CICHY SYLWESTER, CZYLI WYPRAWA NA WYSOKI KAMIEŃ

Pewnego bardzo, ale to bardzo dziwnego dnia wyruszyliśmy z Bojarem znów w Góry Izerskie. Wyruszyliśmy, aby znów dać się zadziwić Przyrodą.

Sylwester to bardzo dziwny dzień. Jest ostatnim dniem roku w ludzkim kalendarzu i jako taki traktowany śmiertelnie poważnie tak, jakby coś rzeczywistego tego dnia się kończyło, a zaczynało się nowe.

O ile rok jako jednostka czasu ma swoje uzasadnienie w rzeczywistości – a jest nim czas obiegu Ziemi wokół Słońca – to wyznaczanie, kiedy dany rok ma się zacząć, a kiedy skończyć jest już sprawą czysto umowną. Możemy na okręgu zaznaczyć punkt i powiedzieć: tu się zaczyna okrąg – ale sam okrąg ze swojej natury nie ma początku ani końca. Tak samo czas, choć toczy się pewnymi cyklami Przyrody takimi jak pory roku czy obieg jednego ciała niebieskiego wokół innego – nie ma, przynajmniej w naszej skali – konkretnego początku i końca. Dlatego też na przestrzeni dziejów różne dni ludzie wyznaczali jako początek nowego roku i koniec starego.

I tak dawny kalendarz rzymski rozpoczynał się równonocą wiosenną, a więc pod koniec marca. Dopiero po reformach Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta przesunięto koniec roku na 31 grudnia – jednak był to tylko umowny dzień okresu rozliczeniowego i funkcjonował w sferze urzędowej, podczas gdy zwykli ludzie nadal żyli cyklem kalendarza religijnego, a ten, tradycyjnie rozpoczynał się w marcu.

Starożytni Egipcjanie liczyli nowy rok od 29 sierpnia, Aztekowie – od 12 lutego, Chińczycy – 4 lutego, a francuscy rewolucjoniści uznali za początek roku datę 22 września, gdyż w tym to dniu oficjalnie ustanowiono republikę. Starożytni Grecy nowy rok obchodzili gdzieś w lipcu – „gdzieś”, gdyż dni miesięcy liczyli według faz księżyca, a te wypadają w różne dni naszego obecnego kalendarza. Podobnie ma się sprawa z kalendarzem hebrajskim, który również rozpoczynał się „gdzieś” w marcu.

Tę przydługą wyliczankę popełniłem, Przyjacielu, po to, żeby pokazać Ci, jak niemądre jest traktowanie sylwestra jako dnia szczególnego, wyjątkowego i dnia, który zmienia coś więcej, niż tylko kalendarz na ścianie.

I jeżeli jest jakiś sens w obchodzeniu tego dnia, to tylko w takim celu, w jakim został ustanowiony – jako umowny czas rozliczenia, podsumowania rocznych zysków i strat – bo w końcu takie coś trzeba raz na jakiś czas zrobić.

W ten to dziwny dzień odbyliśmy z Bojarem więc wędrówkę po Górach Izerskich. Tym razem Przyroda oprowadziła nas po tajemnicach czasu, światła i pozwoliła dokonać nam podsumowania tego, jak wielkimi jesteśmy szczęściarzami.

Zanim opowiem o tej wyprawie, chcę Cię, Przyjacielu przeprosić, że nieco zepsuję zimowy nastrój przez to, że od czasu do czasu będę się posiłkował zdjęciami wykonanymi latem – ale podczas tej sylwestrowej wyprawy nie wszystko, co chciałbym Ci pokazać sfotografowałem, a to dlatego, że nawet nie myślałem wtedy, żeby naszą drogę opisywać.

O czym myślałem wtedy? Na pewno nie spodziewałem się tego, co wówczas było przede mną, a co dziś – po dokładnie roku – jest już za mną. Myślę, że i Ty tak masz.

Wyruszymy dzisiaj na Wysoki Kamień, jeden z najwybitniejszych szczytów Izerskich Gór. Z Kotliny Jeleniogórskiej widoczny jest jako stożkowata góra, wyrastająca między Karkonoszami a Grzbietem Kamienickim.

Wyprawa na Wysoki Kamień jest jednocześnie Wyprawą na Grzbiet Wysoki Gór Izerskich, i dziś przejdziemy niemal połowę tegoż Grzbietu.

Pierwszym naszym przystankiem na drodze będą położone nieco powyżej miasteczka Piechowice ruiny pomnika feldmarszałka Moltkego.

Ta monumentalna budowla została tutaj ustawiona w 1896 roku, pięć lat po śmierci niemieckiego bohatera narodowego, feldmarszałka Helmutha Karla Bernharda von Moltke, szefa sztabu generalnego królestwa Prus, autora błyskotliwych zwycięstw w wojnach Prus przeciwko Danii, Austrii i Francji, które to zwycięstwa doprowadziły do powstania zjednoczonego Cesarstwa Niemieckiego w 1871 roku.

Cesarskie Niemcy to kraj o tyle podobny do dzisiejszej Polski, że co rusz wykwitała tutaj jakaś forma kultu jednostki. Do niesmacznych rozmiarów, porównywalnych z kultem Jana Pawła II w Polsce, urósł tu kult Bismarcka, pierwszego kanclerza cesarskich Niemiec. Gdy nagle zmarł drugi z kolei cesarz, Fryderyk, również i na jego cześć gdzie się dało wnoszono pomniki, odsłaniano tablice, nazywano jego imieniem góry, skały, wieże.

Charakterystycznym znamieniem kultu jednostki w każdej chyba kulturze jest to, że łączy się ona z pyszałkowatym podporządkowywaniem pod kult ludzkich bohaterów – elementów Przyrody: skał, lasów, gór.

Nie inaczej było tutaj. Dawne Rzeźnicze Skały, nazwane tak od prowadzonej niegdyś w okolicy ubojni trzody – przemianowano na Skały Moltkego. Ale to był dopiero początek. Pomnik stał się zwornikiem całej „instalacji” kultu feldmarszałka, a przy okazji – (o ile nie był to tak naprawdę pierwotny i najważniejszy cel) – atrakcją turystyczną, na której można było nieźle zarobić.

A więc tuż obok pomnika wybudowano gospodę z wyszynkiem, na skałach ustawiono drewnianą wieżę widokową, tunel kolejowy, który w kilka lat później przebito nieco poniżej skał oczywiście natychmiast nazwano imieniem von Moltkego, a na dokładkę, wzniesione nieopodal duże sanatorium nazwano dumnie: „Heilstätte Moltkefels”.

