JAK NAPRAWIĆ POLSKĄ EDUKACJĘ?

Nikogo chyba nie trzeba przekonywać o tym, jak ważna jest edukacja. Ponieważ tak już jest wśród ludzi, że rozmnażają się niekoniecznie ci, którzy do posiadania i właściwego wychowania dzieci się nadają, potrzebna jest instytucja, która nie tylko przekaże młodym ludziom jakiś skrót posiadanej przez ludzkość wiedzy, ale też uzupełni i naprostuje to, co rodzice przez swoją głupotę, niewykształcenie czy wyznawaną wiarę zepsują.

Nikogo też chyba nie trzeba przekonywać, że edukacja w Polsce nie wygląda tak, jak powinna. Wielu na nią narzeka, od uczniów i ich rodziców począwszy, na nauczycielach kończąc. Nie wszystkie te narzekania oczywiście są sprawiedliwe. Wiadomo przecież, że typowy, polski buc będzie narzekał na konieczność uczenia się przez jego dzieci czegokolwiek, czego tenże buc nie będzie w stanie zrozumieć, a typowy polski buc niewiele jest w stanie zrozumieć w ogóle.

Zamiast więc narzekać, lepiej zaproponować jakiś ogólny zarys edukacji, która mogłaby ominąć problem powszechnego zidiocenia polskiego społeczeństwa i młodym, wartościowym ludziom dać to, czego im to społeczeństwo jako całość nie da.

Na jednym z gościnnych wykładów znany filozof polski, profesor Bogusław Wolniewicz powiedział:

Nauka, ale dokładniej nauki ścisłe. Te prawdziwe nauki, nie jakaś tam psychologia czy politologia, czy pedagogika. To jest takie… tylko się nazywa nauką przez grzeczność. Prawdziwe nauki – a prawdziwe nauki są cztery: matematyka, fizyka, chemia i biologia. Plus ich rozgałęzienia praktyczne. (…) Nauka jest trudna dla powszechnego myślenia. Dlatego wielu z was, państwa, poszło nie na fizykę ani na matematykę, tylko a filozofię licząc, że tu się nie trzeba wiele uczyć, a tam się trzeba wiele uczyć. To jest w ogóle znak firmowy nauki, że jest trudna.

Niestety, w polskiej szkole zamiast dawać dzieciom przydatną i prawdziwą, oferowaną przez nauki ścisłe wiedzę o rzeczywistości, prowadzi się lekcje przede wszystkim przedmiotów humanistycznych, które w dodatku są nauczane źle. Z naukami ścisłymi również nie jest najlepiej, a ich program projektowany jest z premedytacją do tego, żeby uczynić naukę jak najbardziej nieznośną i nielogiczną.

Co gorsza, szkoła jest nastawiona na przyszłą dorosłość uczniów. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że człowiek żyje do trzydziestych mniej więcej urodzin. Później to już nie jest życie, tylko schodzenie do grobu i każdy powinien sobie tę prawdę uświadomić. Po trzydziestym roku życia ludzie przeważnie potwornie głupieją, a to dlatego, że ewolucja dała naszemu układowi nerwowemu gwarancję tylko do tego wieku. Oczywiście doświadczenie życiowe jest w stanie wyrównać braki sprawności umysłowej, problem polega na tym, że doświadczenia, które będzie w stanie coś takiego dokonać przeciętny człowiek nie ma przed osiemdziesiątką. Tym samym między trzydziestką a osiemdziesiątką człowiek przeważnie jest za stary na to, żeby być inteligentnym, a za młody na to, żeby być mądrym. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jest nawet spora grupa ludzi, którym albo odpowiednia kombinacja genetyczna tudzież sposób bycia pozwala na znaczne spowolnienie degeneracji układu nerwowego, lub też dzięki nietuzinkowym losom życiowym zdobywają ogromne doświadczenie dużo szybciej. Tym niemniej problem dotyka na tyle dużą część ludzi, że warto zaprojektować edukację tak, żeby nie odbierała młodym ludziom tego jedynego w swoim rodzaju czasu, jaki jeszcze mają na rzecz dorosłości, która życiem w sensie ścisłym już nie jest. Warto dać im intelektualną przygodę, a nie przedsmak niewolnictwa, które czeka ich w przyszłości.

Kanon czterech nauk powinien znajdować się w całym programie edukacji, od pierwszej klasy szkoły podstawowej po ostatnią klasę szkoły średniej. Tym niemniej wiedzę tam przekazywaną należałoby wywrócić do góry nogami.

Matematyka

Problem tego przedmiotu i nie tylko tego polega na tym, że całość podstawowej wiedzy przerabia się przez cały czas edukacji wiele razy. Tymczasem o wiele lepiej byłoby nauczyć czegoś raz, a dobrze.

Matematyka posiada siedem działań, które w jakiejś formie przydadzą się każdemu: dodawanie, odejmowanie, dzielenie, mnożenie, potęgowanie, pierwiastkowanie i logarytmowanie. Ze strachu przed zbytnią monotonią programu zamiast zatrzymać się na tych podstawach, skacze się bez sensu na zasadzie „trochę tego, trochę tamtego”. Zanim dobrze zrobi się coś z podstawowych działań, już przeskakuje się na geometrię, zanim się ją zrobi dobrze, już trzeba lecieć z algebrą. Bez sensu!

Wspomniana geometria również przydaje się w życiu i przekona się o tym każdy, kto będzie miał nieszczęście kupić mieszkanie wykonane przez budowlańca, który nie do końca miał o geometrii pojęcie. Problem w tym, że trzeba to właśnie pokazać.

Czy nie lepiej byłoby nauczyć czegoś raz, dobrze, powoli, ale w sposób ciekawy? Nie lepiej byłoby na przykład przez całą pierwszą klasę uczyć się tylko czterech działań, za to dbając o to, by nauczać tego w różnorodny sposób, nie tylko poprzez podanie teorii, a potem rozwiązywanie abstrakcyjnych zadań, ale na przykład pokazując i trenując jednocześnie wykorzystanie tych działań matematycznych w życiu? Dzieci w przeciwieństwie do dorosłych są w stanie wiele sobie wyobrazić. Czemu nie zagospodarować tej wyobraźni? Na przykład: jednego dnia uczymy się, co to są przekątne prostokąta. Następnego dnia rozwiązujemy zadania. Ale trzeciego dnia każdy uczeń próbuje tą wiedzę wykorzystać w praktyce, na przykład wykonując z jakiś powszechnie dostępnych materiałów model stołu albo innego mebla,  gdzie przekątne właśnie pozwalają uzyskać idealny i funkcjonalny kształt? Jeszcze innego dnia można by poszukać matematyki w Przyrodzie, na przykład uświadamiając uczniom, dlaczego jedno drzewo rośnie krzywo, a inne prosto, pokazując, że jest w tym geometryczna logika?

fizyka

Problem, jaki dotyka edukację matematyczną w dużej mierze przekłada się na tę z dziedziny fizyki. W fizyce trzeba dużo liczyć, są wzory opisujące wartości matematyczne, jakimi możemy rzeczywistość mierzyć. Kłopot w tym, że szkoła od dawna mierzy się z problemem: na fizyce uczniowie muszą się uczyć czegoś, co można policzyć tylko przy pomocy wzoru zawierającego logarytmowanie, podczas gdy na matematyce logarytmowania jeszcze nie mieli. Program nauczania matematyki próbuje się podobno ułożyć pod program fizyki, ale niestety robi się to najwyraźniej nieudolnie. Poza tym lepiej byłoby zrobić odwrotnie: to program fizyki uzależnić od postępów w matematyce.

Tym bardziej, że fizyka ma tę moc, że można jej zagadnienia poznawać od strony niematematycznej i z tym można spokojnie zaczekać na odpowiedni poziom wykształcenia w zakresie matematyki. Można by spokojnie odpuścić sobie większość liczenia czegokolwiek i zamiast tego na początek nauczyć dzieci jednej, podstawowej rzeczy: mianowicie że rzeczywistość nigdy nie jest taka jaką się wydaje i w związku z tym nie można jej poznać, dumając na jej temat w fotelu. Metalowa kulka o wadze jednego grama spada na ziemię z wysokości w tym samym czasie, co kula o wadze jednego kilograma mimo, że na zdrowy rozsądek powinno być inaczej. Tego trzeba najpierw nauczyć, zanim zabierzemy się do liczenia: nieufności w stosunku do ludzkiego zdrowego rozsądku, bo ma on tendencję do upraszczania i fałszowania. Tego należy nauczyć: że wszystko trzeba sprawdzić poprzez eksperyment i obserwację, a wszelka wiedza niepoparta w ten sposób nie jest wiedzą, ale przebranym za wiedzę kłamstwem.

Fizyka to także astronomia. Nie trzeba wiedzieć o matematyce więcej niż to, ile wynosi jeden metr a ile kilometr, żeby pokazać, jaki Wszechświat jest wielki i jak głupie jest uzurpowanie sobie przez człowieka jakiegokolwiek znaczenia wobec takiej wielkości.

Spokojnie można zaczekać z obliczaniem oporu elektrycznego do czasu, gdy dzieci zdążą dobrze, ale to naprawdę dobrze nauczyć się dzielić i przekształcać wzory zawierające takie działanie. A póki co pokazać, dlaczego w ogóle jakikolwiek opór istnieje. Że napotkać go można wszędzie. Że wszystko stawia opór i takie jest życie. Że jednak czasami wystarczy małe, drobne usprawnienie, usprawnienie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, które jednak będzie działać. Jakież było zdziwienie, gdy kilku archeologów – emerytów w ramach eksperymentu zdołało przesunąć kilkutonowy blok kamienia po wylanym na ziemię wiaderku wody z Nilu i tym samym pokazać, że zbudowanie piramid przy pomocy byle czego, bez sterowanych komputerowo dźwigów i bez ciężarówek było możliwe.

To jest właśnie zadanie fizyki. Nauczyć najpierw, że zdrowy rozsądek prawie zawsze zawodzi w starciu z rzeczywistością i że idiotą jest ten, który święcie w coś wierzy, bo tak mu się na zdrowy rozsądek wydaje.

Rolą fizyki jest obalić w umysłach dzieci to, co nieuk rodzic często im wpaja, że jest tak zwana „mądrość życiowa” i że to ona jest najważniejsza. Rolą fizyki jest pokazać młodym, że nie wolno w nic wierzyć i niczemu ufać, a każdy autorytet zasługuje na to, by go podważyć i obalić, jeśli rozmija się z rzeczywistością, a to czy się z rzeczywistością rozmija można i należy wykazać przez eksperyment, przez konfrontację z rzeczywistością.

Na obliczanie  przyspieszenia ciała swobodnie spadającego w polu ziemskiej grawitacji przyjdzie czas, gdy uczniowie zrozumieją, że nawet wobec tak prostego zjawiska, jakim jest spadająca ze stołu szklanka wszelką „mądrość życiową” należy wyrzucić do śmietnika.

chemia

Chemia ma bardzo wiele wspólnego z fizyką i właściwie z fizyką w dużej mierze się nakłada, więc wszystkie uwagi, które powiedziałem w temacie fizyki i w chemii będą aktualne.

Wielkim błędem w nauczaniu chemii jest to, że na rzecz chemii nieorganicznej zaniedbuje się chemię organiczną, podczas gdy to właśnie ona udowadnia, że żadnego boga nie ma i że na żadne cuda ani „mądrość życiową” liczyć nie należy. Świat wokół nas nie składa się z samej wody i dwutlenku węgla, ale z wielu złożonych struktur.

Dzieci uwielbiają klocki lego, ba, żeby tylko dzieci. A tymczasem cały świat jest zbudowany dokładnie na zasadzie klocków lego. Są klocki o jednym wpuście na inny klocek (wodór) a są klocki o czterech (węgiel) i już tylko z tych dwóch rodzajów klocków można przy odpowiednio dużej ich ilości skonstruować niewyobrażalnie złożone struktury. Przecież można to pokazać!

Można pokazać, że przy pomocy kilku rodzajów klocków można wyczarować istne cuda, więc nie ma nic dziwnego w tym, że ledwie parę pierwiastków przypadkowo połączonych zdołało z biegiem czasu wykreować żywą komórkę bakteryjną albo dinozaura.

Chemia ma także wielką moc do tego, żeby pokazać, że wszystko w nadmiarze jest trucizną. Ma moc pokazać, że podstawowym miejscem, gdzie przydaje się, a wręcz konieczna jest wiedza chemiczna jest kuchnia. A to, że tejże wiedzy chemicznej w kuchni brakuje widać po tym, że większość zwłaszcza mężczyzn po trzydziestce jest nieprzyzwoicie otyłych.

Biologia

Jeżeli odrzucimy Kanon Praw Ewolucji, w tym Prawo Doboru Naturalnego, to życie nie ma żadnego sensu i wiedza o tym życiu będzie siłą rzeczy nielogicznym pieprzeniem o pantofelkach i tasiemcach uzbrojonych.

To powinno być podstawą nauki biologii, tak samo traktowaną, jak dodawanie i odejmowanie w matematyce. Trzeba pokazać – a można pokazać! – jak działa Prawo Doboru, bo jest to najwyższe i najświętsze prawo, na mocy którego istnieje życie, także nasze.

Dopiero potem można myśleć o uczeniu całej reszty. Niestety, program nauki biologii jest ułożony dokładnie na odwrót w stosunku do tego, co powinno być. Nauczanie o tym, jak przebiega fotosynteza nie ma żadnego sensu, nim uczeń nie zobaczy, jak wielka jest różnorodność roślin, nauczanie o procesie oddychania komórkowego jest oderwaną od życia udręką, jeśli najpierw uczniowie nie zrozumieją, jak wiele jest i jak bardzo różne są zwierzęta.

Biologia szkolna ma misję pokazać uczniom, że zwłaszcza w rzeczywistości ożywionej wszelka „mądrość życiowa” jest całkowicie nie na miejscu. Rzeczy, o których można śnić tylko w narkotycznych wizjach szaleńca Przyroda tworzy bez żadnego problemu. Sposoby przeżycia sprzeczne z wszelkim ludzkim zdrowym rozsądkiem są na porządku dziennym w zwykłym parku czy podmiejskim lesie. Jeżeli tego nie pokaże się uczniom, to gdy dorosną, zaczną wierzyć wygadanym nieukom w rodzaju pana Cejrowskiego czy innych religijnych fanatyków.

Zadaniem biologii jest wreszcie pokazanie dzieciom, że to, co niestety bardzo często wpajają im rodzice o zakutych łbach, jest kłamstwem. Że zwierzęta naprawdę są istotami inteligentnymi i że każde z nich ma swój język, którym porozumiewa się z innymi przedstawicielami swojego gatunku i nie tylko z nimi. Że nawet rośliny są siecią informacyjną przerastającą ludzki internet wielkością, złożonością i ilością przesyłanych tam informacji. Że grzyby to nie jest to coś z kapeluszem, bo tak może myśleć tylko cep, który próbuje zrekompensować sobie marny rozmiar penisa wielkością znalezionego prawdziwka. Że to one są siecią informacyjną przenikającą glebę i jednocześnie są depozytariuszami tego, co z nas zostanie po śmierci. Że połączenie się z Przyrodą nie jest fantazją, ale rzeczywistością, do której świadomie powinniśmy dążyć.

Wielkie jest zadanie nauki biologii w szkole, bo to, jak jest ona nauczana odpowiada bezpośrednio za to, jak ludzie dorośli po tejże szkole będą traktować zwierzęta, rośliny, Przyrodę i siebie nawzajem. To biologia jest podstawą wszelkiej zdrowej etyki, a nie dumania filozofów i nauczania religijnych oszustów takich jak Jezus.

HISTORIA

Wbrew temu, co uważa pan minister edukacji, tego przedmiotu nie powinno być za dużo. A to z tego powodu, że przez cały cykl nauki w szkole podstawowej i średniej można spokojnie omówić całą historię Polski trzy razy, co zresztą się robi. I po co?

W dodatku, o czym uczy się dzieci na historii? O królach, bitwach i wielkiej międzynarodowej polityce, która dotyczyła i dotyczy do dzisiaj tak naprawdę tylko wąskiej grupy ludzi. W czasach Mieszka I większość mieszkających na terenie Polski ludzi nie miała pojęcia o tym, że w ogóle jest ktoś taki, jak Mieszko I. Po co więc uczyć o tym, czego dokonał i kim był Mieszko I, skoro polityka była i jest do teraz zabawą w piaskownicy niedojrzałych psychicznie debili, którym zamarzyła się władza? A w ogóle: czego można na ten temat uczyć, skoro tak naprawdę nic na pewno nie wiadomo o życiu i dokonaniach tegoż Mieszka I?

O wiele lepiej byłoby uczyć dzieci, jak żyli zwykli ludzie w dawnych czasach. Pokazać dzieciom, jaką techniką dysponowali starożytni Egipcjanie i dlaczego zbudowanie piramid było wtedy możliwe, a dziś jest to niewykonalne. Pokazać dzieciom, co ci ludzie jedli, co pili, na co chorowali, gdzie pracowali, jak sobie radzili w życiu ze swoimi problemami i jakie to były problemy. Pokazać, jakimi narzędziami dysponowali, gdy chcieli zrobić sobie pole na zboże czy zbudować dom. Pokazać ludzi starożytnego Babilonu, średniowiecznej Polski czy osiemnastowiecznej Ameryki Północnej od ich codzienności, a nie od zabaw w wojny uprawianych przez nieliczne grono siedzących w tej czy innej stolicy durniów.

Tak nauczana historia ma dwie zalety. Po pierwsze, byłaby prawdziwą nauczycielką życia, bo z niej mogliby uczniowie dowiedzieć się, jak sobie radzili ich przodkowie, a tym samym które z ich trików na życie mogą być przydatne także dzisiaj, a które już są nie do zastosowania. Po drugie, to, co wiemy o życiu zwykłych ludzi w dawnych epokach wiemy przede wszystkim z archeologii, a więc mamy na to dowody, podczas gdy o rzekomo wspaniałych dokonaniach królów świadczą tylko i wyłącznie propagandowe kroniki, spisane przez omylnych ludzi, którzy w dodatku zawsze mieli interes w tym, by historię fałszować.

Młodzi ludzie uczeni takiej historii ludzie wiedzieliby, do czego doprowadzała przez wieki wyznawana powszechnie religia, jakie krzywdy ludzie wyrządzali sobie i ile szczęścia ich omijało dlatego, że ulegali władzy tego czy innego idioty w tiarze lub koronie, zamiast zrobić z nimi porządek. Wiedzieliby, że władza państwowa z reguły jest wrogiem zwykłych ludzi i jak zwykli ludzie potrafili sobie z nią radzić, a co w tej kwestii robili źle.

Wreszcie, przydałoby się, żeby historia pokazała uczniom, że poza cesarzami rzymskimi i ich senatorami na drugim końcu świata też żyli ludzie i potrafili dokonywać w swojej zwykłej codzienności wielkich i pięknych, godnych naśladowania rzeczy.

Prawo

Czemu nie uczy się w szkole prawa? A przecież to podstawowe źródło stresu i problemów w dorosłym życiu! Jak się rozliczyć z urzędem skarbowym? Co zrobić, gdy ktoś mi rozbije auto? Jakie przysługują mi prawa, gdy jestem zatrudniony na umowę o dzieło, a jakie, gdy mam umowę o pracę na czas nieokreślony? Jak założyć własną działalność? Za co można iść do więzienia? Za co grozi kara pieniężna? Kiedy warto iść z czymś do sądu, a kiedy lepiej sobie to odpuścić?

Ktoś powie, że przecież są lub były przedmioty takie, jak wiedza o społeczeństwie czy podstawy przedsiębiorczości. A dziś jest historia i teraźniejszość na przykład. Problem w tym, że mówiąc w brutalnych, żołnierskich słowach, wszystkie one dobierają się do problemu prawa od dupy strony. Mówiło się o tym, ilu jest posłów w sejmie, a nie o tym, jak sobie radzić z debilnymi ustawami, które tych czterystu sześćdziesięciu idiotów uchwala. Nie wspominając już o tym, że takich podstaw przedsiębiorczości na przykład nie powinien nauczać nauczyciel, tylko przedsiębiorca, który swoją firmę założył i pomimo wielu starań państwa polskiego jeszcze nie zbankrutował.

Wiadomo, że przepisy wszelkiego rodzaju często się zmieniają. Ale przecież od czegoś jest ten cały sztab darmozjadów w ministerstwach edukacji, żeby przygotowywać aktualny program nauki prawa.

Osobnym i bardzo potrzebnym zagadnieniem w ramach nauki prawa w szkole powinno być prawo drogowe, o czym, mam nadzieję, nikogo przekonywać nie trzeba.

Język Polski

Zacznijmy od tego, że tego przedmiotu jest absurdalnie dużo w szkole, a rezultaty praktyczne tego całego wysiłku dydaktycznego są żadne. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka.

Pierwsza jest taka, że ktoś tu od dawna nie rozumie, że naprawdę żaden Bismarck nie stoi już nam nad głową ani nie żyjemy pod zaborami, więc nie trzeba walczyć o „tożsamość narodową”, zwłaszcza, że jest ona kompletnie nieprzydatna, a wręcz szkodliwa, bo to ona napędza wszelkiego rodzaju nienawiść i wojny. Druga jest taka, że prawideł gramatyki, ortografii i tym podobne nauczyć się można tylko i wyłącznie w praktyce, a wkuwanie regułek o tym, co jest podmiotem, a co dopełnieniem dalszym nie ma żadnego sensu. Nauka języka polskiego powinna sprowadzać się w większości nie do czytania lektur, ale do pisania własnych wypowiedzi i szlifowania ich. W ogóle nie powinno być czegoś takiego, jak stały kanon lektur szkolnych, bo zniechęca on do jakiegokolwiek czytelnictwa i odbiera zdolność czytania ze zrozumieniem, zamiast go uczyć.

O wiele lepiej byłoby, gdyby nauczyciele mogli sami, wspólnie z uczniami ustalać, co ich interesuje, jakie książki chcieliby po przeczytaniu wspólnie przedyskutować i omówić. Naprawdę, lepiej by było, gdyby uczniowie w szkole w miejscowości na jednym końcu Polski przeczytali sobie „Pana Tadeusza” bo akurat zdarzyłoby się, że z jakiegoś powodu by ich zainteresował, a uczniowie z drugiego końca by w ogóle nie wiedzieli o istnieniu takiej pozycji. Po wielu latach uczeń z jednej szkoły spotkałby się na przykład w pracy z uczniem z drugiej i polecił mu „Pana Tadeusza” mówiąc, jaka to zajebista lektura, ten by się dopiero teraz o niej dowiedział i zaintrygowany zachwytami kolegi sięgnął po nią i sam ocenił, czy to jest ciekawe i potrzebne, czy nie.

Lepiej byłoby, gdyby na języku polskim uczniowie nauczyli się wyłapywać błędy logiczne u tych, którzy się publicznie wypowiadają. Lepiej byłoby, gdyby uczyli się starej, dobrej retoryki, z niezrozumiałych powodów w ogóle nieobecnej w programie szkolnym.

Lepiej byłoby, gdyby uczeń zamiast dostać niedostateczny za to, że w wypracowaniu popełnił wszelkie możliwe błędy ortograficzne dostał pięć za logiczność czy kreatywność wypowiedzi albo wspaniałą wyobraźnię, a potem otrzymał dodatkowe zadanie, żeby tak dobrą wypowiedź teraz jeszcze zredagował sobie na dodatkową ocenę pod kątem poprawności formalnej.

Geografia

Bardzo nie docenia się tego przedmiotu, a potem są problemy, bo nawet mając łopatologiczne technologie zastępujące myślenie takie jak GPS człowiek potrafi się zgubić.

Nowoczesna technologia w niczym nie zdezaktualizowała konieczności umiejętności czytania mapy. Co z tego, że aplikacja Mapy Google pokaże człowiekowi kropkę na linii, oznaczające jego pozycję na drodze, jeśli tenże człowiek nie będzie potrafił zrozumieć tych znaków graficznych?

Geografia ma też wielki materiał do tego, żeby stać się dla uczniów wspaniałą i odprężającą przygodą. Gdyby program nauczania pokazywał uczniom cuda natury z całego świata pobudziłby ich ciekawość, chęć poznawania i zobaczenia tego na własne oczy. I po co na przykład kazać uczniom wiedzieć i zakuwać na sprawdzian, na jakim kontynencie i w którym miejscu leży Kamczatka? Przecież dzisiaj można to znaleźć w internecie, a jeśliby jakaś globalna katastrofa zniszczyła naszą cywilizację z internetem na czele, to i tak wiedza o tym, gdzie Kamczatka leży i jakie ma bogactwa naturalne przydałaby się tylko i wyłącznie mieszkańcom Kamczatki właśnie.

O wiele lepiej byłoby też, żeby geografia zawierała wiedzę z zakresu survivalu czy choćby zwykłej, prawidłowo uprawianej turystyki, w tym podstaw kultury urlopowo – wypoczynkowej. Trzeba by wytłumaczyć i pokazać uczniom, że wcale nie muszą i nie powinni naśladować swoich rodziców – chamów, którzy zabierają ich na wakacjach do restauracji nad morzem i traktują kelnera jak niewolnika bez godności.

Geografia mogłaby pokazać uczniom także i to, skąd wiemy, że Ziemia nie jest płaska i nie została stworzona przez żadnego boga. Tyle jest fascynujących rzeczy w samej geologii choćby! Tyle jest rzeczy pobudzających wyobraźnię i tyle pozostających do zbadania! Ten przedmiot jak żaden inny miałby moc pokazać uczniom Przyrodę z całym jej pięknem i potęgą i pokazać także, jak i dlaczego ludzie muszą powściągnąć swoje deweloperskie i biznesowe zapędy. Geografia ma moc ukazać młodym ludziom, że Przyrodę nie należy chronić dlatego, że jest piękna, bo nie piękno jest jej najwyższą wartością, ale to, że jej nienaruszony stan jest konieczny dla naszego własnego szczęścia i przetrwania w ogóle.

Język obcy

No, to jest temat rzeka. Bezdyskusyjna jest w dzisiejszym świecie konieczność znajomości języka angielskiego, bo akurat ten, a nie inny język pełni rolę międzynarodową. Ale co z innymi językami? Nie rozumiem na przykład, dlaczego w szkole w żadnym zakątku naszego kraju nie naucza się na przykład języka czeskiego pomimo tego, że, po pierwsze jest czego nauczać, bo wcale nie jest on taki podobny do polskiego, jak się wydaje, a po drugie, pozwoliłby się dogadać z każdym za całą naszą południową granicą, bo i na Słowacji możliwe jest dogadanie się po czesku. Dlaczego w szkole nie uczy się ukraińskiego mimo, że jest on coraz bardziej nagląco potrzebny, a i w przyszłości, nawet jeśli poważnie zmieni się ta czy inna rzeczywistość polityczna, pozostanie i tak przydatny?

Myślę, że dobrze byłoby, gdyby w szkole uczono więcej języków, niż obecnie się naucza, żeby były różnorodne, a przede wszystkim, żeby każda szkoła zawsze sama decydowała, jaki zestaw języków powinien i może być akurat w niej uczony.

Niestety, uczenie się konkretnych języków ma tę wadę, że nigdy nie wiadomo, jak to będzie w przyszłości. Wielu ludzi w Polsce uczyło się rosyjskiego w czasach, gdy wyglądało to na sensowne i potrzebne, ale potem sytuacja się nagle zmieniła i znajomość tego języka okazała się nieprzydatna.

Dlatego dobrym pomysłem byłby osobny przedmiot, uczący językoznawstwa w ogóle. Mówiłby o różnorodności języków na świecie, czym i jak bardzo się od siebie różnią. Na przedmiocie tym uczniowie poznawaliby zasady tego, jak się należy uczyć obcego języka w zależności od tego, z jakiej rodziny języków pochodzi, jakie triki można i należy stosować, żeby sobie taką naukę ułatwić. A potem można by dać dzieciom czy młodzieży wolność w zakresie tego, jakiego języka w ramach tego przedmiotu w jakimś podstawowym stopniu by się zechcieli samodzielnie nauczyć i swoje umiejętności następnie wszystkim zaprezentować. Zdaję sobie sprawę, że wiele sprawiłoby to problemów już w praktycznej realizacji, ale myślę, że naprawdę warto byłoby taki wysiłek podjąć, a wiedza, możliwa do uzyskania dzięki takiemu, nowemu przedmiotowi byłaby nieoceniona.

Cała reszta

Należy sobie zadać pytanie, czy naprawdę należy w szkole uczyć czegoś więcej niż to wszystko, co zostało wyżej opisane? Jest wiele przedmiotów, które naucza się bez sensu. Człowiek posiadający wiedzę o pięknie i złożoności Przyrody spokojnie zrozumie i będzie potrafił docenić dzieła malarstwa, rzeźby czy muzykę i do niczego nie będzie mu potrzebne uczenie go takich rzeczy na osobnym przedmiocie. Informatyka byłaby kompletnie niepotrzebną bzdurą, gdyby nauczanie wszystkich innych przedmiotów odbywało się nie z tablicą i kredą, ale z wykorzystaniem informatyki właśnie, dzięki czemu wiedza ta zdobywała by się sama, w praktyce.

Tutaj dochodzimy do najbardziej drażliwego tematu, czyli tematu przekazania tak zwanych „wartości” w szkole.

Pomijam fakt, że wiele z tych „wartości” wyznawanych i uznawanych przez społeczeństwo jest bezwartościowe, a nawet szkodliwe. Pomijam już to, że tego, co jest naprawdę wartością, człowiek zdobyłby automatycznie, gdyby powyżej opisane przedmioty były dobrze i z należną do ich wagi starannością nauczane. Człowiek, który będzie wiedział, że pies jest inteligentniejszą od ludzi istotą, która tak samo odczuwa ból, strach i cierpienie tegoż psa będzie też dobrze traktował. Człowiek, który nauczyłby się czeskiego albo chińskiego nie wyśmiewałby tego języka i tym samym ludzi nim się posługujących. Niestety, uczeń posiądzie w ten sposób wartości naprawdę wartościowe, a nie te, które za takie uważa religia albo władza państwowa. A zarówno religia, jak i władza państwowa promowały, promują i będą promować wartości pozbawione wartości, takie jak na przykład posłuszeństwo, bo to jest w ich szemranym interesie, żeby ludzie takie wartości wyznawali.

Ludzie nienauczeni tych „wartości” nie pójdą na wojnę w rzekomej obronie jakiegoś „narodu”, „chrześcijaństwa” i tym podobnych bzdur, bo będą rozumieć, że stoją te „wartości” w sprzeczności z ich osobistym szczęściem. Ludzie nienauczeni pokory, posłuszeństwa i ugrzecznienia nie pójdą jak głupie owieczki za spasionymi pasterzami. A to tymże pasterzom bardzo by było nie w smak, więc nic dziwnego, że wszystko, co napisałem powyżej jest, niestety, w dużej części mrzonką. Żadna władza państwowa i religijna nie dopuści do tego, by do młodych ludzi takie treści docierały i w taki sposób były podawane.

Jednak jest małe „ale”. Mianowicie żadna władza państwowa ani religijna nie jest absolutną, boską rzeczywistością. Władzę można oszukać, ominąć, a w ostateczności siłą zwalić z tronu, co wielu przywódcom państw na świecie rzetelnie by się należało. A rzeczywistość i codzienność ludzi, także ta w szkole, odbywa się i tak w dużej niezależności od tego, co potrafi sobie wydumać siedzący w Warszawie, Pjongjangu czy Moskwie, zdurniały od nadmiaru władzy polityk. Trzeba niezależność taką, jaka jest, za wszelką cenę bronić i do cna wykorzystywać, tę niezależność, na jaką tylko może sobie pozwolić konkretny nauczyciel czy dyrektor szkoły.

To, co powyżej napisałem, to tylko zarys i z pewnością nie wyczerpałem całego problemu. Ale warto zamiast tylko narzekać, dobrymi pomysłami na poprawę rzeczywistości się dzielić. Zawsze coś. Zawsze może choć o ułamek ułamka uda się coś zmienić na lepsze. A żadna taka drobna zmiana na lepsze nie jest bez znaczenia. Przeciwnie, z wielu takich drobnych zmian może się narodzić naprawdę lepsze jutro. Czego sobie i wszystkim Wam życzę.

Jeśli uważasz, że to, o czym tu piszę jest ważne, dobre i potrzebne, możesz wesprzeć działanie strony, zostając naszym Patronem przy pomocy patronite.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial