LAS, KTÓRY DAJE WOLNOŚĆ. WYPRAWA NA WYSOCZYZNĘ RYBNICY

Dziś, Przyjacielu, zabierzemy Cię na wyprawę do bardzo tajemniczego i zapomnianego lasu. Jest w nim wiele reliktów ludzkiej historii, przedziwnych tworów natury w postaci niesamowicie wyglądających skał i mnóstwo roślin, które niegdyś zdobiły codzienne pejzaże, a dziś są coraz rzadsze.

Odwiedzimy dziś Wysoczyznę Rybnicy: łańcuch wzgórz, będący przedłużeniem jednego z dwóch grzbietów Gór Izerskich, jednakże – w polskiej literaturze geograficznej – nie jest do nich zaliczany.

Wzgórza te są niewysokie, nie przekraczają 520 m n.p.m., omijają je znakowane szlaki turystyczne, a choć kilkanaście lat temu jedno ze stowarzyszeń miłośników najbliższej okolicy wytyczyło kilka tras spacerowych, zostały one zapomniane, nie przyciągnęły turystów i dziś służą jedynie tutejszym mieszkańcom.

Wyruszamy z niewielkiej, ale bardzo starej wsi Goduszyn. Jej nazwa przechodziła zmienne koleje losu obrazujące, jak wielki ludzie mieli problem z dolnośląską ziemią.

Te niegdyś słabo zaludnione tereny stały się miejscem intensywnej akcji osadniczej w średniowieczu. Książęta śląscy, którzy dziedziczyli, kupowali, sprzedawali, wywalczali i drogą ożenków nabywali bądź zbywali kolejne mikropaństewka nie mieli do dyspozycji wielkich terenów. Chcąc umocnić swoje panowanie, musieli rozwijać gospodarkę na bardzo ograniczonych terytoriach. Ci, którzy tego nie zrobili, w XIV wieku szybko tracili niezależność na rzecz silniejszych, sąsiednich krajów: Polski lub Czech.

Jako ostatnie swoją niezależność zachowało Księstwo Świdnicko – Jaworskie. Władający nim książęta lawirowali pomiędzy jednym, a drugim sąsiadem, to obiecując Kazimierzowi Wielkiemu, że przyłączą się do Polski, to znów zapisując w testamencie swoje ziemie Koronie Czeskiej.

Chodziło oczywiście o pieniądze. Oba królestwa hojnie wspierały malutkie księstewko mając nadzieję na przejęcie go w przyszłości.

Odbiło się to także w nowo zakładanych osadach i wsiach. Zgodnie z ówczesnym prawem każde nowe osiedle ludzkie musiało mieć tak zwanego lokatora, inaczej zwanego zasadźcą, czyli kogoś w rodzaju dewelopera, sołtysa, logistyka i menedżera w jednym. Dostawał on miejsce gdzieś w lesie i odtąd miał radzić sobie sam: sprowadzić ludzi, wytyczyć działki, zbudować osadę, zapewnić jej prawidłowe funkcjonowanie i jak najszybciej zacząć przynosić zyski.

Goduszyn też powstał w tamtym czasie i nosił dziwacznie brzmiącą nazwę: Godecksdorf. Dziwaczność jej brzmienia wzięła się właśnie od politycznego lawirowania między Polską a Czechami. W Czechach wszelkie sprawy urzędowe i prawne załatwiano wtedy z ludźmi w języku niemieckim, bo z Niemiec rekrutowało się wielu pisarzy, kanclerzy i notariuszy, a i samo prawo, na mocy którego zakładano osady zostało wymyślone w Niemczech. Stąd nowe wsie nazywano po niemiecku: „Dorf”. Ale zasadźca, od którego imienia najczęściej brała się nazwa nowej osady niekoniecznie był Niemcem, mógł być Czechem lub Polakiem i tak było w tym wypadku, gdzie lokatorem został niejaki Godek. A więc: Godecksdorf.

W późniejszym czasie hrabiowie von Schaffgotsch przekształcili nazwę miejscowości na Gotschdorf sugerując, że założył ją jakiś ich praprzodek, co nie było prawdą. Zupełnie niepotrzebnie zresztą zadawali sobie ten trud, wszak historia ich rodu jest dobrze udokumentowana aż do śląskiego rycerza Gotsche Schoffa, któremu ostatnia niezależna władczyni księstwa, Agnieszka, nadała sporo ziemi, w tym i Goduszyn ledwie kilkadziesiąt lat po powstaniu tej miejscowości.

Tak to jednak już jest z ludźmi, że lubią nadawać rzeczom różne nazwy i o te nazwy się kłócą. Widzą to potem jako wielką kulturę, historię, jako coś, co świadczy o ich nieprzeciętności, a nie dostrzegają, że pisząc to czy inne słowo na mapie nie robią nic innego od tego, co robi pies podlewający pień drzewa.

My jednak opuszczamy już ludzkie siedziby i wstępujemy na niewysokie wzgórze Skalica. Z daleka wygląda ono niepozornie: jako obły, zalesiony pagórek. Jednak las kryje w nim niesamowite miejsce.

Znajduje się tutaj niezwykła skała w formie ogromnego głazu o szerokości kilkunastu metrów, który spoczywa na trzech mniejszych, tworząc jaskinię z wielkim, kamiennym ołtarzem pośrodku.

Niech o niezwykłości tego miejsca zaświadczy pewna historia. A było to tak: pewnego razu w serwisie fotopolska.pl ukazała się XIX-wieczna grafika, przedstawiająca widok z wnętrza tej jaskini na uzdrowisko Cieplice.

Zaraz pojawiła się lawina komentarzy, sprokurowanych przez miejscowych idiotów, że zarówno widok, jak i przedstawione na rycinie skały są dziełem wyobraźni autora. Byli też co prawda tacy, którzy twierdzili, że takie skały istnieją, ale uważali z kolei, że znajdują się one w Rudawach Janowickich, z których Cieplic nie widać i również oskarżali artystę o wybujałą fantazję.

Chciałbym w tym miejscu zapytać: jak to jest, że ludzie ci w większości zapewne wierzą w boga, którego ani widu, ani słychu – a nie mogą uwierzyć w istnienie skał, które każdy może na własne oczy zobaczyć i to bez żadnego wysiłku, jako że są one położone najwyżej 30 minut spacerkiem od przystanku autobusowego w Goduszynie?

I choć las przesłonił dzisiaj widok z wnętrza skalnej komory, to wystarczy zejść trochę niżej od skał, gdzie kończą się zarośla, a zaczynają łąki, żeby przekonać się, że widok jest jak najbardziej autentyczny i prawidłowo na grafice przedstawiony.

Można zauważyć, że nawet budynki Cieplic: oba kościoły i pałac – autor grafiki oddał w uproszczeniu wprawdzie, ale tak, jak są one ustawione w rzeczywistości względem gór w tle i względem siebie, gdy patrzy się na nie właśnie od strony jaskini na górze Skalica.

Ale jest właściwością internetowych, polskich durniów, którzy najgłośniej ryczą, czytaj: najwięcej krytyki wylewają w sążnistych komentarzach, że nie wytrzymają, nie sprawdzą, nie: ich „wydaje mi się” jest dla nich dowodem naukowym i muszą, ale to muszą zdefekować się kolejnymi wypowiedziami swojej niby to wielkiej, „życiowej” mądrości.

Kto tak zepsuł ludziom myślenie? Przykład szedł od dawna z góry. W Polsce najwyższą władzą zawsze był Kościół katolicki oraz, w XX wieku, partia komunistyczna. A taka panuje tradycja zarówno w jednej, jak i drugiej instytucji, że wszystko, co się w nich twierdzi, mówi, naucza – trzeba wypierdzieć w fotelu.

Dziś z położonych poniżej skał polanki możemy podziwiać niezwykły widok na całą śląską stronę wschodnich Karkonoszy, z większością ich najwyższych szczytów: Sněžkou i Luční horou, Obří hrbětem, Smogornią, Tępym Szczytem i Malým Šišakem.

Zwłaszcza wiosną i wczesnym latem można zobaczyć stąd plamy śniegu, zalegające w kotłach polodowcowych: Białym Jarze, Kotle Małego Stawu i Kotle Wielkiego Stawu oraz Kotle Smogorni.

Widok ze Skalicy uzmysławia nam przeszłość geologiczną tych gór: równina Kotliny Jeleniogórskiej nagle przechodzi w wypiętrzające się jedne za drugim szczyty, które po czeskiej stronie opadają o stopniowo, coraz to niższymi wzniesieniami aż do pagórkowatych krajobrazów Podkarkonosza.

Jasnym się staje, że takie góry nie powstały przez zgięcie skorupy ziemskiej, ale przez jej popękanie. Jeśli przetniemy pofałdowaną wykładzinę podłogową, jedna krawędź uniesie się wyżej, druga opadnie: i tak właśnie przebiegało to tutaj.

Po stronie śląskiej Sudety przecina kilka większych i wiele mniejszych uskoków – czyli właśnie pęknięć w skorupie ziemskiej. Tak, jak dziś w Japonii, Włoszech czy Andach, tak i tutaj w przeszłości dały te uskoki początek wielu wulkanom, których resztki można do dziś oglądać w Górach Kaczawskich, na samym brzegu największego z owych uskoków.

Żeby jednak dojść do takich wniosków, trzeba dwóch rzeczy: oczu otwartych na rzeczywistość i równie otwartej na rzeczywistość wyobraźni. Potrzeba wyobraźni dziecka, które potrafi pracować na materiale rzeczywistym: widzieć w krzakach w ogrodzie niezdobytą dżunglę, w kałuży jezioro, a w czajniku reaktor jądrowy. I, jeśli się dobrze dorośli raczą zastanowić, co im się rzadko zdarza, dojdą do wniosku, że takie postrzeganie jest o wiele bliższe rzeczywistości, niż fantazje dorosłych na temat nieistniejących rzeczy typu: bóg, dusza ludzka, wartości moralne, wartości „wyższe” i tym podobne.

Oprócz jaskini, zwanej na mapach Popielową Dziurą wyżej, na samym szczycie Skalicy znajdują się Popielowe Skały – wysokie, naturalne wieże, które w XIX wieku udostępniono jako punkt widokowy, wykuwając w nich stopnie na sam szczyt.

Właśnie. A skąd taka dziwna nazwa tego miejsca? Co ma wspólnego wzgórze Skalica z królem Popielem? Oczywiście nic. Gdy w 1945 roku Polska przejmowała po II wojnie światowej Dolny Śląsk, polscy językoznawcy stanęli przed niełatwym zadaniem nadania nowych, polskich nazw miejscom, które polskich nazw nigdy nie miały. Na mapach niemieckich zobaczyli więc nasze wzgórze oznaczone jako „Popelberg”, skałę z jaskinią jako „Popelloch”, a skały na szczycie – jako „Popelsteine”. Problem w tym, że niemieckie słowo „Popel” oznacza… wydzielinę z nosa, czyli naszego „gluta”.

Tymczasem w niemieckiej nazwie nie było nic śmiesznego. Pochodziła ona z czasów wojny trzydziestoletniej, która spustoszyła Dolny Śląsk. Naprzemian to wojska protestanckie, to katolickie paliły wsie, mordowały mieszkańców, a w ślad za wojną przyszły epidemie, głód i wszechobecna nędza. Wtedy to okoliczni mieszkańcy wymyślili coś w rodzaju systemu wczesnego ostrzegania: na wzgórzach umieszczali wysokie słupy z wiechciem słomy, przy których czuwali wyznaczeni do tego czatownicy. Jeżeli zauważyli zbliżające się wojska, za dnia opuszczali słupy na ziemię, a w nocy zapalali słomę – a mieszkańcy leżącej poniżej miejscowości widząc ten znak porzucali wszystko i uciekali do lasu, ratując życie i unosząc ze sobą najcenniejszy dobytek. Słup taki nazywano właśnie „Popel” i od tej ludowej nazwy ostrzegawczego znaku powstała nazwa wzgórza i skał. Polscy językoznawcy po wojnie nie tłumacząc nazwy spolszczyli ją na Popiela. Jaka szkoda, że w ten sposób zatarto tak ważną, zachowaną w miejscowej nazwie pamiątkę dawnych, tragicznych dziejów.

Podstawą wolności jest życie. Kto jest martwy, nie może już swojej wolności przeżywać i się nią cieszyć. Dziś Skalica to zapomniane wzgórze, kiedyś było zbawieniem, od skał na szczycie, czuwającego na nich strażnika i słupa ze słomą zależało życie mieszkańców Goduszyna. Upamiętnili to w nazwie, jakby chcąc przyszłym pokoleniom przekazać swoje pełne cierpienia dzieje jako ostrzeżenie. Wojna trzydziestoletnia to wojna o nic, wojna zapoczątkowana przez to, że jedni inaczej rozumieli biblijny bełkot od drugich. Tak, Skalica to wzgórze, które przypomina nam, że naprawdę, ale to naprawdę: z religii nie wynika żadne dobro, a jedynie wojna, nienawiść i cierpienie.

Dziś tutejsze łąki obfitują w wiele pięknie kwitnących roślin. Gatunki, które tu znajdziemy, uchodzą za pospolite, ale trzeba pamiętać, że podział na „rzadkie” i „pospolite” jest tylko i wyłącznie ludzkim konstruktem myślowym, który nie bierze wszystkiego pod uwagę. W Przyrodzie czymś innym jest gatunek występujący rzadko dlatego, bo taki już jest, wykształcił się jako przystosowany do rzadko występujących warunków glebowych i klimatycznych; a czymś zupełnie innym gatunek, który powinien występować wszędzie, a nie występuje i nie wiadomo, dlaczego, ale ostateczną tego przyczyną jest zawsze ludzka działalność.

Tym bardziej należy w Przyrodzie podziwiać te rośliny, które pomimo wielkich wysiłków, jakie podejmuje cała ludzkość w celu całkowitego zniszczenia Przyrody bezczelnie trwają i rozwijają się.

Należy do nich Pilosella officinarum, gatunek jastrzębca, którego dużo możemy znaleźć pod brzozowym zagajnikiem na południowo – zachodnim zboczu Skalicy.

Sama konstrukcja tej rośliny już budzi podziw: tworzy bardzo silnie wpite w ziemię, rozcapierzone korzenie, a od razu nad ziemią wypuszcza małe, płaskie listki, które szybko pokrywają teren, nie pozwalając, żeby wyrosło tam cokolwiek innego, a przy tym listki te są grube, odporne na udeptywanie, a zadowalają się byle jaką glebą. Niestraszne im suche, wystawione na słońce zbocza, ścieżki, po których ciągle coś chodzi.

Ale w Przyrodzie nie istnieje coś takiego, jak uniwersalny sposób na życie. Jastrzębiec nie ma szans na łące, która już została zajęta przez wysokie trawy i zioła.

Krajobraz Wysoczyzny Rybnicy już od wielu wieków ma dwa oblicza. Są to rozległe pola uprawne, dziś w wielu wypadkach zmienione w łąki, oraz lasy, które lasami były niemal zawsze – a to dlatego, że nie dało się przerobić na pole uprawne czy pastwisko skalnych rozpadlisk i stromych, kamienistych pagórków. Dlatego właśnie obok typowo łąkowej roślinności widzimy tu typowe siedliska leśne.

Reliktem czasów, gdy te bezdrzewne obszary zajmowały pastwiska i pola uprawne jest Rumex acetosella, szczaw polny.

Dzisiaj spotkamy kilka roślin, które w swojej nazwie łacińskiej będą miały coś z acetum, czyli octem. Bierze się to stąd, że wszystkie one zawierają kwas szczawiowy, nadający im kwaśny smak, który starożytnym botanikom kojarzył się z octem.

Kwas szczawiowy to trucizna, jest bowiem jednym z najsilniejszych kwasów organicznych. Spożyty w większej ilości może zabić, jak to było w wypadku pewnego małżeństwa. Mąż był wielkim miłośnikiem ciasta z rabarbarem, więc zaczęli sobie owi małżonkowie hodować rabarbar w ogródku. Problem w tym, że żona nie wiedziała, że do ciasta bierze się jedynie ogonki liściowe tej rośliny, gdyż liście, ze względu na o wiele większe stężenie kwasu są trujące. Ciasto okazało się dla męża – łasucha ostatnim smakołykiem.

Co gorsza, kwas szczawiowy w roślinach często występuje w zespole z wapniem, a tego związku chemicznego nasz organizm nie rozkłada. Dopóki jest go stosunkowo mało, nie ma problemu, ale jeśli ktoś będzie namiętnie jadł duże ilości roślin zawierających taki związek, zacznie się on wytrącać z płynów ciała, tworząc twarde kamyczki – a te w końcu mogą zatkać kanaliki nerkowe, prowadząc do kamicy.

Jedna z hipotez wyjaśniających, dlaczego naczelne na długo przed człowiekiem stały się wszystkożercami podnosi właśnie ten fakt, że w Przyrodzie dla tych zwierząt w zasadzie wszystko jest trujące w jakiejkolwiek większej ilości, muszą więc jeść dosłownie wszystko, byle wszystkiego mało.

Jak to powiedział pewien botanik, jeść można naprawdę wszystko, co rośnie w lesie i na łące, byle po listku z każdego gatunku. Wtedy, jeśli będziemy mieli pecha trafić na naprawdę trujący gatunek, prawdopodobnie skończy się na rozwolnieniu. Gorzej, jeśli nam coś zasmakuje i zaczniemy tego jeść naprawdę dużo: wtedy nawet lecznicza roślina stanie się trucizną.

Dlatego, na marginesie, nie należy mylić szczawiu polnego Rumex acetosella z szczawiem zwyczajnym Rumex acetosa. Ten drugi oprócz kilku liter różni się tym, że w jego liściach jest kwasu szczawiowego o wiele mniej, więc jest jadalny. Ale znów – nie w dużych ilościach.

Te same właściwości, które czynią kwas szczawiowy groźnym dla zdrowia czynią go też dobroczynnym.

Prawo „wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną” powstało właśnie dlatego, że Przyroda opiera się na delikatnej równowadze. Dopóki wszystko: jedzenie, życie, praca – odbywa się z umiarem, jest dobrze. Każdy nadmiar natychmiast powoduje złe skutki.

Problemem nas ludzi jest to, że nasza cywilizacja zasadza się na braku umiaru we wszystkim. A gdzie nie ma umiaru, nie będzie też równowagi. I nie będzie też szczęścia.

Tego nas uczy dzisiaj Przyroda. Ta równowaga jednak nie powstała w Przyrodzie ze wstrzemięźliwości – powstała ze śmierci tych, którzy nie mogli zachować w czymś umiaru. Powstała z wyuzdanej wolności wszystkiego, co żyje, wolności nieograniczonej żadnymi przykazaniami czy ustawami. I właśnie tak powstaje równowaga: gdy wszystkim wszystko wolno, w końcu na placu zostają tylko ci, którym wystarczy to, co mają i nie sięgają po więcej, niż naprawdę potrzebują.

Historia pokazuje, że ludzkie przykazania, ustawy i prawa, które w zamyśle miały służyć zachowywaniu równowagi wśród ludzi – zawsze były przyczyną jeszcze większego chaosu.

Nasza droga zaprowadzi nas dzisiaj do miejsca, które jasno widziało przykłady tego, o czym napisałem powyżej.

Niełatwo jednak to miejsce odnaleźć, a to wszystko z winy wspomnianych właśnie, niekompetentnych tłumaczy z czasów po II wojnie światowej, którzy całkowicie poplątali sprawę tutejszego nazewnictwa. W dodatku na dzisiejszych mapach nie znajdziesz, Przyjacielu, żadnego śladu po tym miejscu, wiedzą o nim nieliczni „wtajemniczeni” i robią z tego takie magiczne arkana, że nawet w internecie nie znajdziesz żadnej wzmianki o tym, jak do tego miejsca dotrzeć. Nie bez dumy zaznaczam, że to, co teraz czytasz jest pierwszym w ogóle opisem w polskiej literaturze, który opowie Ci, jak sprawa naprawdę wygląda.

A wszystko zaczęło się w czasach bezpośrednio po wojnie 30-letniej. Austriacki cesarz, wiernie wypełniając dyktat Kościoła i jego biskupów, mając w głębokim poważaniu wolność swoich poddanych rozkazał, żeby każdy mieszkaniec Dolnego Śląska natychmiast nawrócił się na katolicyzm.

Miało to oczywiście na celu szczytne założenia. Jeżeli wszyscy mieszkańcy Dolnego Śląska, części katolickiego imperium austriackiego staliby się katolikami, nastąpiłby trwały pokój, szczęście i dobrobyt. Wydawało się więc cesarzowi i spasionym biskupom, że można jednym, prostym dekretem rozwiązać wszelkie problemy i zapewnić wieczysty porządek i – właśnie – równowagę.

Problem w tym, że tak się nie da.

Tutejsi mieszkańcy byli w większości luteranami i wcale nie chcieli spełniać katolickiego widzimisię. Ponieważ jednak cesarz użył przemocy, przy pomocy wojska zapędzając ludzi do katolickich kościołów na msze, ludzie zaczęli praktykować swoją wiarę potajemnie.

Zbierali się w trudno dostępnych miejscach w lesie, wśród skał. Przychodził pastor ewangelicki i odprawiał tajne nabożeństwo.

Oczywiście katolicki aparat represji nie próżnował. Kiedy katoliccy zbrodniarze dowiedzieli się o jednym z miejsc takich nielegalnych modlitw między Goduszynem a Siędlęcinem, urządzili najazd kirasjerów na bezbronnych ludzi. Zebranych na zabronionym nabożeństwie zmasakrowano, a prowadzącego je niejakiego pastora Neumanna pojmano i później publicznie stracono.

Ale miejscowi ewangelicy nie dali się złamać. Znaleźli w lesie, wśród dzikich wzgórz skałę, do złudzenia przypominającą kształtem ambonę i ponownie zaczęli się tam zbierać na nabożeństwa. Tym razem tajemnicę leśnego kościoła udało się utrzymać przez następne kilkadziesiąt lat, gdy znienawidzony, katolicki cesarz poniósł klęskę w wojnie z luterańskim królem Szwecji, a ten wymógł na nim tolerancję dla innych wyznań.

Pamięć o tych wydarzeniach i o skale w kształcie ambony przetrwała aż do 1945 roku, gdy polscy topografowie powikłali sprawę.

Na sąsiadującym ze Skalicą wzgórzu Komorzyca znajduje się duża grupa skał, zajmująca cały szczyt kamiennym, poszarpanym grzebieniem, zarośniętym jeżynami. Na mapach znajdziesz je oznaczone nazwą „Leśny Zbór”, co ma być nawiązaniem do ówczesnych wydarzeń. Jednak skały w kształcie ambony tutaj nie znajdziesz.

Następne wzgórze, również zwieńczone skałami znajdziesz pod nazwą „Kazalnicy” – kolejne nawiązanie – ale i to miejsce nie jest tym, na którym w XVII wieku zbierali się ludzie na nielegalną modlitwę.

Całe zamieszanie wynika z nieporozumienia. Pewien pastor w XVIII wieku, gdy już zapanowała wolność wyznania, opublikował spis miejsc tajnych nabożeństw w okolicach Kotliny Jeleniogórskiej, aby zachować pamięć o nich dla potomności. Tutejsze miejsce określił mianem: „Pfarrstein bei Kummerharte”.

Kummerharte było dawną, niemiecką nazwą skał na szczycie Komorzycy, a wzięło się od Kummer, słowa, którym górnicy niemieccy określali opuszczone kopalnie i od Harte, w gwarze tutejszej oznaczającego górski las. Całe więc wyrażenie znaczyło „opuszczona kopalnia w lesie”, ale niestety pamięć o gwarowych wyrażeniach szybko zanikła. Ludzie więc tłumaczyli sobie, że nazwa pochodzi od Kummer Horde, co można przetłumaczyć jako: „żałosna banda”, co miało być obelgą wobec zbierających się na tajne nabożeństwa ewangelików.

Zwiedzeni ludową legendą polscy językoznawcy nazwali więc skały na szczycie Komorzycy „Leśnym Zborem”, a sąsiednie wzgórze „Kazalnicą”.

Tymczasem prawdziwie miejsce dawnych, tajnych nabożeństw znajduje się dokładnie pomiędzy jednym a drugim wzgórzem i każdy, kto je ujrzy od razu zrozumie, że to właśnie ono było owym Pfarrstein, „Kamieniem Parafialnym”.

Kilka razy musieliśmy z Bojarem podejmować wyprawy na te wzgórza, studiować niemieckie mapy i przewodniki, aż wreszcie udało się nam odnaleźć to miejsce. Jak ono dokładnie wyglądało, wiedziałem z niemieckich pocztówek, jednak na próżno go szukałem w grupie skał „Leśnego Zboru” i na „Kazalnicy”. Odnalazłem je dopiero po żmudnych poszukiwaniach.

I znów warto się przy tej niepozornej, niewysokiej skałce zatrzymać. W imię Jezusa, ogłoszonego bogiem miłości ludzie mordowali się i nienawidzili, nawzajem narzucali sobie przy pomocy ustaw, karabinów, szabel, więzień i szafotów swoje przekonania na temat czegoś, o czym nie ma żadnych dowodów, że w ogóle istnieje. Tutaj, w lesie który był ucieczką przed okrucieństwami wywoływanych przez chrześcijan wojen zbierali się ludzie wierząc, że robią to w imię swojej wersji Jezusa.

Ale nie zbierali się wcale w jego imię. Jezus nie tolerował innych punktów widzenia od swojego własnego, nazywając tych, którzy inaczej od niego myśleli „dziećmi diabła”, „obłudnikami”, „plemieniem żmijowym” i tym podobne.

Tymczasem ludzie zbierali się tutaj w imię wolności, w imię przekonania, że każdy powinien móc wierzyć w to, co chce i nikt nie powinien mu tego zabraniać, a tym bardziej prześladować, mordować i wszczynać wojny.

Tym więc jest ta skała – pomnikiem wolności, którą daje Przyroda i której Przyroda uczy. Ten sam las, który dla ludzi był ucieczką od okrucieństw wojen pozwolił chrześcijanom prześladowanym przez innych chrześcijan, żeby modlili się tutaj do kogo tylko chcieli. Las nie oceniał, czy ich rozumienie biblii jest lepsze czy gorsze, czy prowadzi do zbawienia, czy nie.

Tym samym Las im pokazał – choć oni tego nie dostrzegli – że to on, a nie żaden Jezus, jest prawdziwą instancją odwoławczą dla człowieka, który pragnie być wolny.

Wokół dawnej, leśnej ambony rośnie cały łan konwalii, Convallaria maialis. Kwiat tej rośliny to prawdziwy symbol pełni wiosny, rozkwitu, a jego cudowny, intensywny zapach jest chyba najlepszym lekarstwem na głupoty ludzkich kłótni o to, czy opłatek po mszy należy zjeść, czy klęczeć przed nim.

A tymczasem obie skały na szczytach wzgórz, Kazalnica i Leśny Zbór, choć nie miały nic wspólnego z tajnymi nabożeństwami, są pomnikami jeszcze dawniejszych dziejów tych terenów, dziejów, gdy to nie ludzie i ich bezmyślne wojny kształtowały historię, ale sama Przyroda i jej nieskończona potęga.

Jeśli przyjrzysz się, Przyjacielu, obu skałom zauważysz, że wyglądają one, jakby ktoś zwalił na bok wielki stos kamiennych płyt, łamiąc je i stawiając na sztorc.

Obie skały są przykładem tak zwanych w geologii „złomów polodowcowych”. Powstały one przed tysiącami lat, gdy w czasie zlodowaceń potęga napierającej na podłoże mas lodu i surowe warunki ciągłego zamarzania i odmarzania rozdzierały ziemię, przewracając i krusząc stare warstwy geologiczne.

Ujrzyj, Przyjacielu, wraz z Bojarem i ze mną te pomniki prawdziwej potęgi, potęgi Przyrody. Zobacz, że nic nie jest w stanie dorównać siłom, które tworzą naturę, ani ludzkie arsenały, ani ludzka technika.

A przy tym jest to potęga w całej swojej bezwzględności nieskończenie mniej okrutna od tego, co ludzie wyrządzają innym ludziom w imię bogów, których ujrzeć można tylko w wyobraźni.

Tak, tej właśnie prawdy pomnikami są te ukryte w lesie skały. A nam pozostaje dziś porzucić te smutne myśli i rozejrzeć się po pięknie życia, które tu rozkwita.

Oprócz konwalii majowej możemy tu znaleźć także inną, mniej znaną konwalię dwulistną,  Convallaria bifolium. Jest stosowana jako składnik maści łagodzących skutki ukąszeń owadów i na wysypki, natomiast nie nadaje się do jakichkolwiek zastosowań wewnętrznych, ze względu na duże stężenie substancji trujących.

Oprócz niej znajdziemy tu także inne, leśne rośliny, na przykład dającą smaczne owoce poziomkę pospolitą Fragaria vesca.

Gdy w upalny, letni dzień sięgniesz w lesie po jej słodkie, malutkie i nieliczne owoce poczujesz, Przyjacielu, czym jest ów umiar, o którym pisałem na początku tej opowieści, ten umiar, do którego każde zwierzę i każda roślina jest w Przyrodzie zmuszona, a który jest podstawą równowagi i zdrowia. Oto mały owoc, tak mały, że wątpliwe, żebyś w lesie znalazł tyle poziomek, aby się nimi najeść, daje takie orzeźwienie i słodycz, jakiego nie da ci nic innego.

Nie najesz się jedną czy dwoma poziomkami, nie zaspokoisz łakomstwa, skąpość zasobów zmusi cię do tego właśnie naturalnego umiaru. Ale kosztując malutki owoc poziomki w upalne lato, gdy zmęczony będziesz długą wędrówką poczujesz, że naprawdę niewiele potrzeba do tego, żeby prawdziwie nasycić to pragnienie, które jest naszym prawdziwym, najwyższym pragnieniem: pragnienie przyjemności.

I my, i zwierzęta i rośliny posiadają swoje sposoby komunikacji, są jednak one tak różne od siebie, że nie potrafimy się zrozumieć. Jest jednak Przyjemność – odczucie, które tak samo daje szczęście nam, jak Bojarowi czy staremu świerkowi, który możesz zobaczyć w lesie nieopodal Kazalnicy.

Skoro Przyjemność jest wspólnym językiem nas, istot żywych, zasługuje na to, by ją celebrować, wielbić i do niej dążyć. Nie jest wcale, jak głosi ta żałosna, chrześcijańska moralność żadnym „grzechem”, żadną „hedonistyczną ideologią”. Jest wartością nieskończenie wyższą od tych jakże idiotycznych „tradycyjnych, polskich, chrześcijańskich wartości wyższych”. Bo to właśnie te tradycyjne, chrześcijańskie i tak dalej wartości sprowadzały na mieszkańców tych ziem cierpienie, rozlew krwi, wojny i zarazy. A Las, który tu możesz wraz z nami oglądać jest tego świadkiem, świadkami są te skały i te kwiaty.

Bojar pijący wodę z leśnego strumyka niech nam pokaże, co jest naprawdę w życiu wartością, co jest naprawdę ważne. Nie jest to żadna filozofia, żadne przeklęte, rozwlekłe rozważania o duchach, bogach, niebach i piekłach. Nie mają tu mocy żadne „wartości wyższe” takie jak: naród, religia, moralność, duchowość i kultura. Są one bzdurami i czas uwolnić od nich umysły, a cóż nam lepiej w tym pomoże, jak Las i szmer leśnego strumienia?

Zamiast zaprzątać więc sobie tymi bzdurami głowę, lepiej stanąć na skraju lasu, na ścieżce wiodącej naokoło wzgórza Kazalnica i zachwycić się widokiem Wysokiego Grzbietu Gór Izerskich.

Od lewej patrząc, widać tu Czarną Górę, nieco przysłoniętą na zdjęciu liśćmi rosnącego tu dębu, potem poszarpany, skalisty szczyt Wysokiego Kamienia, aż po bielejącą wyrwę nieczynnej już (na szczęście) kopalni kwarcu na Izerskich Garbach. Relację z wyprawy na Wysoki Grzbiet w zimowych klimatach możesz przeczytać pod tytułem „Cichy sylwester, czyli wyprawa na Wysoki Kamień„.

Ale jeśli stojąc w tym samym miejscu obrócimy się ku północnemu wschodowi, zobaczymy dwa szpiczaste, sterczące na horyzoncie wzgórza.

To Grodziec i Ostrzyca, pozostałości wulkanów, które powstały, gdy pęknięcia skorupy ziemskiej kształtowały tutejszy krajobraz przed milionami lat, na długo przed tym, nim do jego rzeźbienia przystąpił lodowiec. Tam właśnie znajduje się największe z owych prastarych pęknięć, zwane Sudeckim Uskokiem Brzeżnym.

Obiecałem pokazać więcej roślin, które mają łaciński „ocet” w nazwie. Oto kolejna z nich: Oxalis acetosella, szczawik zajęczy. Chyba nie da się z niczym pomylić jej charakterystycznych listków w postaci potrójnego serduszka.

Oprócz niej znaleźć można w tutejszych lasach także niezapominajkę polną Myosotis arvensis.

Nie jest ją łatwo odróżnić od innej niezapominajki, niezapominajki leśnej, Myosotis sylvatica. Choć są bardzo do siebie podobne, nie różnią się wcale tym, że, jak sugerowałaby nazwa, jedna rośnie na polach, a druga w lesie. Może i by tak było, gdyby nie to, że przez wieki na Wysoczyźnie Rybnicy sąsiadowały ze sobą pola uprawne i lasy, przez co gatunki typowe dla jednego i dla drugiego siedliska przenikały w jedną i drugą stronę.

To kolejna ilustracja tego, czym w Przyrodzie jest wolność. Czy jesteś gatunkiem, który ukształtował się na łąkach, czy w lesie, Przyroda nigdy nie powie Ci: „Hej ty, tutaj nie wolno, tu jest las, a nie pole”, „Las dla leśnych, pole dla polnych” albo „Chcesz w ryja? Nie jesteś stąd!”

W Przyrodzie, jeśli tylko znajdziesz warunki odpowiednie dla siebie, możesz żyć, gdzie Ci się podoba i żadne prawa czy reguły, żadne szufladki ustanowione przez ludzi nie będą miały wobec tego nic do powiedzenia.

Jakże śmieszne są nacjonalistyczne rozważania o tym, które to nazwisko jest „polskie”, a które „niepolskie”, gdy spojrzymy na taki na przykład pospolity jastrzębiec leśny.

Jeśli zastosować tu prawicową retorykę, to jest to istna roślina „żydowska”, bo po polsku zwie się „leśna”, ale przechrzciła się z łacińskiego Hieracium murorum, czyli jastrzębca „murowego”, co by sugerowało jakąś miejską proweniencję.

Ale tu, w Przyrodzie, nikt nie będzie Cię, Przyjacielu, rozliczał z pochodzenia, z tego, czy twój ojciec był w UB, a dziadek w Wehrmachcie, czy twoje nazwisko przypadkiem nie brzmi żydowsko, a panieńskie nazwisko twojej babci sugeruje romskich czy arabskich przodków.

Zostawmy więc już Kazalnicę za plecami, idźmy naprzód, ku kolejnemu wzgórzu, które, tym razem, powie nam coś na temat ludzkiej wyobraźni. Zobaczymy na tym wzgórzu, czym naprawdę różni się wyobraźnia dzieci od wyobraźni dorosłych, czym się różni wyobraźnia, która otwartymi oczyma spogląda na rzeczywistość od tej, która od rzeczywistości wzrok odwraca i oczy klapkami zasłania.

Wzgórze to zwane jest dziś Biesy, ale o żadnego „biesa”, czyli diabła tutaj nie chodzi. Zastosowano tu dokładnie ten sam zabieg, jak w przypadku „Popielowych Skał”. Po niemiecku wzgórze to nazywało się Besserberg, a to od nazwiska jednego z gospodarzy z pobliskiej wsi Wojcieszyce, który u stóp tego wzgórza zbudował sobie dom. I znów polscy językoznawcy, nie wiedząc nic o poczciwym gospodarzu nazwiskiem Besser, próbowali nazwę dosłownie przetłumaczyć i wyszło im: „lepsza góra”. Lepsza od czego? I dlaczego? Woleli więc spolszczyć brzmienie z „Besser” na „Biesy” i tak już zostało.

Wzgórze to, dziś zapomniane i nieodwiedzane, było w swoim czasie wielką atrakcją turystyczną. Jeżeli zajrzałbyś, Przyjacielu, do jednego z XIX-wiecznych przewodników niemieckich, przeczytałbyś o wzgórzu coś, co poruszyć musiałoby każdego miłośnika archeologicznych sensacji:

Besserberg, 470 m n.p.m. wznosi się nieopodal wsi Voigtsdorf. Idziemy drogą od środka wsi, obok kuźni, a za następnym domem skręcamy w leśną ścieżkę, która prowadzi na szczyt. Na szczycie schron turystyczny. Latem czynny bufet. Wzgórze ma dwa wierzchołki. Na uwagę zasługują kręgi utworzone z kamiennych bloków, które otaczają oba wierzchołki oraz przypominający kocioł dół na wąskiej przełęczy pomiędzy nimi. Pochodzenie tych budowli jest nieznane. Z wzgórza doskonały widok.

Jakimż to cudem nic się nie pisze w literaturze światowej o tych „kręgach utworzonych z kamiennych bloków”? O tym „przypominającym kocioł dole”? Dlaczego nie przyjechały tu żadne ekspedycje archeologów, żeby zbadać to dolnośląskie Stonehenge?

Odpowiedź na te pytania znajdziemy niemal od razu, gdy zagłębimy się w las. Ku naszemu zdziwieniu (zapewne podobne zdziwienie przeżywali zwabieni tutaj sensacyjnym opisem turyści z XIX wieku) żadnego Stonehenge tu nie uświadczymy, a jedynie całkowicie naturalne skały, których odłamki zaścielają całe zbocze wzgórza.

Co więcej, wyobraźnia poniosła autora opisu także w kwestii topografii, bo twierdzenie, że wzgórze ma dwa wierzchołki jest bardzo na wyrost: tak naprawdę jest jeden, skalisty, stromo wznoszący się wierzchołek i niemal płaskie jego przedłużenie na północ.

Nie uświadczymy tu także żadnego „dołu przypominającego kocioł”, co najwyżej kilka zagłębień między kamieniami i nic więcej.

Oczywiście rodzi się pytanie, skąd w takim razie tak sensacyjne opisy? Czy naprawdę nic na tym wzgórzu takiego nie ma? A może pomyliłem wzgórza i teraz niesprawiedliwie oskarżam niemieckiego autora przewodnika o fantazjowanie?

Jednak o tym, że to właśnie to, a nie inne wzgórze przekonują nas resztki fundamentów i piwniczki wspomnianego w przewodniku schronu turystycznego z czynnym w okresie letnim bufetem:

Żeby to wyjaśnić, wystarczy rzut oka na historię ruchu turystycznego w pobliskiej wsi Wojcieszyce, czyli Voigtsdorf. Miejscowość ta, położona na uboczu musiała konkurować z takim Piastowem, który szczycił się znanym punktem widokowym na Bobrowych Skałach czy Siedlęcinem, gdzie był cały leśny park, średniowieczna wieża książęca i jezioro.

Nic dziwnego, że próbowano przyciągnąć turystów wspomnianymi bajeczkami. Sam fakt, że przewodniki wydane w czasach późniejszych już w ogóle o wzgórzu Biesy nie wspominają, a sama wieś nigdy nie doczekała się statusu letniska świadczy o tym, że kłamstwo ma krótkie nogi.

Tym się właśnie różni wyobraźnia dorosłych, w tym wypadku goniących za zyskami z turystyki gospodarzy od wyobraźni dziecka. Dorosły nie patrzy na rzeczywistość, gdy puszcza wodze swojej fantazji, więc gdy dumał w fotelu, jak przyciągnąć turystów zapewne pomyślał: „Tu na wzgórzu jest pełno kamieni, powiemy, że to starożytny krąg kultowy. Znajdą się też jakieś doły w lesie, powiemy, że to kocioł ofiarny, a wszystko to pochodzi z czasów faraonów albo i dawniejszych”. Nie sprawdził, czy jego fantazje choć trochę mają pokrycie w rzeczywistości, nakłamał w przewodnikach i reklamach, a potem się srodze zawiódł, gdy przyjechało trochę turystów, ale zobaczywszy, że zostali oszukani, szybko odradzili innym odwiedziny w tym miejscu.

Tymczasem i jednym, i drugim, i spragnionym zysków mieszkańcom Voigtsdorf i przyjeżdżającym tutaj turystom zabrakło tej najlepszej, dziecięcej wyobraźni, która nie zamyka oczu na rzeczywistość, ale szeroko otwartymi oczami na nią spogląda.

Gdyby ją mieli, zobaczyliby w tym kamiennych rumowiskach prawdę o burzliwych dziejach tych terenów, o przepotężnej sile lodowców, które wyrwały z trzewi ziemskich te kamienne skalne grzebienie, które pokruszyły skałę i rozrzuciły jej odłamki po całym zboczu. Zobaczyliby, że prawdziwą magią nie są zmyślone, prehistoryczne czy pozaziemskie cywilizacje, ale moc Przyrody, która najpierw potrafi twarde skały sponiewierać, wybebeszyć, a potem nagle okryć płaszczem leśnego życia: drzewami, krzewami, konwaliami i niezapominajkami oraz glebą przenikniętą przez komunikujące się z korzeniami roślin grzyby.

Człowiek dorosły nie umie się zadziwiać rzeczywistością, dlatego musi zmyślać sobie swoją. I tak, jak zmyślono kamienne kręgi na wzgórzu Biesy, tak zmyślono bogów, religie, święte księgi i boskie objawienia. A wszystko to ostatecznie dla pieniędzy.

Jaka szkoda tylko, że ludziom wystarczyło kilka lat, żeby zrozumieli, że ktoś ich oszukuje z tymi kręgami kamiennymi i kotłami na wzgórzu za Wojcieszycami, a do dzisiaj nie mogą zrozumieć, że dokładnie tak samo jest z religią.

Tak zszedłszy ze wzgórza możemy zobaczyć ową miejscowość, dawniej zwaną Voigtsdorf, a dziś Wojcieszyce, które tak usilnie próbowała dorównać znanym letniskom.

Kto wie, może by się to udało, gdyby tutejsi mieszkańcy z XIX wieku nie zmyślali starożytnych budowli, ale rozreklamowali to, co naprawdę mieli: cichą, spokojną okolicę, piękne widoki, pełne ciekawostek geologicznych wzgórza i cudowną Przyrodę?

Wojcieszyckie łąki mogą być dla nas lekcją na temat pewnej specyficznej grupy roślin, jednych z tych, które dobrze sobie radzą z obecnością człowieka. Nazywają się one roślinami „segetalnymi”, od łacińskiego słowa seges, oznaczającego „pole uprawne”. Są to rośliny, które powstały w toku ewolucji w dzikiej Przyrodzie, przystosowały się do otwartych przestrzeni, które powstają w naturze głównie wskutek pożarów i wiatrołomów. Człowiek, karczując lasy pod uprawy i pastwiska przypadkowo stworzył dla nich idealne warunki, zadomowiły się więc z nami, i powinniśmy, zamiast przezywać je „chwastami”, odnosić się do nich z szacunkiem.

Te rośliny bowiem, podobnie jak pies czy kot, to gatunki, które pokazują, że choć my, ludzie jesteśmy błędem Przyrody, to jesteśmy błędem, którego się Przyroda nie wyrzekła i wciąż daje nam szansę tego, żebyśmy nie byli dla Niej rakiem, niszczycielską chorobą, ale równouprawnioną z innymi istotą żywą, dla której także w Przyrodzie znajdzie się miejsce. Pod warunkiem oczywiście, że będziemy się cieszyć tym, co Przyroda sama zechce nam dać, a nie wydzierać dla siebie coraz więcej i więcej.

Oto na przykład taki czosnaczek pospolity, Allaria petiolata. Od pól woli zacienione skraje lasów i parki, ale lubi sąsiedztwo terenów rolniczych, potrzebuje bowiem dużo azotu. Jeśli lubisz smak czosnku w potrawach, ale sam czosnek jest dla Ciebie, Przyjacielu zbyt ostry, możesz skorzystać z jego liści, mają bowiem bardzo podobny zapach i smak, jednakże dużo łagodniejszy.

A oto inny posłaniec Przyrody, glistnik jaskółcze ziele, Chelidonium maius, bardzo ceniona a przy tym bardzo rozpowszechniona roślina lecznicza. Charakterystyczne, żółte mleczko wydzielające się z jej łodygi pomaga w zmniejszaniu oprysków skórnych i brodawek, a zielarskie przetwory z tej rośliny mają znaczenie bakteriobójcze, a niektóre leki, które stosuje się w kuracjach antynowotworowych również są z niego wytwarzane.

Roślinność towarzysząca człowiekowi to także piękne kwiaty, takie jak dzwonki rozpierzchłe Campanula patula czy przetaczniki ożankowe Veronica chamaedrys czy wreszcie pyszniące się piękną, niebieską barwą bławatki Cyanus segetum.

Na przydrożach nie zabraknie też bliskiej kuzynki uprawianej i cenionej przyprawy, czyli trybuli leśnej Anthriscus sylvestris.

I znów, zobaczmy, jak różne od siebie są te rośliny. Każda ma inną barwę, kształt, woli nieco inne warunki od drugiej i tylko ludzie mają manię dzielenia je na „pożyteczne” i „niepożyteczne”, na „jadalne” i „trujące”. Tylko ludzie, tak tęskniący za wolnością mają manię jej ograniczania, wyznaczania barier, dzielenia, wywyższania jednych i poniżania drugich.

Usiądź w leśnym zagajniku i poczuj, Przyjacielu, że tu jesteś naprawdę bezpieczny, nawet, jeśli zdarzy Ci się napotkać żyjące w okolicznych lasach żmije. Bo ani żmija, ani trybula leśna czy przetacznik nie będą Cię szufladkować, oceniać, a w konsekwencji: krytykować tylko po to, żeby się poczuć lepiej, żeby Twoim poniżeniem nasycić swoją pychę.

W Przyrodzie równowaga nie jest stała, nie jest dogmatem, wciąż się waha to w jedną, to w drugą stronę jak dzień, który raz się wydłuża, a raz skraca. Tym samym nawet ta równowaga nie będzie Ci nakazywać, jakim masz być, a jakim ci być nie wolno. Nie będzie oceniać Twojego koloru skóry, tego, czy wolisz się pocałować z dziewczyną, czy z chłopakiem, tego, czy wołając Przyrodę o pomoc nazwiesz ją bogiem, czy diabłem.

Niech symbolem tego, co napisałem będzie rosnący tu pszeniec gajowy Melampyrum nemorosum, którego kontrastujące ze sobą barwy fioletowobłękitnych, młodych listków i żótłopomarańczowych kwiatów zainspirowały nazwę ludową „dzień i noc”, a pora kwitnienia – związała z przesileniem letnim. W Przyrodzie wolno być zółtym, wolno być fioletowym, albo jednym i drugim naraz.

Przyroda – to wolność.

Jeśli powędrujesz teraz z nami na północ, poprzez pola, będziesz miał okazję zobaczyć, jak się skończyła ta sama historia, która kazała niejakiemu Godkowi zorganizować powstanie Goduszyna.

Po drodze nie zapomnij rozejrzeć się za rośliną, która do złudzenia przypomina rumianek, ale nim nie jest, a jeśli byś się, Przyjacielu pomylił i zaparzył sobie z niej herbatkę, otrzymałbyś całkowicie pozbawiony woni, gorzki wywar. To maruna bezwonna, Tripleurospermum inodorum. Na zdjęciu powyżej towarzyszy jej istny zdobywca, tasznik pospolity Capsella bursa-pastoris. Jego człon gatunkowy oznacza dosłownie: „torba pasterza”, a to od jego owoców w kształcie zielonych, małych serduszek, które przypominały dawnym botanikom noszone przez hodowców owiec sakwy na prowiant. Nazwałem go „zdobywcą”, bo jest on jedną z najbardziej rozpowszechnionych roślin na Ziemi i spotkać go możemy niemal pod każdą szerokością geograficzną i w wielu bardzo różnych zbiorowiskach roślinnych.

Bojar już od trzech lat towarzyszy Tobie i mi w naszych wyprawach. I to on jest ostatecznie najdoskonalszym posłańcem tej prawdy, że my, ludzie, mimo tego, czym jesteśmy, nadal mamy jeszcze daną od Przyrody szansę, by skorzystać z wolności, którą ona oferuje. Wolność to trudna, bo wymaga porzucenia tak ukochanych przez ludzi kajdan morałów, wzajemnego pouczania się, chrześcijańskich czy „narodowych” wartości.

Kajdany te długo polerowaliśmy, ozdabialiśmy, pozłacaliśmy, aż stały się dziełami sztuki. Ale co z tego, że są piękne, skoro nadal pozostają kajdanami? Czy ich piękno ma jakakolwiek wartość w obliczu prawdy, że czynią nas one niewolnikami i brutalnie odrywają nas one od tego, czego naprawdę pragnie w głębi siebie każdy człowiek, każde zwierzę i każda roślina, czyli: przyjemnego, życia z dala od cierpień?

A teraz popatrz na ukoronowanie tych wszystkich rozważań i najlepszą ich ilustrację, jaką tylko mogę Ci dzisiaj pokazać.

Nie raz obaj z Bojarem, znużeni poszukiwaniem „Parafialnego kamienia” czy rzekomych kamiennych kręgów na wzgórzu Biesy kładliśmy się pod drzewami i po prostu nie robili nic przez te krótkie chwile, bo tylko na krótko można sobie na nic-nie-robienie w życiu pozwolić. Ale to właśnie jest ten umiar Przyrody, który sprawia, że długotrwałe lenistwo każdego człowieka i każde zwierzę by zniszczyło, podczas gdy krótkie potrafi smakować tak słodko. Bylebyśmy przeżywali je tak, jak Bojar, nie psując sobie jego przeżywania martwieniem się, że jest takie krótkie i kombinowaniem, jak je sobie przedłużyć. Przyroda daje, co daje. Kto umie brać z wdzięcznością to, co od Niej, od Rzeczywistości otrzyma, będzie kosztował szczęścia, przy którym wszelkie raje i zbawienia niebieskie będą żałosną, nadgniłą kiełbasą wyborczą nieistniejących bogów.

Lecz oto pora ruszać dalej. Z wysoka widzimy już wioskę Rybnica, która jest jeszcze starsza niż Goduszyn, tak stara, że pamięta czasy zanim książęta świdnicko – jaworscy kazali swoim lokatorom zakładać nowe wsie i dlatego przez wszystkie lata swojego istnienia nosiła jedną, choć rozmaicie zapisywaną nazwę, a której pochodzenie ginie w pomrokach dziejów, bo nie możemy już dziś powiedzieć, czy i o jakie „ryby” tutaj chodziło tym, którzy osiedlili się tutaj, wśród wzgórz i pagórków Wysoczyzny Rybnicy.

Co nas sprowadza do tej miejscowości? Czyżby średniowieczny, zabytkowy kościół, którego wieża, pomimo miliardów złotych, którymi dysponuje jego właściciel skrzywiła się, a tynk na murach odpada całymi płatami?

Nie, odwiedzamy tę miejscowość, żeby pokazać Ci, Przyjacielu coś zupełnie innego, choć pochodzącego z tych samych czasów. Jeżeli widząc kościół z tej perspektywy, jaką pokazałem na powyższym zdjęciu spojrzysz na lewo, ujrzysz dwa niewielkie stawy, a nad nimi niski, zalesiony pagórek.

Zanim pokażę, co kryją porastające owo wzgórze drzewa, chciałbym zwrócić Twoją uwagę na wychylającą swe kwiaty i liście z wody roślinę.

Oto Persicaria amphibia, rdest ziemnowodny. Nazywa się tak nie bez powodu, bo choć potrafi rosnąć w wodzie, świetnie radzi też sobie na wilgotnych polach i łąkach. Jest on dla nas przykładem na pewien szczegół, którego od Przyrody możemy się nauczyć.

Przyroda skąpi przyjemności, ale skąpi jej w ilości, nie w jakości. Gdy skończy się jedna przyjemność, można znaleźć inną. Gdy brak nam jednego siedliska, w którym czujemy się dobrze, trzeba poszukać innego, a w Przyrodzie zawsze się takie znajdzie. Tak Przyroda błogosławi tych, którzy mają odwagę szukać nowych wrażeń, nowych przyjemności, którzy nie przywiązują się do jednych korzyści, tym samym skazując się na zagładę w świecie, gdzie bardzo wiele bardzo różnych rzeczy jest w niewielkich ilościach.

Tak wygląda świat Przyrody i musi tak wyglądać właśnie dlatego, że jest światem równowagi, którą wypracować może tylko nieograniczona wolność.

I tym się różni świat Przyrody, że najpierw jest w nim wolność, a z niej tworzy się równowaga, a nie na odwrót, jak u ludzi. U ludzi rządy, monarchowie i dyktatorzy swoimi nakazami i ustawami próbują wypracować równowagę, obiecując tym, którzy w ich niewolę pójdą „prawdziwą wolność”. A czym się to kończy, każdy może zobaczyć, gdy odwiedzi miejsce, gdzie napis nad bramą obiecywał wolność za pracę dla tyranów.

Przyroda to wolność – znów to powtórzę, bo warto, by te słowa były refrenem dzisiejszej opowieści.

Wstąpmy teraz na owo tajemnicze wzgórze. Między drzewami ujrzymy ruiny tajemniczej budowli.

Oto zamek w Rybnicy, budowla tak prastara, że nie wiadomo dokładnie, kiedy powstała, wiadomo jedynie, że na pewno istniała już w XIV wieku. Ludzie na kanwie tej niewiedzy wymyślali przeróżne, mniej lub bardziej wybujałe legendy. Jedna z nich mówiła o księciu z wieleckiego, pogańskiego plemienia Redarów, które żyło gdzieś w okolicach dzisiejszego Pomorza i znane było ze swoich wojowników. Książę ów według tych legend zawędrował aż tutaj po klęsce swoich pobratymców w walce z chrześcijańskimi, niemieckimi władcami, zbudował tu ten zamek i ukrył w nich swoje skarby. Wiąże się z tym inna, nie mniej romantyczna legenda o poszukiwaczu, który pewnego razu wykopał w tych ruinach ów skarb: wielką, ludzką czaszkę wykonaną ze złota. Lecz gdy chwycił ją do ręki, z oczodołu owej czaszki wysunęła się złota żmija i jadowitym ukąszeniem zabiła śmiałka, a moc klątwy pogańskiego księcia pogrzebała skarb na nawo w ziemi.

Dziś zamek w Rybnicy to ledwie jedna ściana z kilkoma oknami. Nie znajdziesz tu baszt, na które można by wchodzić po krętych schodkach, nie zobaczysz sklepionych, przepastnych piwnic i podziemi, nie ma tu komnat wypełnionych eksponatami z epoki, nie ma pięknych rzeźbień. Nie znajdziesz tu rozległych, zrujnowanych fortyfikacji, wśród których można by błądzić całymi godzinami.

Zamek w Rybnicy to tylko kawałek ściany.

Ale to właśnie ten kawałek ściany na ludzki język przełoży nam dzisiaj naukę o umiarze i wyciąganiu szczęścia z tego, co małe, jeśli tylko zechcemy patrzeć, uruchomimy naszą wyobraźnię, tylko nie tę dorosłą, ale tę dziecięcą. Wystarczy się wnikliwie rozejrzeć po owym kawałku ściany, a możemy zobaczyć ze zdziwieniem, że zamek w Rybnicy można zwiedzać równie długo, co Wawel lub Książ.

Weźmy na przykład duży kamień po lewej na zdjęciu. Wystaje on ze zbocza w miejscu, gdzie musiał kolidować z południową ścianą zamku, gdy ta jeszcze stała. Nikt nie zadawał sobie trudu, żeby ten głaz usunąć, skruszyć – przeciwnie, był on niegdyś częścią zamku, miejscem, gdzie twór Przyrody i dzieło człowieka stapiało się w jedno. Dlaczego dzisiaj, w czasach, gdy mamy o wiele lepszą technikę na podorędziu, nie potrafimy budując cokolwiek „dogadać się” z Przyrodą, przeciwnie, każda budowa oznacza bezwzględne wyrżnięcie wszystkich drzew, wysadzenie skał w powietrze i  kompletne zniszczenie krajobrazu? Czy nasza technika budowlana odzwierciedla postęp czy raczej regres? Myślę, że to drugie. Cofamy się, przez te kilkaset lat, które upłynęły od budowy zamku w Rybnicy cofnęliśmy się do poziomu, gdzie – jak to obliczył pewien architekt – nie potrafilibyśmy wybudować piramidy Cheopsa, bo zwyczajnie nikogo nie byłoby stać na koszty takiej budowy, a dziś dostępne materiały mają za niską jakość, żeby mogły posłużyć do wzniesienia czegoś takiego.

Kamienne obramienia okien do dziś noszą ślady dłut, którymi je wykuto. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę Przyjacielu, ale dziś nikt nie potrafiłby wykuć i obrobić takich kamieni, a to dlatego, że najprawdopodobniej nie miałby do tego narzędzi. Dłuta wszelkiego rodzaju dzielą się na ogólnodostępne, których jakość jest żadna i stępiłyby się po jednokrotnym uderzeniu w piaskowiec, oraz niedostępne, takie, którymi być może dałoby się rzeźbić w kamieniu, ale kosztują tyle, co dobry samochód.

Gdy rozmawiałem z pewnym znajomym dowodząc mu, jak wielką inteligencją dysponują wilki stwierdził:

— No bez przesady, wilki nie latają w kosmos i nie wznoszą wieżowców!

Czy jednak mamy się czym szczycić? Czy raczej wstydzić? Czy jest to dzieło naszej inteligencji czy raczej kapitulacja tejże? Czy fakt, że jedyne, na co nas dzisiaj stać to lepianki z pustaków nie dowodzi, że nasz postęp jest naprawdę pozorny?

Tynk, który widać na zdjęciu położono tu najpóźniej w XVIII wieku, kiedy zamek jeszcze funkcjonował jako siedziba. Od tego czasu – już co najmniej dwa i pół wieku budowla stoi w runie! – zachował się gdzieniegdzie w całkiem dobrym stanie.

Jakim postępem możemy się szczycić my, ludzie, skoro nie potrafimy już dzisiaj zrobić takiego tynku?

Stary wykusz piwniczny pokazuje nam, z jaką pieczołowitością dobierano nieobrobione kamienie, które tworzą dziś łuk tego wykuszu, jak bardzo dbano, by do siebie pasowały.

Dziś nikomu nie przyszłoby do głowy dobierać kamieni. Wzięliby byle jakie i zlepili, hojnie zalewając je zaprawą. Tym samym zbudowaliby coś, co nie przetrwałoby dwudziestu lat zaniedbań, a co dopiero dwieście!

Gdzie mam dostrzec ten niby wielki postęp ludzkości?

Do dziś w murach tkwią gdzieniegdzie belki po dawnych stropach. I znów: jak to jest, że dziś mamy nieprzebraną gamę impregnatów i innych środków ochrony drewna, a tymczasem dzisiejsze stolarstwo cofnęło się w stosunku do osiągnięć choćby XIX wieku o wiele stuleci?

Dlaczego dzisiejsza technika budowlana potrzebuje o wiele więcej zasobów i o wiele bardziej rozbudowanego zaplecza przemysłowego, a nie potrafi wznieść nic trwałego, solidnego? Gdzie tu postęp?

Na jednym końcu zachowanej ściany zamkowej możemy obejrzeć resztki tak zwanego wykusza kuchennego. Jako że kuchnia w dawnych czasach nie dysponowała gazem i wymagała dużego kominka, w którym można było warzyć potrawy na ogniu, ze względu na bezpieczeństwo pożarowe starano się kuchnie separować od głównej siedziby, bądź umieszczając je w osobnym budynku bądź, tak jak w Rybnicy, w osobnym skrzydle zamku.

Do dziś widać sczernienie, powstałe w dawnym kominie od buzującego tu ognia.

Zamek w Rybnicy zawsze był budowlą niewielką, więc gdy popadł w ruinę, nie reprezentował się dużo bardziej okazale o tego, co możemy zobaczyć dzisiaj. Tym samym nie był tak odwiedzany przez turystów jak Chojnik, Bolków czy Gryf. Jednak znaleźli się ludzie, którzy odwiedzali to miejsce namiętnie, ba, namawiali do odwiedzin rodzinę.

Skąd to wiemy? Doskonale zachowany tynk w oknach zainspirował tych nielicznych odwiedzających do tego, by zapisać swoje imiona i nazwiska przy okazji kolejnych odwiedzin.

Pan Paul Sommer był tu 9 kwietnia 1927 roku i wrócił tutaj po sześciu latach, 2 kwietnia. Zapewne mu się tu spodobało, bo polecił to miejsce komuś z rodziny:

Pan Arno Sommer odwiedził zamek 19 sierpnia 1930 roku, wrócił tu 7 lipca trzy lata później i znów – 12 kwietnia 1936 roku. Sądząc po częstych odwiedzinach, jemu zamek musiał się spodobać jeszcze bardziej.

Starannie wykonane podpisy znajdują się dość wysoko, w łukach okien zamkowych, więc wnioskować można, że obaj panowie byli dość wysocy, a więc z pewnością nie byli już dziećmi w momencie uwieczniania się na starym tynku. Tym samym z całą pewnością możemy stwierdzić, że obaj już nie żyją, bo nawet, jeśli założyć, że w momencie pierwszego podpisania się pan Arno miał osiemnaście lat, dziś miałby sto dziesięć lat.

A już na  pewno nie żyje podpisujący się tutaj już w 1922 niejaki Martin o trudnym do odczytania nazwisku (Klarische?).

Czy nie jest jakimś ironicznym zrządzeniem losu, że pamięć o tych ludziach zachował stary, zapomniany i nieodwiedzany zamek?

Ludzie w swoim życiu starają się, żeby pozostał po nich ślad. Wznoszą okazałe budowle, inicjują wielkie inicjatywy, zakładają organizacje i płodzą dzieci. A tymczasem może się okazać, że jedynym śladem po Tobie czy po mnie będzie nie ten, który próbowaliśmy zachować ludzkimi siłami, ale właśnie ten oddany pieczy Przyrody, jak podpisy na murach pożeranej przez las ruiny.

Ostatecznie to Przyroda decyduje, co z nas zostanie, a co nie. I pod tę surową Jej władzę pójdzie każdy, niezależnie od swojej władzy i bogactw, od swoich wpływów i dokonań. I może się okazać, że Przyroda zachowa po Tobie tylko ślad sztubackiego wygłupu w postaci sentencji, którą napisał tu jakiś polski turysta:

Żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna, raz chłopaczek.

Może nie w tym sensie, w jakim ujął to autor tej sentencji, ale czy ostatecznie to nie jest właśnie najważniejsze, żeby właśnie: posmakować życia?

Obejrzeć na zamku w Rybnicy można wreszcie podkop, którym ktoś próbował dostać się do zasypanych i zawalonych piwnic. Kto wie, może to właśnie ta próba zainspirowała legendę o złotej czaszce i żmii?

A tymczasem w dawnych zabudowaniach gospodarczych zamku nadal toczy się życie.

Mam nadzieję, że udało mi się zilustrować Ci, Przyjacielu, jak długim i owocnym przeżyciem może być „zwiedzanie” jednej, na wpół zburzonej ściany zamkowej. Potrzeba jedynie wnikliwości, otwartych oczu i chęci, by nad tym, co widzimy się zastanawiać.

Wszystkie nasze opisy wypraw z Bojarem temu właśnie służą: są zaproszeniem dla Ciebie, żebyś także w trakcie swoich wędrówek nie bał się patrzyć, podziwiać i wnikliwie zastanawiać się nad wszystkim, co widzisz. I nie musi być to wielokilometrowy wypad. Dla kogoś, kto umie patrzeć, zwykły spacer może być wyprawą. Czego i Tobie, Przyjacielu, życzymy.

Jeśli uważasz, że to, o czym tu piszę jest ważne, dobre i potrzebne, możesz wesprzeć działanie strony, zostając naszym Patronem przy pomocy patronite.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial