DLACZEGO WARTO NIE WIERZYĆ W BOGA?

Były czasy, całe szczęście już powoli odchodzące w cień wstydliwej historii, kiedy na „lekcje” religii uczęszczali wszyscy. Dlaczego? Bo tak. Nawet niewierzący posyłali dzieci na katechezę obawiając się ostracyzmu ze strony ich rówieśników.

W takich to czasach byłem świadkiem, kiedy jeden z niewierzących kolegów z klasy dyskutował z księdzem zmuszony – a jakże! – do bronienia swojego poglądu. Tak jakby to nie istnienie czegoś trzeba było udowadniać, ale nieistnienie!

Księdza katechetę straszliwie uwierał fakt, że ktoś nie podziela jego jedynie słusznej wiary i nie odpuszczał, a kiedy nie miał już żadnych argumentów sięgnął po… tak! Zgadłeś, Przyjacielu! Zakład Pascala.

Brzytwa tonącej wiary, czyli zakład Pascala

Blaise Pascal, którego nazwiskiem ochrzczono ów chętnie, choć w ostateczności przywoływany przez niektórych dyskutantów chrześcijańskich zakład, był francuskim matematykiem, fizykiem i filozofem. Ciekawy jest fakt, że przywołującym tę postać katolikom zazwyczaj umyka fakt, że Pascal wprawdzie nawrócił się z niewiary na wiarę, ale… niezupełnie taką jak trzeba.

Uczony pod koniec życia pod wpływem ciężkiej choroby, bezkompromisowej religijności siostry i kilku namolnych znajomych przyłączył się do nowo wtedy powstałego odłamu w kościele katolickim, zwanego jansenizmem.

Rdzeniem tego prądu teologicznego było stwierdzenie, że  w przypadku, gdy chrześcijanin ma wątpliwości, czy dane np. przykazanie boskie odnosi się do danej sytuacji, ba, nawet gdy jest prawie pewien, że się nie odnosi – i tak ma je stosować.

Jansenistą był więc w praktyce słynny pan Chazan, który uznał, że choćby dziecko było bez głowy i martwe, to matka i tak ma obowiązek donosić ciążę.

Co więcej, jansenizm jest poglądem groźnym. Wyobraź sobie, Przyjacielu, jansenistę, który przeczyta w Księdze Powtórzonego Prawa z Biblii następujące przykazanie boskie:

Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta i powiedzą starszym miasta: „Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu”. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze.

Pwt 21, 18-21

Nic dziwnego, że nawet kościół katolicki zauważył, do jakich absurdów może doprowadzić taki pogląd. Jansenizm potępiło trzech kolejnych papieży: Innocenty X, Aleksander VII i Klemens IX.

Zabawne to jest, że wielu katolickich apologetów wiary przywołuje poglądy kogoś, kogo ich kościół potępił.

Ale wróćmy do samego „zakładu Pascala”.

Zważmy zysk i stratę, zakładając się, że Bóg jest. Rozpatrzmy te dwa wypadki: jeśli wygrasz, zyskujesz wszystko, jeśli przegrasz, nie tracisz nic.

Zakład Pascala stwierdza, że warto wierzyć w boga, a to dlatego, że „nie zaszkodzi” na wszelki wypadek wierzyć. Przecież za niewiarę w boga idzie się do piekła! Jeśli więc bóg istnieje, a ktoś nie będzie w niego wierzył, to marnie skończy. Z drugiej strony, jeśli boga nie ma, to wierzący w niego nic nie tracą.

Ukryte ryzyko

Zakład Pascala zawiera jednakże ukryte ryzyko.

Autor bowiem założył, że w przypadku istnienia boga tym bogiem będzie właśnie chrześcijański bóg karzący piekłem za brak wiary. Przeoczył tym samym fakt, że na Ziemi istnieje – według różnych szacunków i kryteriów – od kilku do kilkunastu tysięcy religii.

Każda z tych religii, wyznań i odłamów mówi zupełnie co innego na temat boga, a jeśli już co do samego boga się zgadza, nie zgadza się co do tego, jak go zadowolić.

Przyjmując więc zakład Pascala musimy najpierw dokonać innego zakładu: że ten, i to tylko akurat ten bóg, w którego wiarę rozpatrujemy jest prawdziwy, i że tylko ten, a nie inny sposób realizacji tejże wiary w praktyce jest prawidłowy.

Jest to więc bardzo ryzykowny zakład. A co jeżeli założę istnienie boga chrześcijan w trójcy świętej jedynego, a tu się nagle okaże, że prawdziwym bogiem jest allah? Pójdę wtedy do piekła za bałwochwalstwo i politeizm, bo takie właśnie zarzuty wysuwa pod adresem chrześcijaństwa islam. A jeśli uwierzę w allaha? Co na to powie bogini Kali?

Zakład Pascala zawiera też, oprócz ukrytego ryzyka jeszcze jeden problem: wprost fałszywe twierdzenie.

Każdy teolog czy duchowny zgodzi się ze mną, że wiara religijna, która polegałaby tylko na przyjęciu do wiadomości istnienia boga i przejściu nad tym do porządku dziennego nie jest tą wiarą, za którą się idzie do nieba.

Wiara wymaga przełożenia na życie, czasami nawet bardzo absorbującego. A więc nie można tego boga, w którego się uwierzyło mieć w poważaniu. Trzeba się do niego zwracać, trzeba się modlić. Trzeba – w większości wyznań – uczestniczyć w najprzeróżniejszych obrzędach religijnych. Trzeba postępować według określonego kodeksu moralnego i obyczajowego.

Nie jest więc prawdą, że w przypadku wierzenia w boga nic się nie traci. Traci się czas, bo trzeba go – i to sporo, jeśli poważnie się swoje wyznanie traktuje! – poświęcić na praktyki religijne. Traci się nerwy, bo trzeba bez przerwy uważać, czy aby postępuję w sposób, który się przyjętemu przeze mnie bogu podoba. Mało tego, traci się pieniądze, bo przecież biskup czy starszy zboru nie żywi się energią słoneczną.

Jeżeli wiara w boga nic nie kosztuje, to za co wyzłocono te wszystkie kościoły, świątynie, meczety i klasztory?

Ośmielę się nawet twierdzić, że wiara w boga – w ogromnej większości religii i wyznań – kosztuje na tyle dużo, że trzeba się poważnie zastanowić, czy taki wydatek – czasowy, moralny, psychiczny i materialny – się w ogóle opłaci!

Naprawiony zakład Pascala

Z zakładem Pascala jest jeszcze jeden mały problem. Mianowicie, da się go naprawić. Niestety, jeżeli to zrobimy, powie nam dlaczego… warto w boga NIE wierzyć!

Jak taki naprawiony zakład Pascala by wyglądał?

Są trzy możliwości. Pierwsza: żadnego boga nie ma. W takim wypadku wierzenie w boga będzie straszliwą i kompletnie niepotrzebną stratą – ba, będzie utratą cennego czasu jedynego życia, jakie mamy! Będzie niepotrzebnym i w żaden sposób niewynagrodzonym wysiłkiem, tworzeniem sobie problemów, których nie ma. A czyż brakuje nam problemów w życiu? A zatem w pierwszym wypadku warto nie wierzyć w boga.

Druga możliwość. Bóg jest, ale jest to taki bóg, którego nie obchodzi to, czy w niego wierzę, czy nie. Nie karze więc za niewiarę w niego, no bo dlaczego miałby karać za coś, co go nie interesuje? W takim wypadku również warto w boga nie wierzyć, bo też się nic na tym nie traci, a unika się wyżej wymienionych strat związanych z wiarą.

Trzecia możliwość. Bóg istnieje i jest to taki bóg, którego bardzo obchodzi to, czy się w niego wierzy, czy nie. Bóg, który karze – na przykład wiekuistym piekłem za to, że ktoś w niego nie wierzy. Względnie – i tak tłumaczą swojego boga niektórzy chrześcijanie – nie karze sam z siebie, ale „naturalną konsekwencją” niewiary w niego jest wieczyste cierpienie, a tenże bóg jest na tyle impotentny, że nic nie może lub nie chce przeciwko temu zaradzić. Na jedno wychodzi.

Co wtedy?

Wtedy mamy do czynienia z wyjątkowym potworem, który złośliwie nie daje żadnego dowodu swojego istnienia, a potem uznania tegoż istnienia wymaga.

I nie, nie jest dowodem na istnienie boga to, że ktoś coś „poczuł” na modlitwie. Nie jest dowodem na jego istnienie jakiś dziwny zbieg okoliczności, któremu człowiek przypisuje, że jest nadprzyrodzoną interwencją nie chcąc zauważyć, że obok niego dzieje się mnóstwo takich samych zbiegów okoliczności.

Dowodem na istnienie boga nie są halucynacje rozhisteryzowanych, wyposzczonych seksualnie zakonnic ani cierpiących na deficyt rodzicielskiej uwagi dzieci.

Dowodem na istnienie boga nie jest zbiór powstałych w niejasnych okolicznościach, niestworzonych historii spisanych nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z jaką intencją, za to bardzo, bardzo dawno temu. Ale kiedy dokładnie – też nie wiadomo.

Nie są nim sofizmaty Tomasza z Akwinu. Nie są nim wreszcie autorytety tak samo jak ja sikających, srających, jedzących i bekających – i tak samo omylnych jak każdy ludzi. Niezależnie od tego, z jakim przekonaniem i charyzmą głosiliby swoje proroctwa, objawienia czy inne tego typu rzeczy.

Dowodem na istnienie boga nie jest Wszechświat, bo wszystko wskazuje na to, że jak najbardziej mógł on powstać sam z siebie, że naprawdę nie potrzebuje „przyczyny sprawczej”, że to, co w nim wydaje się celowo zaprojektowane jest tak naprawdę partactwem przypadku, które po wielu, wielu nieudanych próbach w końcu wytworzyło coś sensownego. A ślady poprzednich, nieudanych i idących w miliardy prób można odnaleźć i dotknąć.

Taki więc bóg, który by istniał i wymagał wiary w siebie, grożąc karą za jej nieprzejawianie – taki bóg musi być potworem.

W tym wypadku również warto w niego nie wierzyć. Bo skoro mamy do czynienia z kimś tak okrutnym, to gdzie gwarancja, że moja wiara przyniesie mi jego łaskę i wiekuiste szczęście? Jakim cudem taki potwór w ogóle mógłby chcieć dawać komukolwiek szczęście? Co taki okrutnik pod pojęciem szczęścia mógłby rozumieć?

Jeżeli więc taki bóg istnieje, to nawet wierzący w niego nie ma gwarancji, że za swoją wiarę otrzyma szczęście po śmierci. A niewierzący, choć z pewnością zostanie przez takiego boga wiekuiście potępiony, przynajmniej przeżyje doczesne życie szczęśliwie, bez sztucznych, moralnych rozterek i straty czasu na wołanie i modlenie się do niegodziwca.

Leczenie kiły cholerą

Wielu ludzi wierzących kurczowo trzyma się swojej wiary uważając, że daje im ona pocieszenie – poczucie, że nie są sami, że ktoś wielki i wszechmocny ich kocha i chce ich zbawić od wszelkiego złego.

W imię tego pocieszenia garną się do duchownych, guru, „autorytetów moralnych”, do wspólnot i związków wyznaniowych. I nie dostrzegają, że w zamian za liche, bo żadnymi faktami niepoparte pocieszenie muszą przyjmować nowe, straszne ciężary i problemy, których nie mieliby, gdyby nie wierzyli.

Ten, kto nie wierzy w boga nie musi się martwić o to, czy już „ma” grzech, czy jeszcze nie. Ten, kto nie wierzy musi się mierzyć jedynie z rzeczywistymi konsekwencjami swoich błędów – a nie jeszcze, na dokładkę z konsekwencjami religijnymi.

Niewierzący wreszcie mogą bez obawy czerpać to upragnione pocieszenie z samej Przyrody, z samych Jej praw – bez obawy o to, że jakiś bóg będzie śmiertelnie obrażony, bo wilkowi lub drzewu się pokłoniłem, a nie komuś, kogo nie widzę, nie mogę dotknąć ani doświadczyć jego istnienia.

Więcej jest warta miłość psa, niż miłość Jezusa czy innego boga – bo jej doświadczyć można naprawdę, rzeczywiście i dotykalnie. Taka miłość nie kończy się na deklaracjach i obietnicach, na których spełnienie trzeba czekać do śmierci. Żeby jej doświadczyć, nie trzeba się „wczuwać”, nie trzeba „ćwiczeń duchowych”, długich modlitw, ascezy i skomplikowanych technik medytacyjnych.

Szukanie pocieszenia w wierze w nadprzyrodzonego, transcendentnego boga to nic innego, jak leczenie kiły cholerą. Człowiek, który w taki sposób pocieszenia poszukuje przypomina tego, kto przymierając głodem próbuje się nakarmić wyobrażając sobie, że je białe trufle ignorując chleb, który obok niego leży na stole!

Warto nie wierzyć. Wiara w boga zamyka oczy na tak wiele pięknych, cudownych i – rzeczywistych spraw, że do dzisiaj odkrywam, jak wiele przez nią w swoim życiu traciłem. Bóg, który nie istnieje, lub istnieje, ale nie obchodzi go moja niewiara – niczego mi już teraz nie jest w stanie odebrać. A ten, który by istniał i mścił się za brak wiary w siebie?

No cóż, myślę, że tak małostkowy potwór nie byłby żadnym bogiem i nie miałby władzy ani mocy, żeby wyrwać kogokolwiek z objęć Pani Śmierci tylko po to, żeby realizować na nim swoje sadystyczne fantazje. Śmierć jest prawem Przyrody i taka podła, boska gnida nie ma szans, żeby przewyższyć Jej potęgę.

Jedna odpowiedź do “DLACZEGO WARTO NIE WIERZYĆ W BOGA?”

  1. To się nazywa kij w mrowisko.
    Moim zdaniem sednem wiary i religii dla wielu ludzi jest tęsknota za istotą, która (w teorii) ofiaruje nam swoją miłość (Jezus), daje poczucie bezpieczeństwa, opiekuje się nami, będąc kimś wszechmocnym, od kogo wszystko zależy a ponad to daje obietnicę życia wiecznego.
    W zamian oczekuje wiary, miłości i posłuszeństwa swoim przykazaniom ale jednocześnie wybacza potknięcia dzięki darowi łaski i ofierze krwi Jezusa. Chcemy wierzyć w to, że istnieje boska istota, którą bardzo obchodzi nasz los, która się o nas troszczy, obdarzy błogosławieństwami, a po śmierci, przy spełnieniu warunku przestrzegania przykazań i dzięki darowi łaski obdarzy nas życiem wiecznym. Wydaje mi się, że taka wiara jest zwłaszcza potrzebna i ważna dla ludzi w podeszłym wieku, może w ciężkiej sytuacji życiowej.
    Dla odmiany Przyrodzie, Naturze i Wszechświatowi jesteśmy jako pojedyncze jednostki całkowicie obojętni i to powoduje, że dla mnie taka relacja jest martwa. Możesz podziwiać i respektować prawa Wszechświata, możesz czuć się jego częścią ale Przyroda nie zaspokoi Twoich potrzeb z dzieciństwa (opieka kogoś Wszechmocnego, kogo obchodzi nasz los, dająca złudne ale jednak poczucie bezpieczeństwa plus atrakcyjna nagroda za grzeczne zachowanie) a wiara w Boga tak. Przyroda nie odpowie na Twoje pytania, atrybuty człowieka inteligentnego: jaki jest sens mojego życia, po co tu jestem, jak odnaleźć sens w tym świecie chaosu i niejasnych reguł.
    Myślę, że człowiek od dawna odczuwa tęsknotę za siłą większą, silniejszą i mądrzejszą od siebie, która uporządkuje mu świat i której podporządkowaną częścią mógłby się poczuć. To potrzeba jej zaspokojenia jest przyczyną naszych poszukiwań.
    Nigdy nie miałam nic do czynienia z wiarą katolicką ale tak to rozumiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.