Dziś las strawił tę ludzką fanfaronadę, pozostawiając nam rozpadające się resztki kamiennego monumentu.

Dziś w środku pomnika zieje wielkie okno, przez które wyziera lita skała, ale niegdyś to właśnie tutaj znajdowała się tablica ku czci von Moltkego. Na tle pruskiego orła, zwieńczonego niemiecką koroną cesarską widniał profil feldmarszałka, podpisany datami jego urodzin i śmierci.

Pod profilem von Moltkego umieszczono także cytat jemu przypisywany, a który chyba był najwartościowszą rzeczą w całej bufonadzie tutejszego założenia. Brzmiał on: Erst wägen dann wagen, co można niemal dosłownie przetłumaczyć jako: „Najpierw zważaj, potem się odważaj”.

Po II wojnie światowej pomnik obrócił się w ruinę, a skały nazwano Zbójeckimi. Czy nazwa ta, niemająca żadnej historycznej podstawy była złośliwym komentarzem do osoby czczonego tu feldmarszałka? Nie wiadomo, ale to bardzo prawdopodobne.

Zanim stały się atrakcją turystyczną i pomnikiem pruskiego stratega, Zbójeckie Skały były też pierwszym etapem lokalnego przemysłu. To tutaj, w położonych na zboczach góry sztolniach wydobywano piryt, czyli siarczek żelaza. Był on niezbędny dla działającej od II połowy XVIII wieku w dolinie poniżej Witriolejni, czyli zakładu produkującego kwas siarkowy. Dziś nie brzmi to dumnie, ale w tamtych czasach Witriolejnia była odpowiednikiem dzisiejszego zakładu produkcji grafenu czy innego supernowoczesnego materiału przyszłości. Jej przedsiębiorczy właściciel Preller szybko wykorzystał wielkie zainteresowanie, jakim przyjeżdżający w Karkonosze turyści darzyli jego fabryczkę i udostępniał zakład do zwiedzania.

Burzliwe to dzieje – dziś minione, mimo starań jak zawsze nienażartych pieniędzy ludzi, którzy ustawili tutaj tandetną i potwornie brzydką platformę widokową.

Przyroda zawsze zwycięża, a rany sobie zadane goi tak skutecznie, że dziś starty liści zasypują wyloty dawnych sztolni i trzeba sobie sporo zadać trudu, aby wszystkie ślady po dawnej działalności człowieka w okolicy odszukać.

Działalność człowieka i jej ślady są bardziej efemeryczne, niż się nam wydaje, a Przyroda potrafi w niszczeniu śladów po nas być bardzo… ironiczna.

Gdyby ludzka cywilizacja dziś zniknęła, za marny milion lat nie zostałby po nas żaden, nawet najmniejszy relikt, żadna nasza budowla, żadne sztuczne tworzywo nie przetrwałoby takiego czasu. I – o ironio! – jedynym, co miałoby szansę dotrwać do roku milionowego po naszym końcu – byłyby skamieniałe kości ludzkich szkieletów.

Goli na ten świat przyszliśmy i goli odejdziemy. Dotyczy to zarówno każdego pojedynczego człowieka, jak i całej ludzkości.

Same Zbójeckie Skały są częścią swoistego „uzębienia” Wysokiego Grzbietu Gór Izerskich, grzbiet ten bowiem ma bardzo zróżnicowaną budowę geologiczną i poza zasadniczo granitowym korpusem, zawiera sporo skał metamorficznych, czyli przekształconych przez wysoką temperaturę i ciśnienie w twardsze, odporniejsze na wietrzenie hornfelsy.

Te właśnie odporniejsze na rzeźbienie przez deszcz, wiatr i zmiany temperatury części pozostały w postaci ostrych, wystających z górskiego grzbietu skał – podczas gdy pozostałe poddały się, stając się z wolna podłożem dla lasu.

Wspinając się pod górę napotykamy kolejny ślad pożartej przez Przyrodę ludzkiej działalności.

Dziś już nikt nie ma pojęcia, do czego to coś służyło. Niewielka, rozsypująca się betonowa budowla na ceglanej podmurówce, sądząc po wieku drzew wpijających się w jej fundamenty może mieć około osiemdziesięciu lat, co by się zgadzało z czasem budowy przebiegającej powyżej szosy.

Była ona częścią ambitnego i ważnego propagandowo programu budowy dróg w III Rzeszy. Miała być częścią tzw. Drogi Sudeckiej, czyli przystosowanej do szybkiej jazdy szosą łączącą całe Sudety czeskie i śląskie. Odcinek tutejszy, łączący Szklarską Porębę ze Świeradowem Zdrojem wybudowano w latach 1935 – 1937.

Były to bardzo ciekawe lata, bo pod niektórymi względami przypominające te w dzisiejszej Polsce. Można je skwitować zdaniem: „jeszcze nikogo nie zapędzamy do komór gazowych. JESZCZE.”

Szosa utworzyła na ostrodze Wysokiego Grzbietu tzw. Zakręt Śmierci, nazwany tak pół żartem, pół serio ze względu na to, że droga zakręca tutaj niemal o 180 stopni. Jednakże wbrew nazwie miejsce to nie słynie z malowniczych wypadków samochodowych, w których co rusz jakiś pojazd wypadałby z wirażu i fontannach ognia eksplodował na zboczu poniżej. Jest to natomiast popularny punkt widokowy na Dolinę Kamiennej i zachodnie Karkonosze.

My, Przyjacielu, którzy wiemy czym jest śmierć w Przyrodzie, jak jest cennym i pięknym zjawiskiem, które nie jest przeciwieństwem, ale warunkiem życia, jego niezbędnym elementem – możemy się tylko uśmiechnąć, jak dobrze to miejsce oddaje tę prawdę. Oto miejsce nazwanie imieniem Śmierci jest jednocześnie miejscem podziwiania piękna.

Tak, wspaniała jest Śmierć, i tylko nasza ludzka pycha sprawia, że wypowiadając to słowo zaraz mamy na myśli śmierć człowieka – podczas gdy śmierć dzieje się cały czas, bez przerwy, dotyczy całego zjawiska życia i trwa razem z nim.

Ty żyjesz, ale co kilka minut umiera któraś z komórek Twoich nabłonków, na przykład naskórka. Jeśli podrapiesz się teraz, zobaczysz pod paznokciami białe resztki – to właśnie trupy komórek Twojego ciała, które już umarły.

Wilk żyje w warunkach naturalnych najwyżej 5 lat i ogromną rzadkością jest dziki wilk umierający ze starości.

A kiedy coś umiera w Przyrodzie i idzie do Ziemi, następuje prawdziwe Rozliczenie. Nas, istoty stojące – jak wilki – na szczycie piramid troficznych rozliczają saprofity – organizmy żyjące ze śmierci innych. A to rozliczenie polega na tym, że każdy składnik chemiczny, który Cię buduje, każda cząsteczka tego składnika – będą policzone i wykorzystane ponownie. Jedyne, co ma szansę – ale to bardzo, bardzo niewielką szansę! – na to, że nie zostanie wykorzystanie, to Twój szkielet. Jeśli znajdzie się w odpowiednich warunkach, ma szansę ulec fosylizacji, czyli przemianie w skamielinę.

Ale żeby coś skamieniało, musi się znaleźć po śmierci w warunkach beztlenowych. Niech to uzmysłowi Ci, jaką rzadkością jest, żeby cokolwiek uległo skamienieniu, skoro nasza planeta przepełniona jest tlenem.

Chrześcijańscy fanatycy twierdzą, ze dowodem na fałszywość Prawa Ewolucji jest brak niektórych form przejściowych między jednym a drugim gatunkiem. Lecz przecież każde, ale to każde pokolenie między nami a przodkiem Bojara, który żył około 80 milionów lat temu było formą przejściową, zmieniającą się bardzo drobnymi kroczkami, pośród pierwszych ssaków, których życie mogło liczyć najwyżej dwa – trzy lata, a więc których pokolenia przemijały w tempie kilkudziesięciu na jedno, dzisiejsze, ludzkie życie! Odległość czasu sprawia, że tylko dzięki skamienieniu szczątki tych przodków mogą dotrwać do naszych czasów. A przecież – tak rzadkie jest to zjawisko!

Ale nawet, gdybyśmy dostarczyli tym idiotom każdy szkielet każdego pokolenia istot, od nas żyjących w 2021/2022 roku, po przodka nas wszystkich i Bojara żyjącego 80 milionów lat temu – nie przekonalibyśmy tych opancerzonych głupotą nieszczęśników, że ich guru Jezus jest kłamcą, ich księga święta – zbiorem bajek, a ich ten czy inny kościół – przedsiębiorstwem, zarabiającym na ich ciemnocie.

Trafnie tę sytuację zilustrował w jednej ze swoich książek Richard Dawkins mówiąc, że religianci przypominają adwokata na sprawie sądowej o morderstwo. Dowody, posiadane przez oskarżycieli są miażdżące: mamy ofiarę, a przy niej ślady naskórka należącego do oskarżonego. Mamy narzędzie zbrodni znalezione przy ofierze z odciskami palców oskarżonego. Mamy kilkadziesiąt nagrań kamer, które ukazały, że o danej godzinie oskarżony był w miejscach coraz bardziej zbliżonych do miejsca zbrodni. Ostatnie kamery pokazały go w drodze na korytarzu, kończącym się w pokoju, w którym znaleziono zwłoki zamordowanego na minutę przed dokonaniem zbrodni. Ale adwokat upiera się, że skoro nie mamy nagrania samej zbrodni, to dowody są niewystarczające.

W takiej sytuacji każdy sąd wyśmiałby adwokata i skazał oskarżonego za morderstwo, gdyż w wielu sprawach o wiele mniej ważkie dowody świadczyły o winie oskarżonego i zostały zgodnie z logiką uznane za wystarczające do oświadczenia o winie.

Ten przykład jest jednak niedobry. Bo gdybyśmy rzeczywistemu adwokatowi pokazali nagranie, na którym oskarżony zabija ofiarę, ten skapitulowałby. Problem z wierzącymi w Jezusa (głównie tymi, coraz liczniejszymi radykałami związanymi bądź to z jedną skrajnością – trydencko – tradycjonalistyczną, bądź drugą; biblijno – charyzmatyczną) jest taki, że są adwokatem, który nawet w takiej sytuacji nie uznałby dowodu.

Żyjemy w takich czasach. Czasach, w których tłumy garną się do oszołomów w rodzaju tak zwanego ojca Daniela, czyli „pustelnika” pana Daniela G. (odwiedziny na stronie jego fundacji uzmysławiają, że mamy do czynienia z dobrze prosperującym przedsiębiorstwem religijnym pod przewodnictwem kogoś, o którym wiele można powiedzieć, ale nie to, że jest pustelnikiem). Żyjemy w czasach, kiedy pod filmikami ks. Szymona Bańki FSSPX, członka tradycjonalistycznego Bractwa Piusa X,  i to tymi nieudolnie zaprzeczającymi Prawu Ewolucji oraz Prawu Doboru Naturalnego czy negującymi wolność religijną – pojawia się setki entuzjastycznych komentarzy. Żyjemy w czasach, w których poważni matematycy potrafią być tak ogłupieni, że lezą na żałosne rytuały odprawiane przez wyżej wzmiankowane Bractwo, a potem pod własnym imieniem i nazwiskiem jęczą z zachwytu w wywiadach: „tu jest prawdziwa nauka katolicka!”

Gdyby futurystom i wizjonerom z roku 1921/1922 pokazać, jak wygląda świat przełomu 2021/2022, nie uwierzyliby.

Warto o tym pamiętać, gdy mierzy się rzekomą „potęgę” ludzkiej cywilizacji i wartość tzw. „ludzkości”.

Dlatego tutaj, wśród skał Czarnej Góry – zarośniętego świerkami szczytu nieco powyżej Zakrętu Śmierci – nie zamierzam lamentować nad tym, że ludzie tłumnie biegną do kolejnych guru oferujących proste odpowiedzi na trudne pytania. To dobrze, bo ludzie pędząc w ich objęcia uciekają od wiedzy, tej, która ich wywiodła na wyżyny, i dlatego podpisują dekret swojego całkowitego upadku.

A ten upadek będzie szczęśliwym dniem Przyrody, wreszcie wyzwolonej spod jarzma okrutnego panowania ludzi i ich wstrętnego boga.

Tymczasem my wspięliśmy się na Czarną Górę. W górach, zwłaszcza w naszych czasach, gdy zimy często są bezśnieżne – ilość śniegu informuje nas, na jakiej jesteśmy wysokości. Im wyżej, tym zaspy głębsze. I tym większa frajda dla Bojara.

