PRZEPAŚĆ PEŁNA KWIATÓW, CZYLI WYPRAWA NA ŚNIEŻNE KOTŁY

Dzisiaj, Przyjacielu, zaprowadzimy Cię, Bojar i ja, w miejsce, do którego już nie dojdziesz. Część szlaku, którą Ci dziś pokażemy została kilka lat temu – i słusznie, o czym później – zamknięta. Spora zaś część reszty naszej dzisiejszej trasy została ograniczona dla wędrówek z psami i tym samym Bojar był jednym z ostatnich psów, które jeszcze legalnie mogły przejść taką drogę, jaką dziś przedstawimy.

Wyruszamy ze Szklarskiej Poręby. Jeśli dojedziesz do tej miejscowości pociągiem, Przyjacielu, będziesz mieć okazję zadumać się nad pewnym smutnym rysem naszych czasów, o którym zresztą nierzadko już przychodziło mi wspominać.

Dworzec w Szklarskiej Porębie Górnej położony jest powyżej doliny rzeki Kamienna, na zboczu przeciwległego do Karkonoszy Grzbietu Wysokiego Gór Izerskich. Gdy w 1902 roku uruchomiono tutejsze połączenie kolejowe, dworzec ten szybko zasłynął wspaniałym widokiem, jaki rozciągał się sprzed niego. Widok ten fotografowano i powielano na pocztówkach, które przybywający tutaj turyści mogli nabyć i wysłać rodzinie czy znajomym.

W czasach po II wojnie światowej zbocze poniżej dworca przestało być regularnie koszone, więc w ciągu kilkunastu lat zarosło. Drzewa przesłoniły dawny widok tak, że wychodzący z dworca w latach 90-tych widzieli właściwie tylko las i prześwitujące między pniami drzew najbliższe budynki.

Dopiero w ostatnich latach zdecydowano się „zrekonstruować” dawny punkt widokowy i najzwyczajniej w świecie wyrżnięto wszystkie drzewa.

Pytanie teraz: czy było warto? Porównajmy, jak prezentował się ten widok na początku XX wieku, a jak prezentuje się teraz.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to szramy tras narciarskich, którymi poryto zbocza góry Szrenica. Drugie – koszmar dzisiejszej architektury. Jedynym plusem jest to, że w samej dolinie Szklarskiej Poręby przybyło drzew, które miłosiernie zakrywają i tuszują okropieństwo tego, jak dzisiejsze architektoniczne beztalencia i oszczędności tudzież fuszerka budowlańców niszczą kolejne partie krajobrazu.

Wiele widziałem w życiu „dzieł” dzisiejszych architektów i zadaję sobie pytanie: czy oni nigdy nie słyszeli o czymś takim jak proporcja? Dopasowanie do krajobrazu? Do otaczającej budynek Przyrody? Jeśli nie – to czego się wykłada na kierunkach architektura i budownictwo czy tym podobnych? Jeśli tak – to co zrobili ze zdobytą wiedzą? Olali ją czy zapomnieli?

I tak dzisiejszy hotel czy pensjonat niczym się nie różni w swoim wystroju wnętrza i wyglądzie fasady od biurowca z wielkiego miasta. Różnica jest tylko i wyłącznie w wielkości budynku, a często i na tym polu można by odnaleźć przykłady przeczące i temu.

Tymczasem opuśćmy ludzkie siedziby, żeby w ciemnościach lasu odnaleźć tę opowieść, którą Przyroda snuje od miliardów lat, a którą dziś tak niewielu chce i niewielu umie słuchać.

Pobocza dróg w Karkonoszach czy Górach Izerskich niepodzielnie zajęła naparstnica purpurowa, o której już wiele razy pisałem. To, że spotkać ją możemy w Karkonoszach i w Sudetach w ogóle jest zasługą człowieka, roślina ta bowiem pierwotnie występowała jedynie na zachodzie Europy. Ze względu na piękne kwiaty sprowadzano ją jednak jako roślinę ogrodową, a że warunki klimatyczne czy glebowe nie różnią się tutaj drastycznie od tych, jakie naparstnica napotykała w swoim rodzimym środowisku, zadomowiła się tu w najlepsze.

Chcąc czy nie chcąc, żyjąc, oddychając, odżywiając się i poruszając wpływamy na Przyrodę i nie da się z Przyrody wpływu człowieka usunąć. Różny jest ten wpływ: zamierzony, jak wyrżnięcie lasu i zabudowanie go – albo mimowolny, jak wprowadzenie do środowiska obcych gatunków roślin.

Trzeba jednak pamiętać, że same rośliny już dawno o tym pomyślały i wiele z nich wykorzystuje ruchliwość zwierząt do tego, żeby pomagały im one zasiedlać nowe obszary. Rośliny rodzące smaczne owoce robią to po to, żeby jakieś zwierzę zjadło ten owoc a potem gdzieś pozostawiło niestrawione pestki – czyli nasiona i tym samym „zasadziło” nowe pokolenie roślin gdzieś, gdzie jeszcze nie występowały. Inne produkują nasiona łatwo przyczepiające się do futra czy sierści, jeszcze inne wykształciły mechanizmy rozsiewu nasion uruchamiane poruszeniem rośliny przez trącające je zwierzę.

Człowiek, który sprowadził naparstnicę do swojego ogródka tak naprawdę zrobił niewiele więcej niż wilk czy lis, który na futrze przeniósł kulkę koszyczka kwiatowego łopianu.

Takie działania wprowadzają czasami wielki zamęt do lokalnego ekosystemu: pojawia się roślina czy zwierzę, które o wiele lepiej radzi sobie w danych warunkach od tych, które przedtem tam występowały. Odnosi wielki, spektakularny sukces, rugując praktycznie ze środowiska gatunki „rodzime” stając się tym samym rośliną czy zwierzęciem „inwazyjnym”.

W naszej perspektywie czasowej jest to zjawisko bardzo niekorzystne: gwałtownie spada różnorodność gatunkowa danego ekosystemu, bo wszystkie możliwe siedliska zajmuje jeden, nowy, obcy gatunek. Trzeba nam jednak pamiętać, że w Przyrodzie nie jest to nic niezwykłego i tak zresztą Ona działa: ktoś jest po prostu lepszy i odnosi sukces, a ktoś nie. Jednak każde niepodzielne panowanie w Przyrodzie szybko się kończy.

Dzieje się tak, ponieważ każda roślina, która wyprze wszystkie inne i porośnie każdy możliwy skrawek terenu – zmusi zwierzęta żywiące się roślinami do zmiany diety. Nie obędzie się to bez ofiar, bo nowa roślina może być trująca lub niejadalna – ale Prawo Doboru Naturalnego sprawia, że kosztem tej ofiary roślinożercy czy pasożyty roślinne szybko przystosują się i tym samym swoim działaniem ograniczą początkowy, spektakularny sukces gatunków „inwazyjnych”.

Dzieje się tak jednak niestety na przestrzeni wielu setek czy tysięcy lat, a człowiek żyje za krótko, żeby docenić piękno tego okrutnego, ale doskonałego w swoim działaniu zjawiska.

Ochrona Przyrody jest więc bardzo złożonym i ambiwalentnym zajęciem. Bo jak odpowiedzieć na pytanie: jaki wpływ człowieka na ekosystem jest „korzystny” a jaki „niekorzystny”? W ludzkiej perspektywie czasu coś może być niekorzystne, ale dla Przyrody, która czasu ma bardzo, bardzo dużo – może to nie mieć żadnego znaczenia, a nawet przynieść lokalnym ekosystemom coś w rodzaju oczyszczającego wstrząsu, który zmusi „rodzime” gatunki do rozwoju.

Trzeba nam się pilnować, żeby z Przyrody nie robić muzeum i na siłę konserwować ją tak, jakby miała Ona zawsze być stała, niezmienna – czyli nudna. A bycie nudną nie leży przecież w Jej naturze. Przyroda zawsze jest dynamiczna i nie znosi zastoju.

Asfaltowanie, betonowanie, wznoszenie obrzydliwych budowli, niwelacja terenu, wznoszenie kolejnych, nikomu niepotrzebnych apartamentowców, rozdętych hoteli, instalacji narciarskich, wnoszenie do Przyrody swojego wrzasku, krzyku – oto działania, z którymi najbardziej powinno się walczyć, problem w tym, że walczyć się nie da. Bo zbyt bogaci i możni stoją na straży „postępu”, będącego w istocie przemocowym działaniem cepowatego, zacofanego umysłu.

Nieposzerzanie powierzchni Ziemi już zniszczonej działalnością i obecnością człowieka – tej powierzchni, którą da się zmierzyć w hektarach czy metrach kwadratowych – a nawet jej zwężanie – to najlepsza ochrona Przyrody. Bo z zamętem gatunkowym, który nasze działania do Niej wniosły Ona sobie poradzi.

Jest takie miejsce w Sudetach, gdzie udało się wycofać zajęte przez człowieka miejsce, wyrugować jego hałaśliwą obecność a tym samym – dokonano czegoś naprawdę służącego Przyrodzie.

Tam właśnie zmierzamy. Na Śnieżne Kotły.

Dwie ogromne, poszarpane wyrwy w obłych, łagodnych zboczach Karkonoszy nieuchronnie ściągają wzrok każdego, kto ogląda panoramę tych gór z Kotliny Jeleniogórskiej czy okolicznych wzniesień. Odcinają się w krajobrazie, kontrastują swoją ostrą fakturą z resztą gór.

Ich dno przez długi czas – dłuższy niż okoliczne, łagodne, wystawione na słońce zbocza – pokrywa śnieg, czemu Śnieżne Kotły zawdzięczają swoją nazwę.

Szczególnie uwidacznia się to wiosną, gdy pogórze poniżej głównego grzbietu Karkonoszy zieleni się już jaskrawą szatą nowych liści, a powyżej – wciąż panuje zima.

Piękne są Śnieżne Kotły także w pełni zimy, gdy w całości pokryte śniegiem górskie szczyty z dwoma wielkimi jamami wydają się być jakby oczodołami ogromnej czaszki jakiegoś pradawnego olbrzyma. Kto wie, może także temu zawdzięczają Karkonosze swoją dawną nazwę: Góry Olbrzymów?

Śnieżne Kotły są wynikiem działania lokalnych lodowców, które narodziły się tutaj w czasie ostatniej epoki lodowcowej, która rozpoczęła się około 115 tysięcy lat temu, a zakończyła – 11700 lat temu. W czasie tego zlodowacenia wielki lądolód nie sięgnął na południe dalej, niż mniej więcej do okolic dzisiejszego Leszna, a więc około 130 km w prostej linii od Karkonoszy. Jednak zimny klimat sprawił, że tu, w górach powyżej 1200 m n. p. m. tworzyły się lokalne lodowce.

Człowiek to istota, która ma tendencję do nieszacowania tego, co dużo od niego większe i niedoceniania tego, co dużo mniejsze. Im bardziej jest głupi, tym bardziej sprowadza wszystko do swoich gabarytów i swoich możliwości.

A tymczasem Przyroda dysponuje siłami, których działania człowiek o zbyt ciasnym umyśle nie jest w stanie dostrzec nawet wtedy, gdy są naprawdę potężne tylko dlatego, że ich działanie jest rozłożone w czasie. A przykładem takiego działania jest właśnie działanie lodowca na góry i skały.

Nigdy nie topniejący śnieg gromadzi się w zagłębieniach, niewielkich kotlinach czy nierównościach terenu. Rokrocznie jest go coraz więcej. I tu pierwsza nowość, której nie jest w stanie pojąć przeciętny testosteronowy idiota – jeżeli zgromadzimy warstwę śniegu o grubości kilkudziesięciu metrów, to śnieg na dnie tej warstwy nie pozostanie tym samym, sypkim śnieżkiem, który sypie z nieba. Ciężar warstwy śniegu sprasuje ją u podstawy w lód.

To zjawisko jednak da się zobaczyć na każdej nieodśnieżanej ulicy: przejeżdżające nią samochody ubijają śnieg i szlifują go tak, że na koniec pokrywa je właśnie lód.

Co się stanie, jeżeli tego lodu będzie odpowiednio gruba warstwa? Otóż lód będzie izolował ziemię od powietrza, a tym samym, nawet, jeśli panować będzie wieczny, kilkunasto- czy kilkudziesięciostopniowy mróz, to lód przy podłożu będzie miał temperaturę… lodu, czyli około 0°C.

Co więcej, istnieje takie prawo fizyki (o którym większość ludzi nie ma bladego pojęcia, podobnie jak o większości praw fizyki) że im większe jest ciśnienie czegoś – tym większa jest temperatura. Innymi słowy, możemy podgrzać lód – ściskając go odpowiednio mocno. A gruba, 200 metrowa warstwa lodu, która tworzyła karkonoskie lodowce w Śnieżnych Kotłach – ściskała lód przy podłożu naprawdę mocno. Tak mocno, że jego temperatura podnosiła się na tyle, że zaczynał topnieć.

Jednak nawet w epoce zlodowaceń było lato i zdarzały się lata cieplejsze, na tyle cieplejsze, że lodowca trochę ubywało. Ciśnienie zmniejszało się, a tym samym woda, która u podstawy lodowca wnikała w szczeliny skalne – na powrót zamarzała.

Woda zamarzając zwiększa objętość – tym samym, gdy woda w szczelinach skalnych pod lodowcem zamarzała – rozsadzała skały.

Lodowiec jest w ciągłym ruchu nawet, jeżeli z naszej perspektywy przez setki czy tysiące lat zajmuje idealnie to samo miejsce. Bo w ruchu jest lód go tworzący. Część lodu topnieje, z góry napływa nowy śnieg, który coraz głębiej z roku na rok trafiając – zmienia się w nowy lód i tak dalej. Lód w cielsku lodowca krąży niczym krew w żyłach. Porywa ze sobą rozsadzone skały i przenosi je na swoje obrzeża.

I tak właśnie lodowiec, zalegający na górach przez tysiące lat może wyrzeźbić góry, dokonać w ich zboczach takich właśnie wyrw, jakimi są Śnieżne Kotły.

Skąd to wiemy? Są na świecie miejsca, gdzie istnieją lodowce i gdzie ich działanie można obserwować naocznie. Są miejsca na świecie, gdzie lodowce trwają nieprzerwanie od ostatniego zlodowacenia, gdzie wykonując odwiert – można zobaczyć, że były kiedyś lata, kiedy roczne warstwy lodu przyrastały o wiele grubiej niż dzisiaj, co jest znakiem tego, że musiało być wówczas dużo, dużo zimniej i musiało padać dużo więcej śniegu. Licząc warstwy przyrostu lodu od jego powierzchni możemy policzyć, kiedy taki okres był.

I tym samym dowiedzieć się, że całą biblię można spokojnie postawić obok innych mitologii. Według biblii świat został stworzony przez ograniczonego umysłowo boga jakieś 6 tysięcy lat temu. Niestety, policzalne warstwy lodowców mówią nam, że ostatni czas, kiedy na Ziemi było wystarczająco zimno, żeby w Karkonoszach, które są przecież niewysokimi górami – pojawił się lodowiec – był jedenaście tysięcy lat temu.

A widząc, ile zajmuje lodowcowi przeniesienie jednego kamyka np. w Alpach czy Himalajach – możemy dowiedzieć się, że taki lodowiec, żeby stworzyć Śnieżne Kotły potrzebował na to blisko sto tysięcy lat.

Tym samym do kosza może pójść cała biblijna historia świata, a wraz z nią nie tylko jej chronologia, ale przede wszystkim jej wersja wydarzeń.

Śnieżne Kotły niosą nam więc prawdziwą „radosną nowinę o zbawieniu”: bo dowodzą, że nie ma żadnego boga, a jeśli nawet jest – to nie ma on żadnej władzy nad Przyrodą. Tym samym i my zbawieni jesteśmy od jego tzw. „miłości” czyli dyktatury okrutnego, wściekłego durnia, który „kocha” swój lud mniej więcej tak, jak Stalin „kochał” każdego obywatela ZSRR.

Aby dojść do Śnieżnych Kotłów, udajemy się tzw. Starą Drogą ze Szklarskiej Poręby do Schroniska pod Łabskim Szczytem, które wznosi się na zboczu górskim nieopodal nich.

Odbyłeś już Przyjacielu z nami te drogę – wracaliśmy nią z naszej wyprawy do źródła Łaby (KRAINA ZATRZYMANEGO CZASU. WYPRAWA DO ŹRÓDEŁ ŁABY).

Różne słyszałem opinie na temat tego, czy bardziej męczące w górach jest wchodzenie, czy schodzenie. Wielu ludzi bardzo zwraca na to uwagę, zwłaszcza przy planowaniu tras swoich wędrówek i przez to zupełnie niepotrzebnie albo je sobie komplikuje, albo rezygnuje z odwiedzenia miejsc, którymi są zainteresowani.

Czy dana wędrówka po górach nas zmęczy (czy wręcz stanie się tak męcząca, że będzie, zwłaszcza dla osób starszych niebezpieczna dla zdrowia) czy nie, ma na to wpływ bardzo wiele czynników i to, czy będziemy gdzieś wchodzić, czy schodzić nie ma większego w tym znaczenia niż inne rzeczy. Zarówno przy wchodzeniu, jak schodzeniu nasze mięśnie muszą pokonywać siłę grawitacji, w pierwszym wypadku żeby dostać się wyżej, a w drugim – żeby zejść w bezpiecznym tempie.

Bardzo ważnym czynnikiem jest pogoda, a dokładniej temperatura i wilgotność. Osobiście nie cierpię wypraw w góry w upalne, letnie dni, a wielu ludzi takie w takie właśnie dni się w góry wybiera. Tymczasem wędrówka w deszczu czy chłodzie może się okazać o wiele przyjemniejsza.

Innym ważnym czynnikiem jest pora dnia – czasami dużo przyjemniej jest wyjść w góry później, np. po południu, i wrócić późnym wieczorem, gdyż spadająca temperatura będzie nam po prostu pomagać, i na końcu wędrówki, kiedy naturalnym biegiem rzeczy będziemy zmęczeni, upał i gorąco nie będzie nam jeszcze dodatkowo doskwierać.

Jeszcze innym czynnikiem jest dobre poznanie samego siebie. Są ludzie, którzy lepiej znoszą niewielki, ale długotrwały wysiłek, a są ludzie, którzy lepiej się czują podejmując wysiłek skokowo. Tym pierwszym bardzo źle będzie się wchodziło po kamienistym szlaku, podczas gdy tym drugim będzie to wręcz pomagało.

Ważnym zaopatrzeniem tak dla nas, jak dla zwierzęcego towarzysza jest woda. I tutaj warto zachować nasze przyniesione z domu zapasy na wyższe partie gór, gdzie potoków i źródeł jest niewiele – a skorzystanie z czystej wody, którą znaleźć możemy po drodze.

No i chyba najważniejsze, co uprzyjemnia nam wędrówkę to ciekawość nie celu, do którego zdążamy, ale drogi, którą odbywamy.

Ileż tajemnic i dziwów ludzie mijają obojętnie, a jeśli się nimi zainteresują, to tylko i wyłącznie ze względów estetycznych – czyli bardzo nudnych.

A tymczasem często w takich drobnych rzeczach kryją się wrota do prawdziwego rozumienia Przyrody.

Modrzyk górski Cicerbita alpina to roślina chroniona w Karkonoskim Parku Narodowym. Występuje głównie na dalekiej północy Europy, w Skandynawii – a na pozostałym jej obszarze w izolowanych, najczęściej górskich środowiskach.

Naparstnicę w Sudety sprowadził człowiek, który stworzył dalekosiężny transport – a modrzyka mógł po rożnych stanowiskach rozrzucić lodowiec, który niewiele ustępuje człowiekowi w możliwościach przewożenia czegoś na wielkie odległości. Sam modrzyk też dobrze sobie radzi z transportem – jego nasiona są, podobnie jak nasiona mniszka lekarskiego – zaopatrzone w puch, który porwany przez wiatr potrafi przenieść takie nasiono.

Roślina ta jest jadalna – na przykład w Skandynawii przyrządza się ją w mleku renifera (taka potrawa nosi nazwę turt), z kolei w północnych Włoszech, gdzie również występuje – maceruje się młode listki w oliwie. Oczywiście takie wykorzystanie dzikiej, a występującej tylko w izolowanych środowiskach rośliny szybko doprowadziło do jej zagrożenia, dlatego dla potrzeb kulinarnych podjęto jej uprawę.

No właśnie. Czy pomyślałeś, Przyjacielu, jak wyglądałaby twoja wycieczka w góry, gdybyś nie miał konkretnego celu, ale klucz do rozpoznawania roślin w ręku i poszedł w góry tylko po to, żeby rozpoznać napotkane zioła, kwiaty, krzewy czy drzewa i spróbował zasięgnąć o nich wiedzy?

Na przykład występujący na Hali pod Łabskim Szczytem szczaw alpejski jest reliktem dawniejszej historii, kiedy to takie górskie łąki służyły do wypasu na przykład kóz czy owiec. Szczaw alpejski potrzebuje dużo azotu, a dużo może go znaleźć właśnie na łąkach używanych do wypasu. Czy to oznacza, że i jego sprowadził tutaj człowiek? Nie, w tym wypadku mamy do czynienia z rośliną, która była tu na długo przed nami – ale dzięki działalności człowieka na Hali pod Łabskim Szczytem znalazła na tyle dobre siedlisko, że rośnie tutaj w wielkiej ilości.

Z łąki podziwiać możemy wielki skalny zamek Borówczanych Skał, położonych na ramieniu górskim poniżej. Wiąże się z nimi zagadka ich dawnej nazwy: przed 1945 rokiem zwano je Bräuerhausens Steine, czyli Skały Domów Piwowarów. Co tutaj, wysoko w górach robili jacyś piwowarzy i czy w ogóle coś robili? Nie wiadomo, ale to możliwe. Trzeba pamiętać, że piwo warzono niegdyś nie tylko z chmielu, ale także z młodych pędów występującej niegdyś powszechnie w Karkonoszach jodły. Łatwo sobie wyobrazić, że jeden czy drugi browarnik mógł przeprowadzać w okolicy zbiór młodych pędów jodeł i na potrzeby tych prac wybudować kilka szałasów czy nawet chat dla zbieraczy.

Nie wiemy, czy tak było, bo jeśli nawet, to po takim przedsięwzięciu nie pozostał żaden ślad w postaci resztek takich budynków czy w zapiskach lub kronikach. Jedyny ślad – to nazwa skał, a przecież wiele różnych okoliczności mogło sprawić, że taką nazwę im nadano, niekoniecznie takie, jakie przedstawiłem powyżej.

To jest właśnie jedna z tych tajemnic, których pełne są Sudety. Nazwy miejscowe są często reliktem zaginionych historii, których nie sposób już dociec i podeprzeć konkretnymi dowodami. Pozostaje nam dumanie, stawianie hipotez – też cenne, bo choć nie doprowadzi nas ono do prawdy, to pozwoli ćwiczyć umysł, by umieć stawiać hipotezy i wyjaśnienia rzeczywistości w sprawach, gdzie takie przypuszczenia można już sprawdzić. No i ten posmak tajemnicy, działanie wyobraźni – czy nie tego nam potrzeba w świecie opanowanym przez ludzi wyobraźni pozbawionych?

Piwowarem mógł być w tym wypadku nawet dawny właściciel budy pasterskiej, zwanej Alte Schlesische Baude, a która dziś przekształciła się w Schronisko pod Łabskim Szczytem. Zachowały się bowiem wzmianki, że niejaki Daniel, właściciel innej budy pasterskiej – Budy Hampla, Hampelbaude nieopodal Śnieżki częstował w XVIII wieku pierwszych turystów takim właśnie, warzonym na młodych pędach jodły piwem. Mógł to z powodzeniem robić i tutejszy gospodarz, ale nie miał tego szczęścia, że ktoś wpadł na pomysł zapisania tego i przekazania potomnym.

Tutaj zaczyna się droga, która niedługo po tym jak przeszliśmy ją z Bojarem, została przez władze Karkonoskiego Parku Narodowego zamknięta dla turystów z psami. Wiąże się to między innymi z powrotem wilków w Karkonosze. Zielony szlak, tzw. Droga nad Reglami – przechodzi w poprzek przez najdziksze tereny północnego stoku Karkonoszy na sporej części jego długości, zwłaszcza przez miejsca, gdzie obecność wilków została zarejestrowana. Chodzi głównie o to, żeby „uatrakcyjnić” dla wilków północny stok gór i tym samym zachęcić je do powrotu w te strony, gdyż przez wiele lat konsekwentnie wybierały one raczej czeską część Karkonoszy. Część polska jest już i tak bardzo nieatrakcyjna dla tych zwierząt – raz, że szczuplejsza, dwa, że gęstsza jest tutaj sieć szlaków i tym samym zwiększona obecność ludzi, trzy, że ochroną Karkonoskiego Parku Narodowego otoczona jest skandalicznie mała część gór, a pozostała stoi otworem dla rabunkowej, polskiej gospodarki leśnej.

Tymczasem pies jest na tyle bliskim kuzynem wilka, że ten, choć umie doskonale odróżnić zapach innego wilka od zapachu psa, to jednak często omija miejsca odwiedzane przez psy, zwłaszcza na terenach, gdzie czuje się niepewnie. Tym samym obsikany przez psa krzaczek przy drodze może sprawić, że jakkolwiek wilki nie wybrzydzają zanadto w doborze siedlisk, to mogą uznać Karkonoski Park Narodowy za nieruchomość zbyt nieatrakcyjną i tym samym udać się do czeskiej konkurencji, a ta jest bardzo silna. Cóż, jak widać, prawa rynku mają czasami swoje zastosowanie nawet w Przyrodzie.

Wędrówkę z Bojarem odbyliśmy jeszcze zanim zakaz wszedł w życie i dokumentujemy ją tutaj dla Ciebie, Przyjacielu, żebyś mógł jej zakosztować, jeśli zwykłeś odbywać górskie wędrówki ze zwierzęcym towarzyszem.

Ze ścieżki roztacza się rozległy widok na Kotlinę Jeleniogórską. Jednak aby go podziwiać, trzeba się koniecznie zatrzymać: ścieżka ułożona z wielkich głazów wymaga wielkiej ostrożności w jej pokonywaniu.

Spotkać tutaj możemy tutejszego mieszkańca, piecuszka Phylloscopus trochilus.  To niewielki ptak, który w okresie letnim zamieszkuje niemal całą Eurazję, od Pirenejów po Półwysep Czukocki. Ponieważ unika on zwartych terenów leśnych, a jednocześnie niestraszne mu duże wysokości nad poziomem morza, zadomowił się także tutaj, wśród kosodrzewiny i karłowatych jarzębin.

Ten niewielki ptak łączy nas, stojących wysoko ponad dolinami Dolnego Śląska z dalekim Półwyspem Czukockim – bo aż tam potrafi dolecieć – a tym samym łączy nas z Czukczami, rdzennymi mieszkańcami tamtejszej, surowej krainy. Oni to właśnie wyhodowali psa husky – którym w połowie jest Bojar.

Tymczasem doszliśmy do wrót najświętszego sanktuarium karkonoskiej botaniki, czyli Małego Śnieżnego Kotła.

Mały Śnieżny Kocioł to miejsce wyjątkowe. Przypadkowe złożenie wielu unikatowych czynników stworzyło tutaj niespotykane nigdzie indziej warunki, a tym samym utworzyło niszę dla bardzo rzadkich gatunków roślin.

Na czym polega unikalność tego miejsca? Po pierwsze, Mały Śnieżny Kocioł jest mniej skalisty, wypełniony piargami, a tym samym może w nim zalegać o wiele więcej śniegu. Po drugie, znajduje się on po zachodniej stronie, osłonięty od wschodu oddzielającą oba Śnieżne Kotły granią skalną, co powoduje, że słońce rzadko zagląda w zakamarki żlebów, przez co niektóre plamy śniegu utrzymują się tutaj aż do końca lipca.

Ale jest jeszcze coś. Mały Śnieżny Kocioł to miejsce, gdzie monotonia granitowych skał w jednym, jedynym miejscu przerwana jest… dawnym wylewem lawy, tworzącym żyłę bazaltu.

Bazalt to skała o kompletnie innych właściwościach fizycznych i chemicznych niż granit, a tym samym tworzy on unikatowe podłoże dla tutejszej gleby.

Te wszystkie czynniki sprawiły, że na dnie Małego Śnieżnego Kotła powstał naturalny, nigdzie indziej niespotykany ogród botaniczny, przytłaczający bogactwem gatunków rzadkich roślin.

Niegdyś szlak turystyczny wdzierał się głęboko w to sanktuarium i miałem jeszcze wtedy – w 2006 roku – okazję tam być i widzieć te cuda. Dziś przebieg szlaku został zmieniony – na szczęście! Od tamtego czasu niesamowity ekosystem może się rozwijać nie niepokojony przez ludzi, którzy ani nie potrafiliby go docenić, ani uszanować – bo tacy są, niestety, często polscy turyści: pozbawieni zarówno wiedzy jak i kultury osobistej.

Wstąp więc ze mną dziś do tego niedostępnego sanktuarium, z którego ludzkość ustąpiła i zobacz, że wart jest cud tego miejsca tego, żeby za wszelką cenę je zachować. Także za cenę tego, żeby już nigdy nie oglądał go żaden człowiek.

Rośnie tutaj wiele bardzo rzadko spotykanych roślin, na przykład miłosna górska Adenostyles alliariae, charakteryzująca się wielkimi, sercowatymi liśćmi.

Roślina ta występuje w Polsce tylko w Tatrach i tutaj, w Małym Śnieżnym Kotle w Karkonoszach.

Dość pospolita w Tatrach roślina skalnica darniowa Saxifraga moschata wykształciła tutaj odrębny podgatunek: skalnicę darniową bazaltową, która… rośnie tylko tutaj i nigdzie indziej na świecie.

Tylko tutaj w Polsce i w ogóle na południe od rejonów arktycznych występuje skalnica śnieżna Saxifraga nivalis. To, że można ją tutaj znaleźć jest też reliktem epoki lodowcowej. Lodowce bowiem, oprócz skał przenoszą też nasiona. Gdy ustąpiła pokrywa lodowa, a klimat się ocieplił, skalnica wszędzie wyginęła. Wszędzie, poza Małym Śnieżnym Kotłem, gdzie unikatowe warunki pozwoliły jej się zachować.

Tylko tutaj w skali Polski rośnie także świetlik maleńki Euphrasia minima.

W maju kwitnie bardzo piękna sasanka alpejska Anemone alpina, w Polsce dziko występująca jedynie w parkach narodowych: Karkonoskim, Babiogórskim i Tatrzańskim.

A to wciąż nie wszystko! Oset łopianowaty Carduus personata również jest rośliną występującą wyłącznie w Polskich górach.

Dzwonek szerokolistny Campanula latifolia nie jest rośliną aż tak rzadką, ale również objęty jest ochroną częściową, jako wciąż narażony na wyginięcie, a to ze względu na niszczenie jego siedlisk.

Moją zdecydowanie ulubioną rośliną z kolekcji, którą w Małym Śnieżnym Kotle zgromadziła Przyroda jest tojad mocny Aconitum firmum.

Dlaczego tak lubię tego mieszkańca polskich gór? Jest on najwspanialszym przykładem tego, czym jest Przyroda: naraz piękna, naraz dobroczynna i naraz mordercza.

Same nazwa ludowa: mordownik, a także nazwa oficjalna: „to-jad mocny” mówią wszystko. To bardzo trująca roślina, w starożytności i średniowieczu powszechnie stosowana do zatruwania strzał czy dworskich morderstw. Ze względu na sposób działania jest jedną z trucizn, którą być może posługiwała się legendarna ekspertka toksykologii Lukusta, u której to np. cesarz Neron zamówił truciznę do zamordowania przyrodniego brata Brytanika. Tojadem podobno otruto samego wielkiego filozofa Arystotelesa, tego samego, którego zmurszałymi poglądami na temat fizyki i biologii nadal posługuje się Kościół katolicki w swojej wizji rzeczywistości.

Cóż, jeśli tak, to lubię tę roślinę jeszcze bardziej.

Czarna sława tego przedstawiciela rodziny astrowatych wyraża się w licznych legendach, którymi jest otoczony. Jego jadowitość miała się wziąć ze śliny samego trójgłowego psa Cerbera, strażnika bram Hadesu. Tojadu miały używać czarownice, żeby sporządzać maść – zawierającą oprócz tego, a jakże, sadło z nieochrzczonego dziecka – dzięki której potrafiły latać na miotle.

Tymczasem trucizna tojadu poraża układ nerwowy – a więc może być użyta jako silny i szybko działający środek przeciwbólowy. W czasach, gdy ludzkość nie dysponowała morfiną czy innymi tego typu analgetykami – to właśnie tojad, choć musiał być ostrożnie stosowany – jako jedyny mógł przynieść ulgę cierpiącym.

Biada jednak temu, kto nie umiał ostrożnie i precyzyjnie dobrać dawki! Tojad mocny zabija w okrutny sposób: najpierw sprowadza uczucie zdrętwienia, mrowienie – typowe objawy tego, że coś jest nie tak z układem nerwowym. Organizm próbuje się bronić poprzez biegunkę i wymioty, ale ta reakcja jest już spóźniona, bo akonityna bardzo szybko wnika w błony śluzowe. Pojawiają się zaburzenia widzenia, trudności w mówieniu, przełykaniu, a potem drgawki, krwawe wymioty i śmierć.

Taka jest właśnie Przyroda: naraz okrutna i naraz dobroczynna, stojąca wysoko i dumnie ponad i poza wszelkimi kategoriami dobra i zła.

W Małym Śnieżnym Kotle tojadu rośnie mnóstwo – ale poza nim jest rzadki w całych górach, a poza nimi można go spotkać jedynie w uprawach.

Wyjątkową rzadkością w Polsce jest naradka tępolistna Androsace obtusifolia. Ta roślina występuje tylko w kilku miejscach w Tatrach i to nad nimi się rozpływa większość źródeł. Tymczasem ja miałem zaszczyt napotkać i zrobić jej zdjęcie w Małym Śnieżnym Kotle w Karkonoszach, gdzie ma drugie w Polsce stanowisko.

A wraz z tymi wszystkimi rzadkościami w Małym Śnieżnym Kotle znaleźć możemy także rośliny pospolite, jak np. goryczkę trojeściową Gentiana asclepiadea (choć ta jest pospolita tylko w górach) oraz wierzbówkę kiprzycę Epilobium angustifolium.

Jak już napisałem, dzisiaj tych cudów nie zobaczysz, Przyjacielu – ale nie żałuj! Po pierwsze, pozostawienie w spokoju tego rajskiego, tajemniczego ogrodu tylko i wyłącznie mu służy, bo nie jest narażony na zniszczenie. Być może kiedyś, w czasach, gdy wystarczyło ludziom powiedzieć: to są rzadkie rośliny, nie niszczcie ich i nie zrywajcie – wąski szlak turystyczny mógł tam przebiegać bez żadnej szkody dla tej najpiękniejszej z botanicznych galerii. Ale dzisiaj, gdy wśród ludzi króluje chamstwo i brutalność, nie było innego wyboru. Nie zobaczysz tych cudów, Przyjacielu – ale niech Cię pocieszy myśl, że nie zobaczy ich także typowy, polski przygłup, który doszedłszy tutaj zapewne dla zabawy powyrywałby wszystko, co tylko by zobaczył, wyrzucił po drodze z pięć puszek po piwie i kilka plastikowych butelek, a na koniec wszystko zasikał.

Dziś szlak omija z dala dno Małego Śnieżnego Kotła.

Ach, byłbym zapomniał. Tak, ta mała biała plamka w Małym Śnieżnym Kotle to śnieg – na początku sierpnia!

Wielki Śnieżny Kocioł jest inny niż Mały. Jego ściany są o wiele wyższe, osypiska piargów mniejsze, śnieg znika z niego dużo szybciej, a dno zajmują nie cenne zespoły roślin, ale… niewielkie stawki.

Czysta woda polodowcowych, niewielkich zbiorników wodnych pozbawiona jest jakichkolwiek wyższych form życia, a to dlatego, że w zimie stawy te zamarzają praktycznie po samo dno.

Miejsce to jest ucztą już nie dla uczonego – biologa, ale raczej dla ludzi z artystycznym nastawieniem. Jest coś niesamowicie malowniczego w tej płytkiej, usianej kamieniami toni zagubionych w górach wodnych oczek, w których przeglądają się wspaniałe turnie skał Wielkiego Śnieżnego Kotła.

Jak więc Mały Śnieżny Kocioł był królestwem Przyrody ożywionej – tak tutaj podziwiać możemy przede wszystkim nieożywioną Jej część – skały, wodę, niebo i potęgę gór. Jakby w dwóch różnych, przeogromnych szufladach Przyroda rozdzieliła tutaj te dwie swoje twarze – które przecież zawsze występują w Niej jednocześnie.

Wielki Śnieżny Kocioł poza Śnieżką i Kotłem Wielkiego Stawu był od dawien dawna jednym z najczęściej portretowanych miejsc w tych górach – i to widziany zarówno z jego dna, jak i z krawędzi, zarówno w scenerii letniej, jak i zimowej.

No, a teraz przejdźmy do mniej przyjemnych szczegółów tego miejsca. Jeśli słabo znasz Karkonosze, Przyjacielu, z pewnością już od początku czytania tego artykułu i oglądania załączonych tutaj zdjęć nasuwało ci się pytanie, czym jest ten dziwny, wielgachny budynek, wsadzony jak świeca w tyłek prosto pomiędzy oba Śnieżne Kotły.

Ta okropna budowla to efekt długiej i nieudanej historii. W 1837 roku właściciel tych ziem, hrabia von Schaffgotsch zlecił wybudowanie dwóch schronów dla turystów, co ciekawe, według identycznego projektu wykonanych: jeden stanął na szczycie Wysokiego Kamienia w Górach Izerskich, a drugi tutaj – nad krawędzią Wielkiego Śnieżnego Kotła.

Drewniana, niewielka chatynka przetrwała dość dużo, bo aż dwadzieścia jeden lat – ale w końcu uległa tutejszym, surowym warunkom i po którymś z kolei huraganie nie nadawała się już do użytku. Wybudowano więc nieco większą – mniej więcej wielkości dzisiejszego domku jednorodzinnego – a która to zasłynęła wśród turystów z ponoć wybornej wódki.

Koniec XIX wieku to czas wielkiej pychy człowieka w stosunku do Przyrody i tak też było tutaj. Ktoś wpadł na pomysł: a czemu by tu nie postawić ogromnego, wielkiego, albo nie! Przeogromnego i największego w całych Sudetach hotelu?

I tak w 1897 roku powstało tu to coś. Wielki rozczłonkowany gmach z potężną basztą.

Po II wojnie światowej budynek jednak zaczął być wielkim utrapieniem dla PTTK. Był ogromny, a turystów nie zachodziło tutaj aż tylu, by coś takiego było komukolwiek potrzebne. Wystawiony od pół wieku na okropne warunki pogodowe przedstawiał sobą żałosny stan techniczny.

I wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby przerobić to coś na przekaźnik telewizyjny. Tak też zrobiono. Przy okazji adaptacji tego molocha na nowe potrzeby znacznie go zmniejszono, przerobiono zarówno korpus, jaki i wieżę – tworząc jeszcze większe paskudztwo.

Żyjemy w czasach, gdy na potrzeby telewizji czy telefonii komórkowej lub czegokolwiek w tym stylu niepotrzebne są wielkie budynki i spokojnie można by to coś rozebrać i zastąpić niewielką wieżą z automatycznymi nadajnikami – ale jak dotąd nikt się na to, niestety, nie zdecydował.

Trudno! Tymczasem my spójrzmy w inną, bardziej optymistyczną stronę: a mianowicie na to, że pomimo tylu lat działalności człowieka w tym miejscu Przyroda pozostała tutaj w dużej mierze nietknięta – i taka powinna pozostać. Wystarczy porównać staloryt Ludwiga Richtera z pierwszej połowy XIX wieku i zdjęcie z czasów współczesnych.

I choć człowiek nadal jest tutaj obecny, to od nas zależy, na ile ta obecność będzie dla Przyrody uciążliwa. W Karkonosze nieśmiało powracają wilki. Poniżej Małego Śnieżnego Kotła zbocze górskie nosi nazwę Gawry – to ślad po niegdyś zamieszkujących te tereny niedźwiedziach. Kto wie, może jeśli turyści odwiedzający to miejsce wykażą się odpowiednio daleko posuniętą kulturą uda się zaprosić tutaj i te duże drapieżniki?

Bo to nie skały ani rozległe widoki tworzą góry – góry to także to wszystko, co jest życiem gór: życiem niespotykanych nigdzie indziej roślin i zwierząt.

Z tą myślą opuśćmy Wielki Śnieżny Kocioł i… udajmy się do jeszcze jednego. Tak, bowiem po sąsiedzku ze Śnieżnymi Kotłami znajduje się jeszcze jeden taki utwór polodowcowy, w dawnym nazewnictwie niemieckim wprost zaliczany do Śnieżnych Kotłów jako trzeci z nich.

Czarny Kocioł nie jest tak spektakularny pod względem rzeźby skalnej jak Śnieżne Kotły – ale obok Małego Śnieżnego Kotła jest kolejnym sanktuarium rzadkiej roślinności, choć nie aż tak bogatym. Różni się wszakże tym, że dno kotła jest podmokłe, a tym samym zapewnia dobre warunki dla roślin lubiących bagna, młaki i torfowiska, takich jak na przykład wełnianka pochwowata Eriophorum vaginatum.

Nie jest to roślina rzadka ani zagrożona – ale nie może rosnąć byle gdzie, wymaga właśnie podmokłych terenów i zakwaszonej gleby. Tam, gdzie znajdzie odpowiednie dla siebie warunki może występować całkiem licznie.

Podmokłe miejsca służą też mchom płonnikom oraz torfowcom. Wszystko to razem tworzy złożoność życia – właśnie: złożoność.

Ludzie wychowują się i umierają w chrześcijańskim kulcie prostactwa. „Chłopski rozum” utożsamia się z „mądrością życiową”, a „prostaczka” z „czystością serca” i podobnymi bzdurami.

Niestety, życie i rzeczywistość Przyrody są bardzo, ale to bardzo skomplikowane i kult prostactwa jest tylko i wyłącznie krzykiem rozpaczy głupca, który przerażony tą złożonością chce na siłę wmówić sobie, że jego prostactwo jest dobre, prowadzi do szczerości i prawdy.

Tymczasem w Przyrodzie nic nie jest proste i niczego nie da się w sposób prosty wyjaśnić. Na wszystko, co się dzieje ma wpływ setki, tysiące, miliony czynników, a żaden rozwój nie odbywa się na drodze prostolinijnej autostrady, ale krętej, kapryśnej ścieżki.

Na tym polega też nieszczęście Przyrody: że tylko nieliczni ludzie – ludzie pokręceni i skomplikowani jak Ona sama – są w stanie naprawdę Ją zrozumieć.

Na dnie Czarnego Kotła znajduje się ogromny głaz, zwany Wędrującym Kamieniem. Może on posłużyć za dobry przykład tego, o czym powiedziałem.

Ten granitowy blok wziął swoją nazwę od tego, że w pierwszej połowie XIX wieku, m. in. w latach 1807, 1819 i 1848 roku kilka razy zmieniał położenie. Szybko otoczyły go w związku z tym liczne legendy, w typowo prostacki sposób tłumaczące wszystko: czary, ukryte skarby, działalność diabła.

A co tak naprawdę było przyczyną? Cóż, przyczyn mogło być wiele. Głaz leży na morenie czołowej, która przecież jest niczym innym, jak usypanym przez lodowiec kopcem i jej teren może się zmieniać pod wpływem lawin lub trzęsień ziemi (które w XIX wieku zdarzały się i w Karkonoszach). Ileż to kamieni czy głazów w górach zmienia położenie, ale ludzie przyczepili się do tego jednego!

Przyczyną może być wreszcie to, że głazy są do siebie podobne i przynajmniej niektóre z tych zarejestrowanych zmian położenia kamienia mogły być efektem tylko i wyłącznie ludzkiej pomyłki.

Mróz, woda, roślinność – wszystko to moce, którymi dysponuje Przyroda, a które wystarczają do tego, żeby poruszyć nie tylko jeden głaz, ale także i całe góry.

Niech góry nauczą nas, zanurzonych w nawale prostactwa, przed którym na twarz pada cała ludzkość w uwielbieniu i czci, że wcale nie mamy powodu do wstydu w tym, że jesteśmy czasami tak bardzo skomplikowani i jeśli nasze życie skomplikowanymi drogami się toczy.

Zwykły modrzyk górski, którego spotkaliśmy na początku naszej wędrówki i który teraz żegna nas – samą złożonością swojej budowy niech doda otuchy tym z nas, którzy są skomplikowani.

Tym chcę się z Tobą dzisiaj pożegnać, Przyjacielu na koniec tej wędrówki, której dziś nie odbędziesz już inaczej, jak czytając ten artykuł. I proszę Cię: nie próbuj odbywać jej na żywo tak, jak ja niegdyś, kiedy to było możliwe. Niech Przyroda pozostanie w spokoju – chociaż tutaj.

A wszystko po to, żeby nie tylko bogactwo roślin zostało tutaj zachowane, ale także, żeby wróciło bogactwo zwierząt – w tym tych tak ukochanych przeze mnie i przez Ciebie (skoro odwiedzasz tę stronę, zapewne tak jest) – czyli wilków.

Nie wszystko musi służyć człowiekowi i nie wszystko, co piękne musi być przez człowieka podziwiane. Przeciwnie, piękno Przyrody istnieje nie dla Ciebie ani dla mnie, ale dla siebie samego.

Niech więc w spokoju i z dala od ludzi kwitnie zaczarowany ogród Małego Śnieżnego Kotła, niech w spokoju i z dala od ludzi biegają po karkonoskich lasach wilki.

I niech będzie to wszystko złożone, skomplikowane, „za mądre” dla ludzi. Żeby tacy jak ja czy Ty mogli w tej złożoności znaleźć otuchę, że choć większość ludzi uzna nas za istoty z innej planety, to Przyroda w kontrze odpowie: to właśnie Twoja złożoność i skomplikowane drogi Twojego życia są normalne, dobre i zgodne z Prawami Przyrody. To cep i prostak powinien się poczuć w świecie Przyrody jak ciało obce, coś wynaturzonego i nienormalnego.

I gdzieś w głębi każdy taki to czuje i dlatego nienawidzi i narzeka na Przyrodę. Że kłuje, szczypie, truje, pije krew, czasami zabija, kładzie ostre głazy i zwalone pnie pod nogi.

A my? My właśnie za to wszystko Ją kochamy.

Jedna odpowiedź do “PRZEPAŚĆ PEŁNA KWIATÓW, CZYLI WYPRAWA NA ŚNIEŻNE KOTŁY”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.