7 NAJCIEKAWSZYCH SPOSOBÓW NA ODEJŚCIE OD KOŚCIOŁA

Żyjemy w czasach masowej chęci odejścia od Kościoła Katolickiego. Bardzo wielu ludzi jest znużonych i zniechęconych rzymską instytucją religijną, jej ciemnymi sprawkami, co rusz wypływającymi na wierzch aferami, jej nietolerancją, obskurantyzmem, mową nienawiści, chciwością, obłudą, pancernym stosunkiem do losu i codzienności swoich własnych wiernych.

Kościół jednak wykorzystując resztki swojej władzy i wpływów stara się wmówić ludziom, że jest tylko jedna droga na opuszczenie jego szeregów i jest nią kościelna apostazja.

Tymczasem jest to tylko i wyłącznie humbug, z zamiłowaniem uprawiany przez polskie duchowieństwo, pragnące zachować kontrolę nad wszystkim, co się w tym kraju dzieje – także nad tym, kto i jak od Kościoła pragnie odejść.

Dziś chcę pokazać Ci, Przyjacielu, że jest wiele sposobów na opuszczenie Kościoła i są to sposoby, które sam Kościół stwierdził w ciągu swoich dziejów jako skutecznie wyłączające Cię z Jego szeregów, a jedynie się do nich u nas, w Polsce nie przyznaje.

Oto siedem najciekawszych sposobów na odejście od Kościoła.

1. Kościelna apostazja

Zaczniemy od rozprawienia się z apostazją „kościelną”, propagowaną jako jedyna droga odejścia z Kościoła – niezgodnie z prawdą.

Apostazja – to typowy termin nowomowy kościelnej, będący spolszczoną wymową greckiego słowa ἀποστασία, znaczącego po prostu „odstąpienie” od czegoś. Dodaję do niego przymiotnik „kościelna” aby podkreślić, że jest to sposób opuszczenia Kościoła na jego warunkach.

Jakie to warunki? Przede wszystkim, odbywać się taka apostazja musi w kancelarii parafialnej, a więc na gruncie kościelnego pseudourzędu. Zapewnia to Kościołowi korzyść polegającą na automatycznym ustawieniu pragnącego dokonać takiej apostazji w roli petenta, kogoś, kto po prośbie przychodzi i od łaski proboszcza zależy, czy tej prośbie się przychyli, czy nie.

Po drugie, apostazja taka skutkuje tylko i wyłącznie umieszczeniem adnotacji w księdze parafialnej, że taki a taki dokonał aktu apostazji. Podkreślam: jedynym skutkiem jest ten właśnie wpis, który to wpis… nie ma żadnych skutków! Przynajmniej takich, na jakich odstępującemu od Kościoła by zależało.

I tutaj trzeba wyraźnie zaznaczyć: urzędowa, kościelna apostazja jest wymysłem tylko i wyłącznie polskiego episkopatu, czyli czymś, co w Kościele powszechnym nie obowiązuje, a nawet jest wątpliwe z punktu widzenia prawa kanonicznego.

„Procedurę” apostazji upichcił polski episkopat odpowiednim dekretem z dnia 29 września 2008 roku, zmodyfikowanym przez osobny dekret z dnia 19 lutego 2016 roku. I tu trzeba wyraźnie podkreślić, że oba dekrety są tylko i wyłącznie zasłoną dymną.

Kościelna apostazja jest bowiem sposobem na opuszczenie Kościoła z definicji… nieskutecznym!

Oto bowiem papież Benedykt XVI osobnym motu proprio (rodzaj papieskiego dokumentu) pod tytułem Omnium in mentem wymazał z Kodeksu Prawa Kanonicznego jedyną występującą w nim wzmiankę o „wystąpieniu z Kościoła formalnym aktem”. Od tego czasu nie ma po prostu w Kościele czegoś takiego jak „formalny akt” apostazji.

