UCIECZKA DO PRAWDY I KAMIENNE ZOO, CZYLI WYPRAWA NA BOŽANOVSKÝ ŠPIČÁK

Dzisiejsza wyprawa postawi nas przed wieloma trudnymi pytaniami, jednymi z tych, których zadawać nie wypada. A jednak czasami trzeba. Czasami zadaje je sama Przyroda, a czasami wykorzystuje ona też do tego ludzkie dzieła – te, na które ma wpływ.

W czasie tej wędrówki odwiedzimy okolice najwspanialszej Świątyni Fenrira, jaka kiedykolwiek powstała, wzniesionej mocą wody i ognia, gdzie dawne osady morskiego dna wydźwignięte zostały siłami górotwórczymi z ognistego wnętrza Ziemi i wyrzeźbione przez trudne warunki atmosferyczne czasów zlodowaceń w ogromne, skalne sanktuarium Gór Stołowych.

Góry te odwiedziliśmy już trzykrotnie (Wyprawa na Szczeliniec Wielki i Narożnik, Wyprawa na Niknącą Łąkę i Skalne Grzyby oraz na Gorzeszowskie Skały), a to ledwie wierzchołek tego, co można w tej krainie zobaczyć i czego się od Przyrody w niej nauczyć.

Wyprawa, którą dzisiaj przejdziemy, jest dla mnie w jakiś sposób symboliczna. Była przedsmakiem spełnienia mojego marzenia o ucieczce do prawdy.

W sercu śląskiej części Gór Stołowych leży osada Karłów. Nieraz wyruszaliśmy z niej na nasze wyprawy w te rejony. I dziś nie będzie inaczej.

Udając się na północny zachód od Karłowa okrążamy z wolna ogromną, skalną fortecę Szczelińca Wielkiego. Dla mnie jest ona Świątynią Fenrira, Wielkiego Wilka Końca Czasu, tego, który mnie wyprowadził z seminarium, z domu niewoli. Dlaczego tak jest i dlaczego ta góra ma takie dla mnie znaczenie opisałem, gdy zwiedziliśmy ją podczas jednej z naszych poprzednich wypraw, dziś chciałbym jednak wspomnieć o tajemnicy nazwy tej góry.

Ta dzisiejsza została wymyślona po 1945 roku i nie ma większego, historycznego umocowania. Przed wojną jednak górę tę nazywano Heuscheuer, a do dziś w czeskiej literaturze funkcjonuje podobnie brzmiąca nazwa: Hejšovina.

Sprawa pochodzenia tej nazwy wydawałaby się banalna. Franz Pabel, sołtys Karłowa i pierwszy przewodnik turystyczny w Sudetach w swoich zapiskach, powołując się zresztą na opowieści swojego ojca wywodzi nazwę góry od niefortunnego wypadku, kiedy to jeden z osadników przez przypadek spalił cały las na zboczu Szczelińca. Po pożarze miejsce dawnego lasu zajęły rozległe łąki, z których pozyskiwano olbrzymie ilości siana, stąd górę nazwano Heuscheune, czyli Stodoła Siana.

Wiele wskazuje jednak na to, że niemiecka nazwa jest raczej przekształceniem jakiejś dawnej, być może słowiańskiej, a może jeszcze starszej nazwy, a powyższa opowiastka to przewodnicka legenda, podobna do tych, które tłumaczyły nazwę ducha gór Karkonosza – Rübezahla jako „Liczącego Rzepę”.

Nikomu najwyraźniej z poważnych badaczy nie chciało się zagłębiać w tę sprawę. Próżno szukać poważnych źródeł, w których znający się na rzeczy językoznawcy pochyliliby się nad etymologią nazwy tej góry. A przecież patrząc na jej intrygujący, wyróżniający się w Przyrodzie kształt aż trudno uwierzyć, że ludzie różnych kultur i języków, od dawien dawna odwiedzający te ziemie nie nadaliby temu miejscu jakiejś nazwy. I zapewne nadali, jednak wieki przekształceń, kiedy to na miejsce jednego ludu przychodził inny, przejmował dawną nazwę, której nie rozumiał i przerabiał ją na jakieś zbliżone słowo z własnego języka – sprawiły, że odziedziczyliśmy kolejną tajemnicę.

I teraz mógłbym zrobić coś, co robi bardzo, ale to bardzo wielu mieszkańców Polski, a mianowicie zabrać się za mędrkowanie w temacie, na którym się nie znam. Bo gdzie są tajemnice, na razie odłogiem pozostawione przez poważnych badaczy, tam pole do popisu mają wszechwiedzący polscy „filozofowie”, którzy bez żadnego problemu odnajdą w starej nazwie na przykład dowód na to, że stanowiła ona lądowisko i bazę UFO albo coś w tym stylu.

Jednak ja tego nie zrobię bo – nie jestem językoznawcą i o tym wiem. Więc wiem także, gdzie powinienem się zatrzymać. A skoro tajemnicą nikt jeszcze się nie zajął z tych, którzy dysponują odpowiednią wiedzą i dostępem do źródeł – pozostaje mi tę tajemnicę uszanować i jako tajemnicę pozostawić.

Co innego z tajemnicami z mojej dziedziny. A te na wielkiej łące pod Szczelińcem Wielkim spotkać możemy na każdym niemal kroku.

Koniec sierpnia to czas, kiedy wciąż jeszcze kwitnie wiele roślin z rodziny selerowatych. Są one często bardzo do siebie podobne, przynajmniej dla osób nieobeznanych z botaniką. Ot, wielki chwast z  taką, o, wiechą białych małych kwiatków u góry.

Tymczasem rodzina ta jest bardzo rozległa, obejmuje wiele całkowicie różniących się między sobą właściwościami roślin: warzyw, jak marchew zwyczajna, przypraw jak trybula ogrodowa albo… śmiertelnych trucizn, jak szalej jadowity.

U stóp wilczej świątyni Szczelińca spotkać możemy na przykład biedrzeńca mniejszego Pimpinella saxifraga.

Ta roślina, wyglądająca tak pospolicie i „chwastowato” może być cennym dodatkiem do sałatek czy zup, ale ceniona jest ze względu na swoje właściwości lecznicze. Pomaga na suchy kaszel i ból gardła, poprawia także trawienie i może złagodzić problemy wynikające ze spożycia zbyt obfitych posiłków.

Symbolem ambiwalencji cechującej tę rodzinę roślin może być inny jej przedstawiciel, którego również tu możemy spotkać. Mowa o świerząbku korzennym Chaerophyllum aromaticum.

Bliski kuzyn świerząbka korzennego, czyli świerząbek bulwiasty, był częstym gościem na stołach naszych przodków, uprawiano go nawet w ogrodach klasztornych i był bardzo ceniony jako potrawa.

Roślina jednak potrafi się bronić przed zjadaniem – u niektórych osób kontakt ze świerząbkiem może skutkować lekkimi oparzeniami skóry.

Najbardziej chyba znanym przedstawicielem selerowatych o właściwościach leczniczych jest dzięgiel litwor o wzniosłej, łacińskiej nazwie Angelica archangelica.

Ta roślina jest znana od wieków i wielu lekarzy, zielarzy czy botaników rozpisywało się o jej cudownych właściwościach. Wiele z tych zachwytów zostało potwierdzone przez współczesną medycynę. Zaleca się więc stosowanie preparatów z dzięgiela w przypadku problemów żołądkowych, zwłaszcza wzdęć. Roślina ma też działanie uspokajające, potrafi pomóc w stanach napięcia nerwowego czy bezsenności. Olejek z dzięgiela wreszcie pomaga na stany reumatyczne.

Nic dziwnego, że nasz bohater jest głównym składnikiem słynnej, koszernej wódki Dzięgielówki, bardzo lubianej w dawnej Polsce i na Litwie. Roślina była tak sławna, że niektóre miejsca w Tatrach zostały ochrzczone nazwami do niej nawiązującymi, np. Dolina Litworowa.

Tak, naprawdę warto nie mijać obojętnie napotykanych po drodze roślin, jak to czyni większość turystów na szlakach. Każda z nich jest fascynującym, złożonym organizmem i istnym laboratorium chemicznym, produkującym związki chemiczne o tak nieraz misternej budowie, że ich wzór strukturalny może przypominać koronki czy arabskie ornamenty z Alhambry.

I nie musimy wcale tych roślin zrywać czy przyrządzać – przecież wydzielają one swoje produkty wprost w powietrze, więc oddychając, odpoczywając na łące, wędrując przez las – sycimy się nimi, doznajemy ich leczniczych właściwości nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Tak, Przyroda sprawuje potężną opiekę nad tymi, którzy z szacunkiem przemierzają Jej drogi, opiekę prawdziwą, a nie urojoną, jak opieka nieistniejących, ludzkich bogów.

Tu, na tej łące jesteś wolny, Przyjacielu, a przechodząc przez nią w letni, słoneczny dzień i oddychając powietrzem przesyconym dobroczynnymi, choć i nieraz groźnymi związkami chemicznymi, produkowanymi przez to, co tu rośnie – doznajesz realnej opieki. Przemożnej, potężnej, a przede wszystkim takiej, o którą nie potrzebujesz się modlić i skomleć przed grubasami w sutannie, aby ci „łaski bożej” za grube pieniądze udzielili.

Tajemnicą są na tej łące nie tylko rośliny, ale i skały. Oto samotne, piaskowcowe głazy leżą na środku łąki. Skąd się tu wzięły? Jakaż armata zdołała wyrwane ze skalnych murów Świątyni Fenrira głazy cisnąć aż na taką odległość, w szczere pole?

Jest kilka możliwości, kilka dróg, którymi Przyroda może się posłużyć, by tak ukształtować krajobraz. Głazy te mogły oderwać się od ścian Szczelińca Wielkiego lub Skalniaka i transportowane powolnymi ruchami podłoża dotrzeć aż na to miejsce. Możliwe też, że niegdyś skalne mury sięgały aż dotąd i taki leżący samotnie kamień jest reliktem tych czasów, oderwał się od skalnej ściany przed wieloma tysiącami lat i już tak pozostał. Możliwe wreszcie, że kiedyś obok Skalniaka czy Szczelińca wznosiła się podobna im góra, jednak kaprys zmiennych warunków erozji, różna odporność skał położonych nawet w bliskim sąsiedztwie spowodowały, że nic poza kilkoma jej okruchami z niej nie pozostało.

I to jest ważne w wędrówce, żeby nie tylko mijać, oglądać i strzelać fotki – ale żeby się zastanawiać. Tylko taka wędrówka będzie nie tylko sportem dla jednych czy uciążliwym wysiłkiem dla innych – ale dobroczynną przygodą uwalniającą z tych wszystkim ciężarów i zmartwień, jakich życie w cywilizacji nam nie szczędzi.

I tak z wolna dotarliśmy do drugiej, poza Karłowem, niewielkiej osady położonej u stóp Wilczej Świątyni, czyli Pasterki.

Ciekawostką tej miejscowości jest to, że przez wieki bliżej jej było do czeskich sąsiadów, niż do śląskiego Karłowa i to niezależnie od tego, jak i czy przebiegała tutaj granica.

Gdy jednak po 1945 roku granica nieopodal oddzieliła od siebie dwa państwa, tak poróżnione ze sobą, że nawet „socjalistyczne braterstwo narodów” nie zdołało ich pogodzić, Pasterka stała się czymś w rodzaju polskiego „końca świata”. Tak też nazywa się jeden z domów wypoczynkowych w tej miejscowości.

Nad mieścinką wznoszą się potężne mury Szczelińca Wielkiego i jego mniejszej dobudówki, czyli Szczelińca Małego.

Obie góry widziane stąd prezentują się wyjątkowo majestatycznie. Możemy zaobserwować stąd schronisko na Szczelińcu Wielkim oraz Strażnika – filar skalny strzeżący wejścia do najświętszego sanktuarium Wilczej Świątyni.

Nieuczęszczany i zamknięty dla turystów Szczeliniec Mały jest dziś ostoją wielu rzadkich gatunków ptaków, które lubią gniazdować na skałach.

Pośrodku osady stoi kościół z końca XVIII wieku. Wieloboczna kaplica flankująca wejście na jego teren niczym jakaś obronna basteja służyła do pogrzebów.

I tu napotykamy kolejną ciekawostkę. Kościół wyraźnie domaga się remontu, podczas gdy leżący obok niego ośrodek wypoczynkowy archidiecezji wrocławskiej aż świeci nowiutkim dachem i oszalowaniem szczytów.

No cóż, ubogi kościół, z rzadka nawiedzany przez nielicznych wiernych nie dostarczy tylu dochodów, co ekskluzywny hotel położony w malowniczej okolicy. Pieniądze więc płyną na ośrodek, a nie na kościół tym bardziej, że takie ośrodki, poza funkcją komercyjną, służą też celom, które przyciągają biskupie i kurialne okrągłe brzuchy dużo bardziej niż modlitwa, a mianowicie wystawnym ucztom, libacjom i uprawianej po cichu, z dala od oczu wiernych deprawacji.

Wiem, bo widziałem.

A jednak coś się powoli zmienia, coś drga ku lepszemu i możemy tutaj, w Pasterce napotkać tego przykład. Na końcu miejscowości stoi pomnikowy głaz, ustawiony tutaj w 1979 roku i opatrzony tablicą, która głosiła wówczas buńczucznie:

Dla upamiętnienia 35. rocznicy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oraz powrotu na prastare ziemie piastowskie tablicę wmurowały KZKS Radków Transbud Warszawa 22 lipiec 1979

Nie dość, że tablica zawierała błąd fleksyjny – wszak mówimy „22 lipca” a nie: „22 lipiec” – to jeszcze, i to przede wszystkim, głosiła oczywistą, historyczną nieprawdę.

Dolny Śląsk (a Ziemia Kłodzka to już w ogóle) jest bowiem tak samo piastowski, jak czeski, niemiecki, celtycki czy łużycki. Zawsze była to kraina leżąca na styku narodów, ludów i języków, przechodziła z rąk do rąk i w każdych rękach pozostawała na tyle długo, że kultura każdej narodowości odcisnęła się tutaj równie mocno.

Żałosne kłamstwa o „powrocie Dolnego Śląska do macierzy” polskiej głoszono i krzykliwie wypisywano na dziesiątkach podobnych pomników, tablic i miejsc upamiętnienia. Całe szczęście ktoś postanowił w końcu zdjąć tę żałosną propagandę.

Przez jakiś czas pozbawiony tablicy głaz zdobiło żartobliwe graffiti ze stylizowaną sylwetką kota i podpisem „KOTOM”.

W tym roku na miejscu dawnej pojawiła się nowa tablica.

Nowy napis głosi:

Wszystkim przesiedlonym i wysiedlonym oraz tym, którzy opuścili swoje domy i tutaj znaleźli swój dom. Gmina Radków, sołectwo Pasterka, Pasterka 2021.

I to jest właśnie to, co w Polsce się zmienia, choć wciąż niemrawo i wciąż jest tłumione i zwalczane przez wszędobylskich faszystów. Z wolna pojawia się zrozumienie, że miłość do ojczyzny i nacjonalizm to tak naprawdę wykluczające się pojęcia. Kto może rozumieć, niech rozumie.

Jednak w ostatnich latach te zmiany na lepsze znacznie zwolniły, bo władzę i większość wciąż stanowią ci, którzy marzą o dymiących kominach krematoriów, o bucie na karku „gorszych” narodów, o imperium „od morza do morza” podlanego częstochowskimi śpiewami nabożnych zboczeńców.

Dlatego tam, gdzie napis na jednym z ośrodków wypoczynkowych głosi, że to „koniec świata” ja wraz z Bojarem bez lęku, z sercem drżącym ze wzruszenia i radości ku temu końcu świata się udałem.

Rozpadająca się obora to ostatni budynek, a za nią… zaczyna się nieznane.

Po raz ostatni więc obejrzyjmy się za siebie, na zalane słońcem łąki wokół Szczelińca, nim zagłębimy się w ciemność lasu i zobaczymy, co ciemność ta nam objawi i czego nas nauczy.

A lekcja ta będzie gorzka, jak wiele lekcji, udzielanych przez Przyrodę, bo prawda zawsze bolesna będzie dla miłych w dotyku przesądów, w których ludziom dobrze jest wygodnie się umościć i powiedzieć sobie, że są wszechwiedzącymi mędrcami, a ich pogląd na te czy inne sprawy – jedynie słuszny.

Czy się odważysz, Przyjacielu, wejść z nami w Ciemność? Czy nie zlękniesz się prawdy, czy zechcesz jej zasmakować ryzykując, że będzie ohydna i trująca?

I w tym lesie, podobnie jak na łąkach wokół Pasterki czy Karłowa napotykamy samotne głazy. Podobnie jak wszystkie skały w okolicy, możemy na nich dostrzec wyraźne warstwy, które takim głazom nadają wygląd jakby stosu kartek czy tablic.

I znów potrzeba ciekawych oczu, nóg, które zatrzymają się w wędrówce i umysłu odważnego do zadawania sobie pytań o to, o co inni nie pytają. Tylko tak wyposażonym można w kamieniu wychylającym się zza paproci dostrzec prawdziwą księgę wiedzy o przeszłości.

Oto mamy kamień zbudowany z warstewek. Co więcej, te warstwy są różne od siebie, bo jedne lepiej wytrzymały deszcz, mróz i wiatr – te wystają; drugie przeciwnie, poddały się tym niszczącym czynnikom szybciej – te tworzą bruzdy i wgłębienia.

Jaka siła, jaka moc może coś takiego wytworzyć? Czy naprawdę trzeba fantazji jakiegoś boga?

Nie, bo moc taką można zaobserwować w akcji i odczuć na sobie w każdej chwili. Bo moce takie są dwa: morze i czas.

Każda drobina pyłu niesiona przez wiatr nad wodę, czy piasek z plaży i kruszących się skał nadbrzeży ląduje w wodzie i – jako że jest od wody cięższy, opada na jej dno. Rzeki nieustannie niosą ze sobą wszystko, co wypłukują z lądu: okruchy kamieni, martwe szczątki roślin czy zwierząt oraz związki chemiczne.

To wszystko zbiera się na dnie morza – dzień po dniu, rok po roku, tysiąclecie po tysiącleciu. A tysiąc lat – tak przecież marnie krótki okres dla Przyrody! – już wystarczy, żeby zmieniły się warunki na lądzie. Po upalnym i suchym tysiącu lat może przyjść wilgotne i zimne, po ciepłym – mroźne. Raz rzeki będą rwącymi strumieniami, porywającymi i ciskającymi w morze nawet wielkie okruchy kamieni – a raz będą płynąć leniwie, nanosząc jedynie drobniusieńki piasek czy muł.

I tak tysiąc lat po tysiącu lat odkładają się na dnie morza kolejne warstwy tego, co do morza wpadło – i tak w zależności od tego, co poza morzem się działo, różne są te warstwy. Raz gruboziarniste, raz przypominające jednolitą glinę. Raz bardziej kwaśne, raz zasadowe. Raz miękkie, raz twarde. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku.

A potem potrzeba kolejnych tysiącleci działania, tym razem ognia, który buzuje pod skorupą naszej planety, a który jedne rejony wydźwiga, gdy inne się zapadają. I może się zdarzyć – i się wiele razy zdarzało – że nagle dno morza staje się płaskowyżem, położonym setki metrów nad poziomem oceanów.

A wtedy nic już nie zasłania dawnych osadów morskich przed niszczącym działaniem deszczu, wiatru, zmian temperatur… A te znów: dzień po dniu, rok po roku, tysiąc lat po tysiącu lat – cierpliwie rzeźbią, kują, drążą.

A potem, gdzieś u końca liczącej miliardy lat historii przed samotnym głazem staje ludzki wędrowiec. Czy starczy mu inteligencji, wyobraźni, wiedzy i – przede wszystkim – odwagi, by zajrzeć do pradawnej księgi samotnego głazu w lesie? Czy odważy się ją przeczytać i przerazić tym, jak znikome i krótkie jest jego nawet najdłuższe życie wobec nieogarnionego dla ludzkiej wyobraźni oceanu czasu, w którym Przyroda dokonywała i wciąż dokonuje swoich dzieł?

Czy odważy się w tej księdze przeczytać tę surową prawdę o tym, że otoczona szacunkiem jako pradawna mądrość księga Biblii jest tylko i wyłącznie gaworzeniem głupiego niemowlaka w porównaniu do tego, co napisała na kamieniach Gór Stołowych Przyroda?

Czy się odważysz, Przyjacielu? Czy znajdziesz w sobie dość siły, by to przełknąć, by zrozumieć, że żaden bóg Cię nie kocha, że moc przed którą klękałeś i modliłeś się o pomyślność na żadną Twoją prośbę nie odpowie, a Ty sam zbyt mało istotny jesteś, by miliardy lat dziejów Ziemi się Tobą przejmowały?

Wiele nauczyć nas może rosnący tu wielkimi łanami pszeniec zwyczajny Melampyrum pratense. Podobnie jak wszystkie pszeńce tak i pszeniec zwyczajny jest półpasożytem – choć produkuje w swoich listkach z dwutlenku węgla zawartego w powietrzu składniki odżywcze dla siebie, to dodatkowo jeszcze… wspomaga się, kradnąc sąsiednim roślinom ich zapasy z korzeni.

Wydaje się to okrutne, podłe… Ale przecież wystarczy rozejrzeć się dokoła. Czy choćby jedno drzewo uschło w pobliżu łanu tego półpasożyta? Czy nie rosną tu oprócz niego inne rośliny, i to z powodzeniem?

Pszeniec zwyczajny „kradnie” potrzebne sobie składniki, ale bierze ich tylko tyle, ile naprawdę potrzebuje. Ani więcej, ani mniej. A że w ten sposób tylko się wspomaga, nie kradnie wiele swoim sąsiadom. Żyjący w jego pobliżu sąsiedzi to rośliny silne, zaradne, które stać na to, żeby ten mały wampirek podbierał im część zapasów.

Tym samym Przyroda staje się dla nas tutaj nauczycielką prawdziwej uczciwości. Nie obowiązują tutaj żadne głupie, boskie przykazania. Jest tylko jedno przykazanie: nie będziesz mieć żadnego boga, ale będziesz wolny. 

My nazywamy pszeńca półpasożytem, ale czemu nie spojrzeć na to inaczej? Równie dobrze można by go nazwać artystą, sponsorowanym przez możniejsze rośliny. Wydaje on piękne, żółte kwiaty, ustrajające las w piękno, którego by tu nie było, gdyby nie on.

Poza tym, pszeniec zwyczajny jest w tradycji ludowej środkiem przeciwzapalnym, a niedawne badania (patrz: The Herbal Drug Melampyrum pratense L. (Koch): Isolation and Identification of Its Bioactive Compounds Targeting Mediators of Inflammation, Evidence-Based Complementary and Alternative Medicine, 2013) potwierdziły w pełni jego renomę pod tym względem.

W pewnym momencie ścieżka, którą podążamy dochodzi do granicy polsko – czeskiej. I przez jakiś czas podąża wzdłuż niej.

Słupki graniczne są stare, widnieje na nich jeszcze monogram „ČS”, oznaczający Czechosłowację. W bliższych nam czasach po prostu je pomalowano, opatrując literami „C” i „P” – Czechy i Polska.

Jednak granica przebiegała tędy od dawna, a jako granica rozgraniczająca państwa, powstała w 1742 roku, kiedy to Królestwo Prus zajęło Dolny Śląsk wraz z Kotliną Kłodzką. Ślady dawnych oznaczeń granicznych do dziś widnieją na skałach.

Czechy to kraj, który przez większość mojego życia dla mnie nie istniał. Od małego widziałem Karkonosze, a więc widziałem granicę między Polską a Czechami, ale ten kraj „za górami” był dla mnie zupełną niewiadomą, o której się nie rozmawiało, nikt się nim nie interesował i nikt nie znał tamtejszego języka. Słuchałem opowieści o Niemczech, o Anglii, o Kanadzie, o Stanach Zjednoczonych, Ukrainie, Rosji… Ale najbliższy obcy kraj pomijano milczeniem.

Do dziś tak jest. W Polsce bardzo wielu ludzi zna angielski, rosyjski, niemiecki, francuski… ale czeski? Przypuszczam, że więcej jest w Polsce ludzi znających łacinę czy grekę koine niż czeski. Język ten wbrew obiegowej opinii wcale nie jest podobny do polskiego. Na oko połowa słów jest zupełnie inna, bardzo różni się wymowa, a więc na przykład rozróżnienie na długie i krótkie samogłoski, wiele gramatycznych szczegółów może być wielką niespodzianką. Ba, trudniej jest się nauczyć czeskiego niż angielskiego czy francuskiego, a to właśnie ze względu na liczne podobieństwa, które są złudne i mylące. Tak naprawdę, żeby nauczyć się czeskiego, trzeba jednocześnie oduczyć się pewnych nawyków wynikających z używania języka polskiego.

Kiedyś ten kraj dla mnie nie istniał. Wszystko zmieniło się pewnego jednego dnia.

Kiedy stało się, że wreszcie miałem odwagę odrzucić ostatnie kajdany przeklętego chrześcijaństwa i przyjąć od Przyrody ten wspaniały dar, dar bycia homoseksualistą, przyjąć to właśnie jako: dar, a nie jako „przestępstwo” do którego można lub nie się „przyznawać” – wtedy góry, które rozgraniczały, zaczęły łączyć.

Zacząłem pisać z Czechami, którzy są tacy jak ja, ale w przeciwieństwie do mnie – nie wychowywali się w kraju, którym od dawien dawna rządzą religijne nakazy niegodziwego autorytetu biblii i ludzka ciemnota, zabobonność, przemocowy patriarchalizm i frankistowski maczyzm.

Początkowo pisałem po angielsku, ale nie każdy zna ten język, więc… zacząłem uczyć się czeskiego.

I stało się, że pewnego dnia, ledwie po dwóch tygodniach takiej nauki, pojechałem odwiedzić poznanego w sieci przyjaciela w Czechach. Gdy zaczęliśmy rozmawiać, on powiedział ze zdziwieniem: „Ty bardzo dobrze mówisz po czesku!”

Co się okazało? Zawsze, od małego miałem wadę wymowy, za którą byłem bezwzględnie potępiany przez szkolnych, małych esesmanów w podstawówce. Okazało się, że moja wada jest wadą tylko w odniesieniu do języka polskiego, bo w Czechach… tak się właśnie prawidłowo mówi!

No cóż. Wygląda na to, pomyślałem, że urodziłem się nie w tym kraju, co trzeba.

Jakby na potwierdzenie tego odkryłem coś ciekawego. Bojar nigdy nie reagował, gdy wołałem na niego po polsku: „chodź!”. Ale bez wahania biegnie do mnie, gdy wołam po czesku: „pojd’!”

I tak doszliśmy do miejsca, gdzie szlak ostatecznie opuszcza monarchię rządzoną przez homofobów, neonazistów, maczystów, klerofaszystów, bigotów i katolickich troglodytów, czyli Polskę.

Za nami pozostało królestwo nieumarłego króla Jezusa Chrystusa. I choć opuściliśmy je tego dnia na krótko, żyję nadzieją, że któregoś dnia opuszczę je na zawsze i na zawsze zapomnę, że takie w ogóle istnieje.

Granice między państwami to tylko i wyłącznie wirtualne linie, w terenie wyznaczone przez nieistniejące proste odcinki między jednym krzyżykiem na słupku granicznym a drugim. Ale ludzie mogą sprawić, że taka wirtualna linia stanie się brutalnie rzeczywista.

Piszę to jako ostrzeżenie. Zastraszająco prawdopodobne jest, że nastanie niebawem czas, kiedy takich jak ja będzie się w Polsce wysyłać do obozów zagłady. Z imieniem Jezusa na ustach i biblią w ręku. Wtedy ta granica przestanie być tylko linią na mapie, a stanie się brzegiem ocalenia.

A tego o czym mówię już doświadcza Przyroda, bezwzględnie w Polsce eksterminowana. Wyrzyna się dziesiątki kilometrów kwadratowych lasu, żeby postawić wielkie, szpetne hotele i ohydne łany osiedli dla tych, którzy muszą się „pobudować”, bo inaczej „będzie siara”. Do wilków strzela się bez żadnych ograniczeń, a w mediach wrzeszczy się, że wilki napadają, mordują, gwałcą.

I choć wiele się w ostatnich latach zmieniło: coraz więcej ludzi przeciw temu protestuje, coraz więcej ludzi porzuca wiarę w galilejskie zombie i coraz więcej ludzi kocha, naprawdę kocha w Polsce Przyrodę – to jeszcze wielu lat potrzeba, żeby te zmiany na lepsze nie były tylko powierzchowną, chwilową modą, jaskółką, która wiosny nie czyni. Wielu lat potrzeba i przemian pokoleniowych, żeby to, co dobre rozpowszechniło się i utwierdziło. Bo do tego trzeba dojrzeć, a to nie dzieje się z dnia na dzień.

W Czechach ludzie mają to już dawno za sobą.

Samotnie stojący w lesie, kamienny krucyfiks przypomina, czym były Czechy przez wieki i dlaczego stały się tym krajem, którym są teraz.

W Czechach bowiem, w przeciwieństwie do większości Europy, a już na pewno w przeciwieństwie do Polski, wiarę chrześcijańską traktowano i przeżywano na poważnie. Dlatego właśnie to ten kraj jako pierwszy podniósł bezwzględny bunt przeciwko władzy renesansowych papieży i ich zdeprawowanej, przegniłej korporacji.

W innych krajach mówili: owszem, wiemy że papieże się kurwią, że kardynałowie mają własne burdele, w których i kobiet, i ładnych chłopców nie brakuje. Wiemy, że liturgia katolicka, w której ubrany w cudaczne szmaty czarownik mamrocze coś do ołtarza wypinając tyłek na ludzi jest absolutnym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co można przeczytać o pierwszych chrześcijanach. Wiemy, że Kościół to przeżarty korupcją dom handlowy, w którym sprzedaje się polisę na życie wieczne tak, jakby ktokolwiek na tej ziemi był w stanie taką wystawić! Wiemy, że Kościół naraz głosi, że biblia to prawdziwe słowo boga skierowane do ludzkości, a jednocześnie rękami i nogami broni się, żeby nikt spoza ścisłego grona wtajemniczonych rozpustników przypadkiem tej biblii nie przeczytał i nie zaczął się nad nią zastanawiać. Tak, mówiono wszędzie: wiemy to wszystko, ale co z tego? Tak było, jest i będzie, trzeba to zaakceptować, a nawet polubić się to da, bo przy fortunie Kościoła niejedna prywatna może też urosnąć.

Wszędzie tak mówiono. Ale nie w Czechach. Ludzie byli tu bardzo, ale to bardzo pobożni i bardzo poważnie traktowali to, w co wierzyli. Dlatego w końcu stwierdzili, że to wszystko, co reprezentuje sobą zachodnie chrześcijaństwo, jest dla nich niedopuszczalne.

To tutaj duchowni jako pierwsi wyrzucili na śmietnik szmatki z koronkami, w których do dzisiaj lubują się katoliccy księża, kłócąc się przy okazji, czy brak szmatki zwanej manipularzem decyduje o „ważności” mszy.

To tutaj biblię otworzono, przetłumaczono i zaczęto czytać. To tutaj, zaczęto udzielać komunii pod dwiema postaciami. To tutaj zniesiono celibat, tutaj obalono biskupów, kardynałów i rozpędzono całe to żałosne towarzystwo. To tutaj, gdy Kościół w swojej tradycyjnej wściekłości postanowił zrobić to, co i dzisiaj chce zrobić w Polsce, to jest wyrżnąć w pień wszystkich, którzy się z nim nie zgadzają – wyprawy krzyżowe skierowane przez Kościół dostały tak po dupie, że biskup wrocławski w samych gaciach uciekał przed husytami.

Nic dziwnego więc, że Czesi jako pierwsi dojrzeli też do zrozumienia, że skryta za pozłacanymi ołtarzami, łacińskimi księgami, zamglona dymami kadzideł i kopciem gromnic prawda… jest kolejną, żałosną mitologią, odbierającą radość życia i pełną fantasmagorii. Pierwsi przeczytali biblię ze zrozumieniem i doszli do wniosku, że jej wartość nawet jako dzieła literackiego, a co dopiero moralnego i duchowego drogowskazu – jest żadna.

I nic dziwnego, że dewizą tego kraju jest właśnie ta: Pravda vítězí. Prawda zwycięża. Warto zaznaczyć: „zwycięża” a nie: „zwycięży”. Bo dochodzenie do prawdy odbywa się wyłącznie przez eksperyment, doświadczenie i nauki ścisłe, a te nigdy nie są dokonane i nigdy nie będą, zawsze będą niekończącą się podróżą, w której po znalezieniu odpowiedzi na jedno pytanie dostajemy w pakiecie dziesięć nowych.

Prawda to nie ukryty w niebiosach żałosny bóg – Jezus, nie jest zapewniona na zasadzie obiecanki – cacanki na nieokreśloną przyszłość „po śmierci”, której zwyczajnie nie będzie. Prawda to coś, co zdobywać należy już teraz i się tego nie bać.

I to mnie łączy z tym krajem, że gdy byłem chrześcijaninem, bardzo poważnie traktowałem swoją wiarę. I właśnie dlatego doświadczyłem jej dogłębnie i dlatego odrzuciłem ją z obrzydzeniem, bo poznałem, że każde słowo ewangelii jest kłamstwem.

Pravda vítězí. Także w tym, że to w Czechach Georg Mendel położył podwaliny pod genetykę, a Czech Jan Evangelista Purkyně dał początek nowoczesnej histologii.

Dlatego też samotny krucyfiks w lesie jest teraz tylko tym, czym jest: tylko i wyłącznie zabytkowym punktem orientacyjnym zwanym Machovský kříž od nazwy położonej trzy kilometry na południowy zachód stąd miejscowości.

Ważnym punktem na mapie dawnych turystów oprócz Szczelińca Wielkiego była góra Hvězda, popularny punkt widokowy i atrakcja turystyczna, wznosząca się w północnej części Broumovských stěn. Szlak łączący te dwa miejsca był niegdyś od dawna bardzo uczęszczany, dlatego po drodze napotkać możemy ślady bodaj pierwszego „oznakowania turystycznego” w tych górach.

Strzałki wskazywały kierunek, „H.” – Heuscheuer, czyli Szczeliniec, a pięcioramienna gwiazda – Hvězdu. Cyfra, o ile zdążyłem się zorientować w czasie wędrówki, oznaczała, ile jeszcze takich, rozmieszczonych w miarę regularnie oznaczeń zostało.

Dzisiaj prawda zwycięża także w tym, że poza atrakcją turystyczną dla ludzi, obszar Broumovských stěn jest narodowym rezerwatem przyrody i domem wielu rzadkich ptaków, na przykład sóweczki zwyczajnej Glaucidium passerinum, która gniazduje na skałach. Żyje tu również inna rzadka sowa włochatka zwyczajna Aegolius funereus. Zamieszkuje ona wyłącznie dziuple w starych drzewach, czyli takich, jakich niebawem już w Polsce nie będzie, bo przeszkadzają zbrodniarzom zarządzającym lasami. Mieszka tutaj także jedna z największych sów na świecie, czyli puchacz zwyczajny Bubo bubo, który z kolei wybiera wysokie, skalne wieże i bloki, podobnie jak inny tubylec, sokół wędrowny.

A że skalnych wież i kamiennych przepaści tu nie brakuje, przekonamy się już niebawem.

Dochodzimy do przełęczy, na której znajduje się kolejny relikt dawnej, poważnie traktowanej religijności: Pánův kříž. Nie został ustawiony tutaj przypadkowo, niegdyś przebiegała bowiem tędy uczęszczana trasa pielgrzymek do Wambierzyc i położonego w tej miejscowości bogato urządzonego miejsca maryjnego kultu. Przełęcz, na którą trzeba się najpierw wdrapać, żeby potem z niej schodzić – jest naturalnym miejscem odpoczynku, a wybudowany tu w 1827 roku Pánův kříž, czyli Pański Krzyż miał przypominać pielgrzymom, że nie są na pikniku i mają się modlić, pokutować i jęczeć, bo jakiś Jezus umarł.

A my z radością pozostawiamy za sobą resztki dawnej pobożności aby ujrzeć, że to Przyroda jest najwspanialszym sanktuarium, to ona jest prawdziwie święta, wszechmocna i wszechogarniająca.

Wychylające się z wolna z lasu skalne grzyby zwiastują, że blisko nam do celu naszej dzisiejszej wyprawy, czyli Božanovskeho Špičáka.

Broumovské stěny są długim łańcuchem górskim, który w narysie przypomina kość, bo posiada szerokie końce i węższy trzon. Koniec skierowany ku Szczelińcowi Wielkiemu to trzy wysokie na ponad 700 metrów n. p. m. góry: Koruna, Božanovský Špičák oraz Signál.

Skałom ponadawano przez wieki przeróżne nazwy, odwołujące się do ich kształtów, które tutaj czasami aż zadziwiają, wydają się bowiem dziełem ludzkich artystów, podczas gdy stworzył je kaprys erozji.

Na początku drogi napotykamy potężny grzyb skalny, zwany Kovadlina, czyli Kowadło.

Skalne grzyby nie są jednak żadną osobliwością w tej krainie, w całości zbudowanej z wielu różniących się od siebie warstw osadów morskich, z których jedne bardziej się opierają rzeźbieniu przez deszcz, wiatr i mróz, niż inne. A że odporniejszy piaskowiec gruboziarnisty leży tu na cieniutkich i zróżnicowanych warstewkach bardziej podatnego, stąd częstym widokiem w Górach Stołowych są właśnie szerokie czapy skalne, nakrywające węższe, mocniej zerodowane trzony.

Cierpliwości jednak! Dopiero wstępujemy do kamiennej świątyni Božanovskeho Špičáka. Świątynie Przyrody są zawsze jednocześnie bibliotekami, w których inteligentny umysł może przeczytać rzeczy dużo bardziej wartościowe niż w biblii i w przeciwieństwie do niej – prawdziwe.

Martwe drewno walające się w poszyciu lasu porastają w lecie żółte, lekko rozgałęzione wyrostki. To grzyb pięknoróg największy Calocera viscosa. Od innych gatunków można go odróżnić po tym, na jakim drewnie wyrasta – pięknoróg szydłowaty występuje wyłącznie na drewnie drzew liściastych, podczas gdy tutaj mamy świerkowe. Wielkość też jest ważna: inny, bytujący na drewnie drzew iglastych gatunek, pięknoróg dwuprzegrodowy nie osiąga zwykle więcej, jak 1 cm długości.

Czym są grzyby? Ludzie (im głupsi, tym mocniej) widzą w nich tylko ryzykowny dodatek kulinarny. Tymczasem Przyroda, co powtarzam z uporem maniaka, nie jest dla ludzi, nie dla ludzi powstała i nie ludzie powinni z niej korzystać. Przyroda jest dla siebie samej, dla siebie samej powstała i ona sama z siebie ma prawo korzystać. Ludzie w tym mogą uczestniczyć, ale tylko na tyle, na ile będą Przyrody częścią – czyli na tyle, na ile za to, co z Niej biorą zapłacą.

Grzyby to windykatorzy Przyrody. To one odbierają dług Jej należny, a świadkami egzekucji tegoż długu jesteśmy właśnie świadkami, gdy widzimy złociste owocniki pięknoroga wystające z próchniejącego drewna.

Ciała martwych organizmów są prawem Przyrody przeznaczone do odzysku – mają zostać rozłożone na prostsze związki organiczne, aby nowe pokolenia istot żywych mogły z nich korzystać, żywić się nimi, budować swoje ciała i przeżywać cykl swojego istnienia.

To pierwsza prawda, o której przeczytać możemy na zboczach Božanovskeho Špičáka. Ale! Nie wystarczy przeczytać, trzeba jeszcze tę prawdę przyjąć do wiadomości, a nie przeciw niej wierzgać, jak to ludzie w Polsce zwykli robić. Uczepili się kłamstw gwałciciela Jezusa, który im wmówił, że dla nich wszystko istnieje, a Przyroda jest dziwką, którą polskie, spasione, spocone, śmierdzące byczki mają prawo do woli wykorzystywać za darmo.

Otóż nie, bo gdy pójdziesz do ziemi, grzyb stoczy twoje ciało tak, jak stoczył ciało Jezusa, Mahometa, Buddy i wszystkich proroków, mędrców, królów i polityków z przeszłości, niezależnie od tego, jak bardzo nieśmiertelnymi by się mienili. Oto z mocy nadania Przyrody grzyby mają prawo odebrać to, co człowiek przez lata swojego życia rabował i czym się spasał.

Jednak kamienne sanktuarium skał ma nam jeszcze do zaoferowania inną, dużo trudniejszą do przełknięcia prawdę. Ale – w swoim czasie.

Nim w pełni poznamy tajemnice Božanovskeho Špičáka, wstąpić możemy na brzeg skalnych przepaści, żeby ujrzeć w całej okazałości majestat tej krainy, którą dane nam jest teraz odwiedzać.

Na stoliwie Szczelińca Wielkiego w oddali widać najwyższy jego punkt, Tron Fenrira, tron, który w przeciwieństwie do innego, wielkiego tronu umieszczonego w bazylice Piotra na Watykanie, nie wznosi się na skrytej grabieży i kłamstwie, ale na prawdzie, tej brutalnej, twardo stąpającej po ziemi, unurzanej w bagnach, porośniętej grzybami, pajęczynami i pnączami.

Nieco na prawo od Szczelińca Wielkiego wznoszą się odległe Błędne Skały, a u ich stóp – dolina wspomnianego już, czeskiego miasteczka Machov.

Ludzkim bogom trzeba budować wymagające nieustannych remontów dachy, żeby nie zmokli, nie zgnili i nie poszli do ziemi, bo jak by to wyglądało? Taka wtopa propagandowa! A że przeciekający dach zawsze jest dobrym pretekstem do tego, by od wiernych domagać się kolejnych ofiar, tym chętniej takie dachy się ludzkim bogom stawia.

Tymczasem Przyroda ma dach nieba, nieskończonej przestrzeni Ciemności między Gwiazdami, dach błękitnej atmosfery ziemskiej i wody uformowanej w fantastyczne i wciąż zmieniające się zasłony chmur.

Pod tym dachem dla każdego jest miejsce, nie tylko dla białego, heteroseksualnego, polskiego, katolickiego macho. I to jest prawdziwie „dobra nowina”.

Przyroda też wyznaczyła dla ludzi swoich kapłanów – którzy mają to z katolickimi wspólnego, że też lubią się narzucać z fizyczną bliskością, ale w przeciwieństwie do nich są o wiele milsi w dotyku.

Bojar jest moim kapłanem Przyrody, bo to on mnie do niej wprowadza. W jego umyśle nie ma podstępu i kłamstwa, a wszystko, co czuje i myśli natychmiast okazuje. Być z nim, to być przy prawdzie, tej, która zwycięża.

Przybrane szmaragdowymi kobiercami skały przecięte są istnym labiryntem korytarzy, niczym w jakiejś pradawnej świątyni, takiej, w której czci się nie zmyślonych bogów, ale prawdę Przyrody.

A jakąż to prawdę trudną do przełknięcia nawet dla tej „bardziej oświeconej” części społeczeństwa owe tajemne korytarze zawierają? Proszę, oto ona. W całej swojej brutalności.

Kočka, czyli kot. A prawda, ukazana przez tę skałę brzmi: Nic nie warta jest ludzka sztuka i kultura, bo Przyroda może na drodze czystego przypadku wyrzeźbić taką samą, albo i piękniejszą sztukę.

Niepotrzebni są ludzcy artyści, z których najwięksi zresztą przyznawali, że są tylko nędznymi naśladowcami Przyrody.

Umiem malować i rzeźbić, ale bardzo rzadko to robię. Bo zobaczyłem, że choćbym siedział nad obrazem miesiącami, nie będzie ani trochę tak piękny jak drzewa czy góry, które chciałbym namalować. A gdy pewnego dnia, gdy jeszcze pracowałem jako stolarz kazano mi w dębowym drewnie wyrzeźbić ornament w kształcie… dębowych liści, aż roześmiałem się przez łzy nad bezsensownością tego trudu. Bo jakże żałosne jest: zabić prawdziwy, zieleniący się prawdziwymi, żywymi liśćmi dąb, żeby teraz wydłubywać w jegp drewnie żałosne naśladownictwo jego kształtów!

Ludzie chlubią się swoimi malowidłami, rzeźbami i budowlami, wznosząc z nich swoje wstrętne i w zasadzie potwornie brzydkie świątynie takie jak ta watykańska czy na Lateranie. Mówią, że sztuka jest dowodem i szczytowym wyrazem wyższości człowieka nad Przyrodą. Ale zagubiona w czeskich Górach Stołowych Kočka bezwstydnie sika na tę fanfaronadę, na to obrzydliwe kłamstwo, kłamstwo oczywiste dla każdego, kto stanie przez skałami Božanovskeho Špičáka.

Tak, bo oto te skały powstały przez przypadek, przez złożenie przypadkowej nieciągłości składu chemicznego lawy, która zastygała w góry, które zawirowania wiatru, wody i niestałość mrozu rozsadziły w piasek, przypadkowym sposobem naniesiony na zamulone dno płytkiego morza, gdzie znów: przypadkowo tu, a obok już nie – odłożyły się lepiej przylegające do siebie i lepiej sklejone ziarna piasku. Powstały te skały przez przypadek tego, że zostały wydźwignięte pod niebo przez kaprys ruchów tektonicznych, a następnie przez nieobliczalną złożoność atmosfery wyrzeźbione.

Nie kierował tym żaden umysł, żadna inteligencja, tym samym udowadniając, że nic jest nie warty ten ludzki rozum, którym się tak ludzie w swojej tak naprawdę skończonej głupocie się pysznią.

I jakby na urągowisko temu ludzkiemu zarozumialstwu Przyroda tuż obok ustawiła skałę, którą nazwano Ponorka, czyli… „okręt podwodny”.

Atomowe okręty podwodne są dzisiaj chyba najbardziej skomplikowanymi dziełami i szczytowymi osiągnięciami ludzkiej techniki, ale powstały tylko dzięki pokornemu i przez wieki trwającemu obserwowaniu i poznawaniu praw i tajemnic Przyrody. I, co najważniejsze, jeśli coś taki okręt podwodny udowadnia, to tylko to, że największe dzieła ludzkości powstały tylko i wyłącznie dla nienawiści, rozlewu krwi i wojny, a nie dla miłości i radosnego, szczęśliwego życia.

No i wspomnieć należy, że sam fakt, że reaktor atomowy dostarcza energii, że okręt podwodny pływa, że jest w stanie nawigować, wytrzymywać ciśnienie głębin morskich i tak dalej – dowodzi, że nauka działa. W przeciwieństwie do religii, która nie działa, bo choćby wyznawcy Jezusa zawodzili do niego całymi dniami i nocami – co zresztą robią – ani jedna choroba nie zostanie uleczona, ani jeden obiad ugotowany, ani jeden kufel piwa uwarzony, ani jedna łza otarta i ani jedno życie nie stanie się dzięki temu szczęśliwe.

Przykro mi, człowieku, przykro mi, Przyjacielu. Ale taka jest prawda. I czas, żeby ta prawda zwyciężała także w Tobie.

Nieopodal tych skał znaleźć można kolejne okazy tego skalnego zoo: oto Veverka a Ještěr, czyli Wiewiórka i Jaszczur.

Nieco dalej można podziwiać kolejny duet: to Želva a Velbloud, czyli: Żółw i Wielbłąd.

Nawet to, że w przypadkowych kształtach skał rozpoznajemy podobieństwa do zwierząt czy wytworów ludzkiej techniki zostało w nas wpisane mocą Przyrody, a dokładniej tego Jej Prawa, które jest najbardziej znienawidzone przez chrześcijan wszystkich wyznań: Prawa Doboru Naturalnego.

Pokolenia ludzi żyły w środowisku, w którym marną śmiercią ginął ten, kto pomylił cętki lamparta z grą cieni w listowiu, jadowitego węża z gałęzią leżącą na ziemi, a przyczajonego nieruchomo drapieżnika ze skałą. I tak odziedziczyliśmy po naszych przodkach paranoję, dzięki której oni przeżyli i naszymi przodkami się stali, bo ich mniej paranoicznych braci, siostry, kuzynów coś zdążyło upolować i zjeść. Ta właśnie paranoja każe nam widzieć tak w przypadkowo przez naturę utworzonych, jak i przez nieudolne ręce ludzkich artystów wyrzeźbionych kamieniach kształty żywych istot.

Opuszczamy teraz Božanovský Špičák i udajemy się na sąsiednią górę, czyli Signál. Niemal od razu możemy się przekonać, że nie bez kozery zbocza tej góry ochrzczono imieniem Bludiště, czyli Labirynt.

Co rusz przeciskamy się tutaj przez skalne bramy, wędrujemy setkami metrów kamiennych korytarzy, zdając sobie sprawę, że całe Góry Stołowe są właśnie tym, czym są: Świątynią Przyrody, Świątynią Wilka, Świątynią Fenrira, który kres kładzie panowaniu ludzkich bogów.

Jeden z takich tajemnych korytarzy, błądzących wśród skał prowadzi nas na miejsce olśniewające wspaniałością skalnych utworów, którym już nazw brakuje, by je opisać, tak są piękne, tak ogromne, tak wyniośle panujące nad marnymi resztkami krzyży przydrożnych i ludzkimi granicami.

Oto Junácká vyhlídka, czyli Junacki Widok.

Spod ogromnego zęba skalnego, przypominającego trochę słynne Moai z Wyspy Wielkanocnej oglądać możemy zachwycający ogrom i zieloną piękność tej krainy, krainy Gór Stołowych, którą tak ukochałem niezależnie od tego, po której stronie ludzkiej granicy leży.

A jeśli już wracamy do sprawy ludzkich granic: to jest właśnie kolejna rzecz, która odróżnia Czechy od innych krajów. Jeżeli popatrzymy na hymny państwowe, a więc te utwory poetyckie, które, przynajmniej w założeniu, mają być najpełniejszym wyrazem tego, co ludzie zwą patriotyzmem, to zobaczymy od razu, czym się różni to pojęcie w czeskiej krainie od tego w Polsce i wielu innych krajach na świecie.

Po pierwsze, większość hymnów państwowych mówi o wojnie, a polski hymn nawet o dwóch: o wojnach napoleońskich i potopie szwedzkim. Żeby było śmieszniej, sławi Dąbrowskiego, o którym większość Polaków nie wie, kim był, poza tym, że w ogóle taki chyba był. Wychwala najbardziej chyba żałosny okres w polskiej historii, czyli wojny napoleońskie, kiedy to Polska oddała się francuskiemu dyktatorowi jak tania dziwka w zamian za parę zamydlających oczy i niespełnionych obiecanek. Chyba ciężko o lepszy hymn dla kraju, w którym najbardziej chwaleni są świecący gołymi tyłkami, bezpłodnie padający jak muchy „bohaterowie”, a największym sentymentem darzy się krwawe, toczone za obce sprawy wojny.

A weźmy teraz hymn Czech. Co ciekawe, mało kto w Polsce go słyszał albo choć trochę kojarzy słowa czy melodię.

Kde domov můj,
kde domov můj.
Voda hučí po lučinách,
bory šumí po skalinách,
v sadě skví se jara květ,
zemský ráj to na pohled!
A to je ta krásná země,
země česká, domov můj,
země česká, domov můj!

Czyli:

Gdzie jest mój dom,
gdzie jest mój dom.
Woda huczy wśród łąk,
bory szumią pośród skał,
w sadzie pyszni się wiosenny kwiat,
widać że to ziemski raj!
Oto jest ta piękna ziemia,
ziemia czeska – mój dom,
ziemia czeska – mój dom!

Naprawdę, nie chce mi się tego komentować, poza tym, że oczywiste chyba jest dla każdego, kto choć trochę poznał Świątynię Wilka, która wersja patriotyzmu jest mi bliższa.

Przyroda za nic ma ludzkie, nadęte jak bliskie pęknięciu balony pojęcia honoru, waleczności i męczeństwa. Nie honor się liczy w Przyrodzie, ale uczciwość wobec rzeczywistości. Nie waleczność, ale skuteczność. I na pewno nie męczeństwo, ale na tyle długie i przyjemne życie, na ile tylko się da.

Przed skalną głową znajduje się niewielki, osłonięty potężnymi wieżycami dziedziniec.

I jak z dziedzińca jakiegoś zamku, tak i tutaj wychodzimy przez wąską, łatwą do obrony bramę – jakby Przyroda chciała nam powiedzieć, że pomimo pychy ludzkiej cywilizacji i jej pozornej potęgi, Przyrodzie łatwo będzie obronić swoje prawa. Bo ona ma czas, a ludzie muszą się bezustannie spieszyć, a i tak z niczym się nie wyrabiają.

I jakby żartem pozdrawia nas z jednego ze skalnych okien Tuleň, czyli Foczka.

Skomplikowane, skalne struktury są jednak nie tylko piękne i cieszące oczy. Tworzą wygodny dom dla mnóstwa istot, dom, którego nie mogłaby zapewnić monotonna równina.

Myślę, że bardzo wiele pozostało do zbadania w korytarzach świątynnych Gór Stołowych i na pewno nie poznaliśmy jeszcze wszystkich gatunków ptaków, ssaków, gadów, owadów, pajęczaków czy wielu, wielu innych zwierząt, nie wspominając o grzybach, roślinach czy nawet bakteriach, którym Przyroda dogodziła urozmaiconą powierzchnią gór i skalnych przepaści.

Oto w zagłębieniach znaleźć możemy niewielkie, dobrze ocienione mokradełka, tak cenne dla roślin, które z trudem znalazłyby sobie miejsce w zwykłym, często osuszonym przez potężne korzenie drzew lesie płaskich nizin.

Tu z wolna kończy się labirynt, a sam szczyt Signála zdobią już pojedyncze zapadliska, płytkie dziedzińce skalne, często skryte pod grubymi warstwami mchów, krzewin i krzewów.

To miejsce pełne spokoju i ciszy, miejsce jakby stworzone do tego, żebyśmy wędrując, mogli się zastanowić nad tym, czego nas dziś Przyroda nauczyła.

Dopiero na zboczu góry, gdy już zaczynamy z niej schodzić, możemy napotkać kolejne, okazałe skały,

A w każdej z nich zapisana jest ta właśnie, fascynująca historia tej krainy, która z dna morza została zamieniona w góry. Galilejski guru obiecywał swoim wyznawcom, że jeśli będą w niego wierzyć, to gdy rozkażą górze, by rzuciła się w morze, to ona to zrobi, ale – niespodzianka – jak dotąd nawet połączona moc żarliwej wiary miliarda chrześcijan nie poruszyła ani kamyka, podczas gdy jakby na przekór okrutnemu, ludzkiemu bogu Przyroda tutaj właśnie zrobiła na odwrót, bo z morza wydźwignęła góry.

Tym samym Świątynia Gór Stołowych jest jednym, wielkim, cudownym bluźnierstwem, wprost wykrzyczanym w pysk niegodziwym, ludzkim bogom wszystkich religii i wierzeń, bluźnierstwem, przeciw któremu mogą one jedynie skowytać ze swoich ambon i bezsilnie potrząsać swoimi upierścienionymi rączkami.

A gdyby ktoś, co przecież się zdarza w świecie zaciemnionych przez biblijne zabobony umysłów stwierdził, że również te skały stworzył ich bóg, to wystarczy się rozejrzeć, żeby pustym śmiechem zareagować na takie idiotyczne stwierdzenie,

Do dziś wyraźnie widać krawędzie pęknięć, jakie formowały tutejszy krajobraz i wciąż w tempie dla ludzi zbyt powolnym, by mogło być dostrzegalne – je kształtuje.

Jeżeli stwórcą tych gór jest jakiś żałosny bóg, to należałoby również nad stłuczoną filiżanką śpiewać hymny ku jego czci, a to, że pękła i jak pękła – uważać za cud, który „jedynie bóg” może uczynić.

Nie bóg, lecz Przyroda sama się stwarza, kształtuje i buduje swoje piękno. I nie śmieszny bełkot biblijnych opowiastek zawiera prawdę, ale fizyka, chemia i biologia.

Tak dochodzimy do ostatniej stanicy dzisiejszej wyprawy, czyli do Soví hrádku, Sowiego Gródka.

Nie należy się dziwić tej nazwie, biorąc pod uwagę to, ile rzadkich gatunków sów upodobało sobie okolice Božanovskeho Špičáka, także ze względu na unikatowe ukształtowanie powierzchni. Tylko czekać, aż dzięki troskliwej ochronie tego miejsca powróci tutaj starodrzew bukowy, zepchnięty na północną część Broumovských stěn przez lata niemądrego gospodarzenia, które Czechy mają za sobą, a Polska w trakcie i długo przed sobą.

Soví hrádek swoją nazwą odwołuje się do tego, czym były przeróżne zamki, grody i osady obronne: były refugium, miejscem ucieczki, miejscem bezpiecznego schronienia w czas napaści.

Tak i ta wyprawa była dla mnie ucieczką, tytułową dziś ucieczką do prawdy.

Ludzie, zwłaszcza ci w Polsce, uciekają nie do, ale od prawdy. Uciekają w świat obrzędów liturgicznych, Kościoła, mistyki, teorii spiskowych, „niepodważalnych” autorytetów i medialnych uproszczeń.

A przecież – Przyjacielu, zobacz! – że obrzędy liturgiczne są niczym innym, jak teatrem, w którym zresztą drogo się płaci za wstęp i szatnię. Kościół, to nic innego, jak Disneyland, gdzie zarabia się na bajkach.  Mistyka chrześcijańska to nic innego, jak przenoszenie potrzeby bliskości i seksu na nieistniejącego, wyobrażonego kochanka z nieba. Teorie spiskowe to mity, pozwalające dać półgłówkom fałszywe poczucie, że umieją wytłumaczyć rzeczywistość. Autorytety to żałośni dyletanci, którzy ciętym językiem, a nie wiedzą, zdobyli poklask i bezkrytyczne, fanatyczne uznanie mimo tego, że nie znają elementarnych podstaw tych spraw, o których się raczą wypowiadać. A medialne uproszczenia to najłatwiejsza droga dla głupca, żeby odetchnął z ulgą, powiedział sobie, że jest najinteligentniejszą istotą na ziemi, a zwierzęta są bezrozumne, naukowcy to bełkocący, nienormalni dziwacy i „pedały”, bez potrzeby komplikujący to, co przecież jest tak proste, łatwe i przyjemne.

I tak wiecznie uciekają od prawdy, a potem płaczą, gdy im prawda złoi tyłek.

Kim jesteś, Przyjacielu, który to czytasz? Czy masz odwagę w sercu, żeby uciekać nie OD prawdy, ale DO prawdy? Czy masz odwagę poznawać Przyrodę taką, jaka jest mimo, że wszystko w niej brutalnie gwałci nasze ludzkie przyzwyczajenia, wygodne przeświadczenia, święte mądrości i „niekwestionowany” autorytet samego, ludzkiego boga?

Prawda tym się różni od kłamstwa, że o kłamstwie jego głosiciele muszą z nadzieją w głosie mówić: „Prawda zwycięży” – kiedyś tam, w świetlanej, obiecanej przez Jezusa, Mahometa, Stalina czy Napoleona przyszłości. Kiedyś tam, najlepiej po śmierci, żeby nikt nie mógł wrócić z reklamacją.

Tymczasem prawda Przyrody nie „zwycięży” ale „zwycięża” – teraz, i nie czeka na nieistniejące życie wieczne po śmierci. Ona realizuje wieczne życie ZE śmierci, z rozkładu i zgnilizny pokoleń obumarłych organizmów żywych wywodząc nieskończone piękno i złożoność życia.

Czy masz odwagę ją poznać? Nie czekaj. Bo Pravda vítězí, niezależnie od tego, czy się komukolwiek wśród ludzi podoba, czy nie.

Jedna odpowiedź do “UCIECZKA DO PRAWDY I KAMIENNE ZOO, CZYLI WYPRAWA NA BOŽANOVSKÝ ŠPIČÁK”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.