DLACZEGO KOŚCIÓŁ BOI SIĘ EKOLOGII?

Pytanie postawione w tytule niniejszego artykułu może budzić sprzeciw. Wielu ludzi zapyta: a co z chrześcijańską ekologią, z encykliką papieża Franciszka Laudato si’, która już dorobiła się miana „zielonej encykliki”? Co ze słynną duchowością inspirowaną św. Franciszkiem z Asyżu? Co z wieloma innymi wypowiedziami i działaniami Kościoła skierowanymi w celu ochrony Przyrody?

Jak za chwilę wykażę, te wszystkie wypowiedzi i działania są tak naprawdę pozłoconymi oznakami wrogości wobec Przyrody, wrogości zakorzenionej w rdzeniu nauki chrześcijańskiej.

Jaki jest problem z chrześcijańską ekologią?

W czasie tzw. audiencji generalnej 17 stycznia 2001 roku ówczesny przywódca Kościoła, papież Jan Paweł II swoje wystąpienie zatytułował „Trzeba zapobiec katastrofie ekologicznej”. W przemówieniu znalazły się słowa, oddające istotę tego, czym jest chrześcijańska ekologia:

Wierny jest niejako „pasterzem istnienia”, to znaczy tym, który prowadzi do Boga wszystkie istoty (…). Człowiekowi zostaje powierzona misja: ma on panować nad stworzeniem, by ukazać wszystkie jego możliwości. Jest to władza delegowana, udzielona przez Boskiego Króla u samych początków stworzenia, gdy mężczyzna i niewiasta, stworzeni „na obraz Boży”, otrzymują polecenie by byli płodni, by rozmnażali się, zaludniali ziemię, czynili ją sobie poddaną i panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi istotami żywymi (…). Św. Grzegorz z Nyssy (…) komentował: „Bóg uczynił człowieka w taki sposób, aby mógł on sprawować swą funkcję króla ziemi. Człowiek został stworzony na podobieństwo Tego, który rządzi wszechświatem. Wszystko to wskazuje, że od samego początku jego natura nosi znamię królewskości (…). Jednakże panowanie człowieka nie jest absolutne, ale służebne — jest to rzeczywisty odblask jedynego i nieskończonego panowania Boga. Dlatego człowiek powinien je wypełniać z mądrością i miłością, uczestnicząc w niezmierzonej mądrości i miłości Boga. W języku biblijnym wyrażenie «nadać imię» stworzeniom (por. Rdz 2, 19-20) mówi o owej misji poznania i przemieniania stworzonej rzeczywistości. Nie jest to misja absolutnego i niepodważalnego władcy, lecz sługi Królestwa Bożego, powołanego do kontynuowania dzieła Stwórcy (…).

W powyższym tekście jest wszystko, co składa się na podstawowe założenia chrześcijańskiej ekologii, przedstawione również w innych, najprzeróżniejszych dokumentach, katechezach i wypowiedziach Kościoła. Nie będę Cię, Przyjacielu zamęczał przytaczaniem tych rozwlekłych, pełnych biblijnych frazesów i nic nie mówiącej pseudopoezji tyrad. Wszystkie można zsyntetyzować w kilku zdaniach, opisujących całe podejście religii chrześcijańskiej do świata Przyrody:

1. Bóg stworzył Wszechświat i Przyrodę.
2. Człowieka stworzył trochę „inaczej” niż całą resztę: jako jedyny jest istotą rozumną, posiada nieśmiertelną duszę, jest „na obraz boży” zrobiony;
3. Tenże więc człowiek ma prawo i obowiązek być królem, władcą, zarządcą całej ziemi – czym bóg jest dla człowieka, tym człowiek dla Przyrody;
4. Jeżeli ten król, władca i zarządca okazuje się rabunkowym wyzyskiwaczem zasobów Przyrody, to winien jest temu „grzech”.
5. Człowiek więc musi w ramach walki z „grzechem”, na przykład homoseksualizmu, walczyć o to, żeby być „dobrym gospodarzem” ziemskiej Przyrody.

Problem polega na tym, że każde z tych założeń jest błędne. I że z każdego z nich wynika innego rodzaju katastrofa ekologiczna.

Pierwsze założenie pakuje całą Przyrodę, z całą Jej nieogarnioną dla człowieka złożonością, pięknem i de facto wszechmocą – do wora z napisem: „to tylko stworzenie”, a więc coś podrzędnego w stosunku do boga, który – jest człowiekiem! Według doktryny chrześcijańskiej, przypomnę, człowiek o imieniu Jezus Chrystus jest Synem Bożym, drugą osobą jedynego, ale podzielonego na trzy boga, a więc – bogiem!

A więc już w tym założeniu, założeniu że Przyroda została „stworzona” zawiera się w istocie wielka pogarda dla Niej. Niezależnie od Jej wielkości, niezależnie od Jej potęgi w optyce chrześcijańskiej jest ona TYLKO stworzeniem, tylko czymś niższym, podlejszym, mniejszym w godności, wspaniałości, pięknie itp. od Wielkiego, Przenajświętszego Człowieka.

W tym kontekście drugie założenie wynika z pierwszego: bóg jest wieczny i nieśmiertelny, a człowiek to taki półbóg: w połowie jest równie nieśmiertelny i wieczny. Życie boga to nieskończoność, a życie człowieka to pół nieskończoności, bo zaczyna się w chwili „poczęcia” ale nigdy się nie kończy. Tym samym według religii chrześcijańskiej wartość człowieka o lata świetlne przewyższa wartość życia jakiegokolwiek zwierzęcia, rośliny a nawet całej biosfery razem wziętej.

Przeświadczenie i wiara w istnienie jakiegoś „boskiego nakazu”, który daje człowiekowi mandat do zarządzania Przyrodą i dowolnego korzystania z Jej zasobów w oczywisty sposób wydaje tę Przyrodę na żer niepowstrzymanego korzystania. A że według nauczania Kościoła to korzystanie ma być „mądre”? A co to znaczy? Wszystko i nic. Co najwyżej skłania do zachowania „zasobów” dla „przyszłych pokoleń” i niczego więcej. To nie jest żadna ochrona Przyrody, bo nie składa się Ona wyłącznie z tego, co może stanowić zasób dla ludzi.

Mityczny „grzech” odpowiedzialny według Kościoła za niszczenie Przyrody jeszcze bardziej oddala katolika od jakiejkolwiek szczerej troski o środowisko naturalne. Przecież według Kościoła najstraszniejszymi grzechami są homoseksualizm, onanizm, seks przedmałżeński i z zabezpieczeniami! No cóż, jeżeli będziemy oskarżać gejów o to, że są odpowiedzialni za zniszczenie krajobrazu przez deweloperów budowlanych i wystrzelanie dzikich zwierząt przez myśliwych… Jakoś nie wydaje mi się, żebyśmy tym tokiem rozumowania daleko na drodze do zachowania Przyrody zaszli.

No i wreszcie ta cała emfaza w pojęciu człowieka jako „gospodarza” Przyrody… Wystarczy spojrzeć z gór na zamieszkane doliny, żeby pojąć, że człowiek jest raczej liszajem, rakiem Przyrody, a nie jej gospodarzem.

Żeby czymś gospodarzyć, a zwłaszcza mądrze gospodarzyć – trzeba się na tym znać. A problem ludzkości polega na tym, że o Przyrodzie wiemy naprawdę bardzo niewiele. A z tego „niewiele” najwięcej wiedzą naukowcy, a nie ministrowie, leśnicy, myśliwi i księża, którzy de facto zajmują się „zarządzaniem” Przyrodą.

Człowiek nie może być gospodarzem Przyrody ponieważ po prostu jest niekompetentny do takiej roli.

A co z Franciszkiem?

Tak chętnie przywoływana duchowość franciszkańska w istocie nie przynosi żadnego rozwiązania powyższych problemów. Sławiona jako chrześcijańska ekologia, poza paroma poetyckimi westchnieniami nie oferuje nic.

Mało tego, tak naprawdę też jest szkodliwa dla Przyrody i żeby się o tym przekonać, wystarczy przeanalizować legendy o życiu średniowiecznego świętego. Co jest ekologicznego w zmuszaniu wilków, żeby nie były wilkami, tylko żebrzącymi o resztki bezpańskimi psami? Co jest ekologicznego w gadaniu do ptaków o tym, że stworzył je jakiś nieistniejący bóg? A że Franciszek z Asyżu nazywał zwierzęta czy rośliny „braćmi” i „siostrami”? Daleko ludziom do zasłużenia na zaszczytne miano braci i sióstr dla Przyrody.

A co z tym Franciszkiem, żyjącym w naszych czasach, autorem „zielonej encykliki”? Niestety, nie dokonał on w tej sprawie wielkiego postępu. Owszem, unika on jawnego mówienia o człowieku jako rzekomej „koronie stworzenia”, gospodarzu, królu czy innych podobnych bzdurach, co nie znaczy, że z nich rezygnuje. Tak naprawdę wciąż powołuje się na swojego stetryczałego poprzednika Jana Pawła II, a ten bez ogródek zwykł był mówić w sposób, który opisałem powyżej.

Co więcej, sam popełnia wiele antyprzyrodniczych kwiatków. Pisze na przykład tak:

Jakże wspaniałą jest pewność, że życie każdej osoby nie gubi się w beznadziejnym chaosie, w świecie rządzonym przez czysty przypadek lub przez powtarzające się bez sensu cykle!

Laudato si’, 65

Nie, papieżu, nie jest wspaniałą pewność, zrodzona z urojeń, którym wprost zaprzecza cała rzeczywistość. Przyroda bowiem jest tym właśnie, co odrzucasz: „czystym przypadkiem” i „powtarzającymi się bez sensu cyklami”!

Chwilę później autor nie omieszkał rozpisać się o – a jakże! – „grzechu” który jest wszystkiemu winien. A zaraz potem sławi Franciszka z Asyżu za to, że swoim podejściem do Przyrody „uzdrowił ludzką relację ze stworzeniem”!

Co można uzdrowić, pytam, paroma poetyckimi westchnieniami? Czy powstrzymają one buldożery i harwestery, czy oczyszczą rzeki z szamba, lasy z oprysków i zmienią tor lotu kuli ze sztucera?

Jeszcze chwilę później autor bezczelnie kłamie, twierdząc, że biblijny nakaz „panowania” nad całą ziemią wcale, ale to wcale nie jest i nigdy nie był interpretowany przez Kościół jako pozwolenie na bezlitosną eksploatację natury. Gdyby zszedł z Watykanu i posłuchał, co na ten temat mówi cała reszta Kościoła z biskupami polskimi na czele, gdyby przeczytał wciąż sławionego jako fundament wszelkiej teologii Tomasza z Akwinu i jemu podobnych – zobaczyłby, w jakim jest błędzie.

Później rozpisuje się on o tym wszystkim, o czym wspomniałem powyżej, czyli znów: o bogu – stwórcy, o zachowaniu zasobów dla przyszłych pokoleń. Owszem, przyznaje tzw. „stworzeniom” jakąś „wartość samą w sobie”, w sensie przyznaje, że mają jakąś wartość poza użytecznością dla człowieka, ale – niespodzianka? – wcale nie precyzuje, co to jest za wartość i czy cokolwiek z niej wynika.

I ciągle powtarza mit o tym, że Przyroda potrzebuje „ochrony”. „troski”, „doglądania” ze strony człowieka, bo „bóg ją powierzył człowiekowi”. Co za bzdury!

Przyroda wcale nie potrzebuje „doglądania” przez człowieka, ale tego, żeby zostawił ją w spokoju i zniknął.

No i nie omieszkał stwierdzić w karkołomnym i całkowicie nielogicznym wywodzie, że odebranie Przyrodzie czci boskiej wcale jej nie zaszkodziło… a wręcz przeciwnie!

Autor ma ponadto strasznie wykoślawioną wizję Przyrody jako słodziutkiej, grającej harmonii. Nie raczył zauważyć, że Przyroda to tak naprawdę orgia śmierci, drapieżnictwa, rozszarpywania, pasożytnictwa, pożerania się nawzajem – a tym samym bezsensownym bełkotem są jego tyrady o „boskiej miłości” która jakoby przepełnia Przyrodę.

Popełnia autor wciąż na nowo powtarzany błąd, gdy twierdzi:

Człowiek, choć jest również objęty procesami ewolucyjnymi, niesie ze sobą pewną nowość, której nie da się wyjaśnić przez ewolucję.

Laudato si’, 81

Niestety, ale nie ma w człowieku rzeczy – od iluzji nieistniejącej duszy ponoć nieśmiertelnej po gówno, które wydala – której nie dało by się wyjaśnić Prawem Doboru Naturalnego.

W rozwlekłej gadaninie sugeruje autor, że złe traktowanie np. zwierząt jest złe, bo pociąga za sobą złe traktowanie się ludzi nawzajem. I znów w ten sposób, choć twierdzi, że absolutnie sensem istnienia biosfery nie jest tylko i wyłącznie człowiek, to w takich właśnie tezach przedstawia twierdzenie całkowicie przeciwne.

Mistrzostwem niedomówień w wydaniu papieża jest zaś przedstawianie Jezusa jako ekologicznego gościa. I jakoś brak w encyklice wzmianek o tym, że Jezus przeklął drzewo figowe, bo jako wszechwiedzący bóg nie wiedział, kiedy przypada czas owocowania. Ani słowa o tym, że uzdrowienie obdartusa spod Gerazy z urojonego „opętania” warte było dla Jezusa życia dwóch tysięcy świń; że żywił zadziwiającą nienawiść do całej rodziny psowatych, używając to psa, to lisa, to wilka jako symboli grzechu, zła, diabła, podstępu i nieczystości.

Mógłbym jeszcze długo komentować cały tekst Laudato si’, ale po co? Znamienne jest to, że ta encyklika, nic tak naprawdę niewnosząca do stosunku chrześcijaństwa do Przyrody, a jedynie ukrywająca co bardziej wstydliwe jego aspekty – że ta encyklika przez wielu hierarchów, księży i fanatyków została uznana za akt „odstępstwa od wiary”!

Nieodrobiona lekcja astronomii

Mikołaj Kopernik nie zrobił rewolucji w astronomii. Po pierwsze, jego model budowy Układu Słonecznego koniec końców i tak okazał się błędny, bo choć wprowadzał prawidłowe ustawienie planet i Słońca względem siebie, to uparcie trzymał się twierdzenia Ptolemeusza o tym, że planety poruszają się po doskonałych orbitach kołowych z doskonale jednostajną prędkością – przecież niebiosa nie mogą być – niedoskonałe!

Po drugie, sam zaznaczał, że nie twierdzi, iż tak właśnie wygląda Układ Słoneczny – jedynie proponuje nową metodę obliczania pozycji planet na niebie jako wygodniejszą i prostszą od geocentrycznej. Jego model nie był więc tak naprawdę modelem astronomicznym w dzisiejszym rozumieniu słowa „astronomia” – ale modelem matematycznym, wzorem z geometrii.

Co więcej, oba modele – geocentryczny i heliocentryczny – ostatecznie i tak wykorzystywano podówczas głównie do stawiania horoskopów.

Istota rewolucji kopernikańskiej nie polega zatem na takiej czy innej pozycji ciał niebieskich i ich orbit – ale na tym, że po raz pierwszy ktoś odważył się pomyśleć, że człowiek nie jest centrum, alfą i omegą Wszechświata.

A tymczasem jeszcze w połowie XVIII wieku ks. Benedykt Chmielowski tak pisał o Koperniku:

Systema Copernicanum, nie dla tego od jego nazwane Imienia, jakby go Mikołaj Kopernik, Prusak z Torunia, Kanonik Warmiński, Anno D. 1543 zmarły, miał zinwentować, ale że mu dał powagę i perfectionem, jako główny suo saeculo Astronom. Lecz te systema zinwentowali dawno Philoanus Pytagoryk i Arystarchus z Insuły Samos. Te systema jest błędne, contra Fidem trzyma (…)  Ale te systema y o nim sentencja nie jest Pismu Świętemu conformis, w Szkołach Katolickich non docetur, jako (już po śmierci Kopernika) wyklęta od Pawła V Papieża Roku 1616: deputowawszy Congregationem Cardinalium od Urbana VIII Papieża, przez taką Kongregację mianą Roku 1633 Iunii 22. W ten czas dekretowano, że sentencja taka jest absurdafalsaHaeretica i Literze Pańskiej przeciwna, która wyraźnie mówi o Ziemi perpetuo stojącej…

Ks. Benedykt Chmielowski, Nowe Ateny.

Trzeba było jeszcze bez mała stu lat, żeby Kościół katolicki łaskawie stwierdził, że może jednak Ziemia obiegająca Słońce nie bluźni aż tak bardzo przeciwko doktrynie wiary.

Cały dowcip polega jednak na tym, że Kościół zgodził się z bólami na model astronomiczny – ale nigdy nie pogodził się z istotą kopernikańskiej rewolucji.

Dziś wiemy, że Wszechświat obserwowalny ma promień 13,5 miliarda lat świetlnych. Wiemy, że cały Wszechświat – a więc razem z jego resztą, z której światło nie zdążyło dolecieć do obiektywów naszych teleskopów przez cały czas jego istnienia – na mocy inflacji kosmologicznej musi być PRZYNAJMNIEJ 1022 razy większy od obserwowalnego!

Wiemy dzisiaj, że planeta Ziemia nie tylko nie jest w centrum Układu Słonecznego, ale błądzi gdzieś w podrzędnym ramieniu średniej wielkości galaktyki, jednej z miliardów podobnych, tworzących gromady, które z kolei składają się na całe, niewyobrażalnie wielkie włókna ciągnące się całymi setkami milionów lat świetlnych.

Wiemy, że człowiek jest produktem ewolucji, jednym z wielu gatunków zwierząt, jedną z wielu istot żywych i że nie ma żadnego prawa do wyjątkowości – poza tą wyjątkowością, jaką ma komórka rakowa względem zdrowego organizmu.

Mikołaj Kopernik był tym, który uczynił pierwszy, nieśmiały jeszcze krok ku temu zrozumieniu. Zrozumieniu, z którym Kościół nigdy się nie pogodził.

I tak zarówno papież w encyklikach jak i wiejski proboszcz w niedzielnym kazaniu mówią wciąż o Adamie i Ewie jako rzeczywiście istniejących postaciach, stworzonych przez boga na swoje „podobieństwo”, „powołanych” do „panowania” nad wszelkimi istotami żywymi. Teologowie toną w idiotycznych sporach o to, czy retoryka Kościelna nie jest aby zbyt „humanistyczna”, czy to nie zagraża pozycji boga – i to boga, który tez jest według nich człowiekiem!

W kościelnym światopoglądzie człowiek jest wciąż półbogiem – a zwierzęta godnymi pogardy niewolnikami. A które zwierzę nie chce być niewolnikiem – jest wrogiem i musi się liczyć z kulą wąsatego skurwiela w myśliwskim wdzianku, który następnie uklęknie nad stygnącym trupem, by podziękować św. Hubertowi za to, że „bór darzył”.

Korporacja Kościoła katolickiego, wbrew ugodowej polityce swojego prezesa ciągle utrzymuje, że człowiek ma prawo traktować Przyrodę jak tanią dziwkę, której a i owszem, coś tam zapłacić wypada, ale posuwać można bez ograniczeń. Że ma do tego święte i dane przez boga prawo.

Nie wierzycie, że Kościół tak utrzymuje? No to przyjrzyjmy się jego prawdziwemu „nauczaniu”, temu docierającemu do szerokich mas katolików, a nie do wąskiej garstki zasuszonych teologów, którym jako jedynym chce się analizować wodolejstwo i bełkot papieskich encyklik.

Nauczanie Kościoła w akcji

Jest taki publicysta i dziennikarz katolicki, Franciszek (czyżby nomen omen?) Kucharczak. W jednym z najbardziej poczytnych czasopism kościelnych, „Gościu Niedzielnym” posiada on swój kącik felietonowy, kącik, który bez żadnej przesady można określić odpowiednikiem dwóch minut nienawiści z powieści Orwella. Nosi on rażący pretensjonalnością tytuł „Tabliczki sumienia”!

W tym więc kąciku, którego nazwa pretenduje do tego, by twierdzenia tam przedstawione uważać za równie pewne, co wynik mnożenia, przeczytać możemy felietony na przeróżne, „gorące tematy” kościelne typu seks, aborcja, eutanazja, kondomy, pigułki, lewactwo, Żydzi, masoni, bolszewicy i cykliści.

Pan Kucharczak nie omieszkał wypowiedzieć się także na temat ekologii. Wybacz, Przyjacielu, ale nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć jego błyskotliwego wystąpienia niemal w całości. Gwarantuję Ci, że jeśli jesteś osobą o minimum choćby wiedzy biologicznej i świadomości ekologicznej, jeśli dzielisz swój dom choćby z psem lub kotem – nigdy nie zapomnisz tych słów.

Ostatnio jakby bezpieczniej być zwierzęciem niż człowiekiem. Całe gatunki są obejmowane ochroną, szczególnie w okresie lęgowym – odwrotnie niż u ludzi. Niedawno w radiu ktoś stwierdził, że gdyby wyginęły owady, życie na Ziemi przestałoby istnieć, a gdyby wyginęła ludzkość, natura rozkwitłaby w najlepsze. Ta mądrość padła z okazji Dnia Praw Zwierząt, jaki przypadł w sąsiedztwie Dnia Matki i Dnia Dziecka. Z telefonów do studia wynikało, że sporo ludzi się owymi „prawami” przejmuje. A bo te zwierzaki takie dobre, a ludzie tacy źli – psy wiążą przy budzie, do schronisk oddają, konie na ubój wysyłają.

Jasne, że zwierzęta też mają problemy. Ale mówienie o prawach dla nich jest tak samo zasadne, jak debata nad lokalizacją lotniska dla krów. Zwierzętom z natury żadne prawa nie przysługują. Prawa to mają ludzie i tym samym mają też obowiązki. Traktować zwierzęta po ludzku jest jednym z obowiązków ludzi, a nie prawem zwierząt. Kto ma psa albo kota, powinien traktować go jak człowiek, a nie jak człowieka. Kto ma świnię, powinien po ludzku dać jej jeść, a potem ją zjeść. Uprzednio po ludzku zabiwszy. Tak samo z pozostałą gadziną.

Nie dajmy się zwariować. Nośmy futra, jedzmy schabowy, chodźmy w skórzanych butach i dziękujmy Bogu, że daje nam się czym pożywić i w co ubrać. W tych szopkach z „prawami” zwierząt wcale nie chodzi o zwierzęta – to idzie o człowieka. Czy ktoś myśli, że hiszpańscy socjaliści z miłości do szympansów przyznali im część praw ludzkich? Nie – to skutek nowej wizji człowieczeństwa, opartej na założeniu, że nie ma Boga ani żadnej siły wyższej. Tym samym i duszy nieśmiertelnej nie ma. Takie stawianie sprawy musi skutkować postawieniem człowieka w szeregu zwierząt i uznaniem go za taką samą istotę, jak każda inna, tylko trochę bardziej rozwiniętą.

Już widać, jakie owoce przynosi to założenie. W imię „powrotu do natury” przedstawiciele homo rezygnują z sapiens i poddają się głosowi „instynktu”. To z tej przyczyny łażą goło po plażach, na paradach wymachują tym i owym albo publicznie biją „seksualne rekordy”. To „wierność naturze” usprawiedliwia mężów z niewierności żonom, bo ponoć każdy męski ssak z natury jest poligamistą i powinien rozsiać po świecie jak najwięcej plemników. Więc się chłopy łajdaczą, rozsiewając te plemniki, choć nie wiedzieć czemu w prezerwatywę.

W takiej wizji człowieka nie ma miejsca na moralność. Bo rdzeniem moralności jest zdolność mówienia samemu sobie „nie”. Spośród wszystkich ziemskich stworzeń tylko człowiek to potrafi. Ale gdy ludzie właśnie to uznają za nienaturalne, stają się najbardziej żałosnymi użytkownikami tego świata. I wtedy naprawdę zagrażają światu, ale najbardziej sobie. Bo skutkiem przyznawania praw zwierzętom jest odebranie praw człowiekowi.

F. Kucharczak, Prawa nieludzkie, w: Gość Niedzielny 23/2009

Dotarłeś do tego momentu. Przyjacielu? Dodam tylko, że powyższa wypowiedź nie jest prywatną, niszową wypociną anonimowego hejtera. To poważany teolog i historyk Kościoła, rozchwytywany i chwalony w środowiskach kościelnych, publicysta „Gościa Niedzielnego” które to czasopismo co niedzielę w ogłoszeniach parafialnych reklamują wszyscy proboszczowie jak Polska długa i szeroka.

W tym kontekście słynna wypowiedź arcybiskupa Marka Jędraszewskiego o „bardzo niebezpiecznym ekologizmie” jawi się niemal jako stonowana i mieszcząca się w granicach tego, co można się po Kościele spodziewać.

Adam jest kimś kto nazywa zwierzęta, a więc nad nimi panuje i nie znajduje wśród nich kogoś kto byłby partnerem dla jego życia, dlatego otrzymuje małżonkę. To jest wizja człowieka i świata, którą głosi chrześcijaństwo.

Abp Marek Jędraszewski

Pod katolickie strzechy nie trafia bełkot Laudato si’, ale właśnie takie, odrażające bzdury. I to właśnie te bzdury, pełne gatunkowej pychy i triumfalizmu myśliwego, fotografującego się nad trupem wilka stanowią istotę chrześcijaństwa i katolicyzmu – a nie uspokajająca, powierzchowna pozłota niezrozumiałych, rozwlekłych tyrad papieża i kilku średniowiecznych, słodziuśkich legend.

A oto ich skutek – i oto prawda o Kościelnej ekologii, o chrześcijaństwie, o ludzkim bogu i o człowieczeństwie:

Proszę Cię, Przyjacielu: nie zapomnij Kościołowi i jego bogu tego, co widzisz. Nie zapomnij słów, które przytoczyłem. Nie wolno o nich zapomnieć tak, jak nazizmowi nie wolno zapomnieć Birkenau czy Treblinki.

Prawdziwa ekologia

Gdy 34 lata temu ludzie opuścili Czarnobylską Strefę Wykluczenia, na ich miejsce powróciła Przyroda. Duże drapieżniki, których normalnie już się w tej okolicy nie widywało, powróciły i na nowo ustanowiły pradawny, sprzed ery ludzi pochodzący ład. Gatunki roślin, owadów i zwierząt, gdzie indziej ginące – tutaj, wśród emanujących zabójcze promieniowanie resztek reaktora rozkwitły. Przykład ten dowodzi, że to nie nawet najbardziej trujące odpady, jakie serwują ludzie stanowią dla Przyrody problem.

Problemem Przyrody jesteśmy tylko i wyłącznie my – ludzie. Nasza wrzaskliwa, cuchnąca obecność. Problemem dla Przyrody jest nasza ilość – wynaturzona ilość siedmiu miliardów istot, których wielkość i sposób żywienia sprawia, że gdyby wszystko było tak, jak być powinno – nie powinna przekraczać kilkuset milionów. Na całej planecie.

Tym samym najbardziej ekologicznymi działaniami są: antykoncepcja, homoseksualizm i aborcja. Czyli trzy rzeczy, które przyprawiają Kościół o najostrzejsze paroksyzmy wściekłości.

Kościół potrzebuje milionów sztuk mięsa armatniego, żeby je na siebie nawzajem szczuć i posyłać na fronty. Potrzebuje milionów niewolników pokornie oddających wszystkie swoje dochody na ręce kapłanów. Kościół potrzebuje wszechobecnej biedy, nędzy i głodu, żeby mieć odpowiednio zdesperowane i ogłupione dusze, by uwierzyły w absurdy, które głosi. Przeludnienie jest więc żywotnym warunkiem istnienia tej potwornej korporacji.

Interesy Przyrody i katolickiego boga są ze sobą biegunowo odległe i sprzeczne. Tym samym nie może istnieć ekologia i ochrona Przyrody tam, gdzie czci się boga – człowieka.

Przyroda poradzi sobie z wysypiskami śmieci, składowiskami odpadów radioaktywnych, ze ściekami i plastikiem. Pytanie tylko, do jak radykalnych posunięć zmuszą Ją ludzie.

Jeżeli ludzie chcą przetrwać i być szczęśliwi, muszą spokornieć wobec Przyrody, całkowicie odrzucić i wyrzec się bogów uczynionych na swoje podobieństwo, w których czczą tak naprawdę siebie samych.

Tak zwana edukacja ekologiczna ma ograniczone możliwości. Ludzie to istoty stadne, a Prawo Doboru Naturalnego sprawia, że wśród ludzi co najwyżej 30% można nazwać inteligentnymi. I nic dziwnego, gdyby wszyscy ludzie byli inteligentni, nie mogłyby powstać żadne formy zorganizowania, bo każdy miałby swoje racje. Wynika stąd, że edukacja ekologiczna dotrze co najwyżej do 30% społeczeństwa, bo pozostałe 70% będzie zbyt głupie na to, żeby cokolwiek z tej edukacji pojąć.

Takim ludziom potrzebna jest religia. Ale żeby religia prowadziła ich nie do szkodzenia Przyrodzie, ale do mądrego z Nią współżycia, musi to być religia, w której klęka się przed drzewem i zwierzęciem, w której bogiem jest Las, Wilk, Wszechświat.

Tym samym, jeśli ludzkość ma przetrwać, chrześcijaństwo z Kościołem katolickim na czele musi zniknąć.

Musi skończyć się potworna i całkowicie nielicząca się z rzeczywistością uzurpacja miana „korony stworzenia” – a w jego miejsce musi nastać pokora i wdzięczność wobec Praw Lasu.

Skończyć się musi bajdurzenie o „mądrym gospodarzu”, „pasterzu” wszystkich stworzeń – a w jego miejsce musi wejść cywilizacja, w której Las będzie parlamentem stanowiącym prawa, zwierzę będzie prezydentem, a drzewo – premierem.

Zapomniany musi zostać ludzki bóg – na zawsze i nieodwołalnie.

Czy to tylko mrzonki? Niekoniecznie. To, co dzieje się wśród ludzi zmierza w dobrym kierunku. Niestety, zmierza bardzo powoli i niekonsekwentnie. W rezultacie możemy zwyczajnie nie zdążyć przed chwilą, w której organizm Przyrody nie będzie już mógł tolerować raka, który go toczy. Możemy nie zdążyć przed momentem, w którym Ziemia pozbędzie się ludzi wraz z ich bogami.

Naprawdę nie musi tak być.

Prawdziwym humanizmem nie jest wywyższanie mitycznej „godności osoby ludzkiej” i innych produktów teologa, pierdzącego w fotelu nad biblią. Prawdziwym humanizmem jest dążenie do szczęścia, a prawdziwym szczęściem jest to, którego potrzebę dzielimy ze zwierzętami: mieć co jeść, mieć co pić i gdzie głowę złożyć. Nie dają szczęścia wydumane „wartości wyższe” i inne bzdury tego typu. Konsumpcjonizm zaś i rabunkowa gospodarka zaczyna się właśnie tam, gdzie człowiek nie wierzy, że chleb, poduszka i antałek wina wystarczy do szczęścia i do niczego więcej dążyć już nie trzeba.

Tym samym wywyższenie Przyrody nad człowieka, nad ludzkość – nie zaszkodzi żadnemu człowiekowi. Przeciwnie, tylko ono może dać mu w tym życiu, jedynym które istnieje, w życiu po którym czeka go spłacenie długu życia własnym ciałem w ziemi gnijącym – tylko ono może dać mu szczęście. Nie zmyślone, fałszywe szczęście nieistniejącego królestwa niebieskiego, ale prawdziwe, dotykalne i rzeczywiste.

Dlatego naprawdę warto, w imię miłości do ludzi – bardziej od ludzi pokochać zwierzęta, drzewa i Przyrodę. Także tę surową, mroczną i groźną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.