10 POWODÓW, DLA KTÓRYCH NIE DYSKUTUJĘ Z WIERZĄCYMI

Zdarza się, że jakaś owieczka Jezusa, szatańskim pokuszeniem zwiedziona, zabłąka się na manowce i w mrocznym, złowrogim lesie Internetu napotka Świątynię Wilka. Przerażona takim obrotem sprawy, ze strachu robi pod siebie tasiemcowym elaboratem, zamieszczanym następnie np. w komentarzu, w wiadomości prywatnej, mailu itp.

Nie dyskutuję z wierzącymi. Nie dlatego, „bo nie”. Nie dlatego, jakoby ich argumentacja była tak olśniewająca, że nikt nie mógłby się z nią mierzyć.

Mam dziesięć powodów, dla których takiej dyskusji nie podejmuję.

1. Nie czytają tego, co krytykują

Chyba w każdym dłuższym proteście, jakim wierzącym zdarza się zareagować na to, co piszę, odnaleźć można co najmniej jedno zdanie, ewidentnie świadczące o tym, że nie zapoznali się oni z treścią tego, co krytykują. A ściślej rzecz ujmując, zapoznali się co najwyżej z tytułem, względnie nagłówkami plus losowo przesunęli wzrokiem po niektórych akapitach.

Kiedyś napisał do mnie jakiś pozujący na wielce wykształconego wierny. Niemiłosiernie nadużywał on takich słów, jak „niemerytorycznie”, czym zapewne chciał osiągnąć efekt onieśmielenia przeciwnika i osadzenia go na pozycji spranego w tyłek uczniaka. Zepsuł on ten efekt, pisząc wyżej wymienione wyrażenie oddzielnie („nie merytorycznie”…), ale nie o tym chciałbym teraz opowiedzieć. Otóż napisał on, że w artykule pt. DLACZEGO KOŚCIÓŁ BOI SIĘ EKOLOGII „zabrakło mu odniesienia” do „nauczania” papieża Franciszka. Niniejszym zabrakło mu tego, o czym była na oko jedna piąta całej treści.

Innym razem ktoś, polemizując z artykułem DLACZEGO WIARA W JEZUSA CHRYSTUSA JEST SZKODLIWA napisał, że źle zrozumiałem pewien werset ewangelii, a następnie jako prawidłowe podał… dosłownie takie rozumienie, o jakim napisałem!

Nie można dyskutować z kimś, kto nie raczy się zapoznać z tym, co krytykuje, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, brakuje podstawowego warunku rozpoczęcia dyskusji, czyli: „obie strony wiedzą, jakie jest zdanie na dany temat strony przeciwnej”. Po drugie, istnieje wówczas uzasadniona obawa, że odpisywanie takiemu oponentowi będzie biblijnym rzucaniem pereł przed wieprze, gdyż i odpowiedzi na ich zarzuty nie zechce mu się że zrozumieniem i w całości przeczytać.

2. Stosują podwójny standard

Pod zamieszczonym na portalu racjonalista.pl artykułem pt. Św. Augustyn – pogromca herezji pojawił się taki oto komentarz:

Żeby rozmawiać o książkach, należy je znać bezpośrednio. Tymczasem w bibliografii pod tekstem nie ma ani jednej pracy Augustyna. (…) Żeby krytykować kogoś, kto uznawany jest za jednego z największych filozofów na przestrzeni 2000 lat, trzeba mieć trochę pokory.

Pomijam fakt, że autor tego komentarza w ogóle nie zapoznał się z bibliografią artykułu, gdyż niezawodnie znalazłby tam dzieła Augustyna. Pragnę natomiast zwrócić uwagę na coś innego. Wymaga on „pokory” w krytykowaniu Augustyna z Hippony. Tymczasem nigdy nie spotkałem się z tym, żeby wierzący wypowiadając się o filozofii Nietzsche’go albo Bertranda Russela, wykazał się czymkolwiek podobnym.

Arcybiskup Depo zapytywał niedawno: Czy ci, którzy niszczą pomniki Jana Pawła II poznali jego nauczanie?

Tymczasem wierzący, ten sam, któremu nie chce się przeczytać choć dwóch zdań strony przeciwnej wymaga, żeby ten, który krytykuje jego wiarę poznał ją dogłębnie, przeczytał całą biblię, wszystkie ważniejsze dzieła tradycji chrześcijańskiej plus cały dorobek teologii. A jeśli natrafi na kogoś, kto okaże się dobrze obeznany z religią – powie wówczas, że jest „nie dość” obeznany, bo to, bo tamto.

Wierzący uważa, że wolno mu wszystko w stosunku do oponentów – wolno mu ich obrażać, opluwać, obsypywać inwektywami, wycieczkami osobistymi, wolno mu nie mieć pojęcia o tym, co krytykuje. Natomiast tymże oponentom nie wolno nic: mają się giąć przed wiarą w trwożnym szacunku, jakąkolwiek krytykę wyrażać oględnie, a najlepiej w ogóle.

Nie można dyskutować z kimś, kto chce grać na nierównych zasadach. Nie ma sensu rozgrywać dyskusji, której wynik jest z góry przesądzony: wierzący ma zatriumfować i koniec. Dyskusja ma prowadzić do prawdy, a nie do zwycięstwa strony, która uważa, że to zwycięstwo jej się z boskiego nadania należy.

3. Niski poziom wiedzy przyrodniczej

Wierzący często zarzucają ateistom, że są „niedouczeni” – i często zdarza im się dorzucać kuriozalne wezwanie: „wygugluj sobie!”

Pomijam fakt, że użycie tak idiotycznego słowa wiele mówi o inteligencji i wykształceniu tego, kto go używa. Ludzie wierzący swoją wiedzę przyrodniczą czerpią w najlepszym wypadku z polskiej Wikipedii i filmów na Discovery Channel. A w najgorszym wypadku z serialu Starożytni kosmici albo filmików na Youtube.

Wymagają od nas, krytykujących ich wiarę, żebyśmy z pokorą przekopywali się przez całego Tomasza z Akwinu, dokumenty soborów, Breviarium fidei plus takie „wspaniałe” dzieła jak np. pełen żałosnego bełkotu doktorat Karola Wojtyły. Sami tymczasem nie raczą nawet spróbować pojąć, na czym naprawdę polega teoria ewolucji, jak wyglądał i czego dowiódł eksperyment Lenskiego, jak wygląda budowa tkanek, jak działa biochemia komórki… Ich wiedza jest tak powierzchowna, że często śmieszna.

Nie można dyskutować z kimś, kto posiada wybrakowaną lub błędną wiedzę, w przeciwnym razie zamiast dyskusji będziemy mieć obrzucanie się kolejnymi dogmatami.

4. Powołują się na niedorzeczności

Wzmiankowany przeze mnie wyżej wierny, który wypowiadał się na temat mojego artykułu o stosunku Kościoła do ekologii długo pouczał mnie, że „nie uwzględniłem oryginału hebrajskiego” biblii.

Tymczasem tenże sam wierny wierzy po polsku, a nie po hebrajsku. Jego ksiądz mówi do niego z ambony po polsku, a nie w grece koine. Do swojego Jezusa modli się po polsku, a nie po aramejsku. Nauczanie swojego mistrza poznał po polsku, a nie po starosyryjsku.

Kiedy byłem w seminarium, miałem okazję uczęszczać m. in. na wykład z hermeneutyki Nowego Testamentu. Nauczyciel poświęcił trzy wykłady – podkreślam: trzy wykłady! – na rozwodzenie się nad tym, jaką to nie głębię zawiera słowo ekporeuo, które pojawia się w kontekście nauki o Duchu Świętym. Gdy w swoim pamflecie na rzeczywistość seminaryjną (za którego napisanie zostałem potępiony) umieściłem w ustach jednego z bohaterów pijacki bełkot brzmiący: „ekporeuo – sreło” jeden z ojców duchownych powiedział mi,  że w ten sposób „splugawiłem całą katolicką teologię!”

No cóż, jeżeli dwoma słowami można splugawić całą katolicką teologię, to chyba najlepiej podsumowuje, czym jest ta niby – nauka.

Gdy krytykuję wiarę w Jezusa Chrystusa wyraźnie zaznaczam, że dla mojej krytyki zupełnie obojętne jest, czy jakikolwiek Jezus istniał i czego naprawdę nauczał. Nieistotne jest dla mnie, czy użył tego, czy innego zaimka przed takim czy innym słowem i kompletnie nie obchodzi mnie. jaki był tego kontekst kulturowy.

Wiara, którą krytykuję, dzieje się dzisiaj, jest uprawiana po polsku i leży w naszym kontekście kulturowym. I to tutaj czyni szkody, za co należy się jej krytyka – także moja.

Nie można dyskutować z kimś, kto powołuje się na to, co jest nie na temat ewentualnej dyskusji. W przeciwnym razie zgwałcimy to, co jest fundamentem jakiejkolwiek dobrej dyskusji – czyli logikę.

5. Wydaje mi się = wiem

Ludzie wierzący posiadają zadziwiająco rozwiniętą zdolność do niedostrzegania różnicy między własną opinią a faktem. Dla nich to, co im się wydaje jest faktem na mocy tego, że się im wydaje.

Nie należy się zresztą temu dziwić. Cała teologia zbudowana jest na metodzie dowodu przez założenie tezy. Polega ona na uskutecznieniu trzech prostych kroków:
1. Stawiamy jakąś hipotezę;
2. Zakładamy, że jest prawdziwa;
3. Voilà! Hipoteza udowodniona!

Gdy papież Pius IX ustanowił dogmat o niepokalanym poczęciu Maryi stwierdził, że dowodem na prawdziwość tego twierdzenia jest… że tak wypadało.

Wypadało pierworodną być w poczęciu tej, z której miał się począć pierworodny wszelkiego stworzenia.

Pius IX, bulla Ineffabilis Deus

Nic więc dziwnego, że wierzący – i to nie tylko katolicy! – są przyzwyczajeni do myślenia dogmatycznego. Rodzi to zresztą problemy dyscyplinarne w łonie samego chrześcijaństwa, gdy jakiś krewki duchowny czy nawiedzony wierny uzna, że jego „wydaje mi się” wszyscy inni powinni przyjąć za prawdę objawioną.

Wierzący mają nawyk unikania jak ognia sprawdzania źródeł swojej wiedzy, weryfikacji tego, co gdzieś tam od cioci Kloci zasłyszeli. A już naprawdę rzadko do głowy im przychodzi dociekać, skąd to niby papież z XIX wieku wiedział, co się działo w macicy św. Anny w I wieku p. n. e.?

Nie można dyskutować z kimś, kto uznaje za oczywistą prawdę to, co się mu wydaje. Brakuje wtedy kolejnego, fundamentalnego elementu dobrej dyskusji: porównywania faktów.

6. Mają się za genialnych psychologów

Jedna z owieczek Jezusa, próbująca dyskutować ze mną o jednej z moich wypowiedzi stwierdziła, że to, co napisałem było „emocjonalne” – a więc, w domyśle, nierozumne.

Naprawdę nie mam pojęcia, jakim to sposobem ów wierny, mając do dyspozycji jedynie litery, wyświetlające mu się na ekranie komputera, względnie innego urządzenia elektronicznego, na ich podstawie uzyskał wgląd w moje emocje.

Nawet, gdy rozmawiamy z kimś twarzą w twarz nie możemy z całą pewnością stwierdzić, co ten człowiek czuje czy myśli. Emocje – zwłaszcza te gwałtowne – są łatwe go zagrania. Emocjami można się powodować, ale można też ich używać. Takie same emocje u różnych ludzi mogą się różnie wyrażać. Są ludzie z natury wypowiadający się ekspresyjnie, są ludzie o wyrazistszej od innych mimice twarzy, są ludzie którzy płonąc z gniewu będą się wypowiadać spokojnie i z kamiennym wzrokiem.