Tutaj napotykamy też kolejne, tym razem ukryte głęboko w lesie, skalne zęby Gór Izerskich, na przykład Kozie Skały. Nie pytaj mnie, Przyjacielu, skąd taka nazwa, bo powodów do niej może być setki. A to komuś kształt skały skojarzył się z kozą, a to ktoś zobaczył w okolicy wyjątkowo pięknego kozła w sensie samca sarny, albo ktoś kiedyś w okolicy hodował kozy, a może jedna mu uciekła i odnalazła się właśnie tutaj…

Tak to jest z niektórymi nazwami miejsc, że choć one same, jako słowa wypisane na mapach i w ludzkiej pamięci przetrwały, to dawno już zaginął powód, dla którego zostały one nadane. I znów widzimy tutaj typowe przemijanie dzieł ludzkich: nazwa skał pozostała jak skamielina, jak resztki szkieletu – ale wydarzenie, które dało początek takiej nazwie już dawno odeszło w zapomnienie. Przyroda jak widać potrafi skonsumować nie tylko ludzkie budowle, ale też dzieła ludzkiego intelektu.

W przeróżnych opracowaniach możemy przeczytać, że Kozie Skały są częścią „żyły aplitowej” w miejscowym granicie. Co to znaczy?

Warto to wiedzieć, gdyż pojęcie to jest nierozerwalnie związane z granitem – rodzajem skały, z której zbudowane jest wiele gór, w tym Karkonosze, spora część Gór Izerskich, ale też część Tatr Wysokich i Zachodnich. Aplit to nic innego, jak fragment granitowej skały – najczęściej przyjmujący formę właśnie żyły albo gniazda – który ma nieco inną budowę. Nie wchodząc w szczegóły, których i tak nie bylibyśmy w stanie sprawdzić nie przeprowadzając analizy chemicznej próbek skały w laboratorium – żyłę aplitową najczęściej możemy poznać po tym, że jest zbudowana z drobniejszych kryształków niż otaczający ją granit i jest też wyraźnie jaśniejsza.

Jak powstają takie żyły? Trzeba nam pamiętać, że granit był kiedyś płynną magmą. A że magma ma konsystencję mniej lub bardziej gęstego ciasta, możemy sobie wyobrazić, co się z nią dzieje, gdy zastyga. Gdy my mieszamy w kuchni mąkę z wodą, żeby wyrobić ciasto musimy je długo ugniatać, żeby w całym cieście była mniej więcej taka sama zawartość mąki i wody – w przeciwnym razie będziemy mieli ciasto, które w jednym miejscu będzie kruche, a w drugim kleiste.

Magma to ciasto, którego nie miał kto planowo i z rozmysłem mieszać, więc gdy zastygała, bardzo często mimo podobnego składu chemicznego była w jednym miejscu „lepiej wyrobiona” a w drugim „gorzej”, proporcje jej poszczególnych składników mogły być w różnych miejscach inne, co więcej, różna była w różnych miejscach temperatura, różne ciśnienie i inne czynniki, wpływające na ostateczny produkt.

Stąd właśnie bierze się to, że niby ta sama skała może mieć różne właściwości, i podczas gdy w jednym miejscu kilka milionów lat zlodowaceń, mrozów, upałów, deszczów i wiatru wystarczyło, żeby kamienie zmieniły się w piach – to tuż obok pozostaną nietknięte skalne mury, baszty i szańce.

Tak, jeszcze raz powtórzę to, co bardzo jest ważne: geologia skał uczy nas, że Przyroda powstała z chaosu i że żaden „inteligentny projektant” (którego istnienie tak uporczywie postulują przeróżni głupcy bądź hochsztaplerzy) nie czuwał nad Jej stworzeniem.

To właśnie ten chaos, leżący u fundamentów powstania życia warunkuje jego różnorodność, tę samą która sprawia także, że każdy z nas, ludzi, jest inny, a co za tym idzie, wobec tej prawdy muszą zamknąć jadaczki wszyscy bogowie i ich kapłani, którzy chcieliby jednomyślnie posłusznego i bezgranicznie podporządkowanego bydełka pod stopami, gdzie nikt nie będzie się wybijał i  nikt nie spróbuje być inny i cieszyć się swoją innością.

Jesteś inny niż ja lub którykolwiek człowiek, Przyjacielu i to jest w Tobie najpiękniejsze.

Lecz oto stajemy przed szczytem Wysokiego Kamienia. Poznasz go niezawodnie, Przyjacielu, po ludzkich budowlach, które tu wzniesiono: schronisku i wieży widokowej.

Pamiętam jeszcze Wysoki Kamień, gdy nie stało na nim nic. Z ostrych, wysokich skał rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na Karkonosze i Dolinę Kamiennej, na Góry Izerskie i Kotlinę Jeleniogórską.

Niezapomniana była wówczas atmosfera tego miejsca. Szczytowe turnie z ziejącym w nich oknem skalnym, czy to przyobleczone śniegiem w zimie, czy to wysmagane strugami letniego deszczu i owiane mgłami – sprawiały, że dało się poczuć tutaj prawdziwą „grozę gór”.

Ale potem ktoś postanowił zmienić szczyt Wysokiego Kamienia w prywatny, przynoszący zyski folwark i o tej atmosferze w tym miejscu przyszło nam zapomnieć. Jedyne, co można powiedzieć dobrego o wzniesionych tutaj budowlach to to, że nie są tak brzydkie, jak by mogły być. I choć są kiczowatą podróbką średniowiecznego zamku, to lepsze to, niż „artystyczny dizajn” z betonu, stali i szkła, odznaczający się „szlachetną prostotą”, czyli chamskim prostactwem kształtu i obrzydlistwem nowoczesnej architektury.

Żałuję, że nie mogę Ci już pokazać, Przyjacielu tego miejsca z czasów, gdy było to miejsce dzikie, a po stojącym tu dawniej, przedwojennym schronisku nie zachował się żaden ślad.

Dość powiedzieć, że podziwiać tu można jeden z najwspanialszych widoków w Sudetach.

Tego ostatniego dnia roku, gdy stanęliśmy z Bojarem na skałach Wysokiego Kamienia, chmury i tumany szadzi skrywały szczyty i zbocza głównego grzbietu Karkonoszy, a przeświecające przez nie, niskie, zimowe słońce to roziskrzało je, to pogłębiało ich ciemnogranatowy kolor, raz dodając im lekkości, to znów zmieniając w gęste, groźne zwały.

Żadne zdjęcia nie oddadzą wrażenia tej ogromnej przestrzeni, jakiego doznaje się, gdy spogląda się z wyniosłych wieżyc skalnych na Dolinę Kamiennej czy na przeciwległe stoki najwyższego pasma Sudetów.

Piękno pogodnego nieba pozwalało nam zachwycić się też, choć na inny sposób, spojrzeniami w kierunku zachodnim oraz południowym: na grzbiety Wysoki oraz Kamienicki Gór Izerskich.

Całe szczęście Góry Izerskie jak dotąd, poza Wysokim Kamieniem i położonym dużo, dużo dalej Stogiem Izerskim uniknęły jak na razie przekleństwa zagospodarowania sportowo – turystycznego. Wiem jednak jedno: choćby ludzie zabudowali każdy centymetr kwadratowy tych gór, choćby w swojej rabunkowej pożądliwości zniszczyli Przyrodę do imentu, Ona powróci i zwycięży.

W ten dzień, dzień rozliczenia dobrze się nad tym zastanówmy. Czy ludzie, którzy wznieśli tu pierwsze schronisko w 1837 roku przypuszczali, że spłonie? Czy ci, którzy odbudowali je w 1882 roku sądzili, że przyjdą czasy, gdy zmiany polityczne i zaniedbanie sprawią, że zostanie ono rozebrane?

Tego właśnie chce nas w ten wyjątkowy dzień nauczyć Wysoki Kamień: że każde ludzkie dzieło przeminie – bo jest ludzkie, czyli martwe i nie potrafiące odbudować się samo z siebie.

Tak, właśnie tak. Każde dzieło, które jest zaprojektowane przez jakiegoś inteligentnego twórcę rozsypuje się i przemija, bo jak nie powstało samo z siebie tak nie potrafi samo z siebie utrzymać się wobec upływu czasu i obraca się w ruinę. Przyroda nie została przez nikogo stworzona ani zaprojektowana – i dlatego jako Ta, która powstała sama z siebie – sama z siebie potrafi też trwać.

Tak oto skały i historia schronisk na Wysokim Kamieniu ukazała mi w ten dzień rozliczenia, że dobrą drogę obrałem, gdy odrzuciłem tyranię wiary w Jezusa Chrystusa, w boga stworzyciela i w mitologię biblijną, a oddałem swoje serce Przyrodzie: bo ona istnieje. Mogę Ją pokazać, a żaden wierzący nie potrafi mi pokazać swojego boga.

A Bojar, stojący przy mnie na skałach Wysokiego Kamienia i razem ze mną przemierzający szlaki Gór Izerskich jest dla mnie gwarantem mojego z Przyrodą przymierza, kapłanem mojej czci dla Przyrody i w swojej inteligencji jasnym dowodem tego, jak bezdennie głupia jest cała chrześcijańska teologia.

Nie piszę tego, żeby Ciebie, Przyjacielu przekonywać, bo skoro czytasz te słowa to zapewne przekonywania nie potrzebujesz. Nie piszę tego, żeby przekonywać siebie – bo jestem przekonany.

Ale piszę to, bo jest to mój hymn szczęścia więźnia wyzwolonego z wieloletniego łagru religii, hymn wolności, co do której wciąż nie mogę uwierzyć, jaka jest słodka, jaka jest piękna i jak wielkiego farta miałem, że mogłem ją odzyskać.

W oddali, zza wychylającego się z Wysokiego Grzbietu szczytu Przedniej Kopy widnieje szczyt Stogu Izerskiego – tego samego, którego odwiedziliśmy w naszej pierwszej wyprawie w Góry Izerskie: „Sudeckie Bieszczady, czyli wyprawa do serca Izerskich Gór„.

Tak, skoro o rozliczeniach rozmawiamy, to jest to nasza trzecia z opisanych tutaj wypraw w Góry Izerskie – a już osiemnasta z opisanych w ogóle.

Jednakże wypraw z Bojarem odbyłem dużo, dużo więcej, i nie sądzę, żeby czasu życia mi starczyło, żebym zdołał opisać je wszystkie. Nie wszystkie też byłyby dla Ciebie, Przyjacielu, interesujące, gdyż często wybieram się ze swoim towarzyszem tak o, po prostu, bez żadnego ciekawego celu po drodze, a jedynie idąc i idąc przez las.

Patrząc na Bojara na żywo, czy też wspominając dawne wyprawy na zdjęciach widzę, jak bardzo „pasuje” on do lasu, do gór – czy to w zimie, czy to wiosną, latem czy jesienią.

Pies to pierwsze zwierzę ze wszystkich na Ziemi, które związało swój los z człowiekiem. Wszelkie zwierzęta hodowlane zostały udomowione dużo później. Jest więc niewybaczalną zbrodnią ludzi, że właśnie wilka obrali sobie za symbol zła, że właśnie do niego spośród wszystkich zwierząt zapałali najgłębszą nienawiścią. Jest to niegodziwe i podłe, bo stanowi akt najwyższej niewdzięczności.

Już to kiedyś gdzieś napisałem, ale nie zaszkodzi dla utrwalenia powtórzyć: Jezus Chrystus żywił zadziwiającą nienawiść do całej rodziny psowatych, z uporem maniaka posługując się w swoich tyradach to wilkiem, to psem, to lisem jako symbolami diabła, podstępu, nieczystości, wyuzdania, pogaństwa i w ogóle wszelkiego zła.

Nie rozumiem więc, jak można czcić takiego potwora.

Przecież to dzięki wilkowi żyjemy. To wilki ogrzewały naszych przodków, gdy trafili w obszary świata, gdzie panowały srogie zimy, to one uczyły ich polować, gdy w zimie zamierała wegetacja i brakowało roślin do jedzenia. Uważam, że nie będzie przesady w stwierdzeniu, że to właśnie potomek wilka, pies – jest prawdziwym stworzycielem dzisiejszych ludzi.

Poprzednicy Bojara, staruszkowie Ares i Baron, gdy umierali nauczyli mnie to widzieć, a ja z wdzięczności dla nich czuję się w obowiązku Tobie, Przyjacielu o tym powiedzieć. Zrobisz z tym, co chcesz, co chcą zrobią z tym ci, którym być może zechcesz to przekazać. Ale nic mi już nie odbierze tego, co widziałem i co przeżyłem u ich boku.

Za nami pozostały kamienne wieżyce dwóch wierzchołków Wysokiego Kamienia. I rozpoczęła się długa, wiodąca samiutkim Wysokim Grzbietem droga wśród zimowego, cichego lasu.

Kiedyś, dawno, dawno temu odbywałem tę drogę w innym towarzystwie. Było to w maju 2008 roku, gdy w ośrodku należącym do Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Legnickiej w Szklarskiej Porębie odbywałem wraz z kolegami z roku rekolekcje przygotowujące do przyjęcia święceń diakonatu.

W ramach tychże rekolekcji wybraliśmy się całym rokiem na Wysoki Kamień i jak ja dziś z Bojarem, tak wtedy z nimi szliśmy tą właśnie, grzbietową drogą.

