CZY RYTUAŁY DZIAŁAJĄ?

Z rytuałami spotykamy się codziennie. Rytuałem jest podawanie sobie ręki, mówienie: „dzień dobry, łaskawa pani” czy romantyczna kolacja walentynkowa.

Rytuał bowiem – można tak to ująć – to taka czynność, którą wykonujemy chcąc osiągnąć przy jej pomocy jakiś skutek pomimo tego, że pomiędzy tą czynnością a zamierzonym skutkiem nie ma fizycznej zależności. Dodatkowo czynność ta nie jest spontaniczna, ale przepisana zwyczajem, tradycją, wcześniejszym ustaleniem przez grupę ludzi czy nawet pojedynczą osobę.

I tak na przykład uderzanie młotkiem w łepek gwoździa podczas jego przybijania nie jest rytuałem – gdyż pomiędzy tą czynnością a jej rezultatem w postaci tkwiącego w ścianie gwoździa zachodzi fizyczna zależność. Ale powiedzenie komuś „dzień dobry” już rytuałem jest, a to dlatego, że choćbyśmy powtarzali te słowa tysiąc razy nie sprawi to, że ktoś, kto stracił w danym dniu cały majątek ten dzień zapamięta jako dobry. Zapalenie świeczki na grobie nie sprawi, że będziemy rzeczywiście pamiętać o osobie tam pochowanej. Zamieszanie kawy siedem razy w prawo nie sprawi, że będzie ona wyborniejsza od zamieszanej pięć razy w lewo.

Są jednak dwie dziedziny, w których rytuały odgrywają kluczową, wiodącą rolę: to religia i magia.

Religia i magia

Kiedyś ludzkość dysponowała właściwie tylko religią i magią w codziennym obcowaniu z rzeczywistościami, na które nie miała wpływu. Religia i magia przez długi czas przeplatały się ze sobą. Jednak któregoś dnia ludzie uprawiający magię na poważnie zaczęli zadawać sobie pytania: dlaczego okadzanie sproszkowanymi jądrami byka nie uzdrowiło cierpiącego na impotencję? Dlaczego noszenie talizmanu nie przyniosło szczęścia? Dlaczego długie inkantacje i kreślenie znaków różdżką w powietrzu nic nie zmieniło w rzeczywistości, którą miało zmienić?

W tym właśnie momencie drogi religii i magii się rozeszły. Religia bowiem nie mogła zadawać niewygodnych pytań, a to z powodu strachu przed swoimi bóstwami. Nie można było bezkarnie pytać, dlaczego krwawe ofiary składane bogom nie odwracają klęsk żywiołowych, bo tradycja i rygor religijny mówiły: trzeba składać przy akompaniamencie śpiewów ofiary, bo bóg tak kazał, a z bogiem dyskutować nie wolno.

Natomiast w dziedzinie magii takie pytania nie tylko wolno było zadawać, ale je zadawano i to nagminnie. Ba, zaczęto eksperymentować: skoro kadzidło z jąder byka nie pomaga, to może lepiej będzie zastosować eliksir z pryszczela lekarskiego? Skoro inkantacje nad roztopionym ołowiem nie zmieniają go w złoto, to może lepiej pójdzie, jak dodamy rtęci i poddamy długotrwałemu ogrzewaniu?

I tak to magia z wolna przeszła w naukę, drogą ewolucji porzucając kolejne rytuały na rzecz działań, które rzeczywiście przynosiły zamierzone skutki. Jako odpad tego procesu do czasów dzisiejszych dotrwały najprzeróżniejsze formy ezoteryki, okultyzmu czy wróżbiarstwa.

Tymczasem religia coraz bardziej się rytualizowała, aż stała się tym, czym jest dzisiaj: teatrem rozbudowanej liturgii, zaklinaniem rzeczywistości i kompletnie nieskutecznym, a nawet szkodliwym rozwiązaniem problemów życia codziennego.

Rytuał w ogniu dwóch skrajności

Dziś rytuały – zwłaszcza te stricte religijne – są traktowane na dwa biegunowo różne od siebie sposoby.

W religii rytuały postrzega się nadzwyczaj poważnie. Ekstremalnym przykładem jest katolicyzm, w którym pewne rytuały uznawane są za absolutnie skuteczne ex opere operato – czyli na mocy samego faktu spełnienia danej czynności rytualnej zgodnie z liturgicznym przepisem.

Drążąc przykład, w katolicyzmie trzeba wierzyć, że jeśli ważnie osobnym rytuałem wyświęcony kapłan weźmie do ręki pieczywo pszenne, wypieczone bez żadnych dodatków i wypowie nad nim słowa: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje, które za was będzie wydane” to tenże kawałek pieczywa literalnie przeistoczy się w ciało Jezusa Chrystusa. Co więcej, stanie się tak niezależnie od tego, czy ten ksiądz będzie w ogóle wierzący; czy inni uczestnicy liturgii będą w to wierzyć, czy nie; i wreszcie, co najlepsze, stanie się tak niezależnie od tego, czy ewentualnemu Jezusowi będzie się to podobało, czy nie.

Drugą skrajność spotykamy po stronie ludzi hołdujących myśleniu racjonalnemu. Ludzie ci często odmawiają rytuałom jakiejkolwiek skuteczności, jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość. Uznają je za zupełną stratę czasu, godną co najwyżej lekceważenia czy nawet drwiny.

Jak jest naprawdę? Czy rytuały rzeczywiście mogą jednak odnosić jakiś skutek? A może są tylko uprawomocnionym przez ciemnotę przesądem? Czy mamy ograniczyć rytuały tylko do dziedziny savoir-vivre? Człowiek oddany naukowemu spojrzeniu na świat, który odrzuca przesądy – czy powinien się rytuałów wstydzić? Rugować je ze swojego życia?

Naukowe spojrzenie na rytuały

Trop odpowiedzi na pytanie o wpływ rytuałów na rzeczywistość możemy uchwycić, zwracając się ku odkryciom z dziedziny neurobiologii.

Sprawą przeżyć religijnych eksperymentalnie zajmowało się już bardzo wielu naukowców: Norman Geschwind badał związek przeżyć religijnych z epilepsją; Wybitny neurolog, Vilayanur Ramachandran wykazał związek pewnych zaburzeń w pracy mózgu z religijnymi lub mistycznymi doświadczeniami. Prof. Michael Persinger zdołał sztucznie wywołać u badanych przeróżne stany mistyczne i tym podobne doświadczenia stymulując przy pomocy pola elektromagnetycznego różne partie mózgu. Zajmował się tym także neurolog Andrew Newberg, autor takich pozycji jak Why God Won’t Go Away: Brain Science and the Biology of Belief albo How God Changes Your Brain.

Wyniki tych badań zarówno wierzący jak i niewierzący tłumaczą sobie na swój sposób. Niewierzący widzą w nich dowód na to, że wszelkie przeżycia mistyczne, doświadczenia obecności boga itp. są tylko i wyłącznie wytworem mózgu. Wierzący z kolei twierdzą, że przeciwnie, dowodzą one działania boga na fizyczną rzeczywistość.

Dla naszego dzisiejszego rozważania nie jest ważne, którą interpretację przyjmiemy. Ważne jest co innego: badania dowodzą występowania ewidentnych, obserwowalnych i mierzalnych zmian w pracy mózgu u osób modlących się, medytujących albo uczestniczących we – właśnie! – rytuałach religijnych bądź okultystycznych.

No dobrze, mamy więc dowiedzione, że rytuały działają na człowieka – ale czy ich działanie sięga dalej? Czy może oddziaływać na rzeczywistość poza obrębem umysłu człowieka?

Na przeszkodzie w zbadaniu tej sprawy stoi niefalsyfikowalność tego, co twierdzą religie bądź ezoteryka na temat swoich praktyk. Jeżeli zbadamy pod mikroskopem albo przy pomocy chemicznej analizy hostię przed i po konsekracji, nie zauważymy żadnych zmian. Ale teologia katolicka podpierając się stetryczałymi wywodami Arystotelesa uświadomi nas, że przemianie uległa nieobserwowalna „istota” pieczywa, podczas gdy „przypadłości” – czyli to wszystko, co widzialne – pozostały takie same. Jeśli będziemy nadal bezczelnie nieprzekonani, migną nam oni przed oczyma kawałkiem poplamionej czymś czerwonym hostii i powiedzą: „a oto cud eucharystyczny!” A potem pokażą zamazane zdjęcie nie wiadomo czego twierdząc, że to fragment tejże hostii i krzykną triumfalnie: „proszę! Hostia zmieniła się w mięsień sercowy!” Jeśli i to nie pomoże, wezwą na pomoc jakąś starszą, zastrachaną panią doktor i każą jej pod karą wiecznego potępienia publicznie potwierdzić tego typu rewelacje. Albo zwyczajnie przekupią jakiś niedofinansowany, lokalny instytucik.

Pewien trop w sprawie może nam dać choćby takie sanktuarium w Lourdes, słynne z cudownych uzdrowień, które dokonują się tam – podobno – na skutek modlitwy do matki boskiej. Tygodnik katolicki „Niedziela” twierdzi, że co roku Lourdes odwiedza 80 000 chorych. Sam Kościół Katolicki utrzymuje, że dokonało się tam w przeciągu półtora przeszło wieku istnienia tegoż sanktuarium aż 7000 niewytłumaczalnych z punktu widzenia medycznego uzdrowień, z których „oficjalnie uznano” jednak zaledwie siedemdziesiąt.

Sanktuarium w Lourdes działa od 1858 roku. Dokonajmy prostego obliczenia. Niemal od samego początku istnienia było ono oblegane przez wielu chorych, ale nie wiemy, jakich lat konkretnie dotyczy podana przez katolicką gazetę liczba 80 000. Znając historię sanktuarium myślę, że możemy bezpiecznie przyjąć nawet rok 1860 za początkowy. Od tego czasu minęło 160 lat.

A więc:
160 * 80 000 = 12800000. Tyle chorych zwróciło się do matki boskiej w Lourdes o zdrowie w przeciągu tego czasu. Ale weźmy pod uwagę, że niektórzy mogą przybywać tam częściej niż raz, więc co tam! Bądźmy hojni i zmniejszmy tę liczbę o połowę – niech to będzie 6400000 chorych. Bądźmy jeszcze bardziej hojni – i wspaniałomyślnie uznajmy, że wszystkie siedem tysięcy zgłoszonych, ale w większości nieuznanych przez Kościół za „niewątpliwe” uzdrowień rzeczywiście było cudownymi uzdrowieniami.

Z prostej proporcji:
6400000 – 100%
7000 – x%
wyliczyć możemy, iż w przeciągu istnienia sanktuarium zostało uzdrowione… 0,1% chorych!

Myślę, że każdy szpital może się pochwalić równie „wielkim”, jeśli nie większym odsetkiem niewytłumaczalnych z pozycji dzisiejszej wiedzy medycznej uzdrowień. Dodajmy, że przecież medycyna się rozwija. To, co dziś jest najzupełniej wytłumaczalną i zbadaną przemianą w organizmie, pięćset lat temu uznano by za cud. A to, czego dziś nie możemy wytłumaczyć nie oznacza, że nie wytłumaczymy tego w przyszłości.

Nie wiem, ile osób na świecie modliło się do Breżniewa o cudowne uzdrowienie, ale myślę, że spokojnie można przyjąć, iż takich osób było o wiele, wiele mniej niż w Lourdes. Tymczasem rosyjskie media swego czasu donosiły o pewnej pani, która pomodliła się pod popiersiem nagrobnym tegoż radzieckiego przywódcy i – jak twierdzi – została cudownie uzdrowiona z chronicznej migreny czy czegoś w tym stylu. Kto wie, gdyby zbadać statystycznie stosunek liczby chorych modlących się do liczby chorych uzdrowionych, może Breżniew prześcignąłby matkę boską?

Moje doświadczenia

Odwołam się teraz do swoich doświadczeń. Wiele lat życia zmarnowałem na wykonywanie najprzeróżniejszych praktyk religijnych. W późniejszym czasie eksperymentowałem z niektórymi praktykami okultystycznymi. Żadna, ale to żadna z tych praktyk nie dała mi żadnego, obiektywnie weryfikowalnego skutku w obserwowalnej rzeczywistości.

Mam na swoim koncie kilka wydarzeń, które owszem, można uznać za udane próby cudownego uzdrowienia kogoś przy pomocy katolickiego błogosławieństwa. Ale można je za takie uznać tylko pod warunkiem, że nie weźmie się pod uwagę, iż po chwilowej poprawie zdrowia stan chorego znów się pogorszył, oraz że założymy (a jest to założenie z pewnością fałszywe!), że dany chory nie otrzymywał wówczas żadnych leków ani innych środków pomocy medycyny konwencjonalnej.

Tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy razy moje plugawe dłonie szatańskiego syna dotykały hostii konsekrowanej i żadna nie zaczęła krwawić.

Wykazałem się przy tym bardzo dobrą wolą i każdy – ale to każdy! – mało prawdopodobny zbieg okoliczności, związany z moją religijnością i jej praktykami, który zdawał się potwierdzać jakiś subtelny wpływ sił wyższych na moje życie przypisywałem tymże wyższym siłom. A co tam! Niech mają! I co?

Jeśli na poważnie i konsekwentnie trzymałbym się tej fideistycznej zasady, musiałbym uznać, że to sam bóg we własnej osobie nakazał mi, żebym zwrócił się do naukowo pojętej Przyrody i do jej wstrętnych, demonicznych mocy wszechobecnego drapieżnictwa, pasożytnictwa i walki o życie, a jemu samemu natychmiast przestał zawracać głowę

Podsumowując: możemy zaobserwować, że rytuały mają wpływ  na rzeczywistość, ale zasięg tego wpływu ogranicza się w zasadzie tylko do człowieka w tychże rytuałach uczestniczącego, a dokładniej – do jego umysłu i stanu emocjonalnego.

Innymi słowy, rytuały działają – ale tylko na nasz umysł.

Tylko… a może „aż”?

Nie możemy jednak lekceważyć rytuałów. Wpływają one na nasz umysł naturalną drogą, którą wszystko do tegoż umysłu się dostaje: przez wzrok, smak, słuch, węch i dotyk. Są sprawowanymi w rzeczywistości fizycznej czynnościami, które wzbudzają w nas ściśle określone emocje, mogą sprawić, że zaczniemy widzieć albo słyszeć to, co zechcemy zobaczyć albo usłyszeć. Przy pomocy rytuałów można też wpływać głęboko na psychikę innych ludzi, a szczególnie podatne na te wpływy będą dzieci.

Dlatego korzystanie z rytuałów powinno być traktowane za wymagające równej ostrożności, co korzystanie z energii atomowej. Spójrzmy, co nam ukazuje nauczycielka życia, historia. Spójrzmy na najbardziej krwawe i ludobójcze reżimy i zobaczymy, że roiło się tam od rytuałów: apele nazistowskie pod Feldherrnhalle, parady i stalinowskie misteria na Placu Czerwonym… Dziś mogą się wydawać absurdalne, ale to one właśnie – między innymi – sprawiały, że zwykli ojcowie rodzin, normalni, do bólu przeciętni i mający przeciętne marzenia ludzie ubierali się w mundury SS lub NKWD i bez drgnienia powieki wykonywali masowe egzekucje.

Odpowiednio zorganizowany rytuał jest w stanie wzbudzać w ludziach emocje, które w sposób realny wyrażą się w ich postępowaniu. Rytuały nie zmieniają samej rzeczywistości – ale zmieniają jej postrzeganie, a postrzeganie rzeczywistości to jedyny zbiór danych na jej temat który mamy! Gdy więc rytuał zafałszuje nam widzenie rzeczywistości, nie będzie miało znaczenia to, jaka rzeczywistość w istocie jest – bo my już przejdziemy do czynów. Być może krwawych, być może zbrodniczych.

Z drugiej jednak strony rytuały mogą, odpowiednio i świadomie używane, mieć także wpływ dobroczynny. Dzięki rytuałom możesz wpłynąć na samego siebie, Przyjacielu, w sposób o wiele bardziej skuteczny, niż gdybyś po prostu próbował coś własnym wysiłkiem woli sobie nakazać.

Miałem dawno temu czas w życiu, że bardzo dużo paliłem. Wiele razy próbowałem – jak to próbuje wielu – „ograniczyć” chociaż, jeśli nie porzucić ten nawyk. Oczywiście bezskutecznie. Jednak pewnego dnia, kiedy postanowiłem wyjechać w Bory Dolnośląskie w poszukiwaniu wilków (więcej o tym przeczytasz tutaj) powiedziałem sobie, że zostawiam całe swoje dotychczasowe życie za sobą. Wypaliłem ostatnią paczkę papierosów, poszedłem w góry i chodziłem cały dzień myśląc o tym, że oto zaczyna się moja ostatnia droga i wszystko sprzed niej – zostawiam za sobą. Idę do wilków, a one mają bardzo dobry węch – palenie nie licuje, nie przystoi temu, który do nich przystępuje.

Był to oczywisty, życzeniowy i niemający żadnych logicznych podstaw rytuał – ale skuteczny. Od tego czasu nawet nie pomyślałem o tym, żeby sięgnąć po tytoń.

A spróbuj kiedyś, Przyjacielu usiąść i zabawić się w twórcę jakiejś religii czy czarownika i zaprojektuj sobie swój jeden, wolny od pracy dzień tak, żeby cały ten dzień był rytuałem. Zaplanuj sobie, że wypijesz trzy kielichy wina za każdym razem pięć razy wąchając je przed wypiciem. Zaplanuj sobie, że zapalisz w pokoju osiem zielonych świec i będziesz przez dwie godziny nic nie robił. Zaplanuj sobie jeszcze inne, zupełnie bezsensowne czynności o których wiesz jednak, że Cię relaksują, sprawiają Ci choćby drobną przyjemność. A potem precyzyjnie, niczym alchemik przy swoim atanorze, wykonaj ten rytuał – a zobaczysz, jak pięknym stanie się ten dzień dla Ciebie nawet, jeśli akurat będzie paskudna pogoda albo będziesz mieć za sobą okropny tydzień.

Modlitwa do Wilka

Często modlę się do Wilka. Dobrze wiem, że żadne z moich słów do żadnego wilka nie dotrze. Dobrze wiem, że nawet, gdyby dotarły, byłyby dla niego zespołem dziwnych i bezsensownych dźwięków, wydawanych przez tą wynaturzoną, bezwłosą małpę. Wiem doskonale, że żadne z moich słów nie zmienią rzeczywistości.

Ale mogą zmienić mnie samego. Dają mi siłę i inspirację, jaką prostym wysiłkiem woli nie potrafiłbym w sobie tak łatwo i w takim stopniu wzbudzić. Dają mi przyjemność, że oto robię coś, co – gdyby istniał bóg chrześcijański – przyprawiłoby go o śmiertelną obrazę i wściekłość. Wreszcie – i to chyba najważniejsze – pozwalają mi lepiej przemyśleć trudne do rozwiązania problemy, gdyż zwrócenie się do kogoś, kogo szanujemy sprawia, że bardziej precyzyjnie przyglądamy się swojemu tokowi rozumowania.

Oczywiście, jest wielu ateistów czy racjonalistów, którzy lekceważą rytuały i odpowiedzą, że jeśli ktoś nie potrafi sam w sobie wzbudzić inspiracji albo prostym nakazem woli rzucić palenia, to jest godnym pogardy słabeuszem.

Jednak ja na to odpowiem: w takim razie godnym pogardy słabeuszem jest ten, kto, gdy go boli głowa, bierze tabletkę przeciwbólową. Przecież zamiast tego powinien prostym wysiłkiem woli nakazać sobie, że po prostu nie będzie zwracał na ten ból uwagi

Rytuały są środkiem, który możemy zastosować w pewnych sytuacjach codziennego życia – środkiem jak każdy inny, który może nam to życie ułatwić. A co jest złego w ułatwianiu sobie życia? I przeciwnie: co jest takiego dobrego w celowym jego utrudnianiu?

I tak jak tabletka przeciwbólowa przedawkowana może się stać trucizną, tak też jest z rytuałami. Wymagają ostrożności, wymagają przede wszystkim świadomości – oto nie wzbudzam jakiejś magicznej mocy, którą zmienię rzeczywistość – ale pomogę sam sobie tę rzeczywistość zobaczyć w nowym świetle. pod nowym kątem.

Mogę tylko zakończyć apelem: nie lekceważmy rytuałów, zwłaszcza, gdy ktoś przy ich pomocy próbuje na nas wpływać. I nie lekceważmy ich jako narzędzia – jednego z wielu, a o wiele mniej szkodliwego od niektórych z nich – do ułatwienia sobie życia. Wystarczy robić to z głową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.