FIOŁKI, ZAWILCE I GROTA PROROKA, CZYLI POWRÓT NA WZGÓRZA ŁOMNICKIE

Nasza dzisiejsza wędrówka zaprowadzi nas do miejsc, których niebawem nie będzie. Wszystko, co dziś zobaczysz, Przyjacielu, jest terenem przeznaczonym na zniszczenie. Drzewa zostaną ścięte, skały znajdą się na terenach prywatnych, a wszystko niebawem pokryje pustynia zohydzenia nowoczesnej architektury,

Dlaczego, zapytasz? Bo „musi być rozwój”; „świat nie stoi w miejscu”; bo nieszczęśni głupcy sprawujący władzę w mieście Jelenia Góra i gminie Sosnówka – przez których tereny będziemy przechodzić – muszą zanotować zyski. Muszą pochwalić się przed wyborcami, że zrobili progres, a nie regres. Muszą pokazać wykresy pnące się w górę. Wreszcie: bo ich wyborcy są na tyle ślepi, że się im taki stan rzeczy podoba.

Wszystkie odwiedzone przez nas dzisiaj miejsca są przeznaczone na poszatkowanie na „działki” i sprzedaż, po czym wjedzie tu ciężki sprzęt, zmieni łąki w pola skisłego błota, powali drzewa, skruszy skały. Następnie mury z tanich pustaków i marnej jakości betonu zaczną się piąć do góry, ucieleśniając kompletny brak jakiegokolwiek elementarnego poczucia piękna u polskich architektów oraz ograniczony budżet zadłużonych na setki tysięcy polskich snobów, którym korona by z głowy spadła, gdyby zamieszkali w starej kamienicy albo – tylko nie to! – z rodziną. I ogrodzą wszystko, co jeszcze pozostanie z Przyrody wielkimi, stalowymi płotami, na cztery strony świata wrzeszcząc: „teren prywatny!!! wstęp wzbroniony!!!”

Dlatego też spieszyć się musimy i po wilczemu przemknąć, póki jeszcze czas, póki jeszcze jest – być może ostatnia szansa, żeby ginące piękno zobaczyć.

Trasa naszej dzisiejszej wędrówki.

Opuszczony budynek niszczeje. Wilgoć i wiatr poobijały tynki, złuszczyły farbę na okiennych ramach. Każdej wiosny wysoka trawa i coraz wyższe krzaki zarastają otoczenie.

Tak wygląda budynek dawnego pensjonatu na obrzeżu Cieplic. Wybudowano go w latach 80 – tych XIX wieku, w czasach bardzo podobnych do tych dzisiejszych. Też był wtedy „boom” budowlany, też upojeni bogactwem mieszkańcy tych ziem zagrabili kolejne pola i łąki, kolejne lasy i skały, żeby tylko budować, budować, budować.

Zrujnowany dawny pensjonat „Wzgórze Wilhelma”.

Na łagodnym wzgórzu tuż pod ówczesnym uzdrowiskiem Cieplice wzniesiono wówczas klasycystyczny pałac z wieżą widokową i neogotyckim pawilonem ogrodowym. Nazwano to miejsce „Wzgórzem Wilhelma” na cześć cesarza niemieckiego. Wytworny pensjonat i restauracja, położenie na wzniesieniu zapewniające piękne widoki – istna gwarancja sukcesu! Szybko też polna droga wiodąca na wzgórze zmieniła się w ulicę, wzdłuż której wybudowano kolejne, bogate wille.

Przyjrzyj się dobrze, Przyjacielu! Nieprzypadkowo tutaj właśnie rozpoczynamy naszą wędrówkę. Jest to ważne miejsce dla naszej refleksji. Gdy budowano ten pensjonat, wzgórze było kompletnie gołe. Dziś porastają je potężne drzewa. Dlatego choć piękno, które dzisiaj będziemy zwiedzać niebawem przestanie istnieć pochłonięte przez ludzką żądzę zysków, powróci. Być może za pięćdziesiąt, być może za sto lat, być może jutro. Dziś jest tak samo jak wtedy, gdy powstał pałacyk na Wzgórzu Wilhelma. Też w szaleńczym tempie zabudowuje się kolejne połacie terenów. Lecz przyjdzie czas, gdy poumierają snoby, chcący się pokazać, jak to się „pobudowali”, przyjdzie czas, gdy ich dzieci i wnuki wzniosą domy gdzieś indziej, paskudne, dzisiejsze odchody architektury polskiej zniszczeją, a na ich miejsce powróci las.

Jest wszakże jedna różnica między jednym a drugim czasem intensywnego wzrostu. Po pierwsze, wówczas projektowano i budowano domy piękne i niekłócące się z krajobrazem, dziś buduje się tylko i wyłącznie szkarady. Po drugie, wybudowane w końcu XIX wieku budynki przetrwały cały ponad wiek bez żadnych remontów, a to, co dziś budują ludzie wymaga remontu jeszcze zanim zostanie ukończone.

Przed nami wznosi się wysokie, porośnięte lasem wzgórze przepasane wstęgą brzydkiej zabudowy.

Góra Sołtysia.

Bardzo ciekawa i… makabryczna jest historia tegoż osiedla. Zaczęto je wznosić pod koniec lat 70-tych XX wieku w ramach łabędziego śpiewu ostatniego „cudu gospodarczego” Polski Ludowej.

Wcześniej w miejscu tego osiedla rozpościerała się szeroka łąka. I łąka, i wzgórze należały niegdyś do uposażenia sołtysa Herischdorf, czyli Malinnika (tak nazywano wówczas tę część Cieplic, a wówczas była to odrębna miejscowość). Stąd też wzięła się nazwa: „sołtysia” góra i „sołtysia” łąka.

Sama łąka służyła za pastwisko. Jednak gdy w 1866 roku wybuchła w okolicy epidemia cholery, sołtys oddał skrawek łąki na samym jej końcu na miejsce pochówku zmarłych na zarazę.

To miejsce wiecznego spoczynku ludzi nieszczęśliwie zmarłych zbrodniczo zniszczono, żeby zrobić miejsce dla tego wszystkiego, co się nazywa „postępem” i „rozwojem”. Nagrobki zostały wywiezione, groby zaorane, a cała sprawa – wstydliwie zapomniana.

Ludzie tu pogrzebani zginęli tym bardziej nieszczęśliwą śmiercią, że cholera nie jest sama w sobie chorobą śmiertelną. Śmiertelne jest odwodnienie, spowodowane gwałtowną biegunką. Dlatego też cholerę da się przeżyć bez żadnych wyrafinowanych środków, znanych nowoczesnej medycynie: wystarczy intensywnie nawadniać organizm, na przykład roztworem soli. Środki te mieli pod ręką ówcześni ludzie, ale medycyna była wówczas w powijakach, przez wieki hamowana przez Kościół i jego siepaczy.

Tym bardziej wstrząsające jest to, że nie uszanowano tego miejsca, nie! musiało ono paść ofiarą zaborczości miasta. Jeżeli ludzie nie potrafią szanować zmarłych własnego gatunku, jakże uszanują żywych? A gdzie tu w ogóle mówić o uszanowaniu Przyrody?

I gdzieś mam argumenty, że „musi być rozwój”. Na temat owego dogmatu postępu trafnie wypowiedział się Clive Staples Lewis w trzeciej części „Opowieści z Narnii”:

— Po drugie – mówił dalej Kaspian – pragnę wiedzieć, dlaczego zezwoliłeś, by ów ohydny i sprzeczny z naturą handel niewolnikami tak bardzo się tu rozplenił wbrew starożytnym obyczajom i prawom naszego państwa.
— To było konieczne, nie do uniknięcia – odpowiedział Gumpas. – To podstawa ekonomicznego rozwoju Wysp. Zapewniam waszą królewską mość, że nasz obecny, jakże imponujący dobrobyt właśnie od tego zależy. (…) Będąc jeszcze młodzieńcem (…) wasza królewska mość z całą pewnością nie potrzebuje i nie musi rozumieć wszystkich problemów ekonomicznych, które tu wchodzą w grę. Mam odpowiednie statystyki, mam wykresy, mam…
— Niezależnie od mojego młodego wieku – rzekł Kaspian – wydaje mi się, że potrafię zrozumieć sens handlu niewolnikami (…). I jakoś nie widzę, by handel ten dawał Wyspom więcej mięsa lub chleba, lub piwa, lub wina, lub drzewa, lub kapusty, lub książek (…). Ale bez względu na to, czy coś daje, czy nie, musi się skończyć.
— Ależ to próba cofania wskazówek zegara historii – wykrztusił gubernator. – Czy wasza królewska mość nie wie, co to jest postęp, co to jest rozwój?
— Widziałem coś takiego w zwykłym jajku – powiedział Kaspian. – W Narnii mówimy po prostu, że jajko się zepsuło.

W angielskim oryginale „Opowieści z Narnii” słowo „rozwój” użyte przez gubernatora jest oddane angielskim development, z którego to terminu wywodzi się nazwa jednego z najbardziej zbrodniczych zawodów świata: dewelopera. A jest to zawód równie zbrodniczy, co bycie komendantem obozu koncentracyjnego, a nawet bardziej. Bo władza zabijania, jaką miał komendant obozu rozciągała się tylko na obóz i jego więźniów, podczas gdy deweloperzy, niszcząc kolejne połacie lasów i łąk są głównymi odpowiedzialnymi za mordercze upały i susze, które już dziś zbierają wielkie żniwo śmierci wśród osób starszych i chorych, ale wkrótce – zaczną być groźne nawet dla młodych i zdrowych.

Wejdźmy do lasu…

Powyżej żałosnych dzieł ludzkiej cywilizacji zaczyna się las – dominium Przyrody. Miejsce, którego ludzie nienawidzą, bo się go boją: boją się błota, boją się pająków, boją się robaków, boją się ciemności. A dzisiaj boją się także świeżego powietrza.

Wychodzimy poza strefę panowania ludzi, opuszczamy ich świat. Skoro już odwołaliśmy się do literatury pięknej, czemu by nie zacytować kapitana Nemo, bohatera powieści Juliusza Verne’a 20 000 mil podmorskiej żeglugi:

Morze nie da się podbić. Na jego powierzchni mogą jeszcze ludzie wykonywać swoje niegodziwe prawa: bić się na niej, pożerać się, przenieść na nią wszystkie okropności ziemskie. Ale już o trzydzieści stóp pod jego powierzchnią kończy się ich władza — wpływ ich ustaje, potęga niknie! Ach, żyć, żyć tylko w łonie morza! Tu tylko jest niepodległość! Tu nie znam nad sobą pana! Tu jestem wolny!

Nie trzeba jednak znikać okrętem podwodnym w głębinach mórz, by ujrzeć, jak kończy się ludzka władza. W zwykłym lesie też można to zobaczyć.

Ruiny wieży widokowej.

I znów: wystarczy chwila nieuwagi człowieka, a jego dzieła obracają się w proch. Niegdyś góra Sołtysia była najpopularniejszym punktem widokowym w okolicach Cieplic, stąd rozciągała się piękna panorama całego uzdrowiska. Dla potrzeb właśnie tej panoramy wybudowano nieco poniżej szczytu gospodę i restaurację, a na samej górze – wieżę widokową.

Dziś wieża widokowa to gołe, grożące zawaleniem ściany. Wystarczyło kilkadziesiąt lat zaniedbania, a las zawładnął także i tak solidnym dziełem ludzkiej cywilizacji. I choć dzisiaj istnieją plany, by wieżę tę odbudować, nie wróżę nic dobrego tej inicjatywie. A to dlatego, że panorama z niej się rozciągająca będzie zohydzona całymi połaciami plastikowych, pstrokatych osiedli i nie będzie dostarczać żadnych, ale to żadnych wrażeń estetycznych.

Podczas poprzedniej wędrówki po Górach Stołowych („Wśród skalnych grzybów i torfowisk. Wyprawa w Góry Stołowe„) wspomniałem o tej właśnie, podstawowej słabości ludzkiej cywilizacji w starciu z Przyrodą: ludzkość ma słabo podzielną uwagę, ograniczone możliwości skierowania swojego wysiłku na kolejne niszczenie:  w jednym miejscu będzie trwała wycinka, betonowanie, jeżdżenie ciężkim sprzętem, a w drugim dawne dzieła ludzi będą niszczeć i obrastać lasem. Dziś czas powiedzieć o drugiej słabości ludzkiej cywilizacji,  słabości, która jeszcze bardziej upośledza ludzi w stosunku do potęgi Przyrody.

Tablica fundacyjna wieży.

Nad wejściem do wieży widnieje stara, betonowa tablica fundacyjna. Informuje nas ona, że miejsce to zwano Friedrichshöhe, a więc „Wzgórze Fryderyka” – tym razem na cześć innego cesarza Niemiec, Fryderyka III.

Jeszcze ja pamiętam czasy, gdy nie było wybitej w tablicy dziury, a ostatnia linijka napisu głosiła: „Anno 1895”. Sto lat przetrwała ta tablica nienaruszona, aż jakaś ludzka ręka cisnęła kamień i ją zniszczyła.

Tak, ludzie kochają destrukcję, jest ona częścią ich natury: zniszczyć, zabić, zdeptać. Gdyby bomba atomowa nie była potrzebna dla celów wojennych, i tak by ją zbudowali tylko po to, by mieć frajdę z wielkiego „buuum”. Zresztą mam historyczny dowód na to, że nie przesadzam: wszak Związek Radziecki wybudował i zdetonował największa bombę wodorową w dziejach, „Car-bombę” o sile 50 megaton trotylu. Zbudowano ją, mimo iż jej rozmiary i możliwości jej przenoszenia czyniły ją całkowicie bezużyteczną dla celów wojskowych.

Ta sama pożądliwość destrukcji sprawia, że fiutki panom myśliwym stają, gdy mogą gruchnąć z dubeltówki i rozwalić bok jeleniowi lub dzikowi. To samo uwielbienie zniszczenia sprawia, że Przyrody ludziom nie starczy, by tę żądzę zaspokoić, nie, oni niszczą przede wszystkim swoje dzieła i siebie samych. Dlatego nie dziwi mnie, że SS-manom, a prywatnie zwyczajnym, przeciętnym i całkowicie normalnym ludziom tak wielką przyjemność sprawiało katowanie i gazowanie dzieci. Nie dziwi mnie to, że bojownicy Państwa Islamskiego tak wielką frajdę sprawili sobie, wysadzając w powietrze zabytki kultury perskiej. I nie widzę nic dziwnego w tym, że każdy człowiek, który dostaje władzę do ręki, natychmiast traci jakiekolwiek ideały, jeśli je miał, i zaczyna gnębić, wyzyskiwać, deptać, upokarzać i mordować dla samej przyjemności destrukcji. To nie jest odstępstwo od normy – to właśnie jest norma, której na imię „człowiek”. To jest ISTOTA CZŁOWIECZEŃSTWA: bezrozumne, zupełnie nielogiczne, ba, wbrew własnym interesom przeprowadzane zniszczenie.

Przyroda działa inaczej.

Wielki, piękny, stary buk.

Przyroda to szał tworzenia, nieustannego rodzenia cudowności i piękna. Gdyby Przyrodę zatrudnić, by zaprojektowała ludzkie osiedle, to by je wybudowała, a następnie… zrównała z ziemią i wybudowała jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze… aż osiągnęłaby absolutną doskonałość równowagi funkcjonalności i piękna, Bo Przyroda niczego nie projektuje – wszystko wypróbowuje natychmiast w praktyce, a gdy się nie udaje, natychmiast usuwa to bez żalu. Inaczej niż ludzie, którzy wielkim wysiłkiem budują dla siebie piekło, a potem nie mają już sił i chęci, by je zmienić. Przeciwnie, robią wszystko, by sobie wmówić, że to piekło jest rajem.

Tuż obok ruin rośnie prastary i bardzo wysoki buk. Już od dawna to drzewo było bardzo dobrze widoczne nawet z największej oddali, wyróżniało się na wierzchołku góry, fascynowało bardziej, niż zanikająca z roku na rok wieża. I dziś jest ono pełne życia – w kontraście do rozsypującego się dzieła ludzkich rąk.

A co do pięknych widoków, to nic straconego! Wystarczy zejść ze szczytu Sołtysiej Góry i przenieść się obok, na wysoką, stromą, bezimienną skałę.

Skała widokowa.

Z tej skały rozciąga się piękny widok na Karkonosze – tym piękniejszy, że sąsiednia Sołtysia Góra całkowicie zasłania obrzydliwą architekturę nowoczesnych Cieplic, pozostawiając tylko to, co jest naprawdę cudowne: las i drzewa.

Przestrzenie lasu i góry…

Dostrzec stąd możemy przede wszystkim wschodnią część Karkonoszy: a więc na przykład odwiedzone przez nas wcześniej Kotły Małego i Wielkiego Stawu, Śnieżkę, Pielgrzymy i Słonecznik („Turystyka burdelowa i zadumany diabeł. Wokół karkonoskich Stawów„) czy Grabowiec – górę pogańskiego miejsca kultu („Wyprawa tropem pogańskiej przeszłości„).

Jeśli obrócimy wzrok na wschód, dostrzeżemy wyrastające ponad las wzgórze.

Góra Witosza wyłania się zza lasu…

Tam właśnie zmierzamy –  i jeszcze dalej. Nie traćmy więc czasu i w drogę! Schodzimy ze skał i wśród lasów, zagajników, śródleśnych łąk, polan i pól wędrujemy, mając co chwilę okazję do coraz to nowego zachwytu nad potęgą Przyrody.

Kwiaty – symbol ulotności i delikatności…

Drzewa rozkwitają, obsypując się kwiatami: czyli tym elementem Przyrody, który wprost udowadnia błędność ludzkiej intuicji.

Od dawien dawna kwiaty są w ludzkiej kulturze symbolem takich cnót jak czystość, panieństwo, dziewictwo (słynne wianki dziewicze); symbolizują też delikatność i ulotność życia…

Tymczasem kwiaty to nie dziewictwo, ale wyuzdany i dziki seks, którym pulsuje Las w każdej wiosennej sekundzie. To nie delikatność, ale bezwzględna i niepowstrzymana siła rozrodczości testowanej Prawem Doboru Naturalnego. To nie ulotność, ale nieśmiertelność życia.

Tak, Przyjacielu, jeden kwiatek na drzewie jest w stanie udowodnić, że wszystko, co się ludziom na temat Przyrody „wydaje” jest absolutnie błędne, że ludzka intuicja w Przyrodzie na całej linii zawodzi. I dlatego tylko obserwacja i eksperyment, poddane bezwzględnemu, nieludzkiemu i okrutnemu rygorowi metodologii naukowej są w stanie dostarczyć nam jakiejkolwiek wiedzy o Niej. Tu kończy się władza filozofów, tu nauczanie teologów jest śmiesznym gaworzeniem, a dogmaty wszelkiej wiary tracą moc.

Zmierzamy do źródeł…

Czas, żeby przybliżyć Ci, Przyjacielu trochę faktów z geologii i geografii Wzgórz Łomnickich, faktów, które czynią tę krainę tak wyjątkową.

Wzgórza Łomnickie zajmują sam środek Kotliny Jeleniogórskiej, od południa zamkniętej potężnym grzbietem Karkonoszy, od zachodu – Górami Izerskimi, od północy – Wzniesieniami Kamienickimi i Górami Kaczawskimi, a od wschodu – Rudawami Janowickimi. To rozległy kocioł o średnicy mniej więcej piętnastu kilometrów. Składa się on z położonych centralnie Wzgórz Łomnickich – i wąskiego pasa równin, wzdłuż którego rozmieszczone jest większość miejscowości i osiedli ludzkich. Tak więc kotlina Jeleniogórska ma kształt pierścienia, którego środek zajmują właśnie Łomnickie Wzgórza.

W czasach zlodowaceń dno kotliny pokrywał lodowiec – a wszystkie co wybitniejsze wzniesienia Wzgórz były nunatakami – czyli samotnymi, smaganymi przez lodowe wichury skałami. Lodowiec topniejąc pozostawił po sobie mnóstwo wielkich głazów.

To zdecydowało o tutejszej rzeźbie terenu – i późniejszej jego historii. Wzgórza Łomnickie to rozległe, łagodne siodła, kotlinki i płaszczyzny, gęsto poprzedzielane usypiskami głazów, stromymi pagórkami i potężnymi skałami. A ponieważ wokół Wzgórz od średniowiecza rozrosły się kolejne osady ludzkie, dla których wąski pierścień równin nie wystarczał na potrzeby rolnictwa i hodowli – również i tutaj uprawiano ziemię i wypasano trzody. Jednak ukształtowanie terenu wymusiło unikalną specyfikę użytkowania tutejszych terenów. Pola i pastwiska są nieregularne, często w samym ich środku sterczą zagajniki i kępy drzew w miejscach, gdzie głazy narzutowe lub skały uniemożliwiały uprawę. Wzgórza tworzą niekiedy łańcuchy pokryte mieszanym, gęstym lasem, który tylko w niektórych miejscach – ze względu właśnie na jego nieregularność i chaotyczność – opłacało się wykorzystywać w gospodarce leśnej. Tym samym na Wzgórzach Łomnickich znajdziesz, Przyjacielu mnóstwo, ale to mnóstwo bardzo starych drzew, tak starych, że nie uświadczysz takich nawet w lasach Karkonoszy czy Gór Izerskich.

W lasach Wzgórz Łomnickich rośnie mnóstwo pięknych, bardzo starych drzew: dębów, jesionów, lip.

Teren ten oczywiście nie podlega żadnej ochronie – przeciwnie, dziś, gdy rolnictwo i tradycyjna hodowla nie ma w Polsce żadnego znaczenia dla władz, ma natomiast znaczenie jak największe zabetonowanie, zaszklenie i zaśmiecenie kraju – cały obszar Wzgórz Łomnickich niebawem zostanie zniszczony. Lecz odwagi, Przyjacielu! Czyż nie pokazałem Ci już, jak nędzne są te ludzkie wysiłki? I choć my tego nie zobaczymy (kto wie?) Przyroda tu powróci, a na grobach deweloperów znów wyrosną wielkie dęby, zapuszczając korzenie do ich trumien i pożerając ich niegodziwe, wstrętne ciała. Nic nie pozostanie z ich bogactw, ich pustakowo – betonowe dzieła rozsypią się szybciej, niż zostały wzniesione, a wszystkie ich nadzieje i wizje – przepadną. Poszkodowana nie będzie Przyroda – ona sobie poradzi. Poszkodowani będą tylko i wyłącznie ludzie.

Nieopodal, obok ścieżki napotkać możemy miejsce, które jak żadne inne może nam ukazać kolejną wadę ludzi, wadę, której Przyroda nie zna.

Polne źródło…

Niewielkie zagłębienie na łące, a z niego… wydobywa się woda. Polne źródełko pokazuje nam zadziwiającą cechę ludzi: chcą być oszukiwani.

Przyjrzyjmy się temu miejscu. Woda wypływa tu wprost, wydawałoby się z ziemi, jednolitym, silnym strumieniem. Logiczne jest, że musi istnieć jakiś podziemny ciek wodny, gdyż w żadnym innym wypadku źródło tak by nie wyglądało.

I tak ludzie, widząc to źródełko czy wiele innych tego typu zaczynają wierzyć, że istnieją te tzw. żyły wodne, a skoro tak, to natchniony radiesteta z dwoma pręcikami w rękach jest w stanie taką żyłę wykryć, ba! Ostrzeże nawet, żeby np. łóżko w domu ustawić tak, a nie inaczej, bo jeśli będzie ustawione wbrew „żyłom wodnym” to będzie nieszczęście itd.

Tymczasem wystarczyłoby, żeby unieśli nieco trawę na brzegu zagłębienia, żeby zobaczyć metalową rurkę, z której wydobywa się woda. Wystarczyłoby, żeby przeszli sto metrów dalej i ujrzeli, że w największą nawet suszę w siodłowatym zagłębieniu między dwoma wzgórkami zawsze jest błoto. Wreszcie wystarczyłoby, żeby zobaczyli niewielką groblę, usypaną poniżej tego zagłębienia, groblę, za którą woda wysączająca się z błota zbiera się w niewielkie oczko wodne i że to od tego właśnie oczka poprowadzono rurę, z której dalej, na polu „wybija” źródełko.

Źródła rzadko wyglądają tak, jak je sobie wyobrażają ludzie – i, co mnie najbardziej dziwi, mało który człowiek w ogóle wie, jak wygląda naturalne źródło. Wyobrażają je sobie właśnie tak, jak ta sztuczna instalacja na polu, zbudowana zresztą prawdopodobnie jako poidło dla wypasanych tutaj niegdyś zwierząt.

Woda deszczowa wsiąka w ziemię i zbiera się w niej, zatrzymana przez położone głębiej warstwy nieprzepuszczalne. Tam, gdzie może, wysącza się ona na powierzchnię jak z gąbki, tworząc niewielkie, pełne błota mokradełko. W stanie naturalnym woda małymi strużkami spływa tam z kałuży do kałuży, z jednej plamy błota sączy się do drugiej, aż wreszcie poniżej łączy się w jeden lub kilka strug wodnych, które w końcu tworzą strumień, potok, rzekę.

Ludzie, szukający dostępu do czystej, źródlanej wody budowali nieco poniżej takiego mokradełka niewielką groblę, czasami drewnianą czy kamienną przegrodę albo po prostu w to mokradło wkopywali zbiornik czy płytką studnię. Pozwalało to wodzie, oddzielonej od gleby zbierać się w jednym miejscu, skąd można już było wyprowadzić kranik czy rurę, żeby móc w jednym, konkretnym miejscu tę wodę źródlaną czerpać. To więc, co najczęściej ludzie nazywają „źródłem” jest tak naprawdę ujęciem wody, sztuczną instalacją.

Wszystko to, co powiedziałem powyżej możesz krok po kroku zaobserwować właśnie tutaj, w na łąkach Wzgórz Łomnickich.

Kraina omszałych głazów.

W zagajnikach, kępach drzew pośród pól czy na wzgórzach – wszędzie możesz znaleźć tu świadectwa dawnej, geologicznej przeszłości tej ziemi. I niczym na kościach w ciele, na skałach pulsuje tutaj wciąż żywa tkanka biosfery.

W drugiej połowie kwietnia znaleźć tu możesz jeden z najpiękniejszych kwiatów świata.

Piękna nigdy dość. Fiołek Rivina.

Kiedy malowałem obraz, który dziś służy jako wizerunek Wielkiego Wilka w naszym Chramie Fenrira, umieściłem między jego łapami właśnie fiołek. W średniowieczu kwiatu tego – zapewne ze względu na barwę, rozmiary i czas kwitnienia – używano jako symbolu pokory. A tylko pokora w odniesieniu do Przyrody, czyli uznanie się za coś niższego od Niej, istotę będącą nikłą cząstką i ograniczoną w możliwościach swoich zmysłów – tylko ta pokora może nas zbliżyć do prawdy. Pokora nie pozwala zaufać swojej intuicji, swoim wrażeniom, przeciwnie, każe je testować, sprawdzać, szukać wiedzy pewnej, eksperymentalnie potwierdzonej.

Tymczasem gatunków fiołka jest wiele. Z tych, które rosną w Polsce najczęściej spotkać można trzy: fiołek wonny Viola odorata, fiołek Rivina Viola riviniana oraz fiołek psi Viola canina. Są one do siebie bardzo podobne, ale każdy z tych gatunków kwitnie kiedy indziej: fiołek wonny w marcu, fiołek Rivina w kwietniu, a fiołek psi – w maju do czerwca.

My napotkaliśmy właśnie fiołek Rivina. Polska nazwa gatunkowa tej rośliny jest wyjątkowo nieszczęśliwa z powodów zarówno literackich, jak i historyczno – politycznych. Tymczasem określenie fiołek „Rivina” nie odnosi się ani do Geralta z Rivii, ani do Lwa Rywina.

Właściwie rzecz biorąc, polska nazwa gatunkowa powinna brzmieć „fiołek Rivinusa” – tak bowiem pisał się przyrodnik, który wyróżnił ten gatunek fiołka: Augustus Quirinus Rivinus.

Nie szukaj na polskiej Wikipedii, i tak nie znajdziesz, Przyjacielu. Był to niemiecki przyrodnik z czasów, gdy jeszcze jako takiej biologii nie było, żył bowiem w latach 1652 – 1723. Był, jak wielu ówczesnych uczonych lekarzem, który dodatkowo zajmował się studiowaniem Przyrody.

Pochodził z Lipska i tam też ukończył uniwersytet, specjalizując się w fizjologii i w botanice. Był członkiem najznamienitszego stowarzyszenia naukowego owych czasów, stowarzyszenia, którego wkład w rozwój nowoczesnej nauki jest nie do przecenienia. Mowa oczywiście o Royal Society w Londynie.

Jego zainteresowania nie ograniczały się do medycyny i botaniki. Fascynowała go również astronomia i to do tego stopnia, że wskutek obserwacji plam słonecznych pod koniec życia niemal utracił wzrok. Cóż, Przyroda potrafi rozkochać w sobie tych, którzy są Jej oddani do tego stopnia, że wiele są w stanie dla Niej stracić!

Jest jednym z tych nielicznych naukowców, którego wkład do nauki ani się nie zdezaktualizował przez te trzy wieki, ani nie zestarzał. To on położył podwaliny pod używany do dzisiaj system nazewnictwa gatunków.

On właśnie wprowadził zasadę, że naukowa nazwa czegokolwiek żywego na tej planecie składa się z dwóch łacińskich słów. Pierwsze jest zawsze rzeczownikiem i oznacza rodzaj, czyli nadrzędną grupę podobnych – a dziś wiemy, że i spokrewnionych – gatunków. Przymiotnik zaś oznacza konkretny gatunek.

I tak na przykład fiołek – Viola – jest rodzajem roślin, w skład którego wchodzi około 600 gatunków. Rozróżniamy je, do nazwy rodzajowej dodając przymiotnik gatunkowy: a więc właśnie: Viola odorata, VIola riviniana, Viola canina.

Fiołek, czyli Przyroda uczy pokory…

Nie jest łatwo odróżnić np. taki fiołek Rivina od fiołka psiego. Jednak gdy położyłem się na ziemi, twarzą blisko kwiatu i gleby, gdy rozchyliłem delikatnie jego płatki i zajrzałem przez silną lupę do wnętrza, mogłem zobaczyć, że słupek kwiatu jest całkowicie nagi, a to przesądzało sprawę. Viola riviniana.

Tak, Przyjacielu, fiołek uczy pokory, Po łacinie pokora to humilitas, od słowa humus = ziemia, gleba. W Przyrodzie trzeba się czasami położyć na ziemi, przygiąć do niej, dać się zmiażdżyć Jej potędze. Ale Przyroda tym się różni od ludzi, że wymaga pokory, ale nie upokarza. Przeciwnie, tym, którzy do ziemi się przygną, położą na niej daje moc widzenia prawdy, daje moc ujrzenia wszystkiego we właściwej perspektywie i świetle.

Dlatego, jeżeli kiedyś spotkasz w lesie wilka i z jakiegoś powodu ten okaże wobec Ciebie jakieś oznaki agresji – będzie warczał, pokaże kły, uszy odstawi na boki – powinieneś właśnie położyć się na ziemi, przygiąć do niej, paść na twarz – bo w języku wilków tak właśnie mówi się: „nie jestem zagrożeniem, nie chcę zwady, proszę, bądź przyjazny!”

Pokora nigdy nie jest wobec wszystkich – bo to się nazywa dupodajstwo. Pokora zawsze jest wobec jednej zwierzchności. Dlatego pokora jest zawsze jednocześnie wielką pychą i radosnym zarozumialstwem, bo kto zaprzyjaźnił się z realną, wielką mocą – ten może drwić i z pogardą traktować wszystkie inne moce i potęgi.

Kto Przyrodzie okaże pokorę, kto przed Wielkim Wilkiem do ziemi się przygnie, ten może kpić z ludzkiego boga i jego żałosnej nic-nie-mocy. Może radośnie zdeptać jego niegodziwe przykazania i brać życie takim, jakie jest, kochać jego radości i zażywać jego szczęścia.

Modrzew europejski Larix decidua.

W lasach Wzgórz Łomnickich można oglądać wiele pięknych modrzewi. Drzewo to znane jest z tego, że choć jest drzewem iglastym, to jesienią żółknie i zrzuca igły. Jest także bohaterem kolejnej bzdury umieszczonej na polskiej Wikipedii. Twierdzi się tam bowiem, że w Polsce tylko w Tatrach jest on drzewem naturalnym, a wszędzie indziej znalazł się jedynie w wyniku nasadzeń.

Tymczasem modrzew europejski nie tylko od dawna występował naturalnie we wschodnich Sudetach, ale wykształcił osobną odmianę: Larix decidua decidua v. sudetica, czyli w skrócie modrzew sudecki.

Mijamy kolejny, stary dąb…

Ścieżka prowadzi nas wśród coraz śmielej wybuchającej wiosny – wśród potężnych dębów, modrzewi i buków. Spotkać też możemy starą znajomą – gwiazdnicę pospolitą Stellaria media, której poświeciłem osobny artykuł w dziale „biologia” (patrz: „Zapomniana gwiazda zimowego przetrwania„).

Bądź pozdrowiona, stara przyjaciółko! Stellaria media.

A ze stoku jednego z pagórków, pod lasem przystanąwszy, podziwiać możemy widok na Górę Witoszę, ku której zmierzamy. Wyraźnie zbliżyła się, spotężniała w oczach.

Góra Witosza coraz bliżej.

Ścieżka wśród łąk, pól i lasów Wzgórz Łomnickich to droga jak przez sen: droga przez krainę nigdzie indziej niespotykaną, unikatową. Krainę, w której nałożyły się na siebie biologia i historia. Kraina ta jednak nie jest już krainą ucieczki od ludzkiego świata, jak wiele innych, otoczonych Przyrodą miejsc. Przeciwnie natykamy się tutaj, niczym na ostre kamienie o które potknąć się można – na ślady ludzkiej niegodziwości.

Tutaj za każdym zakrętem czai się tajemnica…

Stajemy na zakręcie ścieżki. Po prawej stronie mamy wysoki, zalesiony pagór najeżony omszałymi skałami. Po lewej pole uprawne, na wprost – opadające zbocze wzgórza, zajęte przez szeroką łąkę.

Znajduje się tutaj jedno z najbardziej tajemniczych miejsc tej krainy. Bezimienny Grób.

Bezimienny Grób.

Gdzie tu ślad ludzkiej niegodziwości, o której wspomniałem? Już spieszę z wyjaśnieniem. Najpierw przyjrzyjmy się okolicy. Grób leży tuż obok wychylającej się z ziemi skały, tuż przy ścieżce, a właściwie polnej drodze, która nie jest wydeptana, ale zbudowana – gdzieś około XIX wieku – poprzez nasypanie gruzu skalnego i ubicie ziemi. Wystarczy dobrze się przyjrzeć, żeby stwierdzić, że wątpliwe, czy to rzeczywiście jest grób. Nie dałoby się w płytkiej glebie wykopać tutaj dołu na tyle dużego, żeby spuścić do niego trumnę. Co najwyżej dałoby się prowizorycznie ukryć samo ciało, po gangstersku, pośpiesznie. Skąd jednak w takim razie ogrodzenie, krzyż?

I tak się narodziła legenda, z pewnością całkowicie fałszywa, a to dlatego, że da się wyraźnie wskazać, skąd się wzięła. Miejscowy proboszcz, który w latach 80-tych XX wieku na fali rozbuchanego imperializmu polskiego Kościoła zaczął budować nową świątynię w Cieplicach – ogłosił wszem i wobec, że jest to… grób księdza, zamordowanego przez hitlerowców.

Bajeczka ta jest zupełnie niemożliwa i to z kilku powodów. Po pierwsze, dla potrzeb skrytej egzekucji szybciej byłoby wykopać głęboki dół ledwie kilka metrów dalej, niż walczyć z korzeniami, skałami i ubitą ziemią tylko po to, by móc zwłoki zaledwie przykryć.

Po drugie, ci „hitlerowcy” (jacy?? SS? Gestapo?) mieli do dyspozycji w Cieplicach i pod Jelenią Górą dwa spore podobozy, filie Gross-Rosen. W Borowicach, ledwie kilkanaście kilometrów stąd bez oporów mordowali jeńców wojennych tuż przy budowanej szosie i jakoś się z tym nie ukrywali. Wreszcie: nie ma śladu w źródłach, żeby z którejkolwiek parafii w okolicy: tak katolickich, jak luterańskich i jednej staroluterańskiej – w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął jakiś ksiądz. Przeciwnie, szczęśliwie dotrwali do końca wojny, a niektórzy z nich jeszcze po przejęciu tych ziem przez Polskę przez jakiś czas pełnili swoje obowiązki.

Bardziej prawdopodobne jest, że grób ów jest symbolicznym upamiętnieniem jakiegoś leśniczego, zastrzelonego przez kłusownika. Takie wypadki zdarzały się w Sudetach nagminnie przez niemal cały XIX i pierwszą połowę XX wieku, o czym świadczą licznie zachowane pomniki stawiane na miejscach takich morderstw, a o innych, które nie dotrwały do naszych czasów można znaleźć wzmianki w źródłach historycznych.

Ale nie! Nieważne, co jest prawdą. Ważna jest propaganda, przy pomocy której można największego kolaboranta Hitlera, czyli Kościół Katolicki udekorować, wybielić i na piedestale ku trwożliwej czci owieczek ustawić.

Sprzed Bezimiennego Grobu ujrzeć możemy kolejny popis ludzkości.

Zniszczenie już się zaczęło…

Wtargnął tu już człowiek ze wszystkim, co ma najobrzydliwszego: śmieciami, hałasem, samochodami, betonem, plastikiem i pstrokacizną. Omińmy więc to miejsce – z obrzydzeniem, z daleka.

Docieramy do starej, niegdyś spokojnej i niewielkiej wsi Staniszów.

Kościół w Staniszowie.

Miejscowy kościół dobrze ilustruje historię tej miejscowości. Położona w sercu Wzgórz Łomnickich przeważnie pozostawała na uboczu dziejowych burz. W końcu XV wieku, kiedy na świecie już rozkwitały budowle renesansowe, tutaj wzniesiono jeszcze gotycki, typowo średniowieczny przybytek chrześcijańskiego kultu. I przez wszystkie wieki późniejsze budynek niewiele się zmienił. Ot, dodano barokowy hełm na wieży, kilka ozdóbek, a w czasach reformacji – empory w środku.

Czas płynął jak widać powoli w tej zagubionej wśród skalistych wzgórz miejscowości. Był jednak moment, kiedy wioska ta miała swoje „wielkie pięć minut” – a to za sprawą jednego człowieka – i jednej góry.

Chodzi oczywiście o tę górę, ku której spoglądaliśmy ze skał nieopodal Sołtysiej  i z obrzeży jednego z zagajników.

Góra Witosza stanowi wielką osobliwość geologiczną. Za czasów zlodowaceń sterczała jako ostra, granitowa skała pośród śnieżnej pustyni. Powierzchnię skał smagały wiatry i niesione przez nie drobinki lodu. Na słońcu śnieg topniał, a woda wnikała w szczeliny granitowych skał, by pod wpływem mrozu powoli, ustawicznie je rozsadzać. Szczeliny z wolna powiększały się, rozszerzały, opadające z góry odłamy kamieni przykrywały te niższe, tworząc istny labirynt jaskiń.

To one decydują o niezwykłości tego miejsca. I to one przyczyniły się do wielkiej sławy zarówno góry, jak i wsi Staniszów.

U podnóża Witoszy.

Ścieżka opasująca dolne partie wzgórza prowadzi nas do położonej najniżej jaskini, zwanej Skalną Komorą.

Wejście do Skalnej Komory.

Nie dziw się, Przyjacielu, wszechobecnym na zboczach góry, kamiennym schodom. Kiedy w końcu XVIII wieku Staniszów wszedł w posiadanie bogatych książąt von Reuss modne było urządzanie krajobrazu w wielkie założenia parkowe, częściowo dzikie, częściowo zagospodarowane, gdzie starano się ludzkie dzieła stopić z Przyrodą, skomponować je razem w to, co wówczas ceniono: piękno krajobrazu. Aby zaś je podziwiać, trzeba było czasami wspiąć się na góry i skały, a to nie było łatwe zwłaszcza, jeśli było się damą w długiej do stóp sukni. Schody były niezbędne w takich miejscach, ale bardzo się przy ich budowie starano, by nie szpeciły one okolicy: a to jakiś stopień specjalnie ustawiano krzywo, a to niedbale wykuto, a wszystkim – nadano chropowatą powierzchnię, do której chętnie przylgnęły mchy i porosty.

Był to piękny, niestety krótki czas wspaniałej przygody ludzi z Przyrodą zainspirowany na tych terenach przez hrabiostwo von Reden z Bukowca, o których dziedzictwie napisałem w jednej z poprzednich wypraw („Krąg druidów i świątynia Ateny. Tropem przyjaźni z Przyrodą„).

Skalna Komora to ogromny głaz, wręcz kawałek góry, wsparty z jednej strony o skały zbocza, a z drugiej o pojedynczy, solidny ząb, filar z kamienia.

Skalna Komora od środka.

Coraz bardziej stromymi schodkami wstępujemy wyżej, wciąż ku jądru tajemnicy.

Wciąż w górę…

Zieleń porastającego zbocza bukowego lasu poraża wspaniałym odcieniem tej najpiękniejszej barwy świata – barwy życia i uzdrowienia.

Następna jaskinia.

Przyroda jest pełna przypadku, a przypadek, jak to przypadek – nie lubi powtarzalności. Kolejna jaskinia, zwana Uchem Igielnym, to wąska szczelina powstała w miejscu, gdzie woda, mróz i słońce rozsadziły prastary granit, tworząc zwężający się, krótki, ale wysoki korytarz, zakończony skalnym oknem. Jak na „ucho igielne” całkiem dużym.

Stajemy wreszcie przed ostatnim podejściem na szczyt – i możemy podziwiać tutaj zapierający dech w piersiach majestat skalnego królestwa.

Majestat skał.

Nic dziwnego, że sceneria taka od dawna oddziaływała na wyobraźnię ludzką. I to ona jest bardzo ważna w historii, która właśnie tutaj się zdarzyła.

Wojna trzydziestoletnia. 1618 – 1648. Czas, kiedy świat protestancki starł się z katolickim w krwawej, bezpardonowej wojnie, wojnie w imię Chrystusa, pod celem religijnym ukrywając cele polityczne: chęć poszerzenia wpływów, zdobycia ziemi, udowodnienia, które z europejskich mocarstw jest potężniejsze od drugiego. Był to czas rozlewu krwi. A za rozlewem krwi idzie krok w krok zaraza, głód i bieda. Wraz zaś z nimi, do ludzkich serc i umysłów wkrada się niezmiennie: niepewność, za niepewnością strach, za strachem chęć znalezienia jakiegokolwiek oparcia – oparcia za wszelką cenę. Nawet za cenę prawdy.

Nazywał się Hans Georg Rischer, ale do historii przeszedł jako Hans Rischmann. Uchodził za wieszcza i jasnowidza. Pochodził z Łomnicy, wsi odległej o kilka kilometrów na północny wschód od Witoszy. Wędrował po całej okolicy, tak po miejscowościach, jak i dzikich ostępach gór. Latem przemieszkiwał w największej, położonej tuż pod szczytem Witoszy jaskini, dziś znanej jako Pustelnia.

Jego sława sięgnęła daleko poza karkonoskie wsie i daleko poza historię wojny trzydziestoletniej. Najwybitniejsi kronikarze opisywali jego wystąpienia – jedni z naganą, nazywając go pomylonym oszustem, inni z trwożliwym szacunkiem jako proroka i wieszcza. Nie byli tylko zgodni, czy to ich bóg przez niego przemawiał, czy raczej Szatan.

Ludzie ściągali do Staniszowa i na Witoszę z najdalszych miejscowości, żeby wysłuchać jego proroctw. Krążyły niestworzone opowieści: prorok podobno lewitował, przemawiał demonicznymi językami, wydawał z siebie niemożliwe dźwięki, a innym razem przez wiele miesięcy nie mógł mówić. Plotki i legendy przydawały coraz to nowych cudowności: a to przewidział, że w Jeleniej Górze tylko osiem rodzin się ostanie po wojnie i zarazie, a rynek zarośnie trawą; a to spłonie ratusz i zostanie odbudowany w zupełnie nowy sposób. Przepowiedział rozbiory Polski, pierwszą wojnę światową, traktat wersalski i nowe granice po drugiej wojnie światowej. Przepowiedział…

Ileż to znamy podobnych postaci w historii! Zawsze się pojawiają, gdy czasy są niepewne.

Każdy, kto będzie odpowiednio długo jak Rischmann wędrował wśród skał, lasów i gór, kto pozwoli, by Przyroda zawładnęła nim bez końca, będzie mniej lub bardziej pomylony. Przynajmniej w ocenie ludzi. A potem wiele nie trzeba: ludzie już sami dorobią historię.

A jeśli taki człowiek będzie miał odrobinę talentu aktorskiego, bardzo łatwo będzie mógł sprawić, że ludzie uznają go za proroka bożego lub rzecznika diabła – nieważne jak, byle mówili.

Czy trzeba nadprzyrodzonych zdolności, żeby wywieszczyć ludziom zagładę? Nie, wystarczy spojrzeć na Przyrodę i na ludzki świat. Porównać, przyjrzeć się z oddali, ze skał Witoszy, spomiędzy kamieni i drzew – jak wilk. I zobaczyć, że ludzie, którzy w jednym miejscu budują, by inne zaniedbać, którzy sami z upodobaniem niszczą własne dzieła i którzy kochają być oszukiwani i zwodzeni – daleko nie zajdą. W końcu coś pęknie, w końcu błędy nawarstwią się w taką stertę, że przygniotą ludzkość.

Grota Rischmanna.

I to, przed czym niegdyś ostrzegał samozwańczy prorok z Witoszy, dziś podnoszą naukowcy. Jednak podczas, gdy Rischmanna słuchano, ich nikt słuchać nie chce. I to mimo tego, że on miał na poparcie swoich przepowiedni jedynie trochę aktorskiego talentu i umiejętność doboru scenerii, a oni mają dowody, których każdy może dotknąć i doświadczyć.

A co z rzekomym jasnowidztwem, przepowiedniami, za którymi ludzie do dziś tak chętnie podążają?

Są, Przyjacielu, cztery rodzaje przepowiedni, które się spełniają, bo o niespełniających się mówić oczywiście nie warto. Są to:

1) Przepowiednie bełkotliwe – czyli tak poetycko, metaforycznie, wzniośle i w tajemnych słowach przekazane, że mogą znaczyć dosłownie wszystko. Takie zawsze się spełniają, bo mogą się odnosić do dowolnego wydarzenia z przyszłości i w dowolnym czasie. Wystarczy, jak Rischmann, taką przepowiednię w odpowiednio nastrojowej scenerii i w odpowiedni sposób wygłosić, a ludzie sami już sobie ją zinterpretują, mówiąc: „Spełniło się! spełniło się!” – tyle że każdy będzie co innego uważał za owo spełnienie.

2) Przepowiednie samospełniające się – czyli takie, które będą w tak mistrzowski sposób sugestywne, że ludzie sami, własnymi rękoma taką przepowiednię wprowadzą w życie, a potem przetrą oczy ze zdumienia i zawołają: „Przewidział! przewidział! To cud!”

3) Przepowiednie po fakcie – czyli, gdy już odpowiednią sławę jako prorok zdobędziesz, nie obawiaj się: sama potem ta sława dojrzeje. I gdy tylko stanie się coś typu: jakaś wojna, zmiana polityczna, jakiś kataklizm – ktoś rzuci zachłannej na sensacje gawiedzi hasło: „Już przed xxx laty ten a ten to przepowiedział! Tak! Bo powiedział xxx (wstawić jakiś dowolny tekst przepowiadający właśnie zaistniałe wydarzenie)”. I najlepsze, że wszyscy będą zadowoleni: samozwańczy prorok – bo jego sława potwierdzi się przepowiednią, której nigdy nie wygłosił, ale tego akurat nikt nie sprawdzi. Zadowolony będzie ten, który taką sensację tłuszczy podsunie – bo i on zyska sławę. I wreszcie sam tłum będzie zadowolony, bo utwierdzi się w przekonaniu, że skoro przyszłość można przewidzieć, to znaczy że jest nad nami jakaś opatrzność boska i to ona decyduje. A skoro tak, to może i dogadać się z nią można?

4) Przepowiednie zauważone. Przepis: wygłoś odpowiednio dużo przepowiedni. Jeśli będzie ich naprawdę dużo, w końcu wygrasz ten los na loterii, że się któraś spełni, być może przez ironię historii wprost dokładnie tak, jak to przepowiedziałeś. I nieważne będzie wtedy, że wygłosiłeś tysiąc takich, które się nie spełniły – ludzie i tak będą mówić tylko o tej jednej na tysiąc czy na dziesięć tysięcy, która się sprawdziła.

Doszliśmy do końca groty.

Mam wiele sentymentu do postaci Rischmanna. Sam po trochę jak on wędruję po najdziwniejszych miejscach, spędziłem wiele samotnych nocy w górach i po lasach, słuchając Przyrody, a nie ludzi. Sam jestem w oczach wielu mocno pomylony, zwłaszcza w oczach tych, którzy pojąć nie potrafią, jak mogłem odejść od „niewątpliwie istniejącego” boga chrześcijańskiego i zamiast niego uwielbić góry, drzewa i Wilka. I jak Rischmann nie potrafię wywróżyć ludzkości niczego dobrego.

Przez okno skalne na końcu Pustelni – groty Rischmanna świeci nam wiosenna zieleń młodych, bukowych liści. Bo to, w czym inni widzą katastrofę dla tych, którzy Przyrodę ukochają będzie radością. To, co będzie dla innych zapowiedzią apokalipsy, dla kochających Przyrodę będzie wróżbą szczęśliwej przyszłości.

Wejdźmy na szczyt Witoszy.

Szczyt i ruina pomnika.

Był taki człowiek, Otto von Bismarck, kanclerz Niemiec, ten, który je zjednoczył i uczynił najpotężniejszym mocarstwem ówczesnej Europy. Już za życia – a po śmierci tym bardziej – był w Niemczech czczony jak, nie przymierzając, Jan Paweł II w Polsce. Stawiano mu absurdalne mnóstwo pomników mniej lub bardziej udanych, mniej lub bardziej bezczelnie głoszących jego nieomalże boskość. I na Witoszy stanął taki pomnik w 1902 roku, w cztery lata po jego śmierci.

Bardzo ciekawa to była konstrukcja.

Pomnik Bismarcka na Witoszy.

Cztery potężne, inspirowane średniowieczną sztuką romańską kolumny wspierały piramidę z wielkim (każda z liter miała 60 cm wysokości!) napisem „BISMARCK”. A całość wieńczyła korona niemieckich cesarzy i to pomimo tego jakże nieistotnego faktu, że Bismarck nigdy cesarzem nie był.

Władze polskie po II wojnie światowej nałożyły na sołtysa Staniszowa obowiązek pozbycia się tej niewygodnej pamiątki historycznej. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić! Podobno sołtys nie umiał się z tego obowiązku pomimo wielu prób wywiązać i miał z tego powodu sporo nieprzyjemności. W końcu następczyni na urzędzie (tego sołtysa odwołano) zdołała ze składek mieszkańców wsi opłacić pluton saperów, któremu udało się pomnik wysadzić w powietrze. Podobno dopiero za drugim podejściem.

Do dziś na zboczach wala się mnóstwo elementów monumentu.

Resztki pomnika Bismarcka.

Kiedyś znajomy zapytał mnie, co sądzę o głośnej inicjatywie, by wyburzyć Pałac Kultury w Warszawie, a to ze względu na stalinowski rodowód tejże budowli. Odpowiedziałem, że to bez sensu. I nawet pomniki Stalina czy Hitlera należałoby zostawić. A dlaczego? Bo tylko ludzie, którzy pamiętają, jak sroga była niewola – prawdziwie docenią wolność. Wymazując złą przeszłość z pamięci automatycznie odbieramy dobrej teraźniejszości bardzo, ale to bardzo wiele smaku. I na skutki tego nie trzeba długo czekać: wystarczy, żeby troszkę latek upłynęło, może jakiś wirusik postraszy, a ludzie z powrotem z radością oddają się w ręce dyktatorów. Może gdyby nie usunięto tych wszystkich pomników Armii Czerwonej, Lenina, Dzierżyńskiego czy innych postaci tego typu – gdyby bolesna przeszłość pozostała żywa w pamięci – nie daliby się ludzie tak łatwo zwieść?

Witosza to przede wszystkim wspaniały widok na Kotlinę Jeleniogórską i Karkonosze.

Widok ze szczytu.

Szczyt Witoszy jest też ważny dla mnie. Wiele razy w życiu, gdy przychodziło mi mierzyć się z najtrudniejszymi decyzjami, przychodziłem właśnie tutaj.

Zamek Chojnik i góra Żar.

Bukowy las na zboczach odległej góry Chojnik z zamkiem na szczycie przystroił się już w wiosenną zieleń. Gdyby tak móc zachować tę zieleń nienaruszoną, ba, rozlać ją na połacie zniszczonego przez działalność ludzi krajobrazu, sprawić, by zastąpiła pstrokate, oczojebne osiedla dla bogatych w pieniądze, lecz ubogich w gust!

Ludzkiego świata nie zmienimy. Lecz zaufajmy Przyrodzie. Ono jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa…

Drzewa wyrastające ze skał.

Na skałach Witoszy drzewa wyrastają ze szczelin, po raz kolejny dostarczając nam dowodu na potęgę życia. I choć ludzkość również jest potężna, to brakuje jej tego, co Przyroda posiada w nadmiarze: cierpliwości. Ta cierpliwość objawia się w tym, że wszystko, co w Przyrodzie największe, najpotężniejsze i najpiękniejsze powstaje bardzo powoli. Także drzewa, znajdujące środowisko życia tam, gdzie nie powinny go znajdować osiągają swój sukces ogromną, nie liczącą czasu cierpliwością.

Ludzie żyją, pracują, mało tego! nawet odpoczywają i bawią się w pośpiechu. Śpią w pośpiechu, w pośpiechu jedzą i w pośpiechu umierają. I to właśnie pośpiech może sprawić, że ludzka cywilizacja, która z wielkim hukiem i w tak błyskawicznym tempie się rozwinęła – równie błyskawicznie się wypali.

Przyroda nie zna pośpiechu i nie liczy czasu. Myślę, że wbrew temu, czego wymagają wszyscy szefowie świata od swoich pracowników i wszyscy klienci świata od wykonawców – nie da się zrobić czegokolwiek jednocześnie szybko i dobrze. Można co najwyżej ukryć wady tak, by nie ujawniły się od razu.

Tymczasem Przyroda nie licencjonuje bubli. Tu zawsze wszystko jest doskonałe, bo każda niedoskonałość kosztuje życie.

Schodzimy ze szczytu drugą ścieżką, wiodącą przez tzw. Skalną Uliczkę.

Skalna Uliczka.

Granit ze względu na swoją strukturę chemiczną najłatwiej pęka w trzech prostopadłych do siebie płaszczyznach. Tysiąclecia zamarzania i odmarzania, rozszerzania się i kurczenia skał pod wpływem słońca sprawiły w końcu, że od opoki oderwał się wielki kawał skały, odjechał od reszty góry, a w powstałą w ten sposób szczelinę wdarł się wiatr i deszcz, poszerzając ją i wygładzając krawędzie.

Tę właściwość granitu zaobserwować można na Witoszy, gdzie ściany skalne są niekiedy tak równe, jak sztucznie wzniesione mury, a zbocza usiane są niemal idealnie prostopadłościennymi głazami.

Schodzimy coraz niżej…

Niegdyś przez Witoszę i jej okolice poprowadzono ścieżkę przyrodniczą z tablicami edukacyjnymi – między innymi na temat rzeźby skalnej. Ale zapomnij, Przyjacielu o tym, byś mógł nią podążyć! Napotkasz bowiem taki oto widok:

Teren prywatny.

Przymiotnik „prywatny” może się wywodzić od rzeczownika „prywatność” lub od „prywaty”. Myślę, że w tym wypadku chodzi o to drugie.

Po upadku komunizmu całe masy matołów, zachłyśnięte amerykańskimi wzorcami – tak jakby były one dobre! – zaczęły na potęgę zagradzać wszystko, co się da i wszędzie wieszać te obrzydliwe tabliczki z najniegodziwszym napisem świata: „teren prywatny, wstęp wzbroniony”.

Kiedy biali najeźdźcy zaczęli rozgrabiać kontynent amerykański, tym, co najtrudniej było zrozumieć rdzennym mieszkańcom stanowiła idea, że ziemia może być „prywatna”. Dla Indian taki pomysł jest absurdem. Ziemia nie może być prywatna, bo to nie majtki ani szczoteczka do zębów. Nie stworzył jej człowiek, nie on ją opracował i zbudował. Ziemia jest dla wszystkich, a wszyscy na samym końcu – należą do niej, a nie na odwrót.

Tak, wiem, że mówiąc takie rzeczy popełniam straszliwą zbrodnię, niemal tak straszliwą jak aborcja czy związek homoseksualny – ale uważam, że wszyscy ludzie umieszczający takie tablice powinni tymi tablicami dostać po głupich łbach.

Zwłaszcza, gdy za taką tablicą ktoś kryje dom dachówką w tak oczojebnym kolorze, że chyba z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej można by go zaobserwować bez lornetki.

Ziemia jest własnością Przyrody. A ponieważ człowiek nie uszanował tego prawa, niech będzie przygotowany na to, że Przyroda odbierze mu kiedyś swoją własność siłą.

Opuszczamy Staniszów i kierujemy się na wschód. Rośnie tu jeden z najstarszych dębów, jakie znam.

Ogromny, prastary dąb.

Oczywiście nie ma on statusu pomnika Przyrody, a to dlatego, że stoi na drodze „rozwoju” i kiedy kolejnemu panu zbrodniarzowi – deweloperowi zamarzy się kolejna perwersja krajobrazowa, zostanie ścięty.

Ale Przyroda ma dużo czasu, tyle, że miliony dębów zdążą jeszcze wyrosnąć do podobnych rozmiarów. Pan deweloper nie ma czasu, bo nie przedłuży swojego życia nawet, gdyby zainwestował w to wszystkie „nieruchomości” świata. Przyjdzie mu umrzeć, choćby i całą ziemię wykupił, a ta go zeżre razem z jego trumną nie patrząc się na jego „prawa własności”.

Jednak ludziom podobają się zbrodnie deweloperów budowlanych, bo dzięki nim mogą sycić swoją pychę. Zaiste, jak niską samoocenę muszą mieć obywatele tego kraju, skoro ktoś, kto nie wybuduje własnej szkarady, zwanej domem, jest tutaj nikim. Żałosny to naród, w którym nieudacznictwo definiuje się przez nieposiadanie własnego domu, SUV-a i audi.

Nie wiem, czy rację mają ci, którzy za taki, mentalny stan rzeczy w Polsce oskarżają komunizm. Myślę, że sprawa może sięgać dużo, dużo starszych czasów.

Leśny staw.

Mijamy zagubiony w lesie staw. Kiedyś wiele podobnych zakładano nawet w głębi lasów, Niegdyś w Kotlinie Jeleniogórskiej sporo terenów należało do cystersów. Zakonnicy ci, zgodnie z absurdalną logiką chrześcijańskiej wiary ubzdurali sobie, że łatwiej pójdą do nieba, jeśli nie będą jedli… no właśnie. Nie można napisać „mięsa”, bo wegetarianami bynajmniej nie byli. Nie chodziło też o unikanie zabijania zwierząt, jak w wegetarianizmie wschodnim. Nie! Chodziło o unikanie jedzenia tego, co powstało w wyniku jakże wstrętnego „grzechu”, czyli seksu. A że zakonnicy ci fałszywie sądzili, iż ryby rozmnażają się bezpłciowo, zastępowali mięso, dajmy na to cielęce czy wieprzowe rybami. A ponieważ bardzo ostro pościli, obżerając się tymiż rybami ponad wszelki rozsądek, musieli tworzyć w pobliżu swoich klasztorów całe mnóstwo stawów rybnych. W okolicy Cieplic, gdzie mieli swoją siedzibę założyli ich blisko setkę.

Dodam tylko, że panowie cystersi byli tak biegłymi biologami, że również bobra uważali za… gatunek ryby.

Jest to jednak jeden z nielicznych przykładów ludzkiej głupoty, który nie niszczy krajobrazu i ekosystemu, przeciwnie, wzbogaca go, tworząc siedliska dla wielu gatunków ptaków, owadów czy roślin. I pokazuje ten przykład, że z ludzkiej głupoty nie zawsze musi wynikać coś złego.

Dlatego, choć smuci mnie widok kolejnych terenów niszczonych przez polski snobizm ufam Przyrodzie i Jej potędze. Wiem, że ona nawet z ludzkiej głupoty wyciągnie dla siebie korzyść. I jak w skandynawskiej legendzie o Ragnaröku, nadejdzie czas, gdy skończy się panowanie ludzkich bogów, a Wielki Wilk Fenrir odgryzie głowę Odynowi. Przyroda powróci i zatriumfuje.

Odwracając się za siebie widzimy oddalającą się Witoszę.

Tak, tam byliśmy…

Zagłębiamy się w las. Rośnie tu wspaniały kobierzec zawilców gajowych Anemone nemorosa.

Zawilcowy kobierzec.

Ciekawa jest sprawa nazwy tej rośliny. Określenie łacińskie Anemone wywodzi się z języka greckiego, w którym słowo to oznacza dosłownie „córkę wiatru”. W starożytności uważano, że zawilec otwiera płatki swoich kwiatów tylko wtedy, gdy wieje. Czyżby nikt nie pokusił się wtedy pójść do lasu i zaobserwować na własne oczy, że to bzdura?

Trzeba jednak pamiętać, że w starożytnej Grecji zawrotną karierę zrobiła filozofia Platona, który twierdził, że ziemskie rzeczy są nędznymi odbiciami wiecznych idei, a te można poznawać, siedząc wygodnie w fotelu i pierdząc. Wielu więc starożytnych przyrodników nie fatygowało się, żeby Przyrodę obserwować. Jak twierdzili, nie muszą tego robić, bo w głębinach swoich jakże doskonałych umysłów mają łączność z ideami, a te im podpowiedzą, jakie są, na przykład, zwyczaje zawilców. I jeżeli okazało się, że rośliny te bezczelnie otwierają swoje kwiaty także wtedy, gdy wiatru ani widu, ani słychu – to składali to na karby niedoskonałości tegoż nędznego łez padołu.

Zawilec gajowy Anemone nemorosa.

Nasi słowiańscy przodkowie stosowali zupełnie inną filozofię i ta odbiła się w języku. Nazwa „zawilec” może pochodzić od „wić się” – gdyż tworzy szerokie, jakby „uwite” dywany, bądź od rdzenia *vil- który występuje w słowie „wilgoć” – co z kolei ma związek z jego występowaniem. Jak widać, oni woleli pójść do lasu i zobaczyć na własne oczy, a nie – wydumać.

Niestety, platońskie podejście do rzeczywistości jest dużo popularniejsze i dlatego tak wielkim poważaniem i – co gorsza – przywilejami cieszy się taka na przykład teologia.

My jednak mamy to szczęście, a nawet należy powiedzieć: zaszczyt, że możemy na własne oczy oglądać piękno wiosny, dotknąć cudownej, chłodnej wilgoci leśnego podłoża i możemy dzięki temu być pewni, że Przyroda zwycięży.

Ludzka cywilizacja nigdy nie będzie wszechobecna, bo nigdy nie będzie miała na to środków. Ludzka cywilizacja musi się mierzyć nie tylko z Przyrodą, ale też z samymi ludźmi, którzy wszak uwielbiają wszystko niszczyć. Ludzka cywilizacja opiera się na ludziach, którzy kochają żyć w złudzeniach, oszukiwać się i wierzyć w mity. Ludzka cywilizacja wszystko robi w pośpiechu, czyli w konsekwencji źle. Ludzka cywilizacja na honorowym miejscu stawia i sowicie nagradza największych nierobów, poniżając i depcząc tych, którzy własną pracą ją budują. I choć wydaje się ludziom, że mogą nad tymi wadami spokojnie przejść do porządku dziennego, w końcu przyjdzie czas, gdy Przyroda uderzy bezlitośnie w ludzkość, a wówczas te wady, niczym spartaczone nitowania w kadłubie Titanica przyczynią się do – wydawałoby się niemożliwej i bardzo spektakularnej katastrofy.

A oto dochodzimy do miejsca, gdzie przestroga ta znalazła swoje widowiskowe potwierdzenie.

Krzyżowa Góra.

Skaliste wzgórze należało niegdyś do samego króla Prus, Fryderyka Wilhelma III, który w pobliskich Mysłakowicach miał swoją okazałą rezydencję. Otóż monarcha ten postanowił na skałkach ustawić wielki, drewniany krzyż – symbol chrześcijaństwa i symbol zwycięstwa człowieka nad Przyrodą.

Kaprys króla zrealizowano w 1838 roku. Niestety, krzyż po ledwie osiemnastu latach był już kompletnie zmurszały i następca Fryderyka Wilhelma III, Fryderyk Wilhelm IV musiał wystawić nowy. Jak widać, Przyroda za nic ma bufonadę ludzi, zadufanych w potęgę swojego żałosnego boga.

Równo kolejne osiemnaście lat później sytuacja była identyczna. Panujący wówczas król Prus i – od 1871 roku – cesarz Niemiec postanowił „załatwić” sprawę raz na zawsze i tym razem wymienił krzyż drewniany na kamienny. Zobaczymy, czy Przyroda da mu radę!

A Przyroda zrobiła to, co zwykła robić: przechytrzyła człowieka, z jego własnego dzieła czyniąc pomnik jego słabości.

Krzyż w (prawie) dobrym stanie.

Gdy ustawiono krzyż okazało się, że jego ogromny ciężar może przewrócić blok skalny, na którym spoczywa i trzeba było dorobić podpórki z kutego żelaza. Chyba ciężko o większe upokorzenie dla ludzkiego boga, który twierdzi o sobie, że w przeciwieństwie do pogańskich bałwanów on podpórek nie potrzebuje!

Nic nie pomógł monogram Chrystusa – będący przy okazji godłem wojennym rzymskich legionów. Nie pomogły litery „A” i „Ω”, wyryte na przecięciu ramion krzyża, a wzięte z pełnej okropnego zarozumialstwa deklaracji Jezusa, że jest „początkiem i końcem” wszechrzeczy.

Przyroda uderzyła i piorun skruszył górne ramię krzyża na zawsze już pokazując, gdzie jest miejsce ludzkiego boga.

Inskrypcja na krzyżu.

Jakby tego było mało, wyryta na podstawie krzyża inskrypcja, opisująca dzieje całego pomysłu już na wieki – póki stoi ten uszkodzony pomnik ludzkiej pychy – głosić będzie, że aż dwa razy trzeba go było odnawiać, bo Przyroda zawsze z nim sobie poradziła.

A tuż pod skałą stoi pomnik czegoś całkowicie do krzyża przeciwnego. Pomnik przyjemności, korzystania z życia i podziwiania Przyrody.

Kamienna Altana.

Kamienna Altana powstała wtedy, gdy wzniesiono pierwszy krzyż. Służyła do tego, by nawet w deszczową pogodę móc przyjść tu i rozkoszować się lasem, śpiewem ptaków, cieszyć się życiem i pić wino ku chwale Przyrody.

Jej nie trzeba było nigdy odnawiać.

Taką to naukę przygotowała dla nas Przyroda w tym miejscu, a posłużyła się do tego ludzkimi dziełami. Skarciła religijne fantazmaty, a pochwaliła radość życia. Poniżyła kult ludzkiego boga, a wywyższyła podziwianie Lasu.

Tego więc Ci życzymy, Przyjacielu, wilk Bojar, nasz przewodnik i ja: żebyś mógł bez ograniczeń cieszyć się życiem i nie smucił się z powodu potęgi ludzkiej zaborczości i niszczycielstwa. Przyroda zawsze zwycięży.

Podziel się

Jedna odpowiedź do “FIOŁKI, ZAWILCE I GROTA PROROKA, CZYLI POWRÓT NA WZGÓRZA ŁOMNICKIE”

  1. Dziękuję Panie Robercie za tę piękną opowieść! Wciągnęłam się w lekturę aż mi kawa zupełnie wystygła. Prychnełam śmiechem na fiutki myśliwych i pozyskalam do słownika nowe określenie ” oczojebny” . Pooddychałam sobie przy pięknych zachwytach nad drzewami i wyrównałam rytm serca nadzieją , że przyroda jest niezwyciężona.
    Podzielam Pana poglądy na temat szkodliwości wszelkich religii i na temat ekspansji człowieków w harmonię świata.
    Rozkosz czytac mądrych ludzi. Serdeczności z glebokim szacunkiem przesyłam a Bojara przytulam mocno i prosze podrapać go ode mnie za uchem.🥰♥️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.