W dokumencie papieskim czytamy:

…Trudne okazało się w poszczególnych wypadkach określenie i praktyczne sformułowanie wspomnianego „formalnego aktu odstąpienia” od Kościoła, zarówno pod względem jego istoty teologicznej, jak i samego aspektu kanonicznego. (…) Prawo zdaje się stwarzać, przynajmniej pośrednio, pewne ułatwienie lub jakby bodziec do apostazji (…). Biorąc to wszystko pod uwagę (…) okazało się konieczne zniesienie tej reguły (…). Postanawiamy zatem usunąć z tego Kodeksu słowa: «i nie odłączyła się od niego formalnym aktem» z kan. 1117, «i nie odstąpiła od niego formalnym aktem» z kan. 1086, § 1, jak również «i formalnym aktem od niego się nie odłączyła» z kan. 1124.

Benedykt XVI Omnium ad mentem

Przekładając to na ludzki język, papież wymazał z kościelnego prawa wszystkie trzy wzmianki o „formalnym akcie” apostazji, gdyż stwierdził, że nie wiadomo właściwie, czym on miałby tak naprawdę być, jak wyglądać i czym skutkować. A zatem dekrety polskiego episkopatu są nieważne z punktu widzenia prawa kościelnego, a co za tym idzie: nieskuteczne.

Polski formalny akt apostazji nie upoważni Cię, Przyjacielu do żądania, żeby z ksiąg parafialnych usunięto Twoje imię, nazwisko i pozostałe dane. Co więcej, nie sprawi, że sam Kościół uzna, że odtąd nie jesteś jego członkiem. Polski akt apostazji jest bublem prawnym, skonstruowanym tak, by Tobie zamydlić oczy, żeby Ci się wydawało, że z Kościoła wystąpiłeś, a tak naprawdę żeby nic takiego nie miało miejsca.

Co więcej, jest to asumpt do pobrania kolejnej opłaty: przecież dokonujemy „urzędowego aktu” w „urzędzie” kancelarii parafialnej, a za urzędowe akty się płaci! Co więcej, jeśli byś zmienił zdanie i zechciał do Kościoła powrócić (choć nigdy z niego na tej drodze nie wystąpiłeś! Chodzi tylko o wymazanie nic nie znaczącego wpisu w księdze!) to też odbędzie się to „urzędowym aktem” więc i wtedy trzeba będzie „złożyć ofiarę”.

Owszem, w Polsce obowiązuje niby prawo, że jeśli w księdze parafialnej pod Twoim nazwiskiem znajdzie się wpis o apostazji, to nie możesz przystępować w Kościele do sakramentów, a więc np. wziąć ślub kościelny czy być chrzestnym. Ale z punktu widzenia prawa kanonicznego obowiązującego w całym Kościele to ograniczenie jest w zupełności… bezprawne. Skoro Kodeks Prawa Kanonicznego nie zawiera już ani wzmianki o jakimś „formalnym akcie”, każdy taki „formalny akt” jest nieważny i koniec. Co więcej, Kodeks Prawa Kanonicznego nie przyznaje krajowym konferencjom episkopatu (a więc i polskiej KEP) uprawnień do ustanawiania osobnych norm prawnych na taki temat. Sprawa zamknięta, a cała polska „procedura apostazji” jest nieważna.

Jednakże, o czym większość ludzi nie wie, istnieją skuteczne z punktu widzenia „teologicznego” i „kanonicznego” sposoby odejścia od Kościoła.

2. Konwersja do innego wyznania lub religii

Kościół Katolicki to bardzo zazdrosny Kościół, który twierdzi, że absolutnie nie można należeć do niego, jeśli się należy gdziekolwiek indziej.

Tym samym, jeżeli pójdziesz, Przyjacielu do, dajmy na to, pastora luterańskiego i poprosisz o przyjęcie do Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego, a następnie dokonasz tzw. konwersji, czyli po prostu przepiszesz się w formie specjalnej ceremonii i podpisaniu odpowiedniego dokumentu do tegoż Kościoła, wówczas w majestacie katolickiego prawa automatycznie przestajesz być członkiem Kościoła Katolickiego.

Moc takiego czynu jest tym większa, im odleglejsze od Kościoła Katolickiego, jego teologii i praw jest dane wyznanie lub religia.

Chyba najskuteczniejszym pod tym względem jest przejście na judaizm, bo jest ono umocowane nie tylko w prawie kanonicznym, ale w samej Biblii. Oto bowiem Paweł z Tarsu napisał:

Oto ja, Paweł, powiadam wam: Jeśli dacie się obrzezać, Chrystus wam nic nie pomoże. A oświadczam raz jeszcze każdemu człowiekowi, który daje się obrzezać, że powinien cały Zakon wypełnić. Odłączyliście się od Chrystusa wy, którzy w Zakonie szukacie usprawiedliwienia; wypadliście z łaski.

List do Galatów, 5, 2-4.

A chyba jeszcze skuteczniejsze jest przejście na jakiś kult pogański, bo pół Starego Testamentu aż krzyczy o tym, jak bardzo są przeklęci i odrzuceni przez samego boga ci, którzy czegoś takiego się dopuścili.

Każdy akt konwersji na inne wyznanie lub religię jest odnotowywany w księgach parafialnych i ma w Kościele Katolickim moc prawną rzeczywistą, o całe rzędy wielkości przerastającą bubel prawny polskiej „procedury apostazji”.

Rozwiązanie to gorąco polecam każdemu, kto zniechęcił się do Kościoła Katolickiego – ale nie do wiary jako takiej, czy to wiary chrześcijańskiej, czy wiary w boga w ogóle.

3. Życie niezgodne z katolicką moralnością

Katolicka moralność wyróżnia coś, co nazywa „życiem w grzechu”, „uporczywym trwaniem w grzechu” itp.  W skrócie chodzi tu o stan, kiedy wierny samym pozostawaniem w jakiejś relacji do osoby lub organizacji automatycznie wyłącza się z Kościoła.

A więc do tej kategorii należy życie w heteroseksualnym małżeństwie cywilnym (nawet, jeśli nie towarzyszy temu zawarty z inną osobą ślub kościelny), a nawet samo wspólne mieszkanie z mężczyzny z kobietą, którzy nie mają ślubu kościelnego. Zalicza się tutaj pozostawanie w związku homoseksualnym; przynależność do partii politycznej lub stowarzyszenia o antykościelnym czy antyklerykalnym profilu, a nawet przynależność do loży masońskiej niezależnie od tego, jak pobożna, wierząca i uznająca katolicką wizję moralności byłaby to loża.

Skutek prawny czegoś takiego w Kościele Katolickim polega na niemożliwości przystępowania do sakramentów, pełnienia jakiejkolwiek funkcji kościelnej, korzystania z jakichkolwiek usług duchowych Kościoła – słowem, jest to totalne zawieszenie wiernego we wszelkich jego prawach. Jak widać, jest to ten sam skutek, jaki odnosi polska procedura apostazji, co więcej, w przeciwieństwie do niej jest to skutek prawomocny w świetle prawa kanonicznego.

Żeby tego było mało, trzeba pamiętać o kościelnej tradycji, w której zawierają się najprzeróżniejsze dekrety, orzeczenia i inne tego typu bzdury, uprawiane przez uznanych za autorytety pisarzy kościelnych, synody czy sobory. Tradycja ta wielokrotnie i na różne sposoby wypowiadała się na temat takich osób, wyklinając je i wyłączając ze wspólnoty kościelnej – zainteresowanych odsyłam do literatury patrystycznej, jest tam tego tyle, że starczyłoby tego na grube tomy.

I tutaj chyba można wyróżnić element o największej, bo podpartej samą Biblią mocy.

Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się! Ani wszetecznicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozpustnicy, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy Królestwa Bożego nie odziedziczą.

1 List do Koryntian, 6, 9-10

Skoro tacy ludzie jak „bałwochwalcy” – czytaj: poganie wszelkiego rodzaju czy „mężczyźni współżyjący ze sobą” mają „nie odziedziczyć Królestwa Bożego” to znaczy, że są z automatu potępieni. A skoro Kościół Katolicki uważa się za „wspólnotę zbawionych” to ludzie tacy tym samym do niego nie należą – i Kościół czy chce, czy nie chce, nic na to nie poradzi!

4. Publiczne wyrzeczenie się wiary

Wyrzec się wiary można na dwa sposoby, aczkolwiek obojętne jest, którą wybierzemy, bo skutek będzie identyczny. A więc można dopuścić się herezji, czyli publicznego głoszenia poglądu niezgodnego z doktryną kościelną – albo można publicznie, całościowo odrzucić całą wiarę katolicką, chrześcijańską czy w ogóle wiarę w boga.

Jeżeli więc, Przyjacielu, napiszesz na jakimkolwiek portalu społecznościowym (to chyba najprostsza forma) że nie wierzysz w Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny, że nie wierzysz, że była zawsze dziewicą, albo że nie uznajesz tego, iż papież jest nieomylny – słowem, jeśli zaprzeczysz któremukolwiek z dogmatów wiary – jesteś automatycznie wyłączony z Kościoła i to dużo skuteczniej, niż jakimkolwiek bawieniem się w formalności w kancelarii parafialnej.

Ważne jest jednak, żeby takie coś odbyło się „publicznie” – to jest, żeby każdy mógł sobie przeczytać czy usłyszeć Twoją deklarację, że masz w głębokim poważaniu kościelne bajędy, albo że żadnego boga nie ma. Do całkiem jeszcze niedawna musiałbyś coś takiego napisać w gazecie, wygłosić w audycji radiowej albo wystąpić z tym w telewizji, względnie stanąć na podwyższeniu na deptaku miejskim, wywołać zbiegowisko i wygłosić tego typu przemowę. Dzisiaj to niepotrzebne, bo zamieszczenie wpisu w Internecie jak najbardziej spełnia warunki „publicznego” ogłoszenia czegoś. Ja sam podpadam pod taką formę wystąpienia z Kościoła bodaj każdym artykułem, jaki na tej stronie się ukazał.

Taka forma jest uznana przez prawo kościelne i ona właśnie, w Kościele powszechnym jest nazywana „apostazją” – szczególnie, gdy mówimy o całościowym wyrzeczeniu się wiary w boga, wszystkich dogmatów kościelnych i całości katolickiej doktryny. Prawdziwa „apostazja” w Kościele nie wymaga żadnego chodzenia po kancelariach parafialnych, żadnego petentowania przed proboszczem z czapką w ręku. Wystarczy, że napiszesz w Internecie, że masz w dupie Chrystusa i jego zbawienie, a od tej chwili nie będziesz członkiem Kościoła.

5. Profanacja konsekrowanej hostii

To metoda dla odważnych, bo chociaż polskie prawo państwowe teoretycznie nie powinno karać za dokonane w prywatnym zakresie podeptanie czy wyrzucenie do szamba rozdawanego w kościele wafelka, to w praktyce zdarza się, że jest to jak najbardziej i z całą powagą ścigane przez policję.

31 października 2019 roku nastolatek z Bełchatowa wypluł przyjętą na mszy hostię i schował ją do kieszeni. Duchowni drapieżcy oczywiście to zauważyli i wezwali policję. Co kuriozalne, to wezwanie zostało przez funkcjonariuszy przyjęte całkowicie poważnie, a nieszczęsnego nastolatka potraktowano co najmniej jak terrorystę.

Chciałbym tu zrobić małą dygresję. I zwrócić się do owego nastolatka, jeśli zdarzy się jakimś zrządzeniem losu, że wejdzie on na tę stronę i przeczyta ten artykuł. I powiedzieć mu: Odwagi! Nie bój się! Przysięgam Ci na Wilka, na Przyrodę i całą Jej potęgę, że nic Ci nie grozi, żaden wstrętny, wściekły bóg nie zdoła Cię dosięgnąć. Oby dane Ci było to szczęście na zawsze uwolnić się z przemocy wiary katolickiej, chrześcijańskiej i wiary w jakichkolwiek bogów w ogóle. Oby dane Ci było przetrwać Twój strach, ból i upokorzenie, których w tamtych dniach musiałeś doznać. Jestem z Tobą i jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował mojej pomocy, nie wahaj się o nią prosić.

Wracając teraz do sprawy: abstrahując od idiotyzmu zapisanego w polskim prawie paragrafu o „obrazie uczuć religijnych” prywatna, po cichu dokonana profanacja katolickiej „świętości” nie może pod taki przepis podpadać. Ale pociąga za sobą jak najbardziej skuteczne wyłączenie z Kościoła człowieka, który takowej profanacji dokonał – nawet jeśli wiedziałby o tym tylko on sam.

Co więcej, jest to metoda w zasadzie równa co do mocy konwersji na protestantyzm, który od początku za niebiblijną, nieprawomocną i idiotyczną uznaje katolicką doktrynę o tym, jakoby na skutek magicznej formułki kawałek opłatka stawał się literalnie samym Jezusem Chrystusem. Tym samym ta metoda nie wyklucza wiary w boga czy nawet wiary chrześcijańskiej – wyklucza jedynie z zagrody katolickich owieczek, po baraniemu wierzących w tak nieprawdopodobne rzeczy, jak to, że opłatek jest ich bogiem. I to pomimo tego, że Biblia, którą podobno w tymże Kościele uznaje się za słowo boże, niczego takiego nigdzie nie stwierdza.

6. Pakt z Szatanem

Przechodzimy teraz do metod, które nie tylko mają skutek „kanoniczny”, czyli w prawie kościelnym, nie tylko „teologiczny”, czyli według katolickiej doktryny, ale skutek głęboko psychologiczny. To metody, które – i zaświadczam o tym z całym przekonaniem – mogą pomóc tym, którzy od Kościoła doznali krzywdy na tyle wielkiej, że żadne formalne czy nieformalne „wypisanie się” z tej wspólnoty religijnej nie będzie im wystarczyło.

Wiele osób, odstępujących od wiary katolickiej czy chrześcijańskiej w ogóle, albo wprost deklarujących ateizm – mimo tego nie może się uwolnić od lęków czy obaw, głęboko zakorzenionych przez Kościół w ich umysłach. Nie wystarczy powiedzieć sobie, że boga nie ma, żeby przestać okrutną rękę tego boga na sobie odczuwać. Nie wystarczy powiedzieć sobie, że Kościół katolicki się myli, żeby przestać myśleć schematami, które w nas ten Kościół umieścił.

Wciąż większość ludzi w Polsce to ludzie, którym uczyniono potworną krzywdę: a mianowicie jako dzieciom wpojono im doktryny katolickiej czy chrześcijańskiej wiary. To krzywda podła, okropna i wstrętna dlatego, że bezwstydnie wykorzystuje ona bezbronność umysłu dziecka przed tym, co mu do wierzenia podają dorośli.

Chyba najpotworniejszym przykładem okaleczenia, dokonywanego na umysłach dzieci przez Kościół jest wpajanie im, że homoseksualizm jest wstrętnym grzechem, za który się idzie do piekła – tym potworniejszym, że wpaja się takie przekonanie dzieciom na długo przed tym, zanim drogą naturalnego rozwoju zaczną one własną seksualność odkrywać i się jej uczyć. To zbrodnia, za którą Kościół Katolicki winien stanąć przed nową Norymbergą i zostać zdelegalizowanym – jak organizacje typu SS czy partia nazistowska.

Człowiek to istota, która potrzebuje rytuałów, potrzebuje czasami zrobić na zewnątrz coś może bezsensownego, bo magicznego, nieuzasadnionego rozumowo, irracjonalnego – po to, by zadziałać od zewnątrz na swoje okaleczone wnętrze.

Jednym z takich rytuałów, bardzo oczyszczających z traum zadanych przez Kościół jest pakt z Szatanem.

Jak każdy irracjonalny rytuał, który jednakże jak najbardziej racjonalnym prawem oddziałuje na naszą psychikę nawet w jej najgłębszych pokładach – powinien być on zaaranżowany tak, by był przejmującym i wyzwalającym przeżyciem.

Oto Ty, zraniony przez Kościół, przez okrutne przykazania Chrystusa, który zawsze od małego ustami dorosłych groził Ci wiekuistym potępieniem za to, że ośmielasz się być sobą – teraz bezczelnie zwracasz się do Tego, który jest Przeciwnikiem katolickiego boga. Bezczelnie wołasz do Ciemności nocy, do nicości Śmierci, do tego wszystkiego, czego lęka się Kościół, który Cię skrzywdził.

Oto spisujesz dwa egzemplarze wyrzeczenia się katolickiego boga, wyrzeczenia się Jezusa i jego okrutnych przykazań, okrutnych – bo reglamentujących miłość, poddających przebaczenie i miłosierdzie pod restrykcje, a przyjaźń i dobroć pod kontrolę i skrupulatny osąd wszechmogącej opatrzności. Podpisujesz je własną krwią, bo krew twoja zawiera Ciebie – twoje DNA, przepis Przyrody na to, kim jesteś i kim tym samym wolno Ci być – niezależnie od tego, co na ten temat sądziłby jakiś neurotyczny cierpiętnik z krzyża.

Oddajesz się pod władzę Szatana… czyli kogo? Kogo Kościół nazywał tym mianem, gdzie upatrywał zawsze jego sprawek i pokus? Czyż nie jest Szatanem Przyroda sama, natura, która odzywa się na przykład popędem seksualnym, pragnieniem wolności i niezależności, odzywa się naturalną logiką rozumu, dla której każda z katolickich doktryn jest żałosną bzdurą?

A skoro tak, to nie poddajesz się już pod żadną władzę, bo ten Szatan jest wolnością bycia tym, kim jesteś, kochania w taki sposób i takich ludzi, do jakich będzie się rwało Twoje serce, przebaczania nie ze strachu przed potwornym konduktorem grzechów z nieba, ale z czystej dobroci serca i pragnienia zachowania przyjaźni z kimś, na kim Ci zależy.

Dwa egzemplarze: jeden dla Ciebie, a drugi dla Lasu. Niech spocznie w ziemi i się tam rozłoży, wsiąknie w glebę wraz z literami i ich treścią, z Twoją krwią i imieniem nią wypisanym. A tym samym niech stanie się nieodwracalnym, na zawsze, na śmierć i życie ślubem z Twoją wolnością, z Przyrodą, z Lasem i ze wszystkim, za czym tak naprawdę tęskni Twoje serce.

Wielkie to pocieszenie i polecam je każdemu, kto czuje, że nie poradzi sobie sam – ani nic nie poradzą mu ludzie – z tym, co Kościół w nim okaleczył, z czego go okradł i co w nim zamordował.

Niech Wielki Wilk, Ten Który Porywa Owce z chrystusowej owczarni – przyniesie Ci spokój i ukojenie.

7. Splugawienie znamienia chrztu świętego

Celowo nazwałem tę metodę opuszczenia Kościoła tak zatrważającym sformułowaniem. Jest ono bowiem odpowiedzią na katolicką doktrynę, jakoby chrzest – czyli, nazwijmy rzecz po imieniu, polanie wodą głowy dziecka – miał wyciskać na jego duszy jakieś „niezatarte znamię”, oznaczające „wiekuistą przynależność do Chrystusa” itp.

Moja odpowiedź brzmi tak: skoro twierdzicie, że w tak magiczny sposób wypalacie jak niewolnikowi na ciele, tak tutaj na duszy człowieka piętno, to niech wam będzie. Niech wam będzie, że oto jak tatuaż więźnia obozu koncentracyjnego czy wypalony gorącym żelazem znak coś na skutek waszego rytuału na zawsze zostaje w duszy człowieka niezależnie od tego, ile by nie zaciągnął ekskomunik, nie uczynił aktów apostazji, herezji czy ile by nie podpisał kontraktów z demonami.

Ale każdy tatuaż czy każde piętno można wypalić. I choć zostanie po nim blizna, to przestanie ono już być tym, czym było: oznaczeniem własności, którą sobie uzurpujesz, Katolicki Kościele do duszy i ciała nieświadomych niczego i bezbronnych wobec twojej przemocy dzieci.

Jak to zrobić? I znów w grę wchodzi właśnie to: zapewnienie sobie być może czysto irracjonalnego, może trochę artystycznego, może czysto uczuciowego przeżycia – ale przeżycia skutecznego, bo sięgającego swoją oczyszczającą mocą do głębi tego kim jesteś.

Mnóstwo jest w Polsce źródeł, które niegdyś czcili nasi pogańscy przodkowie jako miejsca, gdzie Przyroda, gdzie łono ciemności podziemnego świata wydaje ten wielki i niezbędny do życia dar wody.

Nic dziwnego, że Kościół od początku był przekonany, że cała woda na ziemi, jako wypływająca z pod ziemi jest sprawką i domeną diabła, a zatem przed poświęceniem jej… nakazywał ją egzorcyzmować.

Pójdź do takiego źródła, ukrytego gdzieś w głębinach dzikiego lasu czy gór, tam, gdzie żaden ludzki bóg nie ma władzy, bo włada tam sama Przyroda, same prawa fizyki, biologii czy chemii. Czyli jedyne prawa, którym tak naprawdę musisz podlegać. Gdzie nie ma przykazań typu: tak kochać musisz, a tak ci kochać nie wolno; typu: w to musisz wierzyć nawet, jeśli jest to bzdurą, a w to ci wierzyć nie wolno nawet, jeśli jest najczystszą prawdą.

Usiądź przy tym źródle, wsłuchaj się w szmer nieskażonej katolickimi rytuałami wody, w śpiew ptaków i szum drzew, które gdzieś mają wszystkie kościelne doktryny i wszystkich ludzkich bogów.

A potem powiedz sam sobie – wykrzycz w twarz krzywdom i zranieniom, które Ci zadała chrześcijańska wiara – że wyrzekasz się tych okrutnych przykazań, że odtąd chcesz kochać tylko tych, których twoje serce pokocha, przebaczać dla samej słodyczy pojednania z ukochanymi osobami, okazywać miłosierdzie dlatego, że chcesz je okazać. A potem zaczerpnij tej „przeklętej”, tej „pogańskiej”, „szatańskiej” wody i wylej ją na swoją głowę. I powiedz: „Niech ta woda zetrze ze mnie niewolnicze znamię Chrystusa i wszystkich, którzy pragną mojej niewoli. Niech mnie uwolni, otworzy mi oczy, rozum i serce. Niech przywróci mi pokój i jedność z Przyrodą, z Lasem i Rzeczywistością. Niech splugawi, wypali i na zawsze usunie to, czym mnie skrzywdzono, czym zniewolono, czym jako bezbronne dziecko obarczono. Niech będę wolny i szczęśliwy – przez Las, przez Przyrodę, przez Wilka, Śmierć, Gwiazdy, Deszcz i Słońce, przez Zieleń Drzew i Biel Śniegu”.

I niech się stanie, i niech będzie Ci, Przyjacielu ukojeniem.

Zamiast podsumowania

Kościół Katolicki jest jak owczarnia: jeżeli nie można z niej uciec, to tylko dlatego, że owcom tak wmówiono. Wmówiono im, że cherlawa barierka ograniczająca pastwisko jest nie do przeskoczenia, że głos pasterza – nie do zignorowania, że kły owczarka rozszarpią opornych, a za płotem czyhają całe setki wygłodniałych wilków.

Tymczasem płot jest już od dawna zmurszały i nawet przeskakiwać go nie trzeba – wystarczy mocno w niego walnąć, a się rozleci. Głos pasterza od dawna nie wzywa zagubionej owieczki z troski o nią, ale z troski o uszczuplenie jego zysków. Owczarek sam przyłączy się do owcy, bo ma dość bicia i głodzenia przez pijanego i okrutnego właściciela owczarni. A złociste oczy wilka tylko spojrzą z daleka na owcę, bo wilk pod dostatkiem ma saren, dzików i jeleni by się nasycić. A jeśli nawet zechce ją taki wilk upolować, to nie będzie zadawał niepotrzebnych cierpień, nie będzie krzywdził, bił ani głodził – ale szybko, bezboleśnie przegryzie jej gardło i da jej tylko i wyłącznie ukojenie.

Nie bój się odejść z Kościoła. Nie na jego warunkach, ale na Twoich. Posmakuj życia i poczuj wolność, której Ci dotąd wzbraniano. W rozkwicie Lasu zobacz, jak jałowe jest pastwisko, na które Cię wyprowadzano. I choć w lesie czeka na Ciebie wiele niebezpieczeństw, to przed każdym z nich da się uciec – podczas gdy w owczarni przed niebezpieczeństwem zgwałcenia, wygolenia i wydojenia przez pasterza nie uciekniesz.

Powodzenia Tobie, Przyjacielu – na nowej, lepszej drodze życia, niezależnie od tego jakim sposobem na nią wejdziesz.

4 odpowiedzi na “7 NAJCIEKAWSZYCH SPOSOBÓW NA ODEJŚCIE OD KOŚCIOŁA”

  1. Naprawdę dobrze czyta się ten i wszystkie obecne tu artykuły. Od Kościoła odszedłem w dniu moich osiemnastych urodzin – postanowiłem, że będzie to prezent dany mi przez siebie samego, wobec wszystkich poniżeń, jakie musiałem znosić ze strony hierarchów katolickich, będąc osobą nieheteronormatywną – od dawna też deklarowałem się jako ateista. Zrobiłem to jednak na kościelnych warunkach, które teraz, dzięki temu artykułowi, zamierzam wspomóc jakimś innym, głębszym sposobem odżegnania się od wiary katolickiej. Nie dałem przy tym Kościołowi żadnych pieniędzy, a tak zwane 'oświadczenie woli’ wykorzystałem do tego, by móc chociaż w tekście zawrzeć wiele z moich zarzutów, jakie noszę w sobie wobec tej instytucji. Zapewne jednak nikogo poza mną samym to nie obeszło, a ów dokument spoczywa gdzieś w kurialnych głębinach, o ile wciąż jeszcze istnieje. Tak czy inaczej, wiary bardzo dawno wyrzekłem się w sobie samym, ale ponieważ nadal czuję na sobie to absurdalne, a bolesne piętno wypalone mi przez Kościół – przede wszystkim irracjonalny lęk przed piekłem – to może pakt z Szatanem, o którym piszesz, Autorze, złagodzi nieco ten wewnętrzny ból. Dziękuję za wartościowy artykuł.

  2. bardzo mi się podoba pomysł odchodzenia na moich warunkach, a nie na zasadach ktore nie mają dla mnie najmiejszego znaczenia; dziękuję za pokazanie mi tych ciekawych pomysłów

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.