POLSKA SZKOŁA DESTRUKCJI KRAJOBRAZU

W całej Polsce możemy oglądać obrazki jak ten powyżej. Coraz większe połacie naturalnego krajobrazu zostają zniszczone budową wielkich osiedli apartamentowców, domów jednorodzinnych, co rusz wznosi się gmachy ogromnych, luksusowych hoteli. Najgorsze jest w tym to, że szczególnie zaatakowane zostały w ten sposób okolice słynące z pięknego krajobrazu.

Oczywiście w tych domach nie zamieszkają bezdomni. W tych hotelach nie będą się zatrzymywać zwykli, ciężko pracujący ludzie, bo ich na taki wydatek nie stać. Wszystkie te, niszczące krajobraz przedsięwzięcia służą dość szerokiej, ale wciąż mniejszościowej w Polsce grupy, która zajęła miejsce przedrozbiorowej szlachty. Ta nowa szlachta posiada wszystkie przywary starej: niepohamowaną skłonność do prywaty; chęć pokazania się tak wielką, że nie liczą się w tym z kosztami i często żyją w długach; wreszcie powierzchowną kulturę i bezwolne podążanie za modą.

Świata nie zmienimy. Ludzi tych nie usuniemy – można ich co najwyżej powoli edukować. Są jednak architekci, przedsiębiorcy budowlani i to oni odpowiadają za to, że realizując zapotrzebowanie swoich klientów niszczą krajobraz.

Rzemieślnik czy artysta?

Były czasy, kiedy to miano artysty przysługiwało jedynie poetom. Malarzy czy rzeźbiarzy postrzegano raczej jak rzemieślników: bo tak jak w przypadku rzemieślnika klient zamawiał u nich konkretny wyrób, wymagając, by spełniał on postawione przez zleceniodawcę kryteria. Płacił zaś w zależności od tego, czy wyrób okazał się zgodny z oczekiwaniami, czy nie.

I tak to zleceniodawcy przez wieki decydowali o tym, co malarz ma namalować i jak to ma wyglądać. Stawiali nawet konkretne żądania dotyczące kompozycji dzieła („proszę mnie przedstawić z profilu klęczącego w pobożnej postawie u stóp najświętszej panienki w towarzystwie świętego Adaukta i świętej Petroneli”).

Z wolna jednak – a ostatecznie stało się to w XIX wieku – malarze i rzeźbiarze wyzwolili się z okowów użytkowości i zaczęli tworzyć dzieła takie, jakie chcieli – jakie wyrażały ich samych, ich przemyślenia, obserwacje, doświadczenia, uczucia. Stali się artystami.

Nie trzeba było długo czekać, aż architekci pozazdrościli malarzom i także postanowili być – właśnie: artystami. Zaczęli widzieć w sobie rzeźbiarzy, tylko na większą skalę. Chcieli w architekturę zakląć swoje wizje często – jak to u artystów bywa – wybujałe i oniryczne.

I tu powstaje pewne pytanie. Czy architektom rzeczywiście przysługuje prawo do bycia artystami?

Malarz czy rzeźbiarz wystawia swoje dzieła w galerii i kto chce przyjść je oglądać, przychodzi, kto nie chce, nie przychodzi. Poeta spisuje swoje wiersze i ktoś je kupuje i czyta, a ktoś inny nie. Muzyk komponuje i wykonuje swoje utwory i kto chce ich słucha, a komu zaś dana muzyka nie odpowiada, po prostu słucha innej.

Tymczasem na dzieło architekta skazani jesteśmy wszyscy: zarówno mieszkańcy danej okolicy, jak i odwiedzający ją na przykład w celach turystycznych.

Artysta musi mieć nieskrępowaną wolność wyrazu: inaczej nie będzie artystą, a jego dzieła – sztuką. Jednak wolność człowieka kończyć się powinna tam, gdzie zaczyna się wolność innych. Nie tylko ludzi.

Skazani na dzieła

Skazani na dzieła naszych architektonicznych artystów jesteśmy wszyscy nie tylko na etapie dzieła gotowego, ale także na etapie jego powstawania.

Gdy malarz maluje obraz, nie jest w stanie nikomu tym utrudnić życia. Muzyk może ewentualnie, ćwicząc po nocach grę na saksofonie przyprawiać o wściekłość sąsiadów. Z plejady artystów jako niemiłych lokatorów odpadli nawet pisarze, bo ciche klawiatury komputerów wyparły już stukot maszyn do pisania.

Tymczasem dzieło architekta nie powstaje w zaciszu pracowni. Ciężki sprzęt i wszechobecny na polskich budowach – nazwijmy rzecz po imieniu – burdel sprawiają, że w okolicy, w której się coś buduje praktycznie nie da się żyć. Wyobraź sobie, Przyjacielu, że jest letnie, upalne południe, a za twoim oknem trwa budowa: hałas, smród, tony wzbijanego kurzu, zero zieleni…

I megatony materiałów budowlanych rzuconych byle jak, byle gdzie, a wszystko to otoczone niechlujnymi, krzywymi ogrodzeniami i w nocy oświetlane mordującymi oczy halogenami.

A gdy opada kurz prac budowlanych, na polu bitwy zostaje Dzieło Artysty – Architekta. Wszyscy okoliczni mieszkańcy muszą je oglądać, czy chcą, czy nie. Niezależnie od tego, czy im taka sztuka odpowiada, czy nie. Dzieło architekta stoi w danym miejscu, dopóki go nie wyburzymy. Nie możemy się go pozbyć jak niechcianej rzeźby czy obrazu.

Czy już to nie powinno wystarczyć planistom, architektom – czy komukolwiek odpowiedzialnemu za to, jak dana budowla ma wyglądać? Czy nie powinni się zastanowić, zanim skażą ludzi na życie w otoczeniu brzydoty?

Wreszcie pytam: Jaki ma sens osiedlanie się w pięknej okolicy, skoro nasze osiedlenie się zniszczy jej piękno? Dlaczego krajobraz górski – tak rzadki przecież – trzeba egoistycznie szatkować na „działki” („hurra, mam własną górę, skałę, wodospad!”) zamiast pozostawić je nietknięte w swoim pięknie – dla wszystkich?

Między estetyką a pięknem

Nie będę wielkim mędrcem ani odkrywcą, gdy powiem, że krajobraz niszczy to, co do niego nie pasuje. Są budowle, które potrafią wręcz podkreślić piękno krajobrazu. By tak się jednak stało muszą być z krajobrazem ZGODNE.

I tutaj dochodzimy do sedna naszego rozważania.

O gustach się nie dyskutuje. Jeśli komuś podoba się nowoczesna, modernistyczna czy postmodernistyczna architektura – ma do tego święte prawo. Ale o zgodności tejże z krajobrazem podyskutować już jak najbardziej można.

Jest pewien zestaw cech, którymi nowoczesna architektura się szczyci i które są jej podstawowymi wyznacznikami. Do cech tych należy estetyczność.

Mówimy o czymś. że jest estetyczne, gdy mamy na myśli przede wszystkim czystość, prostotę i uporządkowanie.

I tu się zaczyna pierwszy problem w zgodności nowoczesnej architektury z krajobrazem. Przyroda jest piękna – ale nieestetyczna.

W Przyrodzie nie ma czegoś takiego jak ludzkie uporządkowanie: pod linijkę, koła, kwadraty, linie proste. Jej porządek jest tym, co ludzie nazywają chaosem. Drzewa rosną jak chcą, gdzie akurat uda się im wykiełkować i zapuścić korzenie. Każde rośnie według swojego własnego planu, podyktowanego chaotycznym zestawem cech danego miejsca, w którym drzewu przyszło żyć.

W Przyrodzie wszechobecny jest brud, niedoskonałości, asymetria. Przyroda jest chropowata, pełna maleńkich detali, ba! Te detale w całości Ją tworzą!

Dlatego nie dziwi fakt, że im bardziej jakiś budynek jest naznaczony zębem czasu, im bardziej zaniedbany czy zrujnowany – tym bardziej „uzgadnia” się z krajobrazem.

Spójrzmy na stare, pochylone domy: na pewno nie są one estetyczne. Ale czy można odmówić im piękna i to piękna takiego… naturalnego?

Oczywiście, nie trzeba budowli pozostawiać na dwadzieścia lat na pastwę wilgoci i niepogody, żeby była ona zgodna z Przyrodą. Praktycznie każdy styl architektoniczny sprzed ery „prostoty i funkcjonalności” wtapia się w krajobraz niezależnie od tego, czy jest odnowiony, czy nie.

Przyroda nie jest prosta, nie znosi tej przenajświętszej, zdogmatyzowanej „prostoty”, którą obowiązkowo musi się odznaczać każda nowoczesna budowla.

Owa prostota jest dogmatem, wprowadzonym własnie przez artystów nowoczesnej architektury, którzy wprost prześcigają się w brutalności kształtów zaprojektowanych przez siebie budowli.

Przyroda ma też swój zestaw proporcji, którymi od wieków architekci się kierowali.

Złota proporcja

Nie jest prawdą często powtarzane twierdzenie, że wszystko w Przyrodzie opiera się na tzw. złotym podziale i ciągu Fibonacciego. Przyroda nie stosuje tych proporcji z matematyczną dokładnością, przeciwnie, jest nieustanną symfonią wariacji na ten temat. Odstępstwa od reguł są w Niej naczelną regułą, ale nawet te odstępstwa… są proporcjonalne!

Tymczasem ludzkie dzieła nowoczesnej architektury nie szanują żadnych proporcji, wręcz przeciwnie. Odkąd architekci zaczęli się uważać za artystów uznali, że wszelkie proporcje, reguły ich ograniczają. Zaczęli się więc prześcigać w gwałceniu tychże reguł.

Weźmy na przykład taki Karpacz. Nie wiedzieć po co powstał tutaj hotel Gołębiewski – typowy, czyli ogromny ponad wszelki rozsądek. Jego z gruba ciosana bryła brutalnie zniszczyła cały okoliczny krajobraz i nie tylko krajobraz. Zrównano pół góry, żeby wygładzić teren pod budowę.

Chciałbym zapytać: w którym to momencie nasza kultura stała się kulturą niepohamowanych gwałcicieli? Kiedy zawłaszczyli ją ci, którzy upojeni możliwościami brutalnej siły cywilizacji ludzkiej nie miarkują się już w niczym i niszczenie krajobrazu uznają za swoją chlubę?

Jakim trzeba być potworem, się pytam, jaką gnidą i mendą ludzką żeby zadecydować o wzniesieniu czegoś takiego jak górna stacja kolei gondolowej na Stóg Izerski?

Skąd w tych ludziach, którzy za nas decydują o tym, jak ma wyglądać nasze otoczenie tyle nienawiści do Przyrody? Do krajobrazu?

Gdzie zaginęła ta jeszcze do niedawna pielęgnowana, ba, uznawana za miarę kunsztu danego twórcy zdolność do wczuwania się w rytmy i proporcje Przyrody i naśladowania ich?

Nie czarujmy się: każdy artysta, czy to architekt, czy malarz czy rzeźbiarz naszych czasów zostałby na zbity łeb wyrzucony z pracowni Leonarda da Vinci czy Rafaela jako kompletny buc bez krzty talentu.

Diabeł tkwi w szczegółach

To właśnie szczegóły tworzą Przyrodę i ich jakość tworzy złożoność piękna naturalnego krajobrazu.

Obserwując jednak nowoczesne budownictwo dochodzę do wniosku, że ci, którzy to projektują to proste chłopy, ledwo od gnojówki oderwani. Jak krowie trzeba im łopatologicznie wytłumaczyć, dlaczegóż to ich dzieło do krajobrazu nie pasuje. Nuże więc!

A więc dachówki. D-a-c-h-ó-w-k-i. Trudne słowo, prawda? No więc TO są dachówki, pasujące do krajobrazu naturalnego:

A te, choćbyś się drogi, prostolinijny architekcie w spodnie sknocił, nie będą do krajobrazu pasować. Bo lśnią w słońcu tak, że oślepnąć można. Bo są grube jak pancerz Panzerkampfwagen VI. I dlatego, że wyglądają nie jak ukochana, domowa strzecha, ale zbroja Iron Mana:

Teraz weźmy się za okna. TO jest okno:

A to nie jest okno, tylko brutalna dziura:

Już te dwa szczegóły wystarczą, żeby z budynku uczynić zbrodnię na krajobrazie. Dodajmy do tego nowoczesny, fasadowy perfekcjonizm: wszystkie kanty ostre jak katana samuraja, a ściany gładkie jak kłamstwa rzeczników prasowych. Dodajmy jeszcze trochę duszy artysty, który przez „szlachetną prostotę” chce wyrazić „postmodernistyczny paradygmat intertekstualnego cierpienia” czy czegoś w tym stylu. I mamy taki koszmar jak ten:

Koszmarem nie jest ten budynek – ale jego brutalne umiejscowienie w naturalnym, niegdyś pięknym krajobrazie. Jak zastrzegłem na początku: o gustach się nie dyskutuje. Taka budowla z pewnością jest sama w sobie bardzo estetyczna, funkcjonalna, a w jej prostocie, jeśli ktoś tak woli, rzeczywiście można zobaczyć jakąś szlachetność.

Ale to wszystko! Przyroda niestety nie jest ani prosta, ani estetyczna, ani funkcjonalna w taki sposób, w jaki funkcjonalność pojmują ludzie.

Co więcej, my, ludzie otaczając się taką architekturą, żyjąc w niej, pracując – szkodzimy i to bardzo własnemu zdrowiu. Nasze oczy, nasze umysły – nie są stworzone do funkcjonowania w tak nienaturalnych warunkach.

Każdy akwarysta powie ci, że żadne ryby nie zechcą się chować i długo nie pożyją, jeśli nie stworzy się im w akwarium środowiska możliwie zbliżonego do naturalnego. Dlatego w akwariach umieszcza się piasek, wodorosty, kamienie itp.

My tymczasem na własne życzenie zamykamy się w idealnie gładkich ścianach, wśród ostrych kantów, plastikowych i jednoszybowych okien.

Kolory i przestrzeń

Dzieci często powtarzają, że dorośli są bardzo głupi. I mają rację. Nie wiedzieć czemu, to dorośli ubzdurali sobie, że jeśli coś ma być dla dzieci to koniecznie musi być pstrokate. Kolory muszą być tak jaskrawe, żeby każde spojrzenie na nie równało się gwałtowi analnemu na oczach.

Gdyby to jednak dotyczyło tylko instalacji placów zabaw! Jednak dzisiaj architektura prawie zawsze jest wściekle jaskrawa, a barwy nienaturalne.

I jeszcze przestrzeń! Nie wiem, czy to zasługa tego, że ludzie są dzisiaj zarówno wściekle wysocy, jak i szerocy – jak już coś budują, to musi, ale to MUSI być ogromne. Im większe, tym lepsze.

Dodam, że hotel ze zdjęcia powyżej reklamuje się jako „stylowy”. No cóż, jakiś styl to niewątpliwie jest. Ja bym go nazwał „gwałcizm”. Bo gdziekolwiek coś tak wielkiego postawić, będzie gwałtem na krajobrazie.

Ileż to zaś przestrzeni zajmują nowe budowle zupełnie niepotrzebnie! No bo wytłumaczcie mi, dlaczego jeden z drugim budują okazałe domy i w ogóle w nich nie mieszkają?

I potem taka słoniowata bryła szpeci krajobraz i w dodatku nikomu nie służy, bo prezes czy menadżer, który ją sobie wybudował nie ma ani chwili czasu, żeby w tym domu pomieszkać. Na emeryturze – myśli. Ale emerytury albo nie dożywa, bo albo umiera na raka od ciągłego pośpiechu i stresu – albo jej nie zechce, bo nie potrafi na miejscu usiedzieć.

I tak zabudowuje się kolejne tereny, niszcząc ich piękno: byle więcej, byle taniej, prościej, zgodnie nie z krajobrazem – ale z umysłem tępaka.

A przecież można inaczej. Ale te inicjatywy są rzadkie. W Świeradowie Zdroju na przykład wzniesiono nowy, dość duży hotel – ale projektant nie dość, że w jego wielkości zatrzymał się na jeszcze rozsądnym poziomie, to jeszcze postarał się, żeby stylem pasował do XIX-wiecznej zabudowy uzdrowiska i – tym samym – do krajobrazu.

Można inaczej. Ale tak niewielu się chce.

Kilka słów zakończenia

Krajobraz jest cenny. Nie tylko dla nas i naszego zdrowia, ale też dla miliardów innych istot, zamieszkujących ten glob wraz z nami. Dla zwierząt i roślin ludzki świat, świat nienaturalny, zabetonowany, wysterylizowany, wygładzony – jest wrogi i groźny. I są one w tym dużo mądrzejsze od nas. Nasze zdrowie, a tym samym podstawa, baza wszelkiego szczęścia w życiu – ulega zniszczeniu poprzez właśnie życie w piekle, które sobie zbudowaliśmy. I wciąż wmawia się nam – i sami sobie też nie omieszkujemy tego wmawiać – że to piekło jest rajem.

Ale nie jest. Komórek naszego ciała nie oszukamy propagandą ani „intertekstualnym, pełnym szlachetnej prostoty” walorem nowoczesności. Do nich dociera tylko prosty, podstawowy bodziec – nie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy.

Naprawdę ściana nie musi być wyszpachlowana na gładko. Naprawdę dom nie musi być sterylny jak szpital. Wreszcie naprawdę, ale to naprawdę nie musi być prosty, estetyczny i funkcjonalny. To nie biuro ani taśma produkcyjna.

Naprawdę nie ma nic złego w mieszkaniu w starym domu z ukruszonym tynkiem. Nie ma nic złego w tym, że kogoś na coś nie stać i dlatego też naprawdę nie trzeba udawać nowoczesnego bogactwa.

Nie musimy wracać do epoki kamienia łupanego albo jak amisze zamykać się w sztucznym skansenie życia w końcu XVIII wieku. Wystarczy, żebyśmy trochę dobrej woli wykazali i zechcieli się stopić z Przyrodą. A Ona chętnie stopi się wówczas z nami.

I wyjdzie nam to tylko i wyłącznie na dobre.