WZGÓRZA ŁOMNICKIE I TAJEMNICA CZERWONYCH BUKÓW

Przedstawiam Wam Bojara. Będzie on naszym przewodnikiem w trakcie wędrówek po znanych i nieznanych miejscach Sudetów. Relacje z naszych przygód będą się ukazywać właśnie w tym dziale: Wędrujący z Wilkiem.

Wędrówka z Wilkiem nie musi mieć celu, jak ludzkie wędrówki. Może być wędrowaniem dla samego wędrowania. I to przygody, zjawiska i Przyroda oglądana w trakcie tych wędrówek jest celem o wiele ważniejszym niż ten czy tamten szczyt, budowla czy cokolwiek, do czego zazwyczaj ludzie chodzą.

W trakcie tej wędrówki odwiedzimy m. in. Grodną, najwyższy szczyt Wzgórz Łomnickich, które zajmują środek Kotliny Jeleniogórskiej.

Oto nasza trasa:

1. Punkt wyjścia – rondo przy Parku Norweskim w Jeleniej Górze – Cieplicach; 2. Cmentarz; 3. Źródełko; 4. Staniszów; 5. Szlak żółty; 6. Grodna;

Aby wyjść z ludzkich osiedli, musieliśmy pokonać długą trasę. Niestety. Cieplice się rozrastają, wysuwając paskudne macki pudełkowatej architektury parterówek z plastikowymi dachami i oknami do samej ziemi na niegdyś piękne, zielone tereny. Ale to nie miejsce na narzekania – pisałem o tym w innym artykule.

Doszliśmy do cmentarza komunalnego, który został założony w latach 90-tych ubiegłego wieku. Co ciekawe, chodzą pogłoski, że wybór miejsca nie był przypadkowy. Ponoć miejscowy proboszcz „przycisnął” decydentów z władz miejskich by wybrali stok wzgórza powyżej nowych osiedli, aby ludzie odwiedzający cmentarz mieli na widoku jego kościół i w nim skorzystali z usług typu pogrzeby, msze za zmarłych itp. Nie wiem, czy tak właśnie było, ale jest to dość prawdopodobne.

Zagłębiamy się w las… w tle ogrodzenie cmentarza.

Tutaj wreszcie mogliśmy zagłębić się w las. Dęby i buki rosną tu wespół z sosnami i świerkami. To resztki lasów mieszanych, porastających niegdyś duży obszar Wzgórz Łomnickich. Leśna droga doprowadziła nas do ukrytego między drzewami źródła. Nie ma ono nazwy, nie wiadomo kto i kiedy je obmurował. Napiliśmy się – dzień był dość ciepły – i ruszyliśmy dalej.

Polanka… i wiele wspomnień.

Weszliśmy na polankę, z którą wiąże się wiele moich wspomnień. Przychodziłem tu z Aresem, a później z Baronem – kiedy jeszcze żyli. Bojar znał ich obydwu, wszyscy trzej mieszkali w tym samym schronisku Fundacji „JAMHUDY – Molosowy Azyl Północy„. Nasze losy splotły się przez długi ciąg przyczyn i skutków, których nie sposób ogarnąć. Ale wystarczy rozejrzeć się po lesie: wszystko co nas otacza, powstało w spontanicznym ciągu przyczyn, które warunkowały skutki… Przyroda przypomina gigantyczną grę w chińczyka. Mamy zbiór reguł tej gry. Ale jak w danym przypadku dana reguła zadziała, która z określonych regułami możliwości będzie miała miejsce? To już loteria, dzieło przypadku. I to cudowne współdziałanie przypadku i zdeterminowania przez Prawa Przyrody buduje różnorodność form życia, które nas otaczają. I to samo współdziałanie spotkało mnie z Aresem, później Baronem, a teraz z Bojarem.

Zaraz za polanką nasz szlak chwilowo znów przywiódł nas do wszędobylskiej, wciskającej się wszędzie cywilizacji ludzkiej. Tym razem pod postacią dwóch potężnych podziemnych zbiorników na wodę pitną.

Ukończono je w roku 2006. Dość niedawno. A mimo to już teraz ich betonowe ściany noszą piętno działalności Przyrody. Na zaciekach z kanalików odprowadzających deszczówkę wyrosły całe płaty cudownie szmaragdowego mchu. Pojawiają się już pierwsze spękania, ubytki, uszkodzenia… Uważny obserwator dostrzeże w tym, jak wiele arogancji jest w pojmowaniu ludzkiej cywilizacji. Delikatne i powolne procesy przyrodnicze są przecież w stanie rozsadzić to, co człowiek wzniósł, zbudował. Procesy zniszczenia tego, co człowiek wznosi zaczynają się praktycznie jeszcze zanim dana budowla czy urządzenie zostanie ukończone. Najpierw dzieje się to w skali mikroskopijnej: mikroubytki, mikrouszkodzenia, mikroorganizmy zasiedlające pustynię ludzkiego betonu… A potem mamy efekt.

Tak to beton zmienia się w życie…

Wyszliśmy na szosę, łączącą Cieplice ze Staniszowem. Niegdyś, w czasach, które jeszcze ja pamiętam, na wzgórzu asfalt w pewnym momencie się kończył i dalej szło się polną drogą wśród pól, zagajników… Dzisiaj to przeszłość, skutecznie zabudowana przez obrzydliwą architekturę polskiego nowobogactwa.

Ani to piękne, ani funkcjonalne. Na przykład w nowo budowanych domach, od południowej strony pełno jest wielkich, od podłogi do sufitu okien. Przecież przy letnich upałach taki dom zmieni się w szklarnię! Nie chciałbym w czymś takim mieszkać.

Oczywiście ludzie mają na to rozwiązanie: klimatyzacja! I tak każdy dom zużywa coraz więcej prądu, elektrownie coraz więcej paliw… Ale co tam! Byle się „koniunktura” nakręcała!

Żadna klimatyzacja nie da w upalny dzień tego chłodu, który daje mi położenie się w cieniu drzew na trawie. I to za darmo.

Ominęliśmy Staniszów i ścieżką, oznakowaną jako szlak żółty skierowaliśmy się ku Grodnej.

Szlak żółty na Grodną.

W lesie Bojar zwrócił mi uwagę (intensywnie wąchając) na rosnącą przy drodze paproć. Nerecznica samcza Dryoptheris filix-mas, bo taki to był gatunek, ma ukrytą w nazwie ciekawą historię. Niegdyś wierzono błędnie, że wraz z wietlicą samiczą Athyrium filix-femina tworzą męską i żeńską formę tego samego gatunku – stąd odpowiednie przymiotniki. Ciekawe też dlaczego akurat właśnie nerecznicę uznano za „wersję męską”: ze względu na większy rozrost i żywotność. I tak nawet w biologii można się wiele dowiedzieć o patriarchalnej kulturze europejskiej…

Charakterystyczna spirala rozwijającego się liścia.

Tymczasem roślina, którą widzimy to sporofit, rozmnażające się bezpłciowo pokolenie. Na spodzie każdego liścia możemy zobaczyć skupiska zarodni, z których wysiewane są zarodniki. Gdy taki zarodnik zaniesiony przez wiatr znajdzie dla siebie odpowiednie warunki, rozwija się w tzw. przedrośle, czyli pokolenie płciowe, które ma najczęściej postać mikroskopijnej roślinki, z której, po zapłodnieniu wykształca się znów pokolenie bezpłciowe – i tak dalej, i tak dalej…

Te kropki na spodniej stronie liści to właśnie zarodnie.

Droga wiodła nas przez to, co zawsze we Wzgórzach Łomnickich uwielbiałem najbardziej: mieszane lasy, z których co jakiś czas wynurzają się omszałe skały.

Pokryte mchem i porośnięte lasem formy skalne.

I wtedy właśnie natrafiliśmy na tajemnicę wspomnianą w tytule. Tajemnicę czerwonych buków.

Można poczuć się jak młody bóg… buk. Tylko dlaczego czerwony?

Dla niezorientowanych przybliżę, co spowodowało moje zdziwienie. Rośliny do wytwarzania glukozy w procesie fotosyntezy wykorzystują zawarte w chloroplastach komórek liści barwniki: głównie chlorofil a i chlorofil b oraz karoten. Dwa pierwsze nadają roślinom kolor zielony, a karoten – żółty i pomarańczowy. Ta ostatnie barwy, ze względu na o wiele mniejszą zawartość karotenu w liściach są maskowane przez zieleń chlorofilu, ujawniają się dopiero jesienią, gdy roślina wycofuje z liści cenny chlorofil.

Ale skąd barwa czerwona, mało tego, prawie purpurowa?

I znów troszeczkę ponarzekam. W polskim internecie na próżno szukać o tym informacji, a zamiast nich jest mnóstwo bredni. A więc przeczytacie o bukach, które czerwienieją jesienią, albo o takich, które są czerwone cały czas. Nie dowiecie się, dlaczego wiosną, w maju niektóre buki świecą wiosenną zielenią, a inne, rosnące tuż obok mają liście purpurowe, a w dodatku ta barwa niebawem, bo pod koniec maja zanika.

Nie od dziś spotykam się z tym, że są ludzie, którzy wszelką wiedzę o świecie wyrabiają sobie tylko na podstawie bezkrytycznie przyjmowanej internetowej brei. Wierzą oni jak w najświętszą prawdę w kompletne bzdury, od których polski internet aż się przelewa. A więc wierzą w objawienia i rzekome „badania naukowe” „potwierdzające” prawdziwość bohomazu z Manoppello czy Całunu Turyńskiego. Wierzą, że chlorofil w płynie jest zbawiennym napitkiem. Wierzą, że Ziemię ulepiły ufoludki. I że w ogóle jest ona płaska. Albo pusta w środku. Wierzą, że każda szczepionka zawiera ołów, arsen, uran 235 i zarazki autyzmu, a wszystko to jest spisek Żydów, komunistów i masonów.

Dlatego na pohybel tymże, typowo polskim zwyczajom ostatniej doby postanowiłem olać internet i samodzielnie zbadać, dlaczego liście niektórych buków są purpurowe w maju. W tym celu pobrałem próbkę kilku liści. Już teraz mogę wam zdradzić, że moje poszukiwanie zakończyło się sukcesem.

Czy uda się rozwiązać tajemnicę czerwonych buków?

Tymczasem trzeba było ruszać w dalszą drogę. Skały coraz to potężniały, wyglądając spomiędzy drzew swoimi kamiennymi twarzami przystrojonymi makijażem mchów. Szliśmy z Bojarem coraz wyżej i wyżej… Aż stanęliśmy na szczycie Grodnej.

Szczyt Grodnej i Zamek Księcia Henryka.

Na szczycie stoi nieduża budowla, stylizowana na gotycki zamek. Wzniósł ją w latach 1806 – 1842 właściciel pobliskiego Staniszowa, książę von Reuss. W rodzinie tej tradycją było, że najstarszemu synowi, a więc i dziedzicowi nadawano imię Heinrich – Henryk. Stąd nazwa, zresztą błędnie interpretowana przez niektórych turystów, którzy coś tam słyszeli o polskim księciu Henryku Pobożnym i często myślą, jakoby miejsce to miało z nim cokolwiek wspólnego.

Tymczasem ów zamek to bajer, element ówczesnej mody. Czasy romantyzmu kładły nacisk na uczuciowe przeżywanie krajobrazu, na emocjonalne podejście do „tajemniczej” przeszłości. Do dobrego tonu należało, żeby bogaci właściciele ziemscy uatrakcyjniali krajobraz swoich włości różnego rodzaju wieżami widokowymi, sztucznymi ruinami, niezwykłymi pomnikami itd. Nie musiały one mieć żadnego praktycznego znaczenia. Ważne, by tworzyły atmosferę. Trzeba przyznać, że to się w tym wypadku akurat udało.

Spojrzenie na Śnieżkę.

Ze szczytu Bojar spojrzał na Śnieżkę, najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów. I już wiedziałem, że niebawem będziemy musieli się tam wybrać.

Zejść postanowiliśmy inną drogą. Przy okazji wstąpiliśmy na skałę Urwisko, z której rozciąga się wspaniały widok na zachodnią część Karkonoszy.

Widok: Zbiornik Sosnówka na pierwszym planie a dalej szczyty głównego grzbietu Karkonoszy: Śląskie Kamienie, Śmielec i Wielki Szyszak, Śnieżne Kotły, Łabski Szczyt i Szrenica.

W oddali zobaczyliśmy (nieobjęty zdjęciem powyżej) szczyt Chojnik z – tym razem prawdziwym, średniowiecznym – zamkiem na szczycie. Powtarzana w najróżniejszych przewodnikach anegdota mówi, że książę von Reuss także dlatego wybudował na Grodnej sztuczną ruinę, bo zazdrościł hrabiom von Schaffgotsch (właścicielom Cieplic, Sobieszowa i sporej części Karkonoszy i Gór Izeskich) właśnie ich prawdziwego, rodowego zamku Chojnik z XIV wieku. No cóż, jeśli tak było, to mała to była zazdrość. Zdobyła się tylko na skromną wieżę widokową z niewielką dostawką, skromnie przedstawiającą się przy rozbudowanej, górskiej warowni Schaffgotschów.

To jeszcze tylko wspólne zdjęcie i wracamy do domu 🙂

Zaraz, zaraz, powiecie… A co z tajemnicą czerwonych buków? Jakie jest jej rozwiązanie?

O, nie tak szybko! Zbadałem sprawę i tajemnica ta okazała się o wiele bardziej fascynująca, niż myślałem. Ale o tym napiszę osobno. Już wkrótce w dziale „Biologia”: „Czerwone liście buka, czyli prawdy szukaj sam – czyli opowieść o tym, jak samodzielnie można dochodzić do prawdy, nie zwracając uwagi na morze internetowych bzdur.

Pozdrawia was Wędrujący z Wilkiem Bojarem 🙂

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.