Ale wierzący mają swój pogląd na świat, wedle którego każdy, kto nie wierzy w boga jest chory psychicznie. Spotkałem się nawet z wypowiedzią jakiegoś duchownego, który autorytatywnie stwierdził, że każdy ateista „miał problemy w relacjach z ojcem.” (Tak na marginesie, to samo zarzucają homoseksualistom).

Żeby było śmieszniej, nawet ktoś posiadający dyplom z psychologii, zdobyty na jakiejś katolickiej uczelni jest psychologiem tylko z nazwy. Psychologia kościelna jest uprawiana z całkowitym zignorowaniem np. neurologii. To tak, jakby historyk ignorował odkrycia archeologiczne!

Wierzący uwielbiają takie zagrywki jak: „widzę w tobie głębokie zranienia” i tym podobne bzdury. Niemal na wstępie zakładają oni, że przyczyną czyjejś niewiary muszą być jakieś traumy i doszukują się ich na siłę. Im pikantniejsze, im bardziej seksualne, im bardziej poniżające dla oponenta – tym lepiej.

Czy się to wierzącym podoba, czy nie, argumenty ad hominem oraz ad personam są błędami logicznymi i nie można dyskutować z kimś, kto posiada nawyk ich używania.

7. Dyskutuje się z wiedzą, a nie z wiarą

Dyskusja to porównanie argumentów czy dowodów przedstawianych przez jedną i drugą stronę jakiegoś sporu, prowadząca do jego rozstrzygnięcia. Podstawowym wymaganiem dobrej dyskusji jest więc proste założenie, że choć jestem przekonany o swojej racji, to istnieje prawdopodobieństwo, że się mylę. Tymczasem wierzącemu nie wolno pod karą wiekuistego potępienia czegoś takiego zakładać!

Wiedzę można poszerzać, gdy jest za wąska. Można ją korygować, gdy zawiera błędy. Można ją wreszcie zmieniać, gdy jest nieprawdziwa. Ale wiary zmieniać nie można, bo idzie się za to na nieskończone potępienie!

Tym samym, nie tylko nie powinienem – ale mi wręcz nie wolno dyskutować z wierzącymi. A to dlatego, że w przeciwieństwie do nich zakładam, że istnieje niewielka w mojej opinii, ale jednak – możliwość, że się mylę. Że to oni mają rację. A gdyby tak było, to dyskutowanie z wierzącym byłoby narażaniem go na wiekuistą karę w piekle. Niehumanitarne jest narażanie drugiego człowieka na choćby chwilowe cierpienie – a co dopiero na nieskończone!

Wierzący nie może dyskutować – może tylko za wszelką cenę przekonywać innych do swojej racji, zatykając przy tym uszy na jakiekolwiek argumenty czy słowa strony przeciwnej.  Nie może wymieniać argumentów, może nimi tylko ciąć jak mieczem na prawo i lewo. Nie może – bo jest ofiarą potwornego zastraszenia, jakie mu od maleńkości zaserwowała doktryna chrześcijańska.

8. Są zauroczeni Jezusem

Często zarzuca się chrześcijanom różnych wyznań, że nie kochają Jezusa, że nie żyją zgodnie z jego nauczaniem. Nie zgadzam się z tymi zarzutami. Uważam, że wielu chrześcijan naprawdę kocha Jezusa – tak jak ofiara może pokochać chorą miłością sprawcę swojego cierpienia.

Podobno, żeby wystąpił syndrom sztokholmski, potrzebne są cztery warunki. Po pierwsze, ofiara musi mieć głębokie poczucie zagrożenia, poczucie, że jej oprawca jest zdolny wyrządzić jej wielką krzywdę. Ciężko o większą krzywdę, niż wrzucenie kogoś na wieczność do jeziora wrzącego szamba, czym grozi Jezus swoim owieczkom – i to za byle co, na przykład za nazwanie kogoś idiotą. Po drugie, oprawca musi też wykazywać jakieś odruchy życzliwości wobec swojej ofiary. Również i tutaj wszystko się zgadza, bo mało kto potrafi pomiędzy kolejnymi pogróżkami tak słodzić swoim wiernym jak Jezus.

Po trzecie, ofiara musi być przekonana, że od oprawcy nie ma ucieczki. No cóż, raczej nie można uciec od wszechobecnego, wszechogarniającego i wszechwiedzącego boga. Po czwarte wreszcie, ofiara musi być odizolowana, czuć się osamotniona wobec swojego oprawcy. I tutaj wszystko się zgadza, od kogo bowiem ofiara Jezusa ma się spodziewać pomocy, skoro jest święcie przekonana, że poza Jezusem jest tylko Szatan, który w dodatku ani trochę nie dorównuje siłą bogu?

Nic dziwnego, że chora sytuacja wiary produkuje w wierzących silne zadurzenie w Jezusie, które nie pozwala im zobaczyć żadnej niedorzeczności w jego nauczaniu – mimo że jego nauczanie składa się z samych niedorzeczności! Nie mogą dostrzec w nim okrucieństwa mimo jawnych jej wyrazów. Nie mogą dopuścić do siebie najmniejszej myśli o tym, że ten, w kogo uwierzyli może być oszustem lub niegodziwcem – mimo oczywistych tego oznak.

Zauroczenie wyklucza dopuszczenie do siebie jakichkolwiek argumentów a nawet dowodów. Tym samym niemożliwa jest jakakolwiek dyskusja z taką osobą.

9. Dyskusja jest przywilejem

Gdybym podejmował dyskusję z wierzącymi zasugerowałbym tym samym, że strona przeciwna posiada jakiekolwiek argumenty, z którymi dyskutować warto. Zasugerowałbym, że wiara jest równorzędna nauce, a chrześcijański bóg – Przyrodzie.

Nie zamierzam czegoś takiego sugerować. Dyskusja jest przywilejem, na który wierzący nie zasługują. Ktoś, kto twierdzi, że posiada absolutną prawdę jest tak naprawdę żałosny.

Bertrand Russel powiedział kiedyś, że nie umarłby za swoje poglądy, bo wie, że może się mylić. Męczennicy chrześcijańscy nie są godnymi podziwu bohaterami, ale zasługującymi na litość ofiarami straszliwego zabobonu, który nie pozwala ludziom dostrzec swojej omylności. A tym samym odcina im drogę do prawdy.

Dyskutowanie z wierzącymi oznacza zniżenie się do ich poziomu i siłą rzeczy – przyjęcie ich zasad, które sprowadzają taką dyskusję do dogmatycznej pyskówki. Z tego powodu też żaden poważny biolog nie będzie debatował z kreacjonistami, a żaden geolog – ze zwolennikami hipotezy stworzenia świata w 4004 roku p. n. e., 22 września, w godzinach wieczornych.

10. Świątynia Wilka nie jest dla wierzących

Ostatni – i najważniejszy powód, dla którego nie dyskutuję z wierzącymi jest taki, że niniejsza strona nie jest adresowana do ludzi wierzących.

Strona ta powstała dla ateistów, którzy zachwyceni Przyrodą widzą w niej jedyną godną czci i uwielbienia rzeczywistość, ale ze względu na poziom edukacji w naszym kraju czują się w swoich przekonaniach osamotnieni. Świątynia Wilka jest dla Was, samotni pośród oszalałej od zabobonów tłuszczy, dla Was, których być może wyrzeka się rodzina albo znajomi – bo ośmielacie się nie podzielać miłości do ich okrutnego boga.

Strona ta powstała dla tych, którzy jeszcze wierzą, ale mają wątpliwości i czują się winni, przerażeni karą za brak wiary. Świątynia Wilka jest dla Was, uciemiężeni i upokorzeni, zastraszeni pogróżkami wiekuistego piekła. Wilk z piekła zaprasza Was w bezpieczną Ciemność Otchłani, żebyście doświadczyli, że nie tylko nie jest ona straszna, ale niesie ukojenie.

Świątynia Wilka jest dla tych, którzy chwieją się w swojej niewierze wskutek tego, co trudne i bolesne w rzeczywistości. To strona dla ateistów w okopach, dla tych, których zaczyna pociągać złudna łatwość, z jaką można czerpać nadzieję ze słodkich kłamstw, które Jezus naucza swoich wiernych. Świątynia Wilka jest dla Was, schrońcie się w niej, żebyście nie zostali schwytani w jadowite okowy kościelnej dyscypliny. Świątynia Wilka jest dla Was, tu uciekniecie przed cierpieniem, którego nie szczędzą wam bracia chrześcijanie.

Dla owieczek Jezusa bramy Świątyni Wilka pozostaną zamknięte, bo nie ma tu czego szukać przekonany o absolutnej prawdziwości swojej wiary chrześcijanin. Nie ma tu czego szukać fanatyk, chcący wszystkich wcisnąć pod brudny but swojego katowskiego wyznania. Nie ma tu czego szukać zauroczony, nawykowo wierzący w internetowe bzdury mistyk, niepotrafiący przyjąć do wiadomości, że naprawdę można być szczęśliwym bez żadnego boga ani jego przykazań.

Zostańcie w owczarni Jezusa, chrześcijanie, przynajmniej do czasu, gdy zrozumiecie, że owczarnia ta, jak każda owczarnia – służy do tego, żeby pasterz mógł doić i golić owce, a na końcu je zarżnąć i sprzedać do mięsnego.

Kiedy to zrozumiecie, Świątynia Wilka będzie na Was czekać, żebyście mogli uciec do niej przed wściekłością waszego pasterza. I przekonać się, że władza tego, który twierdzi, że jest bogiem wszechmogącym kończy się tam, gdzie zaczyna się Las Wielkiego Wilka.

6 odpowiedzi na “10 POWODÓW, DLA KTÓRYCH NIE DYSKUTUJĘ Z WIERZĄCYMI”

  1. Należy oczywiście wspomnieć o kardynalnej nieznajomości przez wierzących źródeł, od których pochodzą „ich” tradycje. Nierzadko ci ludzie są w stanie z całą zapalczywością bronić swoich obrzędów, czy dogmatów jednocześnie nie mając pojęcia o ich pochodzeniu i orientacyjnej dacie zawłaszczenia.

  2. Również nie dyskutuję z wierzącymi. Po pierwsze część z nich to nasi wieloletni i sprawdzeni przyjaciele i dobrze znamy swoje poglądy – o czym tu dyskutować ? A osoby postronne ? Tu jest Wielkopolska – sprawy światopoglądowe , sprawy seksu to sprawy intymne , osobiste , tym się nie afiszuje ( nie mylić z dulszczyzną 🙂) Kiedy pod szpitalem ginekologiczno – położniczym na Polnej odbywają się modły i litanie przeciwko aborcji , to wywołuje odruchy wymiotne… Powierzanie Polski opiece Matce Boskiej , otaczanie granic różańcem , te wszystkie legiony Chrystusa z kastetami imitującymi różańce , nasz nieszczęsny posąg Chrystusa póki co ukryty w kościele na Kościelnej , całą ta historia z biskupami w naszym regionie ( trafiliśmy nawet do filmu „Spotlight ” ) powoduje w najlepszym przypadku głęboką niechęć. I z kim tu dyskutować.. Idziemy prostą drogą w kierunku Republiki Gilead z ” Opowieści Podręcznej „🤮

  3. A propos punktu 2, jest jeszcze wymaganie znajomości audycji radia Maryja. Całkiem poważnie. Szczególnie jeśli się krytykuje polski kościół, należy ponoć być na bieżąco z myślą natchnioną z Torunia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.