PSEUDONAUKA NA WOJNIE

W Przyrodzie wszędzie tam, gdzie zapanuje śmierć, zaraz zjawiają się padlinożercy i saprobionty, które żywią się martwą materią organiczną. Te to organizmy zamykają krąg życia i śmierci, włączając to, co umarło w nowe życie – i tak od bez mała czterech miliardów lat.

Ludzka cywilizacja to taki wstrętny błazen, który wszystko, co istnieje i dzieje się w Przyrodzie małpuje, przeinacza i zmienia w potworną karykaturę. Prawa rynku są obrzydliwą parodią Prawa Doboru Naturalnego, ludzkie rządy i hierarchie – szkodliwym wypaczeniem organizacji stad, rojów i superorganizmów.

Ludzki świat nie oszczędził także saprobiontów, a ich spaczoną, chorą parodią jest zjawisko zarabiania na wojnie. A że w dzisiejszym świecie walutą nie mniej cenną od pieniędzy jest popularność, znalazły się wśród ludzi i takie organizmy, które przyssały się do rozlewu krwi w Ukrainie, dzięki specyficznym „enzymom” umysłowym zmieniając agresję chorego psychicznie dyktatora na popularność. A dokonują tego, odkurzając bardzo stary wynalazek, jakim jest historiozofia.

Tysiącletni pomysł

Czym jest historiozofia? Jest to pewien bardzo stary pomysł, którego ślady znajdujemy w popularnych powiedzeniach typu: „Historia lubi się powtarzać”, albo: Historia magistra vitae, „Historia jest nauczycielką życia”.

W Przyrodzie mamy tak: są pewne zjawiska, których początkowo nie rozumiemy. Zaczynamy je obserwować, z tych obserwacji wyciągamy jakieś wnioski, próbujemy znaleźć wyjaśnienie tego jakiegoś zjawiska. Najczęściej takich wyjaśnień jest wiele, więc musimy sprawdzić, które z nich jest prawdziwe, a które błędne. Jeśli wszystkie okażą się błędne, trzeba szukać nowych – i tak dalej, aż znajdziemy takie wyjaśnienie, które będzie prawdziwe. Mając je, zyskujemy wspaniałe narzędzie, bo pozwala ono przewidzieć zjawiska przyrodnicze.

Dobrym przykładem jest piorun. Przez wieki nie rozumiano jego natury, przypisując jego działanie mocy bogów typu Zeus czy Thor. Trzeba było stuleci, żeby ktoś w końcu wpadł na pomysł, że małe iskierki na elektryzującej się tkaninie mogą mieć coś wspólnego z błyskawicą. W XVIII wieku dokonano ostatecznego sprawdzenia tej hipotezy wdając się w bardzo niebezpieczne zabawy w puszczanie latawca w stronę chmurowej burzy. Zrozumienie, że piorun jest zjawiskiem elektrycznym pozwoliło przewidzieć, że jeśli umieścimy na dachu budynku metalowy pręt podłączony przewodem z ziemią, błyskawica nie uderzy w dach, wzniecając pożar, ale właśnie w ten pręt i w ten sposób cała energia ominie ludzką siedzibę nie wyrządzając jej szkody.

Historia ludzkości też jest masą ciekawych zjawisk. Już od dawna zauważano, że pewne wydarzenia powtarzają się niemal z matematyczną ścisłością. Inwazja Hitlera na Związek Radziecki z zadziwiającym podobieństwem powtórzyła klęskę wyprawy moskiewskiej Napoleona, sam Napoleon dochodząc do władzy niemal skopiował drogę kariery Juliusza Cezara, a wyczyn syna Cezara, Oktawiana Augusta, który stał się jedynowładcą Rzymu bezczelnie zachowując wszystkie instytucje i prawa rzymskiej republiki – został nie mniej bezczelnie powtórzony przez Hitlera.

Przez wieki wielu historyków i filozofów, zauważywszy tę powtarzalność zjawisk zadało sobie pytanie: a może tak, jak w biologii, fizyce czy chemii – również i w historii ludzkości istnieją jakieś rządzące nią prawa, które można odkryć, opisać, sformułować w postaci jakiś twierdzeń lub teorii – i na ich podstawie przewidzieć przyszłość?

Kusząca perspektywa, nieprawdaż? Nic dziwnego, że wielu z tych historyków i filozofów podjęło próbę znalezienia takich praw, ba, wielu stwierdziło, że te prawa odnaleźli i wyjaśnili, mało tego – że na ich podstawie mogą przewidywać przyszłość!

Tak narodziła się historiozofia, czyli próba wyjaśnienia dziejów ludzkości jakimiś niezmiennymi prawami, które w historii działają i ją determinują.

Gdzie tkwi haczyk

Problem polega na tym, że historiozofowie nie zauważyli, że u samych podstaw popełniają bardzo poważny błąd. Błędem tym jest założenie, że historia ludzkości jest logiczna.

Wbrew żałosnym insynuacjom religii chrześcijańskiej, twierdzącej, że tylko człowiek jest zdolny do logicznego myślenia, a zwierzęta nie – jest dokładnie na odwrót.

Jeśli obserwujesz zwierzęta, szybko zobaczysz, że każde z nich – czy to wijący się pod kamieniami parecznik, czy wilk – bezwzględnie zawsze działają logicznie, według praw najbardziej brutalnej, maszynowej wręcz logiki. Każde działanie zwierzęcia ma ścisłe, logiczne uzasadnienie, żadne zwierzę nie podejmie działania, które byłoby nieopłacalne – a jeśli podejmie, szybko zginie.

Przyroda bez litości ścina każdego, kto zmarnuje choćby ułamek dżula energii, kto postąpi wbrew matematycznie obliczonej korzyści. Nie ma miejsca w Przyrodzie dla marnotrawstwa, presja Prawa Doboru Naturalnego zmusza wilka do tego, żeby przemierzając las biegł prosto jak po sznurku, nigdzie nie zbaczając, nie krążąc po krzaczkach jak pies w czasie spacerku po parku.

Na tym polega główna różnica między ludźmi a zwierzętami. Zwierzęta dobierają swoje cele na podstawie rozumu, logiki, a żeby je osiągnąć – używają emocji. Ludzie na odwrót: w doborze swoich celów kierują się wyłącznie emocjami, a logiki używają do tego, żeby te bezrozumnie dobrane cele osiągać.

Dlatego też zachowanie zwierząt – zwłaszcza dużych drapieżników – tak przerażało ludzi. Napawał ich strachem ten bezemocjonalny, na zimno, z bezwzględną logiką przeprowadzany plan każdego działania. Tymczasem ludzie, którym cywilizacja stworzyła bezpieczny klosz, chroniący ich przed Doborem Naturalnym popełniali bezkarnie coraz więcej bezrozumnych głupot, aż ta głupota stała się ich podstawowym, „fabrycznie ustawionym” sposobem życia. Dlatego oskarżyli zwierzęta o to, że nie mają rozumu, ale „instynkt”, że są czymś w rodzaju maszyn, zaprogramowanych jak komputer do odtwarzania algorytmów. Że tylko oni, ludzie są zdolni do „twórczego” działania, do „wyższych uczuć”.

Tymczasem, paradoksalnie, to właśnie zwierzęta są o wiele bardziej rozumne w swoich działaniach, niż ludzie. Ludzie kierują się uczuciami, chwilowymi powiewami emocji, idiotycznymi ideologiami, za którymi kryją się najczęściej kompletnie irracjonalne, bezrozumne bzdury.

I właśnie dlatego nie można odnaleźć w historii ludzkości żadnych, ale to żadnych praw, które by nią kierowały. Historia jest historią ludzi, czyli istot postępujących z reguły nieracjonalnie.

Nie trzeba daleko szukać przykładów. Wielu poważnych analityków stwierdzało, że Putin na pewno nie zaatakuje Ukrainy, bo byłoby to posunięcie kompletnie idiotyczne. Wysuwano mnóstwo argumentów: nieprzygotowanie wojsk, słabość zaplecza, za mała ilość sprzętu i żołnierzy, nieuniknione konsekwencje dla gospodarki, to, tamto, siamto… A jednak stało się inaczej. Irracjonalny sentyment za kapiącą od złota chwałą carów i potęgą Związku Radzieckiego okazał się ważniejszy niż jakiekolwiek rozumne, logiczne argumenty.

Właśnie dlatego każda historiozofia jest pseudonauką, fałszem, oszustwem i pomyłką.

A co w takim razie z wspomnianą historią, która „lubi się powtarzać”? Co z tym zadziwiającym zjawiskiem, które już biblijnej Księdze Koheleta skomentowała:

To co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie: nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest coś, o czym można powiedzieć: Oto jest coś nowego? Dawno to już było w czasach, które były przed nami.

Odpowiedź na to pytanie staje się jasna, gdy wnikliwie, bez emocji przyjrzymy się temu, co tak naprawdę się w historii ludzkości powtarza.

Powtarzają się stare błędy. Problem polega na tym, że nie układają się one w żadne opisywalne prawo, człowiek ma tak ogromny repertuar możliwych błędów, że do ostatniej chwili nie wiadomo, który z nich popełni. Powtarza się w historii to, co język angielski nazywa patterns, co się tłumaczy jako „wzorek, motyw muzyczny, szablon”. Powtarzają się krótkie schematy, ale nie tworzą one żadnego systemu, bo kieruje nimi nieprzewidywalna potęga ludzkiej głupoty, nie da się więc odnaleźć w historii jakiś przemożnych, stale działających praw, które by decydowały o tym, która historyjka teraz się powtórzy, a która nie.

To jak w totolotku: wiele razy w historii tej gry wylosowano liczbę 13, ba, wiele razy się zdarzyło, że wypadły 13, 14 i 15 w jednym losowaniu. Ale to, że ta historia się powtarza nie sprawia, że możemy przewidzieć, że jutro albo pojutrze takie, a nie inne liczby zostaną wylosowane, wystarczy je skreślić i już planować, jaki jacht za wygrane miliony kupimy.

W Przyrodzie losowość podlega prawom, u ludzi – na odwrót. I właśnie przeważający wpływ tej losowości sprawia, że nie istnieją żadne stałe reguły, za pomocą których możemy przewidywać wydarzenia historyczne, polityczne czy tym podobne tak, jak możemy przewidzieć wybuch wulkanu lub przelot komety.

Potworne dzieci historiozofii

W dawnych czasach historiozofia szyta była grubymi nićmi. W średniowieczu popularną, w wielu odmianach występującą hipotezą było, że regułą, która rządzi ludzką historią jest bóg, a dokładniej konstrukcja trójcy świętej. A więc wyróżniano, że za czasów Starego Testamentu była epoka boga ojca, potem, za czasów Nowego Testamentu nastała epoka Jezusa. Hipoteza ta przewidywała, że logicznie rzecz biorąc, musi po obecnej epoce nastać epoka ducha świętego. Mało tego, znając głoszone przez kościół „właściwości” poszczególnych osób trójcy świętej przewidywano, jak taka epoka miałaby wyglądać. Znając długość trwania pierwszej oraz bełkot biblijnych przepowiedni starano się obliczyć, kiedy nastąpi ta zamiana epok.

Nie muszę chyba mówić, ile były warte te przewidywania.

Czasy późniejsze przyniosły jednak nowe, o wiele subtelniejsze pomysły na historiozofię, bardziej zawoalowane, przybrane w szaty „naukowej”, „poważnej” analizy, owocującej odkryciem „niezbitych” praw historii, „nieuniknionych” czynników, które miałyby nią kierować.

Tak powstała pierwsza z trzech historiozofii, czyli „marksizm naukowy”. Tak naprawdę: pseudo, a nawet: antynaukowy. Stwierdzał on, że historią ludzkości rządzi niezmienne prawo walki klas wyzyskiwanej z wyzyskującą, że dzieje tej walki zawsze, ale to zawsze przebiegają według „dialektyki marksistowskiej”, mówiącej, że zawsze jest teza, antyteza i synteza, która to triada do złudzenia przypominała trójcę świętą z poprzedniej historiozofii. A mianowicie miała być epoka tezy, czyli przewagi wyzyskiwaczy nad wyzyskiwanymi, kapitalizmu, imperializmu i tym podobne. Że po niej nastanie epoka antytezy: rewolucji, obalenia starego porządku, a to wszystko znajdzie dopełnienie w świetlanej epoce syntezy, czyli komunistycznego raju na ziemi.

Czy naprawdę muszę pisać, jak to wyszło w praktyce?

Nieco później niż marksizm „naukowy” powstała biopolityka. W niej z kolei nadrzędnym prawem historii miała być nie walka klas, ale ras, a dokładniej walka aryjskiej rasy nadludzi z podludzkimi rasami „niższymi”. Napuszoną fanfaronadę tej hipotezy świetnie opisał Wolfgang Ott w antywojennej powieści Rekiny i małe rybki:

Korespondenta wojennego, dr Timmlera (…) oficerowie przezywali „pokładowym filozofem”, bo uważał się za takiego. A naprawdę był po prostu nie do zniesienia. (…) Niemcy biopolitycznie – popisywał się tym określeniem, które sam stworzył, jak wielokrotnie podkreślał – otóż Niemcy biopolitycznie są mimo wszystko jedynym narodem dynamicznym, jaki pozostał jeszcze w świecie zachodnim; pozostałe narody już od dawna udały się na spoczynek. Miał też coś do powiedzenia o wojnie i jako prawdziwy filozof wypowiadał się z patosem dyletanta o męstwie i honorze.

Czasy tych obydwu historiozofii – walki klas i walki ras – w grubsza już przeminęły, ale w naszych czasach mamy godną ich następczynię, czyli geopolitykę. Jak każda historiozofia wypowiada się ona – używając świetnego określenia Otta – z patosem dyletanta o prawidłach, rządzących historią.

Zrozumiałe zainteresowanie tematem toczącej się wojny wyzyskują więc różnego rodzaju parodie padlinożerców w rodzaju pana Jacka B. czy innych pseudonaukowców, „analityków” i innej maści kreatur, które zalewają nas żałosnymi pierdami historiozofii zwanej geopolityką, twierdząc, że wiedzą wszystko na temat tego, dlaczego to a nie co innego się wydarzyło i snując przewidywania na bliższą i dalszą przyszłość. Gdy jakieś ich przewidywanie się nie sprawdzi, natychmiast obracają kota ogonem stwierdzając, że to tylko wyjątek, który potwierdza głoszone przez nich reguły.

A ludzie, nieświadomi, że idą w pułapkę ogłupienia i modnych bzdur, słuchają tych wygadanych filozofów – dyletantów i oszustów z wypiekami na twarzy.

Szeroko rozumiana geografia ma oczywiście wpływ na ludzkie dzieje, ale wpływ ten zawsze ostatecznie ginie w totalnej losowości tego, jaką głupotę ludzie akurat teraz popełnią. Nie można więc na podstawie geografii, tak samo jak na podstawie biologii, fizyki, chemii czy matematyki – przewidywać wydarzeń historycznych. Tym samym kompletną głupotą jest kształtowanie swojego postępowanie pod dyktando tych pseudonaukowych dyrdymałów.

Nie dajmy się!

Charakterystyczną cechą pseudonauki jest to, że im większa bzdura się za nią kryje, tym większa jest zasłona dymna w postaci nagromadzenia trudnych słów w tyradach ludzi ją uprawiających. Jednak trudne słowa są tu tylko farbą pokrywającą rdzę, mają bełkotowi owych „ekspertów” nadać posmaku profesjonalizmu. Jednocześnie dbają oni o to, żeby ich wyjaśnienia były na tyle prostackie, żeby byle cep łatwo je wchłonął i olśniony ich „mądrością” przysparzał tym oszustom popularności.

Najważniejszym jednak kryterium, pozwalającym odróżnić naukę, czyli szczere dążenie do prawdy od pseudonaki i modnych bzdur jest to, że twierdzenia prawdziwej nauki zawsze da się obalić na podstawie nowych faktów. Pseudonauka zaś w obliczu nowych faktów zawsze się wykręci albo wręcz obwieści, że „tym gorzej dla faktów” i dlatego pozostanie zawsze nieobalona.

Gdyby odnaleziono skamieniałości wilka, wiewiórki i człowieka pochodzące z mezoproterozoiku obaliłyby one teorię ewolucji, gdyby zaś klacz kopulująca z człowiekiem urodziła małpę, obaliłoby to całą teorię genetyki. Ale twierdzeń geopolityki, biopolityki czy marksizmu nie da się obalić, bo zawsze znajdą jakieś logiczne, choć pokrętne wyjaśnienie niepowodzenia swoich przewidywań. Upadek ZSRR marksizm może wytłumaczyć tym, że to chwilowe niepowodzenie w nieuniknionej machinie historii, drobne, tymczasowe odstępstwo od reguły, ale kiedyś – za rok, wiek, za tysiąc lat – „na pewno” nastanie komunistyczny raj. Przegraną III Rzeszy biopolityka wytłumaczy, że Niemcy nie byli dość „czyści rasowo”, ale gdy tylko „oczyścimy” rasę panów ze „szkodliwych domieszek”, to podbije ona świat.

W nauce każdy wielki odkrywca teorii tłumaczących prawa Przyrody stał „na barkach olbrzymów” – to jest, jego odkrycie było zawsze owocem wielu drobnych, przez wieki dokonywanych, sprawdzanych, potwierdzanych odkryć poprzedników. Nie byłoby Darwina bez Malthusa, Lamarcka, Cuviera, Linneusza i wielu, wielu innych. Nie byłoby Praw Keplera bez Tycho Brahe czy Kopernika.

Pseudonaukowcy zawsze sami tworzą podstawy swoich pomysłów.

Pseudonaukowcy, uważający swoje tyrady za nieomylne, jednocześnie zarzucają prawdziwej nauce że „to tylko teoria”. No cóż, grawitacja to też „tylko” teoria, więc czemu by nie wyskoczyć przez okno?

Nie dajmy się szarlatanom i oszustom. Nie przysparzajmy im waluty, której tak łapczywie pragną i z taką łatwością zdobywają, czyli popularności.

Zwierzęta nie toczą ze sobą wielkoskalowych wojen, świat Przyrody nie zna takiego pojęcia, bo jest ono w swej istocie bezrozumne. Tym samym sam fakt wystąpienia takiego zjawiska jak wojna jest najlepszym dowodem na to, że w kwestii ludzkiej historii żadna logika nie ma nic do powiedzenia.

Gdyby dyktatorzy myśleli logicznie, nie wszczynaliby wojen. A gdyby ludzie myśleli logicznie, nie byłoby dyktatorów.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial