BIOLOG I POECI, CZYLI POMNIK NIEZNANEGO GENIUSZA

W Jeleniej Górze – Cieplicach jest taki pomnik, który większość przyjezdnych i tubylców mija obojętnie za każdym razem, gdy przechodzą z Parku Zdrojowego do Parku Norweskiego lub odwrotnie. Ci, którzy przystaną, często są rozbawieni treścią umieszczonej na niej tablicy. Brzmi ona:

DLA UPAMIĘTNIENIA
SPOTKANIA POETÓW
POLSKICH
WINCENTEGO POLA
KORNELA UJEJSKIEGO
Z
WYBITNYM CZESKIM
PRZYRODNIKIEM
JANEM PURKYNĚ
U WÓD
W CIEPLICACH ŚL.
W SIERPNIU 1847 ROKU
SPOŁECZEŃSTWO ZIEMI
JELENIOGÓRSKIEJ 2 IX 1962

I myślą sobie: co za głupota, nie ma ciekawszych rzeczy do upamiętniania? Jest wiele wybitnych i znanych postaci z historii, które bywały w Cieplicach, a ich pobyt tutaj nie doczekał się żadnej pamiątki. I to jeszcze żeby pomnik ten upamiętniał pobyt poetów, ale ten upamiętnia – spotkanie! I to jeszcze z kimś o tak dziwacznym nazwisku, o którym nikt nigdy nie słyszał.

Co bardziej spostrzegawczy przechodnie mogą przy sprzyjającym oświetleniu dostrzec, że na powierzchni ogromnego głazu, w który wmurowano tablicę, widnieje ślad po wykutych, a następnie usuniętych literach. Wciąż da się odczytać „SCHE” przy lewym, górnym jej rogu.

Spotkanie u wód

Historia powstania tego pomnika wygląda na fascynującą zagadkę, jest jednak bardzo prosta. W 1938 roku naziści ustawili tutaj potężny głaz i wykuli na nim wielkimi zgłoskami napis na cześć niejakiego Hermanna Goedsche, pracownika poczty, dziennikarza, pisarza, tajnego współpracownika pruskiej policji, a przede wszystkim zażartego antysemity i szowinisty, który posługiwał się angielskim pseudonimem sir John Retcliffe mimo, że Anglików otwarcie nienawidził. Ponieważ zmarło mu się w 1878 roku właśnie w Cieplicach, 60 lat później tutejsi naziści uznali, że warto w taki krzykliwy sposób jego postać upamiętnić.

Po wojnie, kiedy Dolny Śląsk znalazł się w granicach Polski, trzeba było się pozbyć tej kłopotliwej pamiątki niemieckiego antysemityzmu. Sprawa okazała się nader trudna technicznie. Wywiezienie tak ogromnego głazu to nie bagatela, zwłaszcza w kraju, który przeżywa wprowadzanie komunistycznego ustroju, odbudowę wojennych zniszczeń – czyli w którym jest wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia.

Litery postanowiono więc po prostu skuć, ale twardy granit opornie przyjmował ciosy dłut i pomimo wielkiego wysiłku ślad po literach pozostał, rodząc niewygodne pytania i ciekawość przyjezdnych.

Ostatecznie zdecydowano się zamaskować resztki po napisie właśnie tablicą. Dlaczego na jej treść wybrano akurat to, a nie inne wydarzenie z przeszłości? Tego już dociec niepodobna, ale być może chodziło o pewnego rodzaju symboliczność tego spotkania trzech żyjących w XIX wieku ludzi: Kornel Ujejski był Polakiem, Wincenty Pol w połowie po ojcu Niemcem, a Jan Purkyně – Czechem. Znali się, razem w pogodne dni wybierali się w góry, deszczowe dni zaś spędzali w przebogatej bibliotece hrabiego von Schaffgotscha. I może o to właśnie chodziło – pomnik miał nie tyle upamiętniać to konkretne spotkanie, ile tę piękną prawdę, że przynależność do tego czy innego narodu to bzdura, od której o wiele ważniejsze jest to, że przy odrobinie dobrej woli wszyscy ludzie mogliby się dogadywać.

Tak to miejsce ku czci szowinizmu, nacjonalizmu i nienawiści do innych narodów stało się pomnikiem międzynarodowej przyjaźni.

Jednakże nie o tym chcę dzisiaj napisać, ale o zupełnie w Polsce nieznanym, a przecież tak zasłużonym dla światowej nauki geniuszu, jakim był trzeci z uczestników owego spotkania, czyli Jan Evangelista Purkyně.

Dla wyjaśnienia: Imię „Jan Evangelista” wzięło się z zupełnie nieznanego w polskiej tradycji (za to szeroko rozpowszechnionego w Europie Zachodniej, ale także i w Czechach) zwyczaju nakazującego, żeby przy nadawaniu dziecku imienia Jan rozróżniać, o którego Jana z mitologii chrześcijańskiej chodzi: czy o Jana Ewangelistę, czy Jana Chrzciciela – stąd na przykład niegdyś popularny we Włoszech duet imion „Giovanni Battista”.

Powiedzieć o Purkyněm, że był, jak głosi nasza tablica „wybitnym przyrodnikiem”, to nic nie powiedzieć.

Purkyně był jednym z pierwszych w tej części Europy naukowców, którzy propagowali Prawo Ewolucji przez Dobór Naturalny odkryte przez Charles’a Darwina. Jako jeden z pierwszych anatomów stosował mikroskop w badaniu ludzkich tkanek stając się ojcem współczesnej nauki o tkankach, czyli histologii. Opisał budowę i działanie układu bodźcowo – przewodzącego serca (nic Ci to nie mówi? Na razie tylko wspomnę, że bez tego układu nie przeżyłbyś nawet kilku sekund, za to ten układ jest w stanie normalnie funkcjonować jeszcze długo po Twojej, Przyjacielu śmierci).

Jako wszechstronnego badacza, Purkyněho interesowały także zjawiska optyczne, geologia, botanika… a także poezja, gdyż i jemu w wolnych chwilach zdarzało się pisać do szuflady wiersze, z których wiele zawierało wątki panteistycznej czci dla Przyrody.

Jednakże najciekawsze jest to, że imię tego nieznanego w Polsce naukowca… każdy z nas nosi w sobie, i to aż w czterech miejscach swojego ciała!

Włókna Purkyněho

W literaturze spotkasz je, Przyjacielu, pod mianem „włókien Purkinjego”, tak bowiem mniej więcej czyta się to nazwisko, ja jednak wolę zachować czeską, oryginalną pisownię tak w mianowniku, jak w odmianach.

Gdybyś kiedyś zechciał z nudów kogoś zabić, wypatroszyć, a następnie pokroić jego serce na plasterki, być może zwróciłbyś uwagę na dwa ciekawe zjawiska. Po pierwsze, mogłoby się zdarzyć (o ile do serca dobrałbyś się w pierwszej kolejności), że pomimo rozpołowionej czaszki serce twojej ofiary jeszcze bije. Po drugie, krojąc je na plasterki być może zauważyłbyś, że jednolicie czerwony mięsień sercowy przeplatają jakby jaśniejsze nitki, do złudzenia przypominające żyłki.

I za jedno, i za drugie odpowiada tak zwany układ bodźcowo – przewodzący serca.

Na zdjęciu powyżej został on wybarwiony dla lepszego wyeksponowania. Do czego służy ten układ? Najprościej rzecz ujmując powoduje on, że serce bije. Jest zupełnie niezależny od reszty ciała, sprawia, że serce posiada w naszym ciele swoistą autonomię: działa samo, nie oglądając się na resztę organizmu. Na początku tej plątaniny tajemniczych „żyłek” znajduje się tak zwany węzeł zatokowo – przedsionkowy, czyli zlepek komórek, które w regularnych odstępach czasu ulegają depolaryzacji – wytwarzają impuls elektryczny, który przez resztę układu rozprowadza się po całym sercu. To ten impuls właśnie powoduje, że mięsień sercowy się kurczy, dzięki czemu serce pompuje naszą krew. Co więcej, układ bodźcowo – przewodzący w odpowiednich momentach wstrzymuje na chwilę ten impuls tak, że poszczególne części serca kurczą się i rozkurczają w należytej kolejności, a nie wszystkie na raz.

Na samym końcu tego układu znajdują się cieniutkie już „żyłki”, przez które impuls dociera do ścianek komór serca, powodując wyrzut nasyconej tlenem krwi do naszych rąk, nóg, mózgu czy organów wewnętrznych, tam samym zapewniając życie i funkcjonowanie całemu ciału.

Te właśnie drobne włókienka odkrył i opisał Jan Evangelista Purkyně, stąd nazywają się one jego nazwiskiem. Są one tak małe, że najlepiej widać je pod mikroskopem. Na zdjęciu poniżej możesz zobaczyć mnóstwo długich, różowych komórek z jądrami wybarwionymi na fioletowo – to są komórki mięśnia sercowego. Natomiast widoczne po lewej stronie owalne zgrupowanie o wiele większych, jaśniejszych komórek to właśnie jedno z włókien Purkyněho w przekroju.

Komórki Purkyněho

Mikroskop pozwolił czeskiemu uczonemu odkryć jeszcze inną, mikroskopijną część naszego ciała, a mianowicie komórki jego imienia, będące największymi z komórek nerwowych budujących móżdżek, czyli znajdującą się z tyłu, na dole, część naszego mózgu.

Do czego służy nam móżdżek? Pełna lista jego funkcji wciąż nie jest poznana, wiadomo jednak, że bez niego niemożliwa jest jakakolwiek czynność, która wymaga precyzji ruchów. To dzięki móżdżkowi idąc, postawisz stopę obok kałuży z błotem, zamiast w nią wejść, to dzięki niemu też przygłupi internetowy hejter jest w stanie cokolwiek napisać, bo jego palce trafiają w odpowiednie miejsca na klawiaturze, zamiast obok. To dzięki niemu sportowiec może kopnąć piłkę, a nie powietrze, artysta może wykonywać precyzyjne ruchy pędzlem, ołówkiem czy dłutem, a stolarz przeważnie nie urzyna sobie palców podczas korzystania z piły czy strugarki.

Móżdżek składa się z wielu rodzajów komórek, ale komórki Purkyněho są największe, swoimi wypustkami przenikają wszystkie jego struktury, a tym samym stanowią jego najważniejszy element.

Zjawisko Purkyněho

Dwa następne odkryte przez czeskiego naukowca rzeczy należą nie do dziedziny budowy naszego ciała, ale jego działania. Ale, co ciekawsze, oba odkrycia ukazują pewną niewygodną prawdę o ludzkości. 

Zjawisko Purkyněho dzieje się na naszych oczach, a właściwie „w” naszych oczach każdego dnia, gdy zapada zmrok. O ile za dnia przedmioty, które mają czerwony kolor wydają się jaśniejsze od tych, które są niebieskie lub zielone, to w półmroku zapadającej nocy jest dokładnie na odwrót!

Każdy z nas może to sprawdzić samodzielnie jeszcze dzisiaj.

Dzieje się tak, ponieważ światło czerwone ma inną długość fali niż niebieskie – Oczywiście większość Polaków nie ma pojęcia, co to jest fala światła, więc tłumacząc jak dziecku i niedopuszczalnie upraszczając – światło to energia, która jest silniejsza – słabsza – silniejsza – słabsza – silniejsza – słabsza… i tak dalej. To, jak szybko następuje po sobie jedno i drugie sprawia, że jedno światło może być czerwone, inne żółte. inne zielone czy niebieskie – bo może się między sobą różnić właśnie szybkością tych zmian.

Ale nasze oko też różnie sobie radzi z odbieraniem tych fal w zależności od tego, czy światła jest więcej, czy mniej. Kiedy jest dzień i światła jest dużo, komórki siatkówki naszego oka mogą dobrze postrzegać to, co jest czerwone. Kiedy jednak zapada zmrok i światła jest mało, fala światła czerwonego, jako dużo wolniejsza niż fala światła niebieskiego jest za wolna i dlatego nasze oko gorzej widzi to, co ma kolor czerwony od tego, co jest niebieskie czy zielone. Tym samym czerwone rzeczy, jak choćby kapelusz grzybka z powyższego zdjęcia wydają się nam o wiele ciemniejsze.

A jaką to niewygodną prawdę o ludzkości przekazuje nam zjawisko Purkyněho?

Działo się ono od setek tysięcy lat na oczach – w oczach – wszystkich ludzi. A dopiero jeden w dziewiętnastym wieku zaczął się nad nim zastanawiać.

Z jednej strony ukazuje nam to, na czym polega prawdziwa nauka: polega na zadawaniu czasami prymitywnych, „głupich” pytań o rzeczy, które wszyscy ludzie uważają za oczywiste. Dla nauki nie ma rzeczy oczywistych.

Kiedy ukazała się książka Richarda Dawkinsa „Bóg urojony” polski pseudonaukowiec i księżyna Michał Heller zaraz zaczął wrzeszczeć, że jest ona „prymitywna”. Bo ośmiela się zapytać, jak to jest, że podobno doskonale dobry i jednocześnie wszechmogący rzekomo istniejący bóg jest kompletnym impotentem w sprawie cierpienia, krzywd i śmierci, którymi przepełniony jest cały świat od samego jego początku. Jak to jest, że podobno istnieje, a nigdzie go nie widać, no chyba że jest się rozhisteryzowaną, wyposzczoną seksualnie zakonnicą. Przecież istnienie dobrego i wszechmogącego boga jest oczywiste i nie wolno o to pytać! Nie wolno tego kwestionować!

No i druga sprawa. Sam fakt, że tak proste zjawisko dziejące się, odkąd ludzie mają oczy opisał i wyjaśnił badacz sprzed niecałych dwustu lat świadczy o tym, że większość ludzi jest niestety po prostu głupia.

Obrazy Purkyněho

Kolejne zjawisko również każdy z nas może w każdej chwili zaobserwować. Ba, malowali je malarze odkąd zaczęto przedstawiać ludzi na portretach, ale – znów – przez tysiąclecia nikomu do głowy nie przyszło, żeby się nad nim zastanawiać.

W naszych oczach, jak na szkle odbijają się rzeczy, na które patrzymy, w tym także źródła światła. Jeśli w ciemnym pokoju poświecimy komuś w oczy i dobrze się przyjrzymy zobaczymy jednak, że pojedynczy punkt światła odbija się w oku cztery – a u niektórych zwierząt pięć razy.

Dzieje się tak, ponieważ nasze oko to złożony przyrząd i światło przenikając do jego wnętrza musi pokonać kilka barier: najpierw rogówkę a potem soczewkę. Światło odbija się więc zarówno na przedniej ściance rógówki, tylniej, następnie przedniej powierzchni soczewki i znów – tylniej. U zwierząt, które posiadają błonę odblaskową, wyścielającą dno oka, a która służy do lepszego widzenia w ciemnościach – światło odbija się także od niej w postaci wypełniającego źrenicę, matowego odblasku.

Obrazy Purkyněho numerujemy w kolejności, w jakiej powstają. Najjaśniejszy jest zawsze ten pierwszy odblask, powstający na przedniej ściance rogówki, następnie ten z przedniej powierzchni soczewki oraz ten z tylnej. Odblask drugi, powstający na tylniej ściance rogówki jest najbledszy i dlatego bardzo trudny do zaobserwowania.

„No fajne – powie typowy, polski dureń – ale co z tego?

To z tego, że dzięki pomiarowi w różnicach natężenia, położenia tych odblasków można precyzyjnie zmierzyć, czy kształty poszczególnych części oka są prawidłowe, a jeśli nie – to jakie jest ich odkształcenie. Tym samym można zbadać, jaka jest przyczyna złego widzenia i, na przykład, precyzyjnie dobrać odpowiednie okulary.

No, chyba że wspomniany typowy, polski dureń woli, żeby mu oko wydłubać, rozciąć na pół i suwmiarką zmierzyć co trzeba. Jeśli tak, to rzeczywiście, obrazy Purkyněho są tylko i wyłącznie niepotrzebną ciekawostką.

Patrzeć i zastanawiać się

Jan Evangelista Purkyně jest dla nas przykładem wnikliwego przyglądania się światu Przyrody. Przyrodę kochał i podziwiał – także w najwyższych górach jego ojczystych Czech, czyli w Karkonoszach. Pisał o nim Wincenty Pol:

Od kilku dni robimy małe wycieczki z panem Purkinje i synami jego; a że w górach najżywiej przecież zajmuje natura, starałem się poznać nieco bliżej Sudety. Zwykle jedziemy do jakiegoś pewnego punktu, a dalej idziemy pieszo – i to jest pierwsza lekcja praktyczna nauk przyrodzonych, którą pan Purkinje daje synom swoim pod niebem Gór Olbrzymich, w tym pięknym gabinecie natury.

Kornel Ujejski w swoim pamiętniku wspomniał:

Odwiedziwszy Pola w Warmbrunie puściłem się w góry Karkonoszów (Riesengebirge). Tę wycieczkę odbyłem z Purkinjem, sławnym geologiem czeskim i z jego synami. Byłem na szczycie Śnieżnej Góry (Schnee-Koppe), gdzie nocowaliśmy.

Wspomniani synowie Purkyněho, Emanuel i Karel dobrze przyswoili lekcje ojca. Pierwszy został jak on biologiem, drugi – malarzem. Na sposób więc nauki i sztuki obaj zaszczepioną im miłość do Przyrody ponieśli dalej.

Przyroda jest wspaniałą i – w przeciwieństwie do ludzkich bogów – istniejącą rzeczywistością. Przerasta człowieka, jest wciąż tajemnicą i wciąż nas zaskakuje. I tak też przejawia się prawdziwa cześć dla Przyrody: we wnikliwym jej badaniu, pytaniu się o rzeczy niby to oczywiste, poszukiwaniu odpowiedzi tam, gdzie nikt nich nie szuka.

Tym samym nauka to modlitwa do Przyrody, na którą odpowiada Ona rzeczywistą, prawdziwą łaską: wiedzą.

Pewien człowiek recenzując moją książkę o seminarium napisał, cytując jej fragment i komentując go:

„Dziś żaden z tych ludzi, którzy ze mną studiowali […] nie zniżyłby się do podania mi ręki. […] A dziś, kiedy jestem ateistą i prowadzę stronę internetową, na której nawołuję do kultu Przyrody w miejsce chrześcijańskiego Boga, mur między nami jest nie do pokonania”. Jako ateista jestem zażenowany takim wyznaniem. Niestety, pan Samborski wciąż tkwi w ciemnocie, którą rzekomo krytykuje. Różnica jest taka, że zamienił kościół rzymskokatolicki na kamienie.

Jak widać, ateizm nie zwalnia z bycia durniem.

Tak, czczę kamienie, wilki, Przyrodę. Nie przez klęczenie przed nimi i zawodzenie śpiewów, ale przez to, że żyję fascynacją nimi. Że rozkoszą jest dla mnie poznawać Przyrodę i wszystko, co się na Nią składa. Moją mszą jest barwienie bakterii metodą Grama, moim różańcem – ciągłe powtarzanie Bojarowi, jaki jest piękny.

W tej właśnie mojej czci dla Przyrody mam wielkiego poprzednika, jakim jest profesor Purkyně. Przemierzam z Bojarem szlaki, którymi i on chadzał, zachwycam się, obserwuję i zastanawiam się nad rzeczami, którymi i on zachwycał się, obserwował i nad którymi się zastanawiał.

I czuję się tym naprawdę zaszczycony.

Jeśli uważasz, że to, o czym tu piszę jest ważne, dobre i potrzebne, możesz wesprzeć działanie strony, zostając naszym Patronem przy pomocy patronite.pl

2 odpowiedzi na “BIOLOG I POECI, CZYLI POMNIK NIEZNANEGO GENIUSZA”

  1. Podziwiam Pana za tak głębokie zainteresowanie dawną kulturą pamiątkami i historią. A to wszystko jest w przyrodzie bo przecież tamci ludzie z przed dawnych lat… chodzili tamtymi ścieżkami i upamiętnowali swoje szlaki i zostawiali po Sobie ślady. A Pan je odnajduje i w ten sposób, jakby wszystko na nowo odżywa… . A to jest właśnie potęga i historia całej przyrody. Zwierzęta również pozostawiają po sobie ślady odległego życia i bliskiego bytowania. Jak to się mówi: w przyrodzie nic nie ginie… . Pozdrawiam Pana serdecznie i przytulam dzielnego towarzyszą wędrówek… Bojara.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial