HYLOFOBIA, CZYLI DLACZEGO LUDZIE BOJĄ SIĘ LASU?

Bardzo lubię amerykańskie horrory. Im głupsze, tym lepsze. Mają swój urok, bo bardzo wiele mówią o swoich twórcach, a jeszcze więcej – o swoich odbiorcach.

Szczególnym i niemal obowiązkowym elementem takich filmów jest las. Niezmiennie jest on przedstawiony jako siedlisko wszelkiego zła. W ciemnym lesie roi się od zombie, potworów z piekła lub psychopatycznych morderców zarzynających swoje ofiary piłą łańcuchową, W lesie zawsze ląduje UFO i kogoś porywa, a potem w tym samym lesie buszuje CIA (nie wiadomo, co straszniejsze). Las oczywiście jest też nawiedzony przez duchy, demony, zjawy i inne złowrogie siły z zaświatów.

I wszystko to na koniec skupia się na grupie koniecznie nastolatków / studentów, którzy byli na tyle głupi, że pojechali na weekend do domku w lesie lub pod namiot.

Weźmy na przykład taki stary film z 1988 roku pod tytułem „Dyniogłowy”. Oczywistą scenerią filmu jest las, w którym grasuje demon zemsty, przyzwany przez mieszkającą w tymże lesie, a jakże, wiedźmę. Oczywiście jest także domek w lesie i mordowani po kolei nastolatkowie.

Inny przykład: popularny serial science fiction „Z archiwum X”. Co drugi chyba odcinek ma miejsce w lesie, w którym coś straszy / porywa / pożera / morduje ludzi. Jest nawet odcinek, w którym grupa drwali zostaje zjedzona przez… prehistoryczne muszki (sic!).

No i nie mógłbym nie wspomnieć o filmie, który wielu krytyków uznało za najstraszniejszy film świata, a mianowicie „Blair Witch Project”. Jest to jednak poza tym film, który o spazmy śmiechu przyprawi każdego, kto choć trochę zna się na lesie. Scenerią jest z założenia puszcza, w której dwieście lat temu zamordowano czarownicę, a na długo przed tą czarownicą zamieszkiwał ją potężny demon. Tymczasem na ekranie nie zobaczymy drzewa starszego niż 10 lat. Taki sam „las” porasta każdy podmiejski nieużytek. Bohaterowie filmu gubią się w tymże zagajniku bodaj po kwadransie od opuszczenia auta. W tymże samym filmie ci sami bohaterowie umierają ze strachu, bo słyszą w nocy dźwięk trzaskających gałązek.

Najstraszniejsze w tym filmie jest jednak to, że mnóstwo ludzi autentycznie się na jego seansie bało i nie mniejsze mnóstwo uwierzyło, że cała historia jest prawdziwa.

Kultura strachu przed lasem

Kiedyś czytałem w recenzji jednego z takich filmów, że strach przed lasem jest elementem amerykańskiej kultury. Autor wysunął hipotezę, że jest to echo traumy, którą przeżyli pierwsi osadnicy. Przybyli oni z – w dużej mierze – wylesionej Europy na Wschodnie Wybrzeże i napotkali niekończącą się, tajemniczą puszczę, w której co rusz ktoś ginął, bo został zaatakowany przez pumę, wilki albo Indian.

Kiedy zapytałem się o to znajomego pochodzącego z USA stwierdził on, że można by mówić o lęku przed naturą w ogóle. W Stanach Zjednoczonych ludzie, którzy udają się na camping oczekują, że będą mieć tam wszystko to, co w mieście, a las będzie spełniać funkcję jedynie fototapety 3D.

Czy jednak jest to problem wyłącznie amerykański? Nie sądzę.

W Polsce też mamy długą tradycję strachu przed lasem. Wybitny polski historyk i etnolog Bohdan Baranowski w swojej książce „W kręgu upiorów i wilkołaków”, opisującej demonologię ludową cały rozdział poświęcił temu, co według wierzeń naszych przodków czaiło się w lesie.

I tak na śmiałków, którzy zbyt głęboko zapuścili się w lasy czyhał demon Borowy albo Leszy, czyhały rusałki, chętne takiego kogoś… załaskotać na śmierć. W lesie napotkać można było wielkoludy, leśne jędze, wilkołaki, boginki i – oczywiście! – samego diabła.

Choć postaci z ludowych wierzeń odeszły już do muzeów, skansenów i książek, to sam strach przed lasem wcale nie zginął. Kiedy opowiadałem ludziom o swoich samotnych nocach w Borach Dolnośląskich, niezmiennie słyszałem pytanie: „nie bałeś się?”. Kiedy odpowiadałem pytaniem: „A czego miałbym się bać?”, rozmówca najczęściej mówił: „nie wiem”. A gdy dłużej drążyłem temat, słyszałem, że w lesie może „coś straszyć”.

Spotkałem też człowieka, który, gdy mu pokazałem zdjęcia wilków drżącym głosem powiedział: „one mnie przerażają”…

Nie muszę też chyba wspominać o reakcjach ludzi, którzy dowiedzieli się, że codziennie wracam po zmroku z pracy, mijając w lesie cmentarz.

Jak widać, zakorzeniony w kulturze strach przed lasem ma się dobrze i obywa się doskonale bez baby jagi czy rusałek.

Strach przed lasem dzisiaj

Strach jest wykształconą przez ewolucję reakcją na niebezpieczeństwo, czymś, co pozwala tegoż niebezpieczeństwa unikać lub przed nim uciec. Ma jednak – u ludzi – bardzo poważną wadę. Łatwo przeradza się w nienawiść.

Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało. Ale, mniejsza z tym, myślę, że z waszą pomocą z wilkami sobie też poradzimy.

polski premier

Kiedy człowiek boi się lasu, bo uważa, że wilki zjadają ludzi a w nocy tam „coś straszy”, to jest tylko i wyłącznie jego problem. Ale tenże człowiek sam bądź przez swoje władze chce ten problem eliminować. A najgorzej jest, gdy podmiotem strachu przed lasem jest typowy, polski mężczyzna. Kobieta przeważnie jest w stanie zaakceptować fakt, że się czegoś boi, a wielu mężczyzn tego nie potrafi. Dlatego z taką chęcią ubierają się w zielone ciuszki i zawieszają dubeltówkę na plecach. A potem, z bezpiecznej, odgradzającej ich od Przyrody z góry, z boków i od dołu ambony strzelają do zwierząt, żeby przez chwilę rozlewem krwi uleczyć swoje tchórzostwo.

Ludzie wyją ze strachu, kiedy zobaczą dzika lub – co gorsza usłyszą jego groźne pochrumkiwanie w nocy z zarośli.

Nasi przodkowie byli świadkami epidemii, po których na ulicach miast leżały stosy trupów. Na głos wyśmialiby oni swoich przewrażliwionych, wymoczkowatych potomków, którzy dostali ataku paniki z powodu wirusa zabijającego niepomiernie mniej ludzi niż motoryzacja i to każdego dnia.

Są tacy, którzy leczą swoje strachy teoriami spiskowymi, które pozwalają w prosty, dostępny umysłowi przeciętnego cepa sposób wytłumaczyć całe zło tego świata. Żyjemy w czasach, gdy wielu ludzi nie zniesie widoku pająka na ścianie, much latających wokół lampy czy rybika buszującego na kafelkach łazienki. Ci sami ludzie, głusi na apele i głosy naukowców chcą zabijać psy czy koty, bo wierzą, że roznoszą zarazę.

Tu i ówdzie – w prasie, komentarzach internetowych, a nawet w autobusie w zasłyszanej rozmowie – przewija się twierdzenie, że za ten strach odpowiada cywilizacja i to, jak nas oddaliła od Przyrody. W koncepcji tej cywilizacja uczyniła Przyrodę czymś nieznanym, czymś, o czym mało kto posiada rozleglejszą wiedzę. Ten zaś brak wiedzy i zaznajomienia z Przyrodą na co dzień skutkuje strachem.

Hipoteza ta posiada jednak wadę. Otóż nasi przodkowie żyli bardzo blisko Przyrody. Rzeczywistość, którą ludzie dzisiaj oglądają w telewizji czy podczas urlopowego wyjazdu oni widzieli za oknem i codziennie. A jednak tak samo się Przyrody bali.

Za ten strach musi wiec odpowiadać coś innego.

Przyczyna wszystkich strachów

Warto zauważyć, że strach przed lasem nie jest dziedzictwem ogólnoludzkim. W wielu kulturach stosunek do Przyrody jest zgoła inny.

Spójrzmy dla przykładu na kulturę japońską, w której wilkom stawia się pomniki i świątynie, gdzie jednym ze świąt jest Hanami, czyli święto podziwiania piękna kwitnącej wiśni. Innym, znakomitym przykładem jest kultura rdzennych Amerykanów.

Jeżeli dobrze przeanalizujemy przykłady z całego świata zobaczymy, że właściwie wszystkim kulturom poza europejską strach przed Przyrodą jest obcy. Przyroda nie jest postrzegana jako wróg, problem do pokonania. Występuje w nich pewna forma lęku, ale jest to lęk z szacunku, a nie paniczny, tchórzliwy strach.

I tu dochodzimy do sedna sprawy i do prawdziwej przyczyny strachu przed lasem. Lęk z szacunku jest zjawiskiem, które w religioznawstwie określany jest jako mysterium tremendum, a więc uczucie małości wobec bóstwa. Towarzyszy mu niezmiennie mysterium fascinans – czyli jednoczesna fascynacja obiektem czci. Tym samym lęk z szacunku jest zarezerwowany właściwie dla sfery religijnej.

Chrześcijaństwo nigdy się nie zgodziło, by Przyrodę traktować z pełnym szacunku i pokory lękiem. Wręcz przeciwnie, zawsze głosiło wyższość człowieka nad światem Przyrody, jego prawo do nieograniczonego trzebienia, niszczenia i mordowania biosfery. Podczas gdy religie całego świata widziały w Przyrodzie naczelną „siłę wyższą”, której należy się cześć i szacunek, chrześcijaństwo widziało w tym szacunku pogaństwo i grzech. Lęk i szacunek są w chrześcijaństwie zarezerwowane dla boga, którego w całym Wszechświecie interesują tylko i wyłącznie zmutowane, bezwłose małpy zwane ludźmi. Przyrodę ów bóg rzekomo stworzył jedynie jako uwerturę przed powstaniem równie rzekomo najwspanialszego tworu, czyli człowieka.

Postępująca laicyzacja niewiele w tej kwestii na razie zmieniła. Łatwiej jest bowiem odrzucić te czy tamte dogmaty wiary, niż rozproszyć opary ciemnoty z tej wiary wynikające. I tak wielu naukowców przez lata – co całe szczęście powoli ulega zmianie – panicznie bało się „uczłowieczania” zwierząt, na siłę stosując odmienne nazwy dla tego samego, byle tylko nie nazwać ewidentnej inteligencji i rozumności zwierząt inteligencją i rozumnością.

Do dziś w języku polskim pokutuje ohydna praktyka mówienia, że człowiek umiera, a zwierzę „zdycha”. Do dziś, gdy zwierzę zrobi coś mądrego ludzie mówią, że to instynkt albo dobre wytresowanie, bo oczywiście rozumem tego nazwać nie mogą. A dlaczego? Bo bozia się obrazi.

Jednak pomimo wszelkich religijnych mrzonek chrześcijaństwa Przyroda nie jest podporządkowana człowiekowi. Las nie gnie się pokornie przed „koroną stworzenia”, co więcej, potrafi uderzyć, potrafi drobnym ruchem przetrącić fundamenty cywilizacji i dosięgnąć każdego, niezależnie od tego, ile barier wybuduje i jak usilnie będzie błagał Jezusa o zbawienie.

Przyroda za nic ma ludzkie świętości i pleśń swobodnie rozwija się na kościelnych ścianach, wykwity bakterii radośnie rosną na hostiach, a psy bez skrupułów obsikują krzyże przydrożne.

Ten dysonans poznawczy między założeniami wiary chrześcijańskiej a rzeczywistością Przyrody budzi paniczny, tchórzliwy, pod siebie robiący strach, usilnie podtrzymywany przez gdakanie podłych pokrak w sutannach. Strach przed lasem skutkuje widzeniem Przyrody jako problemu do rozwiązania, zasobu do poużywania, wroga do pokonania.

Ten strach firmuje mordowanie i znęcanie się nad zwierzętami, wyrzynanie i rozjeżdżanie lasu ciężkim sprzętem. Strach ten błogosławi krucjatę deweloperów na jeszcze niezabudowane ohydną architekturą tereny. Ten strach wreszcie odbiera człowiekowi zdrowie, bo zdrowie człowieka i wszelkich innych istot jest darem Przyrody.

Cześć i szacunek dla lasu

Nigdy nie mogłem zrozumieć bohaterów amerykańskich horrorów, którzy idąc po lesie pełnym potworów czy kosmitów świecą na wszystkie strony latarkami. Latarka to bardzo zły pomysł w lesie, bo niosący ją widzi tylko niewielki wycinek, czyli to, na co skieruje jej światło. Automatycznie pogarsza sobie w ten sposób widzenie czegokolwiek naokoło. I jednocześnie zdradza swoje położenie sprawiając, że ewentualny, polujący na niego demon czy leśna jędza mają go wprost na talerzu.

Tymczasem ja nigdy nie czułem się bardziej bezpieczny niż wtedy, gdy na terytorium wilków zapadał zmrok i nastawała ciemność. Siedziałem nieraz długie godziny w nocy, wsłuchując się w tę ciemność. Słyszałem o wiele straszniejsze dźwięki niż te, które do spazmów doprowadziły bohaterów „Blair Witch Project”. Słyszałem niski, głęboki pomruk dzików przechodzących obok mojego namiotu, słyszałem ciężkie, głuche odgłosy stąpania jeleni, rozdzierające ciszę okrzyki nocnych ptaków. I słyszałem ten najpiękniejszy, a jednocześnie najuroczystszy hymn Przyrody, jakim jest wycie wilczego stada.

I tak siedząc w lesie słyszałem też okrzyki ludzi, trzaskanie drzwi samochodów i silniki przejeżdżających aut mimo, że źródła tych dźwięków były ode mnie oddalone o dziesięć kilometrów. Leżąc na ziemi, czując cudowny zapach ściółki, grzybów i żywicy miałem wrażenie, że stapiam się z lasem i czuję, jak ten las… słucha. Słucha tej naszej rozwrzeszczanej, pełnej idiotyzmu ludzkiej cywilizacji.

Lecz pomimo tego wszystkiego nie odważyłbym się hałaśliwie biegać po lesie, wrzeszczeć i świecić ręcznym halogenem. Nie odważyłbym się nie ze strachu, ale z pełnego czci lęku i pokory, jaką las obdarzam. Ten lęk jest pełen jednoczesnej fascynacji, która sprawiła, że w tej ciemności lasu mogłem usiąść i się w nią wsłuchać.

I nieraz się przekonałem, że Las widzi. Las słucha. Las obserwuje. Jak jest traktowany, tak potraktuje. Wiele razy modliłem się do tej leśnej ciemności, składając Przyrodzie moje rozterki i radości. A las słuchał: dostojny, obojętny, zdawałoby się: bezduszny. Jednak coś sprawiało, że z każdej takiej wyprawy powracałem wzmocniony i odnowiony.

A kiedy czułem, że to, czego ludzie się tak panicznie boją jest moim przyjacielem, miałem siłę, by możnym spojrzeć w oczy z pogardą. Miałem siłę, by zbluźnić przeciw temu, przed czym ludzie z lękiem klękają i nie ulec tym, którzy bezprawnie chcieli roztaczać nade mną swoją władzę.

I tyle mogę na koniec powiedzieć. Że najlepszym lekarstwem na naszą, ludzką rozpacz jest pójść w ciemność lasu i do ciemności lasu się zwrócić. Przyroda ma moc leczenia wszelkich ran, także tych najgłębszych. I w przeciwieństwie do ludzi, którzy pod pozorem pomocy chcą zniewalać i władać, Przyroda niczego w zamian nie chce. Zapłatę weźmie sobie sama, gdy pójdziemy do ziemi. Przyroda nie chce władzy, bo posiada jej pełnię.

Jeżeli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie.

Friedrich Nietzsche

Jeśli więc, Przyjacielu, trawi Cię strach, jeśli jesteś zrozpaczony, bezsilny, złamany, upokorzony i odrzucony – nie lękaj się wejść w Ciemność Lasu. I usiądź w tej ciemności i wpatruj się w nią długo. Tak długo, aż poczujesz, że to Ona patrzy na ciebie.

Co będzie dalej? A, to już tylko i wyłącznie Twoja i Jej – Przyrody – historia.

Podziel się