STUDIA Z BIOLOGII vs. STUDIA TEOLOGICZNE – PIERWSZE WRAŻENIA

Są rzeczy, których nie zrozumie się w pełni bez ich zakosztowania. Są rzeczy, które trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby móc je ocenić. A czasami jest tak, że choć nie myliliśmy się w swojej ocenie rzeczy jeszcze nie zakosztowanych i nie zobaczonych, to dopiero po naocznym doświadczeniu przekonujemy się, że nie doceniliśmy skali problemu.

Gdy „studiowałem” teologię czułem – już wtedy, nie mając porównania – że coś z tymi „studiami” jest nie tak. Po wielu latach to właśnie absurd tego, czym jest teologia dołożyło ważną cegiełkę do długiego i delikatnego procesu mojego odchodzenia – a właściwie uzdrawiania się z wiary chrześcijańskiej.

Początki podejrzeń

Był taki przedmiot na studiach teologicznych jak pedagogika. Sama w sobie ta dziedzina nie jest częścią teologii. Jednak teologia ma tę specyfikę, że nawet gdyby w jej ramach studiować matematykę czy znajomość dzieł Lenina – i tak te dziedziny stałyby się… teologią!

Pedagogika jest dobrym przykładem. Wykłady na studiach wyglądały tak, że przychodził dyrektor diecezjalnego „Caritasu” i na każdym z nich przynajmniej kilka razy mówił z naciskiem:

– Jan Paweł II był wielkim pedagogiem ludzkości!

Egzamin z pedagogiki był – jak literalnie wszystkie egzaminy na teologii – ustny (sic!).

Nie uczyłem się do niego. Przyszedłem na egzamin i naopowiadałem wykładowcy mnóstwo bzdur, pamiętając jednakże, by każdą z nich okrasić frazami typu: „Jak to powiedział wielki pedagog ludzkości, Jan Paweł II…” albo: „Największy pedagog ludzkości, Jan Paweł II nauczał, że…”; „Najwybitniejsza myśl pedagogiczna Jana Pawła II przetarła szlaki…” itp. itd…

Wykładowca był wniebowzięty i rozpływając się w pochwałach umieścił w moim indeksie „bdb”.

A inne egzaminy? Mój system uczenia się wyglądał mniej więcej tak: otwierałem książkę / skrypt z wykładu / resztę jakichkolwiek materiałów. Następnie zapamiętywałem jedno, losowo wybrane zdanie z co którejś strony. Gdy na egzaminie padało jakieś pytanie, dobierałem to z zapamiętanych zdań, które zdawało się najlepiej pasować do pytania, a następnie rozwijałem je wszelkimi możliwymi absurdami, laniem wody i niemożliwymi bzdurami. Jedyne, co potrzebowałem oprócz tego znać, to specyfikę toku rozumowania wykładowcy, dzięki czemu wypowiadane przeze mnie bzdury były bzdurami logicznymi z punktu widzenia tej logiki, którą stosował wykładowca.

Na jedenaście sesji egzaminacyjnych w seminarium duchownym dziesięć zaliczyłem jako najlepszy na roku.

Czy to dziwne, że nabrałem podejrzeń co do teologii?

Teolog a teologia

Ktoś mógłby mi zarzucić, że dopuszczam się niewybaczalnego błędu logicznego, myląc teologa z teologią. Jednak teologia sama przyznaje, że „jej specyfika” sprawia, że jest dziedziną nierozdzielną z teologiem, który ją uprawia!

Pierwszy wykład z teologii dogmatycznej na moich studiach był w całości poświęcony właśnie tej zasadzie. W ramach ćwiczenia wykładowca nakazał nam napisać wypracowanie, w którym mieliśmy opisać całe swoje dotychczasowe życie pod kątem tego, jakim locus theologicus będzie każdy z nas. Dodam, że locus theologicus to absurdalny „termin techniczny” oznaczający dosłownie „miejsce teologiczne” – ściśle powiązany właśnie z tą koncepcją: teolog = teologia.

Oczywiście nie oznacza to, że każdy teolog może sobie uprawiać swoją teologię. Zwłaszcza w katolicyzmie teolog musi być przede i nade wszystko posłuszny „autorytetowi” Kościoła.

Problem w tym, że Kościół to ludzie, ba – to ludzie, ale w praktyce wcale nie wszyscy ochrzczeni czy zapisani do tegoż Kościoła, ale ich część posiadająca tzw. władzę nauczania. Wierni głosu nie mają – głos mają duchowni. Co więcej, to, jaka jest waga głosu danego duchownego zależy tylko i wyłącznie od jego pozycji w skomplikowanym i nieprzejrzystym, monstrualnym systemie zależności, podległości, przełożeństwa, kumoterstwa, wpływów finansowych, szepnięcia tu i tam tego i owego – aż po to, kto jaki ma kolor obszycia przy sutannie.

Tym samym nawet liczebność Kościoła niczego nie zmienia – teologia całego Kościoła nadal jest równie subiektywna, jak prywatna opinia pojedynczego człowieka.

Ten subiektywizm teologia sankcjonuje, bezczelnie nazywając ją obiektywną prawdą objawioną.

Prawda objawiona

Przeczytałem kiedyś zabawny artykuł autorstwa ks. Adama Olszewskiego pt. „Pewność w logice i teologii”. Autor opisał w nim tzw. argument z autorytetu:

Wnioskowanie z autorytetu opiera się na następujący ogólnym schemacie, gdzie zmienna p oznacza zdanie w sensie logicznym, zaś S to jakaś osoba (autorytet):
I. Osoba S twierdzi, że p.
II. Zatem: p.
(…) W ogólności takie wnioskowania nie są logicznie poprawne. Natomiast kiedy wstawi się za osobę S nazwę ‘Bóg’, pojmując Go tak, jak w teologii katolickiej, to zdumiewająco uzyskane wnioskowanie stanie się logicznie poprawne, czyli pewne.
Niemożliwa jest bowiem sytuacja by wyrażenie: ‘Bóg mówi, że p’ było prawdziwe, zaś samo p – fałszywe.

Tłumacząc autora na ludzki język, twierdzi on, że teologia posiada pewne i niepodważalne źródło wiedzy, dowodów i argumentów w postaci tego, co twierdzi sam bóg. A ponieważ katolicki bóg nie może kłamać, więc wiara w to, co bóg mówi daje wiedzę pewną.

OK. Przyjmijmy na chwilę, że rzeczywiście tak jest. Założenie jak każde inne. W naukach przyrodniczych też zakładamy na wiarę, że Rzeczywistość nie kłamie, choć przecież hipotetycznie możliwe jest, że żyjemy w Matrixie, a rzeczywistość jest jedynie symulacją. Z pewnych powodów możemy oszacować taką możliwość jako bardzo mało prawdopodobną, ale – ważne – nie jest to niemożliwe. Tym samym, podobnie jak teolog zakładający istnienie niekłamiącego boga na wiarę nauki przyrodnicze zakładają, że Rzeczywistość jest prawdą.

I tutaj pojawia się podstawowy problem teologii, problem, którego nie mają nauki przyrodnicze. Rzeczywistość jest dostępna wokół nas na wyciągnięcie ręki. Wiedzę możemy z niej czerpać bezpośrednio. Chcesz wiedzieć, skąd się bierze drzewo? Zaobserwuj jego rozwój od nasiona po dojrzałą roślinę. Chcesz wiedzieć, po jakiej orbicie krąży Mars? Obserwuj go codziennie i notuj pozycję. Chcesz wiedzieć, co jest we wnętrzu kamienia? Rozłup go.

A co ze źródłem wiedzy teologicznej, czyli bogiem? Gdzie on jest? Gdzie jest podana przez niego, ponoć niewątpliwa wiedza? Teolog odpowie, że jest w biblii, w nauczaniu Kościoła, w nauczaniu teologów… Ale udowodnij, teologu, że te rzeczy naprawdę pochodzą od boga, którego za źródło prawdy uważasz! Udowodnij, że rozwlekłe ględzenie Jana Pawła II pochodzi od boga. Udowodnij, że biblia od niego pochodzi, a nie od prymitywnych nomadów, którzy twierdzili, że cały wszechświat to taki półmisek: na dole płaska ziemia, u góry półkulisty klosz nieba. Udowodnij – ale nie mi, ale sobie! Twierdzisz, że bóg jest źródłem prawdy – upewnij się, jaki i czy w ogóle masz do tego źródła dostęp!

Niestety, teologia nie posiada tej pewności i to również bierze… na wiarę. Tym samym cała przytoczona przez ks. Olszewskiego konstrukcja nie ma sensu. Ale żeby tylko się na tym skończyło! Niestety w praktyce wszystko, co w teologii usłyszymy, jest zbiorem opinii i gderania stetryczałych, niemających pojęcia o rzeczywistości suchotników, które wszystkie są – założeniami! Tym samym teologia operuje dowodem z autorytetu, gdzie autorytetem nie jest niedostępny bóg – ale ten czy inny biskup, ten czy inny papież, sobór, teolog lub pani katechetka. Czyli gromada omylnych, często marnych intelektualnie ludzi. Którzy na dokładkę nie zgadzają się ze sobą w nawet najbardziej podstawowych kwestiach.

Dowód w teologii to dowód przez założenie tezy. Stawiamy tezę i żeby ją udowodnić – zakładamy, że jest prawdziwa. Voilá! Teza udowodniona!

Skończyło się ściemnianie

Najprostszego zaliczenia na studiach z biologii nie zdobędę w sposób taki, jaki stosowałem na teologii. Wszystko, co słyszę na wykładach, mogę sobie sprawdzić w rzeczywistości. Wszystko jest zbiorem faktów, które albo znam, albo nie. Trzeciej drogi nie ma.

Tu nie ma pola do cwaniackich manewrów. Gametofit jest pokoleniem płciowym czy bezpłciowym? Kwiatostan pałki wodnej to kolba czy baldachogrono? Jakie są funkcje wstawek w tkance mięśnia sercowego? Za co odpowiadają komórki mioepitelialne i gdzie je możemy spotkać?

I to właśnie jest piękne, bo brutalna surowość faktów poznawanych na wykładach przypomina mi to, co czułem, gdy samotny i bezradny siedziałem w zapadającym zmroku głęboko w Borach Dolnośląskich i widziałem tę właśnie surowość i bezwzględność ciemności nocy. Gdy słyszałem w nocy krzyk ptaka schwytanego i rozszarpywanego przez jakiegoś drapieżnika, wiedziałem, że tu nie ma ściemniania. Tu się albo żyje, albo ginie. Albo się ma szczęście – jeszcze dziś, jeszcze jeden, kolejny raz – albo nie ma.

Tym samym Rzeczywistość, gdy się ją posmakuje w całej jej przerażającej i mrocznej stronie udowadnia – i to boleśnie – że jest prawdą. Kto uwierzył Rzeczywistości, rychło się przekona, że dobrze wybrał. Kto jej nie wierzy – jeszcze szybciej dozna, jak bardzo się pomylił.

A bóg katolicki? Gdzie jest i po czyjej stronie stoi, gdy dwa sobory nauczają zupełnie przeciwnych rzeczy? W którym momencie gwałcenia dziecka przez księdza tenże bóg się objawia? Gdzie dowód jego uwagi na cokolwiek, co jego funkcjonariusze wyprawiają w jego imię? Takich pytań można zadawać setki i pozostaną one bez odpowiedzi. Wiem, znam odpowiedź na mój zarzut: „Doświadczyłem boga!” – mówią wierzący. – „Mam głębokie, wewnętrzne przeświadczenie!”

Nie żyję długo na tym świecie, ale zdążyłem się wiele razy przekonać, że samo, osobiste przeświadczenie niczego nie udowadnia. Że wiele razy będąc przekonanym, „czując”, że to czy tamto „na pewno” jest prawdą – myliłem się.

Tym samym może warto byłoby spojrzeć na swoją wiarę i po prostu w nią zwątpić. Jeśli za tą wiarą stoi prawda – zwątpienie jej nie zaszkodzi. Przeciwnie, dowiedzie swojej prawdziwości w obserwacji, eksperymencie, sprawdzeniu. Jeśli zaś nie – to okaże się, że jest kłamstwem. Będzie to niewątpliwie straszne doświadczenie – wiem, bo mam je za sobą – ale wyjście na wolność z niewoli ślepego posłuszeństwa kłamcom wyjdzie tylko na dobre.

Ze względu na sytuację epidemiczną studia odbywają się zdalnie. I dobrze, bo nikt nie widział moich łez, gdy zaczęły się pierwsze wykłady. Tak długo i z takim trudem do tego dążyłem. Tyle szczęśliwego losu udzielił mi Wilk wbrew przekleństwom, które miotał na mnie Kościół. Ciemność lasu prowadziła mnie i chroniła przez te wszystkie dni, ku wściekłości ludzkich bogów.

Życzcie mi powodzenia, Przyjaciele, na mojej drodze zdobywania wiedzy. A dziś zostawiam Was ze słowami profesora Władysława Witwickiego, jednego z ojców polskiej psychologii:

Czy istnieje jakiś Bóg dla mnie? Jakoś nie narzuca mi się to urojenie. Jeszcze najbliżej Boga położyłbym Rzeczywistość – to wszystko, co jest, istnieje i ja do tego należę i od tego zależę, i to jest wszędzie, i bywa dobre i bywa złe, a jest nieuchronne i nieugięte, i wieczne i wielkie. O tym bogu uczy logika, fizyka i nauki przyrodnicze i psychologia. Częścią jego twarzy jest widok nieba w nocy i przez mikroskop też jego twarz oglądam, a o jego „woli” uczy mechanika i nauka o cieple, o elektryczności, o ruchu drgającym, i optyka, i biologia. Umiem zgadzać się z tą wolą bożą.