wobec tyranii i despotyzmu.

Pręgierz Chrystusa… i ogon Bojara.

A oto dowód, jak chrześcijanie się kochają.

Krzyże pokutne.

Kamienne krzyże tzw. pokutne (niektórzy badacze sugerują jako odpowiedniejszą nazwę krzyże pojednania) były formą przypieczętowania swego rodzaju „umowy rozliczeniowej” między mordercą a rodziną zamordowanego. Trochę pieniędzy, trochę gestów i sprawa załatwiona. Można zabijać dalej. Z kuszy, mieczem (jak to sugerują ryty na krzyżach), toporami, siekierami, pałkami, pistoletami, karabinami, napalmem, bombą atomową…

Pełna miłości jest chrześcijańska cywilizacja. I pełna czci do Jezusa Chrystusa… ale zaraz…

Ruina kościoła ewangelickiego.

Nieopodal kościoła katolickiego niszczeją ruiny kościoła ewangelickiego. To świątynia Chrystusa tak samo jak kościół katolicki, a katolicy jakoś w głębokim poważaniu mieli świętość tego miejsca. No cóż, widocznie tam czczono jakiegoś „innego” Jezusa Chrystusa.

No cóż. Oto, co dostaliśmy w zamian za pogaństwo, w którym każdemu wolno było cieszyć się życiem i radować, wolno było wierzyć i czcić co kto chciał z wielkiego bogactwa Przyrody. W zamian dostaliśmy wiarę w piekło i nieskończoną torturę po śmierci, wiarę w to, że wszelka prawdziwa radość i przyjemność jest grzechem, wiarę w Jezusa, która będzie OK tylko pod warunkiem, że to będzie „ten właściwy” Jezus.

Obok nas, przez góry przechodziła burza, a zachodzące słońce zalśniło w ścianie deszczu, wyczarowując tęczę – widok, który dzisiaj urósł do rangi symbolu Szatana nr 1.

Tęcza. I bocian, przechadzający się po polach. Nie sprawdzałem, czy ten bocian jest LGBT.

W ogniu bezsensownych sporów o symbole graficzne chyba warto czasami rozejrzeć się i zobaczyć tęczę na niebie. I dostrzec, jak bezsensowne są ludzkie, z chrześcijaństwa zrodzone waśnie i niepokoje.

Podwójna tęcza.

I choćby przywódcy religijni albo polityczni wmawiali ludziom przy pomocy terroru, że są cudownymi zbawicielami, których narodziny zwiastowała podwójna tęcza – to Przyroda obojętna będzie na ich napuszone mniemania o sobie. Obojętna jak bocian, który spacerował po zżętym polu w poszukiwaniu pożywienia.

Bocian biały. Czyli Ciconia ciconia.

Niech ta obojętność piękna Przyrody wobec małości ludzkich sporów i podłości, których dopuszczało się i wciąż dopuszcza chrześcijaństwo – niech ta święta i godna uwielbienia obojętność będzie pocieszeniem dla nas, powracających w bagno ludzkiego świata.

Nie jest tak źle. Mamy siebie – ludzi, którzy pojęli wspaniałość Przyrody i jej oddali cześć. Mamy Przyjaciół. Mamy Bojara, naszego wilczego przewodnika w świecie. Mojego najbliższego i najlepszego Przyjaciela.

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.