Pamiętam, że nasz przełożony, ks. Krzysztof W. zarządził, żebyśmy odmawiali po drodze wspólnie różaniec.

Różaniec to bardzo ciekawa modlitwa. Jedna z hipotez głosi, że powstała ona w czasie wypraw krzyżowych w zakonie templariuszy. Chodziło o to, że templariusze, jako zakonnicy, zobowiązani byli do odmawiania brewiarza, czyli potwornie długich modlitw po łacinie, których łącznie w ciągu dnia należało odśpiewać aż osiem, a niektóre z nich składały się między innymi z aż dziewięciu psalmów. O ile było to wykonalne w czasie pokoju, gdy mnisi – rycerze nie mieli wiele więcej do roboty, to w polu, w czasie bitwy otwieranie wielkiej księgi po łacinie i śpiewanie modlitw nie wchodziło w grę.

Ktoś wpadł więc na pomysł, że można w warunkach polowych zastąpić psalm odmówieniem zdrowaśki, a że psalmów jest w biblii łącznie 150, to tyleż „Zdrowaś Mario” znalazło się w różańcu. A że brewiarz oprócz psalmów zawiera też i inne modlitwy, umówiono się, że co 10 zdrowasiek pododaje się po ojczenaszu i „Chwała Ojcu”. W ten sposób rycerz – zakonnik mógł, siekąc niewiernych Saracenów w czasie bitwy wypełniać swój modlitewny obowiązek. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – szeptał, zarzynając kolejnego wroga. A żeby przypadkiem nie pomylił się w ilości odklepywanych modlitw, „pożyczał” sobie od zabitych muzułmańskich przeciwników używane w islamie sznury modlitewne z koralikami, na których odtąd obliczał sobie, ile to już formułek odmówił.

Interesujące jest, że Kościół gorąco ostrzega przed dalekowschodnimi praktykami mantry twierdząc, że mechaniczne powtarzanie formuł ogłupia i w ogóle jest niebezpieczne dla umysłu i ducha, a sam zaleca dokładnie to samo.

Tak więc i tutaj kiedyś, na Wysokim Grzbiecie Gór Izerskich rozbrzmiewało „zdrowaśmariołaskipełnapanztobą…” mruczane przez jedenastu kandydatów na diakonów.

W pewnym momencie idący przede mną kolega, nie przerywając modlitwy zaczął brutalnie obrywać gałęzie wszystkich drzew, które mu się po drodze nawinęły. Wstrząsnęły mną nienawiść i wyraz zaciętości na twarzy, z jaką dokonywał swojego wandalizmu. No cóż – dziś wiem, że w sumie pasowało to do rodzaju modlitwy, która się wtedy wśród nas odbywała. A że Saracenów nie stało, musiały oberwać rosnące po drodze drzewa.

Lecz dziś, gdy po czternastu latach przemierzam tę drogę, otacza nas całkowita, senna i cudowna cisza zimowego lasu.

Słońce już się nachyla, ale my idziemy naprzód, do prawdziwego celu naszej wyprawy, celu, dla którego Wysoki Kamień był tylko przedsionkiem. Dlatego zostawiliśmy go już daleko, daleko za sobą, wciąż podążając naprzód wierzchem zaśnieżonego, górskiego grzbietu.

Kończy się ludzki rok, a Przyroda milczy. Kiedyś spędziłem noc sylwestrową w sercu Borów Dolnośląskich. Najbliższe ludzkie siedziby stanowiły oddalone o całe kilometry, niewielkie wioseczki. A jak to na polskiej wsi – ludzie prześcigali się tam w karnawałowej kanonadzie. Z dymem musiały pójść całe dziesiątki tysięcy złotych, bo każda wieś strzelała fajerwerkami już od godziny osiemnastej, i to nie sporadycznie, ale jedną, nieprzerwaną nawałą ognia.

Około godziny drugiej w nocy wszystkim wsiom w okolicy skończyła się amunicja. I nastała głęboka cisza. A las?

Zwierzęta jakby tylko na to czekały. Jak po gwałtownej burzy w lecie, tak i teraz od razu wyczuły, że ludzkie siły się wyczerpały, a ptaki wodne radosnymi, rozdzierającymi nocne ciemności wrzaskami obwieściły triumf. Triumf Przyrody nad hałaśliwą bufonadą ludzi.

Spójrz na ten potężny, stary świerk, iskrzący się w słońcu. Ludzie mają piły, zdolne powalić go w kwadrans – ale nic nie zdziałają, gdy skończy się paliwo. A świerk, w przeciwieństwie do ludzi, nie potrzebuje międzynarodowej logistyki, misternych sieci powiązań handlowych, think tanków, know-how’ów, giełd i innych ludzkich bzdur.

Ludzie naprawdę nie widzą, że ich cywilizacja jest tak naprawdę z roku na rok coraz bardziej delikatna. Potężne trzęsienie ziemi, gdy uderzyło w osadę indiańskich tipi w najgorszym wypadku mogło nabić parę guzów i wyrządzić trochę łatwych do nadrobienia szkód w dobytku. To samo trzęsienie ziemi, które uderzy w wielkie miasto, naznaczy życie ludzi tam żyjących ogromem śmierci i miesiącami cierpienia.

W tej ciszy kończącego się powoli dnia – i kończącego się powoli roku – trzeba nam się nad tym zastanowić. Nie po to, aby z niepotrzebnym lękiem spoglądać w przyszłość, ale żeby właściwie się do Przyrody nastawić.

Mogę zaświadczyć, że Przyroda w jakiś sposób – kto wie, jaki? Wiele jest jeszcze do odkrycia – nie zostawia bez pomocy tych, którzy Jej Prawom, tym Prawom także okrutnym i surowym – zaufają. Pomocą, którą daje, jest fart – uśmiech szczęścia.

Wielkie głazy przy drodze są znakiem, że dotarliśmy do naszego celu. To jest to miejsce, które chciałem Tobie dziś pokazać i w którym rozliczyłem się ze swojego minionego roku.

Mało jest miejsc tak owianych legendami jak to, a przez to w jakiś sposób uroczystych, miejsc, których majestat od dawna dostrzegali ludzie i dlatego właśnie przypisywali im różne tajemnicze historie.

Oto Wieczorny Zamek, Abendburg, skała, o której powiadano, że jest przeklętą, górską warownią, czarami zamienioną w kamień.

Wieczorne słońce wstrzeliło się między dwie baszty skalne Wieczornego Zamku, jakby specjalnie ustawione tutaj, by w sylwestrowy wieczór okalały ostatnie promienie dnia.

Tutaj można stanąć przed majestatem czasu i przemyśleć. W ciszy. Dlatego i litery tego tekstu niech na chwilę zamilkną i same obrazy niech opowiedzą Ci, Przyjacielu o tym miejscu. Przeżyj ze mną tę chwilę samotności, jedynie z ukochanym wilkiem u boku, w całkowitej ciszy górskiej grani.

Okapy, przewieszki skał, spękane baszty i charakterystyczna formacja przypominająca na wpół zburzoną bramę – rzeczywiście przypomina to ruiny twierdzy jakiegoś zapomnianego ludu.

Legendy o tym miejscu powiadają, że raz w roku, lecz nikt nie wie, w który dzień – otwierają się drzwi do podziemnego skarbca przeklętego zamku. Lecz nieszczęsny ten, kogo chciwość zbyt długo zatrzyma we wnętrzu, albowiem wrota zamienionej w skałę budowli się zamkną i nie otworzą aż do następnego roku.

A dziś ja tutaj stoję i patrzę na miniony rok.

Skończyłem pierwszy i zacząłem drugi rok studiów z biologii. Pierwszy raz w życiu byłem w tym roku w Poznaniu i odtąd tak często w tym mieście bywam. Przeżyłem dwie wspaniałe przygody miłosne i wydałem książkę o seminarium. Udzieliłem mnóstwa wywiadów. Udało mi się wrócić w Góry Stołowe, o czym marzyłem od zeszłego roku.

Minął rok, ale znów mam wrażenie, że to było dziesięć lat. Wiem, jestem dziwny – większość ludzi narzeka, spoglądając na swoją przeszłość: „jak to szybko zleciało!” Nie wiem, może przeżywam za dużo przygód?

Ważne jest jednak co innego. Żadna z moich przygód nie byłaby przygodą, żadne wydarzenie nie miałoby tego smaku, co miało – gdyby nie on, Bojar.

Wielu ludzi ma psy, ale często mam wrażenie, że nie przypisują oni swoim psom takiego znaczenia, na jakie by zasługiwały. Może dlatego, że nie wiedzą o nich wystarczająco wiele.

Dziękuję Ci, Bojar, każda chwila bez ciebie nie ma żadnej wartości. Każda chwila z tobą więcej jest warta, niż wszystkie inne razem wzięte. Bo Ty więcej jesteś wart, niż wszyscy bogowie i zbawiciele świata.

Dziękuję Ci za tę wędrówkę przez piękny, górski, zimowy las.

Stanęliśmy wśród ruin dawnej kopalni kwarcu „Stanisław”. Dziś rdzewiejące i rozpadające się resztki kopalnianych instalacji ostatecznie podpisują to, o czym cały czas w ciągu tej opowieści pisałem: że ludzkie dzieła przemijają, bo są martwe. Przyroda trwa, bo żyje.

Niesamowity był widok na Grzbiet Kamienicki: ciemne, bo nieośnieżone lasy niższego pasma gór, pasma, które kryje Wilcze Źródło i dawne miejsce pogańskiego kultu – a bliżej, skrzące się w zachodzącym słońcu białe, oblepione śniegiem świerki – na które głęboki, granatowy cień rzuca już wierzchołek góry.

Ciężko o wspanialsze widowisko, Przyjacielu. Nie mam pojęcia, ile czasu staliśmy tam, podziwiając ten widok. A oto z drugiej strony rozproszyły się nieco skrywające Karkonosze mgły, ukazując je w pełnej chwale.

Na pierwszym miejscu widać Szrenicę z dwoma schroniskami, jednym na szczycie, drugim na polanie poniżej. A dalej kopułę Wysokiego Szyszaka, czwarty co do wysokości szczyt Karkonoszy, a zaraz obok szpiczasty Śmielec.

Karkonosze i w ogóle całe Sudety nie są górami wysokimi jak Alpy, może nie mają zachwycających, niesamowitych kształtów jak do nieprzyzwoitości modne włoskie Dolomity. Ale mają – zwłaszcza po swojej czeskiej stronie – unikalny klimat i atmosferę. Są miejscem, w które ze względu na stosunkową przystępność cywilizacja ludzka wkraczała od wieków – i z których wraz ze zmiennymi kolejami swoich losów co rusz się wycofywała, pozostawiając za sobą skryte w leśnej głuszy i zarastające jeżynami ruiny.

Dlatego właśnie te góry pełne są dowodów na to, że Przyroda zawsze zwycięża. I są idealnym miejscem na to, żeby stąd właśnie poszło w świat przesłanie, które najlepiej wyraził Ian Malcolm, bohater książki Michaela Crichtona Jurassic Park:

To nie Ziemi grozi zagłada, tylko nam. Nie dysponujemy wystarczającą mocą, aby zniszczyć tę planetę, lub ją uratować, ale gdybyśmy zechcieli, może zdołalibyśmy ocalić samych siebie.

Aby jednak tak się stało trzeba, żebyśmy wszyscy – nie tylko rządzący, nie tylko przywódcy religijni czy finansowi – całkowicie, raz na zawsze porzucili antropocentryzm.

Minęło pięć wieków od obalenia przez Kopernika pozycji człowieka jako centrum Wszechświata – a mimo to człowieka, ludzkość, człowieczeństwo nadal traktuje się jako najwyższe i najświętsze wartości.

A przecież to humanizm i antropocentryzm, wbrew temu, co mogłoby się wydawać – doprowadziły do wojen, morderstw i ludobójstwa. Jeśli najwyższą wartością jest człowiek, to powstaje natychmiast pytanie (choć nikt nie zada go otwartym tekstem): który? Bo choćby nie wiem, co próbowały zdziałać w tej kwestii oświecone umysły, ludzie nigdy nie będą równi. Zawsze w danym momencie jedni będą górą, a inni znajdą się na dole. Jedni będą biedni, inni bogaci, jedni chorzy, drudzy zdrowi – i tak aż po najbardziej subtelne i skomplikowane różnice między nami. A skoro tak, to zawsze znajdą się ludzie, którzy w imię najwyższej wartości człowieczeństwa przypiszą sobie – choćby podświadomie – taką trochę bardziej najwyższą wartość.

Ludzie w dawnych wiekach zdawali sobie z tego sprawę i dlatego właśnie wymyślili boga – stojący ponad ludźmi byt, który jako prawdziwa, najwyższa wartość rozsądzałby nierówności między człowiekiem a człowiekiem i między ludźmi a naturą. Oczywiście ten system nie mógł działać, gdyż bogowie, jako wymysły ludzi, tak naprawdę zawsze byli tylko i wyłącznie podrasowanymi „nadludźmi” i w ostateczności zawsze reprezentowali interes królów, kapłanów czy generałów.

Ale Przyroda nie jest wymysłem ludzi, istniała na długo przed nami i nie jesteśmy Jej do niczego potrzebni. Gdyby Ona stała się dla ludzi najwyższą wartością, może zdołałaby ocalić samych siebie przed samymi sobą.

Bojar jest dla mnie więcej wart niż jakikolwiek człowiek. Ludzie są zmienni i słabi, każdy z nich prędzej czy później zawiedzie i nie ma w tym nic złego. Za złe mogą to uważać tylko ci właśnie, dla których człowiek jest najwyższą wartością i dlatego tak bardzo są zdziwieni, gdy od ludzi właśnie dostaną po tyłku.

A zwierzęta, rośliny i cała Przyroda nie zawodzi, bo wszelkie zasady są w niej od samego początku do końca jasne. Dostałeś swoją szansę, żyjesz. Więc żyj, póki możesz, a potem spłać swój dług, idąc do ziemi. Nikt nie obiecuje raju, nikt nie obiecuje, że będzie łatwo. Ale też nikt nie zabrania korzystać ze szczęścia i cieszyć się życiem, póki jest.

Czas po raz ostatni spojrzeć na górę Wieczornego Zamku i wychylający się zza niej Wysoki Kamień, a potem powoli ruszyć w doliny.

Jeśli wyruszysz tutaj kiedyś naszym śladem, Przyjacielu i zdecydujesz się tak jak my wrócić starą drogą dojazdową, łączącą kopalnię ze Szklarską Porębą – zauważysz nieco poniżej jeszcze jedne ruiny w lesie. Zniszczona budka strażnicza, za nią usypany potężny wał ziemny z krętym przejściem… Znajdował się tutaj magazyn materiałów wybuchowych, a cała jego konstrukcja miała chronić otoczenie przed ewentualną eksplozją.

Żadna eksplozja nie nastąpiła, za to Przyroda obróciła w ruiny dawne założenie i jej słodkie zwycięstwo jest dla nas jak ostatnie przypomnienie tego wszystkiego, co zdołaliśmy się dzisiaj nauczyć.

Taki był nasz sylwester – cały przepełniony dzwoniącą w uszach ciszą zimowego lasu. I dlatego też był dla mnie jednym z najpiękniejszych.

Może planujesz dziś, Przyjacielu, jak wielu ludzi na świecie, że spędzisz ostatnie dni roku na imprezie. Jeżeli jednak znudziły Cię już: hałas, wrzaski, głośna muzyka, idiotyczny rytuał odliczania do północy, może zdecydujesz się, jak my, udać w ciszę lasu i tam, w obliczu Przyrody dokonać rozliczenia i podsumowania.

Po to jest rozliczenie, żeby wiedzieć, na czym obecnie stoimy. Dlatego spoglądamy w przeszłość, żeby właściwie ocenić teraźniejszość. A temu, kto zrobi to nie w huku fajerwerków, ale w ciszy lasu gwarantuję, że w tym rozliczeniu ani trochę się nie pomyli.

Czy widzisz, jak płoną już czerwienią zachodzącego słońca wierzchołki świerków? Tak, albowiem jak w urzędzie, gdy rozliczenie jest prawidłowe, urząd zatwierdza je swoją pieczęcią.

Tu, w urzędzie majestatu Lasu dokonałem swojego rozliczenia i wiem, że z radością i siłą mogę spoglądać w noc, która nadchodzi, noc rozpoczynającą moją przyszłość.

Przyszłość to ciemność, bo jest nieznana. I niepotrzebne mi żałosne, błędne ogniki „jasnowidzów” czy wróżbitów, którzy wielkie wzięcie mają w okolicy Nowego Roku. Bo kocham tę ciemność, w niej jestem silny, ponieważ moje życie uratował kiedyś wilk i wilk towarzyszy moim drogom.

A oto święta pieczęć, którą Przyroda zatwierdza moje rozliczenie, ostatni zachód słońca tej tak wspaniałej i szczęśliwej przeszłości.

Już od jesieni serwis Noizz co jakiś czas publikuje fragment mojej książki – fragment wybrany na kolanie przez jakiegoś durnia, któremu nie chciało się poszukać czegoś ciekawszego niż kawałek nudnego wstępu. W dodatku informacja o tym, że jest to fragment tej a tej książki jest podany malutkim druczkiem tak, że większości odwiedzających ten popularny portal w ogóle to umyka. Skutki są oczywiste: większości czytelników się ten fragment nie tylko nie podoba, on ich rozwściecza. A najczęstszym zarzutem, jaki wtedy wytaczają, jest to, jaki to ja niby jestem nieszczęśliwy i rozżalony za swoją przeszłość.

A tymczasem ja niczego nie żałuję. Niczego bym nie cofnął i niczego ze swojej przeszłości nie wymazał. I na tę pieczęć, którą Wilk podbija moje dziś rozliczenie przysięgam, że gdybyście wiedzieli, jak jestem szczęśliwy, to w sylwestrową noc swoim najbliższym życzylibyście takiego szczęścia, jakie jest moim udziałem.

Dolina, w którą schodziliśmy już pogrążyła się w mroku, ale daleka Szrenica wciąż zalana była blaskiem słońca.

Zbliżamy się do kresu naszej opowieści. A mi pozostało dziś powiedzieć jeszcze jedno Tobie, Przyjacielu, który to czytasz.

Życzę Ci, żebyś nigdy nie musiał z lękiem spoglądać w ciemność swojej przyszłości. Życzę Ci, żeby zdrowie pozwoliło Ci zaznawać szczęścia ile tylko go zapragniesz i cieszyć się życiem, ile tylko jego lat od losu otrzymasz. Życzę Ci, żebyś mógł z dumą spoglądać na swoją przeszłość i jak ja zawsze móc mówić, że niczego nie żałujesz. Życzę, żebyś miał jak najwięcej czasu i możliwości na przebywanie sam na sam z Przyrodą i żebyś miał zapał do poznawania Jej tajemnic.

Życzę Ci, żeby twoje drogi zawsze były ciekawe, Twoje przygody szczęśliwie się kończyły i żebyś z odwagą spoglądał na to, co Cię czeka nawet, jeśli będzie trudne i ciężkie.

I tego wszystkiego życzę Ci wreszcie nie na nadchodzący ten czy inny rok, ale na zawsze, póki tylko będzie trwać Twoje życie.

A niech moje życzenia zakończy moje ulubione pożegnanie: z fartem, Przyjacielu!

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial