NIEZWYKŁE ROŚLINY ZWYKŁEJ ŁĄKI

Ile razy zdarzało mi się odpoczywać z Bojarem na obrzeżu lasu czy na łące. Gdzie byśmy się nie zatrzymali i gdzie byśmy nie przechodzili, zawsze towarzyszyła nam nieskończenie złożona, misterna mozaika roślin, tak bardzo od siebie różnych, rozpościerających bogactwo swoich kształtów i barw ponad wszelkie wyobrażalne granice.

Fascynuje mnie ta złożoność i różnorodność, którą można w Przyrodzie zobaczyć. Nie wiadomo czasami, za co się zabrać. Gdyby pójść na jakąś dawno nie koszoną i nie wypasaną łąkę, wydzielić z niej jeden hektar, a potem próbować wyróżnić wszystkie występujące na nim rośliny – nie jestem w stanie obliczyć, ile czasu by to zajęło!

Ta fascynacja oddziela mnie od ludzi, przechodzących przez te same łąki, mających oczy, lecz niewidzących. Nie dostrzega tego bogactwa nawet intruz z kosą spalinową, usiłujący w imieniu ludzkiego idiotyzmu położyć kres tej różnorodności.

W latach 90-tych, kiedy to obok wielkiej biedy wyrastały w Polsce spontaniczne fortuny, wielu z tych nuworyszy dostawało szajby od nadmiaru pieniędzy. Pewien znajomy zakupił w Niemczech (zapewne Niemcy pozbywali się tego z czego sami już zmądrzeli…) plastikową wykładzinę udającą trawę i wyłożył nią całe podwórze przed domem. „Będzie można chodzić po tym w kapciach!” – chwalił się. I najważniejsze: „Nie trzeba tego kosić!”

Nie muszę mówić, jak wyglądało jego podwórze po kilku zimach, deszczowych latach, po wielu zmianach temperatury, które raz nagrzewały ów plastik tak, że niemal się topił, to znów zamrażały go tak, że stawał się kruchy.

Nic nie zastąpi naturalnej łąki, pełnej różnorodności życia, łąki, która jest księgą magiczną, z której tylko wtajemniczeni potrafią coś odczytać. A to, co odczytają zawsze będzie zachwycające, będzie otwierało umysł na ogrom złożoności Przyrody i na jej nieskończoną wszechmoc tworzenia.

Chcę Cię dzisiaj zaprosić, Przyjacielu, żebyś razem z Bojarem i ze mną zajrzał do tej księgi i spróbował przyjrzeć się roślinnym hieroglifom, którymi Przyroda spisała swoje dzieje, swoją niekończącą się inwencję, potęgę życia i niewyczerpany zasób możliwości.

Zatrzymamy się przy dziesięciu roślinach, które i Ty zapewne, Przyjacielu, będziesz mógł spotkać na łąkach w swojej okolicy. Wiele z tych roślin nosi w swojej nazwie gatunkowy epitet: „pospolity” – ale tak naprawdę, żadna z tych roślin nie jest pospolita, zwyczajna – każda kryje w sobie wielką tajemnicę, każda może nas czegoś nauczyć – o Przyrodzie, ale i o nas samych.

Jaskier ostry (Ranunculus acris L.)

Zaczniemy od rośliny tak powszechnie występującej, że niemal na pewno już nikt na nią nie zwraca uwagi, a wielu ludzi, nie wiedzieć czemu, nazywa ją kaczeńcem (choć kaczeniec, czyli knieć błotna to zupełnie inna roślina, aczkolwiek z tej samej rodziny jaskrowatych).

Tymczasem w tej niepozornej roślinie kryje się ślad prawdziwej wielkości – i nie chodzi tu o to, że użyczyła ona imienia przyjacielowi wiedźmina Geralta.

Wystarczy, że zatrzymamy się nad nią i przyjrzymy jej kwiatom, zajrzymy do ich wnętrza. Co tam zobaczymy?

Kwiat to organ rozrodczy dla rośliny, czyli, brutalnie mówiąc, są to jej genitalia. Jak u wielu roślin, tak i u jaskra w jednym kwiecie znajdziemy zarówno organy męskie – pręciki, czyli te cienkie wyrostki tworzące kółko we wnętrzu kwiatu – jak i żeńskie, czyli słupki – skupione w samym środku.

I mimo tego, że rośliny tak się od nas różnią, to ich rozrodczość wygląda bardzo podobnie. Pręciki wysiewają mnóstwo pyłku, który musi trafić do wnętrza słupka i tam „zapłodnić” komórkę jajową, z której następnie powstaje zarodek. Skryty we wnętrzu nasiona czeka, aż znajdzie się w dogodnym podłożu i o dogodnym czasie, żeby móc rozwinąć się w nową roślinę.

U jaskrów niezwykłe jest to, że ich kwiaty zawierają bardzo liczne słupki. Jest to relikt, pozostałość pradawnej przeszłości z czasów, gdy płeć i rozmnażanie płciowe były świeżym wynalazkiem, wciąż niedoskonałym i powstałym na drodze ledwie kilku nieznacznych modyfikacji dawnego, bezpłciowego sposobu rozmnażania się.

Nim organizmy wynalazły rozmnażanie płciowe, wytwarzały po prostu liczne zarodniki, zawierające kopię materiału genetycznego rodzica, które rozsiewały się wszędzie dokoła i – jeśli zdołały – przekształcały się w organizm dorosły. Z czasem jednak zarodnie zaczęły się różnić między sobą – bo w Przyrodzie nigdy nie da się czegoś powielić czy skopiować bezbłędnie, jedne zarodnie zaczęły być nieco inne od pozostałych, najpierw różniąc się tylko wielkością wytwarzanych zarodników, potem te różne od siebie zarodnie zaczęły ze sobą interakcję (musiało do tego dojść, przecież były obok siebie) – i zaczęła się historia płciowego rozmnażania.

Na wczesnym etapie rozwoju tego zjawiska rośliny wytwarzały równie dużo zarodni męskich, jak i żeńskich – a to z „przyzwyczajenia”, a raczej – z tego, że nowy wynalazek, jak wszystko co powstaje w toku ewolucji, był ledwie niewielką modyfikacją dawniejszego rozwiązania, w którym takich samych zarodni po prostu było dużo – bo trzeba było wytworzyć jak najwięcej zarodników po to, żeby była jakakolwiek szansa na to, że choć jeden na tysiąc czy dziesięć tysięcy nie zginie, ale da początek nowej roślinie.

Dopiero z czasem rośliny – zresztą zwierzęta też – zostały przez jak zwykle bezwzględną Przyrodę zmuszone do cięcia kosztów. Czegoś trzeba było wytwarzać mniej i padło na organy żeńskie, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, gamety męskie były mniejsze, a więc tańsze w produkcji – a z drugiej strony, komórki jajowe musiały już zawierać zapas składników odżywczych dla przyszłego nasiona, były więc droższe.

Jaskry jednak wciąż, po dziś dzień zawierają w swoim kwiecie równie liczne pręciki jak i słupki – jakby wciąż wspominały staroświeckie obyczaje, kiedy to jeszcze nie do końca było wiadomo, czy to już różne płcie, czy tylko jedne zarodnie wytwarzają nieco mniejsze zarodniki od innych.

Dlatego też są one świadectwem tego, że w Przyrodzie nie istnieją dogmaty, wszystko codziennie podlega rewizji, a to, co sprawdzało się kiedyś, może u jednych już się nie sprawdzać, a u innych jeszcze tak.

I są jaskry świadectwem, że nawet płeć nie jest dogmatem – wbrew temu, co nam próbują wmówić na przykład rozmaite religie.

Jaskier ostry jest też dla nas jeszcze jedną ważną nauką. Spotkać możesz informację, że jest on rośliną trującą, bo zawiera „ranunkulinę”.

I znów polska Wikipedia, jak zwykle zresztą, podaje na wpół błędną informację – tym razem błędną przez niedopowiedzenie. Po pierwsze, to nie ranunkulina jest niebezpieczna. Przeciwnie, jest ona zupełnie bezpiecznym i nietoksycznym związkiem chemicznym, problem w tym, że jest też niestabilna i przy byle okazji – a dokładnie kiedy roślina zostanie uszkodzona i jej sok zostanie wystawiony na działanie środowiska zewnętrznego – rozpada się na zwykłą glukozę i protoanemoninę. Ta jest już rzeczywiście trująca, ale dlatego, że chroni roślinę przed bakteriami.

Pomyśl, Przyjacielu. Protoanemonina służy do obrony przed bakteriami. To oznacza, że Ciebie nie zabije, bo, jakby nie było, jesteś trochę większy od bakterii. Jest jednak bardzo gorzka w smaku, a to sprawi, że zarówno dla Ciebie, jak i dla sarny, krowy czy czegokolwiek, co spróbowałoby jaskra jeść – będzie on niesmaczny.

Czy to oznacza, że jaskier niezasłużenie zwie się rośliną trującą? Nie, bo to, co zabija bakterie (a dokładniej szkodzi ich rozwojowi przez utrudnianie im reprodukcji DNA) może też zabić ciebie – o ile zaaplikujesz sobie jej odpowiednio dużo.

Tymczasem w małych ilościach przeciwbakteryjne działanie soku z jaskra wykorzystywano w leczeniu drobnych infekcji skóry, np. pryszczy – i stąd dawniej nazywano jaskra pryszczeńcem.

I to jest najważniejsza zasada, obowiązująca w przypadku wszystkich roślin, zasada, którą sformułował średniowieczny lekarz i alchemik Paracelsus:

Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum.

„Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni trucizną.” W zbyt dużych ilościach zabić Cię, Przyjacielu, może nawet woda.

Niecierpek drobnokwiatowy (Impatiens parviflora D.C.)

Tego przybysza z Mongolii, północnych Chin czy Kazachstanu spotkać dziś możesz, Przyjacielu, rosnącego całymi łanami w każdym niemalże lesie czy zagajniku, zwłaszcza w pobliżu łąk czy pól.

Niecierpek drobnokwiatowy jest rośliną inwazyjną – co oznacza, że radzi sobie w Przyrodzie tak świetnie, że dokonał istnej „inwazji” na wszelkie nadające się dla niego siedliska.

Co sprawiło, że odniósł taki sukces, zwłaszcza w porównaniu z rodzimym dla Polski niecierpkiem pospolitym? Jak zwykle, drobna, niemalże banalna modyfikacja.

Otóż oba niecierpki mają ten sam sposób rozsiewania się. Owoc niecierpka to malutka torebka, zawierająca nasiona, w której roślina wytwarza nadciśnienie. Przy najlżejszym dotknięciu torebka pęka, a ciśnienie wyrzuca nasiona na odległość nawet kilku metrów. Sprawia to, że nasiona takie mają dużą szansę przyczepić się do futra tego czegoś, co potrąciło roślinę – a tym samym przenieść się i zająć nowe siedliska. Stąd też wzięła się nazwa rośliny: niecierpek, bo „nie cierpi” dotykania go i strzela nasionami. U niecierpka pospolitego łaciński epitet gatunkowy: Impatiens noli-tangere wziął się nawet z ewangelii Jana, według której Jezus miał nawrzeszczeć na Marię Magdalenę: Noli me tangere! „Nie dotykaj mnie!”

Jednakże niecierpek pospolity jest rośliną o stosunkowo wysokiej łodydze (trzeba ją wytworzyć, to kosztuje) i niewielkich liściach. Taki był też zapewne wspólny przodek obu dziś żyjących niecierpków. Ale któregoś razu obok „normalnego” potomstwa temu wspólnemu przodkowi „urodziło się” takie niewydarzone dziecko, które nie chciało rosnąć, ale za to miało wielkie liście.

Tak powstał niecierpek drobnokwiatowy i, jak się okazało, ten niewydarzony potworek okazał się geniuszem. Bo zamiast inwestować w wielką łodygę, co jest i tak bez sensu, bo wcale w zacienionym lesie więcej się przez to światła nie uzyska – jego geny zainwestowały w liście, które przez to, że są wielkie i w dodatku rosną nisko – zagłuszają wszystkich konkurentów. Tym samym, gdzie tylko niecierpek drobnokwiatowy się pojawi, staje się szybko panem sytuacji.

I znów niecierpek może nas nauczyć dwóch rzeczy. Po pierwsze, jest świadkiem tego, jak działa – i że działa! – w Przyrodzie najwyższe Jej Prawo – czyli Prawo Doboru Naturalnego. Oto mamy dwa blisko z siebie spokrewnione gatunki, różniące się właściwie tylko gabarytami odpowiednich części swojego ciała. Taka różnica jest banalna z punku widzenia genetyki i zobaczyć to możemy na własne oczy wśród nas, ludzi, gdzie i wśród rodzeństwa może się zdarzyć całkiem spora różnica wzrostu. A tymczasem jeden z tych krewniaków kasuje drugiego, i nie tylko jego, bo potrafi wyeliminować ze sprzyjających dla siebie siedlisk także wielu innych konkurentów. Drobna modyfikacja, taka, jaka zawsze może się zdarzyć między rodzeństwem czy krewnymi u wszelkich organizmów – powoduje, że jeden odnosi sukces, a drugi nie.

Czy jednak jest to sukces absolutny? Też nie – bo każde dobre rozwiązanie ma też swoje wady i ma też swoje koszty. Są siedliska, nieliczne, ale są – w których niecierpek pospolity poradzi sobie lepiej. Co więcej, liście niecierpka drobnokwiatowego (po ugotowaniu) i jego nasiona (nawet na surowo) są jadalne, bo niecierpek tak się „niecierpliwi” w swoim rozroście, że nie ma czasu pichcić trudnych do wytworzenia trucizn – a tym samym naraża się na to, że stanie się smacznym i pożywnym kąskiem dla roślinożerców. I może się zdarzyć, że choć dzisiaj niecierpiek drobnokwiatowy jest rośliną, która zawojowała runo europejskich lasów – to w przyszłości jego sukces zacznie drogo kosztować i sprawi, że znów – jakiś „nienormalny” potomek przejmie pałeczkę.

I tutaj znów dla nas nauka. Że w Przyrodzie nie ma czegoś takiego jak potępienie „nienormalności”, w czym celują ludzie. Mało tego, Przyroda wszelką „nienormalność” promuje, bo „nienormalność” to nie tylko błędy i wynaturzenia, ale też nowe pomysły, innowacje, a często – ukryty geniusz.

Niecierpek drobnokwiatowy pokazuje nam, jak bardzo chora i głupia jest powszechna wśród ludzi nienawiść i powszechny strach przed jakąkolwiek „innością”, „nienormalnością”, „dziwactwem”. I gdy ludzkość wyginie, to bardzo możliwe, że stanie się to właśnie za sprawą nietolerancji, „prawilności” i kurczowego, wściekłego trzymania się „tradycyjnych, świętych wartości”.

Jasnota biała (Lamium album L.)

Jasnota biała to dziś nasza kolejna nauczycielka, która może nam przekazać całkiem życiową prawdę.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, gdy się ją widzi, to jak bardzo jest ona podobna do pokrzywy zwyczajnej – blaszka liściowa jest niemal nie do odróżnienia dla niewprawnego oka. Najoczywistszą różnicą są jej białe, duże kwiaty wyrastające w górnych częściach rośliny – ale i tak większość ludzi jej nie dotyka, tak na wszelki wypadek.

Pokrzywę zwyczajną zna każdy i każdy wie, że lepiej unikać jej dotykania – choć niektórzy starsi ludzie twierdzili, że poparzenie przez pokrzywę dobrze robi na reumatyzm.

Tymczasem jasnota biała nie tylko nie parzy, ale jej liście są jadalne i to nawet w charakterze sałatki – choć oczywiście o wiele lepiej jest je ugotować, gdyż zawsze może się zdarzyć, że dziko występująca roślina będzie miała na sobie jajeczka rozmaitych pasożytów.

Cóż… czy naprawdę musze pisać o tym, czego może nauczyć nas roślina, która wygląda groźnie, ale przy bliższym poznaniu okazuje się całkiem przyjazna?

Daruję sobie więc, i wspomnę tylko o tym, że w Przyrodzie niewiedza bardzo nie popłaca. Przekonali się o tym uczestnicy wyprawy pod wodzą Roberta O’Hara Burke’go i Williama Johna Wills’a. W 1860 roku podjęli oni próbę przemierzenia całej Australii z południa na północ i wyprawa ta skończyła się katastrofą. Siedmiu uczestników wyprawy poumierało z głodu w drodze powrotnej. Przeżył tylko jeden, najmłodszy z nich. 23-letni John King zdołał doczołgać się do osady Aborygenów, rdzennych mieszkańców Australii. A oni nadziwić się nie mogli, jak ci biali ludzie mogli poumierać z głodu w miejscu… gdzie jest mnóstwo jedzenia! Trzeba tylko wiedzieć, czego i gdzie szukać.

Tak, w Przyrodzie nie ma wiedzy bezużytecznej. No, chyba że będzie to „wiedza” teologiczna.

Bym zapomniał. Żadna wiedza się na nic nie zda, jeśli będzie fałszywa. Lubimy wierzyć, a tak bardzo nie chce nam się sprawdzać. W polskiej Wikipedii znajdziesz informację o tym, że jasnota biała jest jedną z roślin, które Wit Stwosz umieścił na ołtarzu w kościele mariackim w Krakowie. Ta informacja jest powtarzana i przerabiana na różne sposoby, ocierające się o śmieszność – na przykład, że konkretnie znaleźć ją możemy na przedstawieniu „rajskiego ogrodu” – mimo, że takiego przedstawienia na owym ołtarzu nie ma! No cóż – nikomu się nie chciało sprawdzić.

Znajdziesz jasnotę białą na przedstawieniu „Noli tangere” – czyli wspomnianej przy okazji niecierpka scenie spotkania Jezusa z Marią Magdaleną w ogrodzie po zmartwychwstaniu. Jasnota znajduje się nieco powyżej lewego dolnego rogu sceny. Sprawdziłem.

Gwiazdnica wielkokwiatowa (Stellaria holostea L.)

Jest to bliska kuzynka gwiazdnicy pospolitej (Stellaria media), której poświęciłem osobny artykuł pt. ZAPOMNIANA GWIAZDA ZIMOWEGO PRZETRWANIA. W przeciwieństwie do tamtej, posiada o wiele większe i łatwe do zauważenia kwiaty – stąd zresztą wzięła się jej polska nazwa gatunkowa. Z kolei łaciński epitet holostea wywodzi się z greckich słów: τό ὅλον ὀστέον, czyli „cała kość” i nawiązuje do kruchości długich, prostych łodyg gwiazdnicy wielkokwiatowej. Odróżnia się tym ona od swojej kuzynki, która posiada łodygę miękką, elastyczną, swobodnie płożącą się po ziemi.

Skoro już przy nazwie pozostajemy, to ciekawe pochodzenie ma angielska nazwa rośliny stitchwort i wzięła się stąd, że napar z gwiazdnicy wielkokwiatowej miał jakoby łagodzić… „kłucie w boku” (ang. side stitch), pojawiające się przy nagłym wysiłku fizycznym.

„Ludowa mądrość” często przypisuje roślinom właściwości, których one nie mają, wyolbrzymia te, które są rzeczywiście, a innych jeszcze nie dostrzega. I choć ludowe, tradycyjne ziołolecznictwo potrafiło odnaleźć w roślinach wiele prawdziwych, leczniczych czy inaczej dobroczynnych zastosowań, to trzeba zachować wobec tej „ludowej mądrości” odpowiedni dystans.

Musimy bowiem pamiętać, że kształtowała się owa mądrość w czasach, gdy rzetelna wiedza mieszała się z przesądami, gdzie pokątnie zasłyszane lub wprost zmyślone bzdury były przekazywane z ust do ust i z pokolenia na pokolenie na równi z eksperymentalnie odkrytą prawdą.

Co więcej, między ową „ludową mądrością”, powstałą w umysłach ludzi prostych, ale żyjących na co dzień z Przyrodą, a dzisiejszym „chłopskim rozumem” półgłówkowatych cepów zionie ogromna przepaść.

Dzisiaj przeciętny, testosteronowy polski bałwan nie ma bladego pojęcia o rzeczywistej mądrości swoich przodków. Ponadto jest zwykle leniem i tchórzem, któremu nie chce się – lub się boi – przetestować cokolwiek z tego, co głosi doświadczeniem i eksperymentem. Dlatego nie sprawdzi niczego, co ze świętym przekonaniem twierdzi, nawet, jeśli da się to sprawdzić stosunkowo łatwo i naocznie. Nie, on będzie dalej wygłaszał w Internecie lub kolegom przy wódce swoją „mądrość życiową” jednocześnie narzekając, jak to „ci po szkołach” rzekomo „nic nie wiedzą”.

Ileż razy w życiu musiałem słuchać takich idiotów.

Co gorsza, ciasnota umysłowa takich ludzi sprawia, że nie widzą oni w ogóle nic poza swoimi urojeniami. Jeden taki wykładał przy mnie, ale w większym gronie, swoje zasłyszane od pana Cejrowskiego „mądrości” na temat obiegu tlenu w Przyrodzie nie mając żadnej wiedzy o tym, co to jest fotosynteza i jak działa. Co gorsza, mówił to wszystko jakby zupełnie był nieświadomy tego, że przynajmniej wobec jednej osoby – to jest mnie, jako studenta biologii – wyjdzie na kompletnego durnia.

Chaber bławatek (Centaurea cyanus L.)

W Internecie napotkać możesz zdjęcie zatytułowane: „Bukiet bławatków”. Zabawne jest to, że jeśli zajrzymy do słownika języka polskiego, znajdziemy taką oto definicję bukietu: „odpowiednio ułożony pęk kwiatów”. No cóż, jeśli tak, to pojedynczy chaber bławatek… już jest bukietem!

Jeśli przyjrzysz się temu, co zapewne na pierwszy rzut oka nazwiesz „kwiatem” chabra, zauważysz, że tak naprawdę jest to kwiatostan, a więc kilka kwiatków, z czego większe położone są na brzegu, a za nimi – jakby w  drugim rzędzie – znajdują się następne, nieco mniejsze.

Skąd się bierze charakterystyczna, piękna, niebieska barwa bławatków? Gdy spróbowano w 1913 roku wyizolować z kwiatów tej rośliny odpowiedzialny za nią barwnik, otrzymano procyjaninę, będącą związkiem chemicznym z grupy antocyjanów, o których kiedyś już wspominałem w artykule CZERWONE LIŚCIE BUKA, CZYLI PRAWDY SZUKAJ SAM. Właśnie. „Czerwone”. Problem polega na tym, że antocyjany, w tym procyjanina są czerwone. Przekonano się o tym dwa lata później, kiedy wyizolowano z kwiatu czerwonej róży barwnik i otrzymano właśnie… procyjaninę, tę samą, która bławatkowi nadaje pięknego błękitu.

Tak to w nauce bywa. Poszukujemy odpowiedzi na jakieś pytania, a często – jeśli nie zawsze! – odpowiedź tę odnajdujemy w towarzystwie kolejnej zagwozdki.

Początkowo wysunięto najprostszą możliwą hipotezę, że za różnicę w barwie kwiatów obu roślin odpowiada różne pH w wakuolach komórek kwiatów. Wiedziano bowiem, że procyjanina może przybrać różną barwę w zależności od tego, czy znajdzie się w roztworze kwaśnym, zasadowym, czy obojętnym.

I tu dochodzimy do tego, czym jest prawdziwa nauka. Prawdziwa nauka to wieczne… niezadowolenie z hipotez.

Ktoś niezadowolony z tej hipotezy postanowił ją sprawdzić i dowiódł, że różnica pH nie może być odpowiedzialna za różnicę barwy kwiatów obu roślin, gdyż jest ona zbyt mała, żeby mogła dostarczyć aż tak spektakularnego efektu.

Dopiero żmudne badania późniejszych lat ujawniły, że barwnik, odpowiedzialny za piękną, niebieską barwę bławatków to istny potwór chemiczny, złożony z procyjaniny, flawonu, jednego jonu żelaza (III), jednego magnezu i dwóch jonów wapnia.

Chaber bławatek to roślina piękna, ale dziś niestety coraz rzadsza, bo wypędzana ze swojego naturalnego środowiska pól i łąk przez stosowanie herbicydów i innych środków ochrony upraw. Bo uznano ją za chwast – a człowiek taki już jest, że wszystkie istoty w Przyrodzie dzieli na niewolników i wrogów. Kto nie chce być niewolnikiem, traktowany jest jak wróg. Smutne to jest, tym bardziej że właśnie tak brzmi nauka płynąca z cudownego błękitu bławatka: nie bądź półgłówkowatym cepem. Sprawdzaj, bądź wnikliwy, dociekliwy i zawsze niezadowolony z wypierdzianych w fotelu hipotez.

Może gdyby ludzie tak zrobili, zrozumieliby, że nie ma większej głupoty, jak dzielenie roślin na „pożyteczne” i „niepożyteczne”.

Jastrzębiec leśny (Hieracium murorum L.) i prosienicznik szorstki (Hypochaeris radicata L.)

Kolejne dwie rośliny warto omówić razem. Reprezentują one rodzinę astrowatych, która obejmuje gatunki tak do siebie podobne, że trzeba czasem dużej wiedzy i spostrzegawczości, żeby je od siebie odróżnić.

Jastrzębiec leśny i prosienicznik szostki są tego dobitnymi przykładami, bowiem to, co najbardziej przyciąga naszą uwagę w roślinach, a więc kwiat – u nich wygląda bardzo podobnie.

Tak lub bardzo podobnie wygląda kwiat (tak naprawdę znów jest to kwiatostan, jak u bławatka, jednakże lepiej „zamaskowany”) wielu astrowatych, z najbardziej znanym z nich na czele, czyli mniszkiem lekarskim Taraxacum officinale. Co ciekawe, w powszechnym użytku funkcjonuje błędne nazywanie zarówno mniszka, jak i wielu roślin o podobnych kwiatach „mleczami”. Błędne jest to dlatego, że mlecz pospolity to osobny zarówno od mniszka, jak jastrzębca czy prosienicznika gatunek, noszący łacińską nazwę Sonchus arvensis.

Jednakże jeśli przez chwilę przestaniemy patrzeć na to, co w naturalny sposób jako pierwsze przyciąga naszą uwagę, a spojrzymy na szczegóły, na które ludzie przeważnie nie zwracają uwagi – dostrzeżemy, że każdy z tych gatunków naprawdę bardzo się od siebie różni.

Pierwszą, oczywistą różnicą jest kształt liści.

Po lewej stronie widzisz, Przyjacielu liście jastrzębca, a po prawej – prosienicznika. Jak widzisz, jeżeli położymy je obok siebie, na sztucznym tle – różnica rzuca się w oczy od razu. Co innego, gdy spojrzymy na roślinę na żywo.

W naturalnym kontekście inne rośliny, tło, oświetlenie – potrafią zaciemnić nam obraz i sprawić, że nie raz i nie dwa możemy poczuć się niepewnie.

Drugą cechą, pozwalającą łatwo odróżnić jastrzębca od prosienicznika jest sposób ułożenia kwiatostanów. U prosienicznika pojedynczy koszyczek kwiatostanu wyrasta na jednej, długiej, wysokiej łodydze, względnie na długim jej odgałęzieniu, podczas gdy u jastrzębca łodyga ta w górnej części rozgałęzia się coraz bardziej i tworzy na końcu zgrupowanie kilku do nawet kilkunastu koszyczków kwiatowych.

I w taki oto sposób dwie rośliny, na pierwszy rzut oka wydające się być tak podobnymi, na końcu okazują się banalnie łatwe do odróżnienia.

To już kolejna dzisiaj, bardzo „życiowa” nauka dla nas, na pewno dużo bardziej życiowa od powszechnie hołubionej „życiowej mądrości”, bo oparta na fakcie, oparta na prawidle Przyrody – tej Przyrody, która jest wszystkim.

Tak łatwo oceniamy rzeczywistość – czy to wydarzenia, czy to poznawanych ludzi, czy to zwierzęta, rośliny bądź własne stany emocjonalne – na podstawie tylko i wyłącznie tego, co się rzuca w oczy. W Przyrodzie, gdzie dominuje zieleń wszystko, co żółte łatwo zauważyć i równie łatwo pominąć to, co żółte nie jest. Podobieństwo kwiatu jest łudzące, a w tych częściach roślin, na które zwykle nie zwracamy uwagi ukryta jest diametralna różnica.

Kultura europejska pełna jest szkodliwych filtrów, które skutecznie zamykają nam oczy na sporą część elementów rzeczywistości, a stanowczo przeceniają inne. Są ludzie, dla których w drugim człowieku najważniejsza jest jego: narodowość, orientacja seksualna i wyznawana religia. A przecież czy to, że mówimy w jednym języku nie znaczy więcej, niż jakakolwiek, mityczna „krew polska”, „niemiecka” czy „żydowska”? Czy to, że potrafimy w ogóle kochać i czuć się szczęśliwymi nie jest ważniejsze od tego, czy ktoś swój związek buduje z osobą tej samej czy innej płci? Czy to, że kiedy odłożymy na bok te czy inne ideały, a wspólnie weźmiemy się do pracy i razem będziemy potrafili wykonać ją  po prostu dobrze – nie znaczy o wiele, wiele więcej niż jakikolwiek ten czy inny bóg, partia polityczna czy światopogląd?

Podagrycznik pospolity (Aegopodium podagraria L.)

Kolejny nasz dzisiejszy bohater zilustruje nam tę prawdę jeszcze dobitniej. Rodzina selerowatych roi się wprost od gatunków, które bez szczegółowej wiedzy i wnikliwej obserwacji są niemal nie do odróżnienia. A bardzo ważne jest, żeby tutaj dobrze i ostrożnie rozróżniać, bo możemy pomylić niegroźne, a nawet jadalne rośliny takie jak trybulę albo dziko rosnącą marchew czy pietruszkę zwyczajną… z jednymi z najbardziej trujących roślin w ogóle, czyli szczwołem plamistym Conium maculatum oraz szalejem jadowitym Cicuta virosa. Spożycie już niewielkich ilości tych ostatnich skutkować może bardzo poważnym zatruciem a nawet śmiercią i większość roślin zakwalifikowanych jako „trujące” nawet do pięt nie sięga toksyczności tych dwóch przedstawicieli rodziny selerowatych.

Przykładowo, dawka śmiertelna dla „oferowanej” przez szalej jadowity cykutokstyny wynosi LD50=2,8 mg/kg-1, co oznacza po przeliczeniu, że ważący 70 kg człowiek z pewnością umrze po spożyciu niespełna 4 gramów tej substancji. W praktyce bywa gorzej, znane są przypadki śmierci dzieci, które ugryzły zaledwie dwa – trzy kęski liści szaleju.

A przecież ta sama rodzina daje nam tak powszechnie używane w kuchni warzywa jak właśnie pietruszkę, marchew, chrzan, koper, trybulę czy seler.

Mniej znany, a jeszcze względnie łatwy do odróżnienia od pozostałych selerowatych jest podagrycznik pospolity.

Drobne, białe kwiatki zebrane w kwiatostan zwany baldachem złożonym są charakterystyczną cechą wielu gatunków selerowatych i w praktyce nie ma co nie patrzeć. Nasze pierwsze spojrzenie winno w pierwszej kolejności powędrować do liści.

Liście podagrycznika charakteryzują się tym, że są delikatnie ząbkowane na brzegach, złożone z trzech blaszek liściowych, z których środkowa jest nieco większa od dwóch pozostałych. Ponadto, liście w dolnych częściach rośliny są podwójnie potrójnie złożone – czyli jak na zdjęciu powyżej, a ogonki liściowe – zawsze są gładkie, pozbawione włosków.

W przeciwieństwie do dwóch swoich przemiłych kuzynów podagrycznik jest nie tylko jadalny (choć niezbyt smaczny) – na przykład z łodyg i liści można przyrządzić zupę – ale przede wszystkim polecany w wielu dolegliwościach jako roślina o dowiedzionych i od dawna znanych właściwościach leczniczych.

Powyższe zdjęcia powinny nam uwidocznić jeszcze jedną sprawę. Spójrzmy na mrówki, cierpliwie wspinające się na bardzo wysoką dla nich roślinę – by zaczerpnąć z kwiatów składników potrzebnych do wyżywienia mrowiska. My ludzie, przywykliśmy oglądać świat z pozycji dość dużego zwierzęcia – podczas gdy dla większości istot na tej planecie jest ona dużo, dużo większa niż dla nas. Dla nich podagrycznik różni się od innych selerowatych w o wiele oczywistszy sposób, a to dlatego, że właśnie w drobnych szczegółach kryje się najwięcej różnic między poszczególnymi gatunkami roślin.

Rumianek bezpromieniowy (Matricaria discoidea D.C.)

Ten bliski krewny rumianku pospolitego, znanego z herbatek ziołowych przewędrował z człowiekiem pół świata.

Jego naturalnym miejscem występowania jest północno – wschodnia Azja. Z niej to jakimś sposobem – najprawdopodobniej z ludźmi, wędrującymi w czasach ostatniego zlodowacenia przez zamarzniętą Cieśninę Beringa – dostał się do Ameryki Północnej, rozprzestrzenił się tam, by w XVIII wieku dotrzeć do Europy i stać się dzisiaj jedną z najpospolitszych roślin.

Roślina ta od swojego bardziej znanego kuzyna nie różni się pod względem wykorzystania i właściwości – taką samą herbatkę, co z rumianku pospolitego, da się również przyrządzić z rumianku bezpromieniowego. Obie rośliny wyróżnia jeden z najpiękniejszych zapachów, jakie posiada Przyroda.

I, niestety, przywodzi mi na myśl pewną bardzo smutną historię.

Historia to nienowa, bo sięgająca września 2012 roku. Rozmaite media zarówno wtedy, jak i w ostatnich latach, kiedy sprawę przypomniano, opisywały to, co się wtedy wydarzyło. Ograniczę się więc tylko do najważniejszych dla naszego rozważania faktów.

Parafia w Bełchatowie zorganizowała wówczas kilkudniową wycieczkę – „pielgrzymkę”, jak to się w kościelnym żargonie określa – do kaplicy MB Ostrobramskiej w Wilnie. Grupa pięćdziesięciu kilku osób pod wodzą miejscowego wikarego i wynajętej przewodniczki wyjechała autokarem w kierunku stolicy Litwy.

Wśród uczestników znajdowała się 79-letnia Kazimiera Zaremba. W trakcie mszy w kaplicy „cudownego” obrazu staruszka oddaliła się w nieustalonym celu i  kiedy po zakończeniu obrządku uczestnicy zebrali się przy autokarze, nie było jej wśród nich.

Autokar czekał na zagubioną zaledwie 15 – 30 minut, po czym odjechał, „bo plan jest napięty”, przewodniczka nalegała, żeby ruszać, a większość pozostałych uczestników „pielgrzymki” również miała w głębokim poważaniu losy staruszki.

Jak się okazało po fakcie, gdy policja dużo później sprawdzała monitoring (bo też i zawiadomienie o zaginięciu nastąpiło z karygodnym opóźnieniem), pani Kazimiera zjawiła się na parkingu ledwie pół godziny później i z wyraźną paniką próbowała dobijać się do stojących tam, rozmaitych autokarów.

Około 3:00 w nocy staruszka zjawiła się na stacji benzynowej, oddalonej o aż 6 kilometrów od miejsca, gdzie zaginęła. Rano, około 9:00 monitoring zarejestrował ją jeszcze, jak próbowała się dogadać z dozorcą położonego nieopodal osiedla, po czym oddaliła się w nieznanym kierunku i wszelki ślad po niej zaginął.

Nikt z uczestników ani ksiądz odpowiedzialny za „pielgrzymkę” nie mają sobie nic do zarzucenia. W trakcie śledztwa opowiadają policji przeróżne, całkowicie wykluczające się bzdury, dokładnie tak, jak należałoby oczekiwać od ludzi, dla których najcenniejszy jest święty spokój własnego sumienia. Podobno ksiądz nawet nie pofatygował się, żeby porozmawiać z rodziną zaginionej, co więcej, zawiadomił ich o zaginięciu właściwie niechcący, bo kiedy zadzwonił z parkingu w Wilnie do pani Kazimiery okazało się, że staruszka zapomniała telefonu i zostawiła go w Polsce, a połączenie odebrała jej córka.

Do dziś pomimo szeroko zakrojonej – choć z winy organizatorów i uczestników „pielgrzymki” zbyt późno podjętej – akcji poszukiwania nie udało się znaleźć staruszki ani żywej, ani martwej.

Tak jak wspomniałem, nie będę opisywał tutaj wszystkich szokujących elementów tej sprawy – zachęcam do zapoznania się z licznymi, opublikowanymi w prasie materiałami na ten temat – chcę jednak zwrócić Twoją uwagę, Przyjacielu, na jeden drobny, ale symboliczny i doniosły szczegół tej sprawy.

Gdy o 3-ciej w nocy zdezorientowana i prawdopodobnie wyczerpana staruszka podeszła do okienka stacji benzynowej na przedmieściach Wilna, zgodnie z zeznaniem mówiącej nieco po polsku pracowniczki poprosiła o… rumianek.

Dlaczego zdezorientowana, zagubiona, nieznająca miejscowego języka i bezdusznie opuszczona przez ludzi staruszka poprosiła nie o co innego, nie o pomoc w odnalezieniu grupy – ale właśnie o rumianek?

Kto wie? Może w rozpaczy i opuszczeniu jedyne, co przyszło jej do głowy, w czym ta pozostawiona samej sobie przez katolickiego boga i jego Kościół kobieta upatrywała ratunku – to w kojącym, znajomym pewnie od najwcześniejszego dzieciństwa, słodkim zapachu rumianku?

Później, gdy po sześciu godzinach próbowała rozmawiać z dozorcą osiedla, potrafiła mu powiedzieć już tylko tyle, że jest jej zimno.

To bardzo smutna historia. Z jednej strony pokazuje ona, ile jest warta cała katolicka moralność, tak trzęsąca się nad jednokomórkowymi zarodkami, upadkiem „tradycyjnych wartości narodowych”, nałogowo zajmująca się kondomami, pigułkami i tym, czy się zagłosowało tak, jak władzom kościelnym pasuje. Z drugiej zaś pokazuje nam, że każde ludzkie serce, niezależnie od tego, w jakiego boga wierzy i co wyznaje – zawsze nosi w sobie tęsknotę do domu, do Przyrody, do ciepła i miłości. I jakże często zamiast tego doznaje zagubienia, obojętności a nawet okrucieństwa.

Pomyśl o tym, Przyjacielu, gdy pochylisz się nad rumiankiem rosnącym na łące i poczujesz jego zachwycający zapach. Pomyśl, ile są warte pocieszenia, oferowane przez ludzi – w porównaniu z realnym pocieszeniem, jakiego może udzielić ci ta niepozorna roślinka.

Pszeniec gajowy (Metampyrum nemorosum L.)

Ukoronowaniem tego, co dziś dane nam było razem zobaczyć i czego się dowiedzieć niech będzie ta – wyjątkowa i niesamowicie piękna roślina, sławiona jako magiczna i od dawna wiązana ze świętem Przesilenia Letniego, Kupałą, Midsommarem, świetlikami i obrzędowością dawnej, pogańskiej i radosnej czci Przyrody.

Pszeniec jest ambiwalentny – jak cała Przyroda. Z jednej strony jest półpasożytem, bo swoimi korzeniami przyczepia się do korzeni innych, sąsiednich roślin (zwłaszcza preferuje kuklika pospolitego) i wpuszcza do środka tak zwane ssawki, czyli cieniutkie wypustki korzenia, którymi podkrada składniki odżywcze od sąsiadów.

Z drugiej zaś strony świetnie radzi sobie sam, co można zauważyć w charakterystycznym dla jego gatunku, fioletowym zabarwieniu górnych, najmłodszych listków.

Barwa ta nie jest bynajmniej obligatoryjna. Jeżeli przyjrzysz się łanom pszeńca gajowego zauważysz, że w im bardziej zacienionym rośnie miejscu, tym barwa owa jest bledsza, a niekiedy nie występuje.

Przyczyną są oczywiście antocyjany, którymi wypełnia się zawartość wakuoli komórek skórki okrywającej najmłodsze listki i chroni je tym samym przed nadmiarem światła, a co za tym idzie, niebezpieczeństwem nadmiernej oksydacji. Pod kapeluszem tychże, najmłodszych listków wyrastają zaś charakterystyczne, grzbieciste, żółte kwiaty.

Kontrast tych barw – ciemnofioletowej listków i żółtej kwiatów – przyczynił się do powstania ludowej nazwy tej rośliny: „Dzień i Noc”. Tym bardziej znaczącym stał się pszeniec symbolem Letniego Przesilenia, czasu, gdy dzień osiąga swoje apogeum długości trwania, po którym pałeczkę przejmuje noc – odtąd stale, choć powoli się wydłużająca, aż po tę najdłuższą, zimową noc w drugiej połowie grudnia.

I znów możesz znaleźć, Przyjacielu, informację, że jest to roślina trująca – ale znów muszę dodać, że „oskarżana” o toksyczność aukubina może wykazywać działanie halucynogenne i trujące – ale w większych ilościach, co więcej jakiekolwiek znaczniejsze dawki tej substancji nie znajdziesz ani w liściach, ani w kwiatach czy łodydze, ale w nasionach tej rośliny. Daleko jej do szaleju czy szczwołu. Co więcej, przeprowadzone najrozmaitsze badania wykazały jak dotąd jej właściwości dobroczynne: antyoksydacyjne, bakteriobójcze, a nawet przeciwrakowe. Wciąż prowadzi się kolejne testy i być może kiedyś pszeniec gajowy dostarczy nam nowych leków.

A już teraz, póki co, możesz skorzystać w złagodzonej formie z dobroczynności tej substancji, bo sporo jej zawierają liście babki zwyczajnej Plantago major, które od dawien dawna i całkowicie słusznie są polecane jako niezawodny środek łagodzący skutki poparzenia przez pokrzywy. Wystarczy liść babki przyłożyć do podrażnionego miejsca.

I znów trzeba nam przywołać tę zasadę: wszystko jest trucizną i nic nią nie jest, bo sedno tkwi nie w substancji, ale w dawce.

Pszeniec gajowy niech będzie też dla nas kolejnym pocieszeniem, tak nam potrzebnym po tej smutnej historii, jaką przy okazji rumianku opowiedziałem. Pszeniec ma bowiem wielu przyjaciół w Przyrodzie, choć wybrednie ich dobiera. Konstrukcja jego kwiatów – co możesz sobie wyobrazić, Przyjacielu, oglądając choćby zamieszczone tu zdjęcia – wyklucza wiele owadów z nektarowego poczęstunku. Jednak znów Prawo Doboru zadbało o to, że istnieją owady o na tyle długim aparacie gębowym, że potrafią one sięgnąć dna kwiatu, zaczerpnąć nektaru – a roślinie odwdzięczyć się przeniesieniem pyłku na słupki, a tym samym pomocą w zapłodnieniu.

Wyprodukowane nasiona pszeniec gajowy powierza kolejnej swojej przyjaciółce – mrówce, która roznosi je po lesie, zacienionych skrajach łąk – umożliwiając roślinie przejęcie nowych siedlisk.

Dlatego jeszcze jedną rzecz symbolizował pszeniec gajowy, rzecz, której dzisiaj i mi jest dane zaznawać. Dwa przeciwstawne kolory, dzień i noc złączone w jednej roślinie, w jednym dniu Przesilenia, gdy ona kwitnie – wszystko to złożyło się na starą prawdę, że nie ma takich różnic – między ludźmi, ale także między gatunkami, między rzeczywistościami tak od siebie odległymi, jak choćby Przyroda i ludzkość – których nie mogłaby połączyć miłość. Ta zwyczajna, ta przeżywana po ludzku, bez przyprawiania jest zupełnie niepotrzebnym pieprzem religii, filozofii, etyki, regulacji państwowych i kościelnych, bez dzielenia jej na zakazaną i dozwoloną, bez wchodzenia z butami do ludzkiej, słodkiej jak zapach rumianku intymności.

Jeśli zdecydujemy się zajrzeć cudownej barwie młodych listków pszeńca w oczy – a dokładniej w binokular mikroskopu – zobaczyć możemy charakterystyczne, „puzzlowate” w kształcie komórki skórki okrywającej liście, jak ich zajmujące prawie całą ich objętość wakuole wypełnia błękitno – fioletowa, zachwycająca barwa.

Brzeg młodych listków zaopatrzony jest w liczne, kolczaste, jednokomórkowe wyrostki.

A wszystko spina sieć przesyłowa drewna i łyka, tkanek przewodzących rośliny, dostarczającej wodę i sole mineralne – także te „pożyczone” od innych roślin – a odbierających wypracowane przez nich w procesie fotosyntezy cukry.

Na tym rozstajemy się dziś, Przyjacielu ze światem niezwykłych roślin łąkowych… ale nie na zawsze!

W daleko posuniętym przygotowaniu jest bowiem druga część tego artykułu, podczas której odkryjemy kolejne, zachwycające sekrety zwyczajnej, swojskiej – i tak mało odkrytej w swoim pięknie, różnorodności i tajemnicach łąki.

Niech bogactwo Przyrody przełoży się także na nasze bogactwo – wiedzy, otwartych horyzontów myślenia – i wciąż nieustającego apetytu na cuda, których nam może Ona dostarczyć.

Za konsultację i pomoc w przygotowaniu artykułu dziękuję ekspertowi toksykologii,
p. lic. Mateuszowi Sikorze