WYPRAWA DROGAMI DOLINY PODGÓRNEJ

Dzisiejsza wyprawa Wędrującego z Wilkiem zabierze nas w okolice położonej w środkowych Karkonoszach wsi Przesieka. W tym to rejonie najwyższego pasma Sudetów od niedawna zamieszkały prawdziwe wilki.

Z dala od Śnieżki czy Szrenicy, obleganych przez wjeżdżających wyciągami leni i grubasów jest zdecydowanie spokojniej i ciszej. Tym samym są to tereny, w których lepiej podziwia się cuda Przyrody, przygotowane przez miliony lat erozji skał i ewolucji życia biologicznego.

Jednak lasy te skrywają wiele tajemnic. Tajemnic także mrocznych i smutnych. Tajemnic, o których wielu ludzi wolałoby zapomnieć, a przywoływanie ich – uznają za nieprzyzwoite.

Trasa naszej dzisiejszej wędrówki.

Nie można wędrować z Wilkiem po lesie i okłamywać samego siebie, zamykać oczu na to, co las skrywa w swoim wnętrzu. Las wymaga odwagi. Z tą właśnie odwagą więc opuszczamy zabudowania wsi Przesieka i udajemy się w górę potoku Podgórna.

Dolina Podgórnej.

Niegdyś, przed deformacją nazw miejscowych zorganizowaną przez polskich krajoznawców po 1945 roku potok ten nosił nazwę Mittelwasser lub Sturmhaubenwasser. Pierwsza, bardziej popularna nazwa oznaczała „Środkową Wodę” właśnie ze względu na fakt, że potok ów jest największym ciekiem wodnym środkowych Karkonoszy, dzielącym północny stok grzbietu na równe części: zachodnią i wschodnią. Druga z nazw odwoływała się do góry, ze zboczy której Podgórna wypływa: Sturmhaube, czyli Szyszak.

Ścieżka sprowadza nas w głąb pogrążonej w ciemnościach bukowo – świerkowego lasu doliny potoku, usłanej wielkimi głazami i gruzem rumoszowym.

Gruzowisko rumoszowe w dolinie potoku.

Granitowe skały, wystawione na wiatr, wilgoć i mróz – zwłaszcza w czasach zlodowaceń – kruszą się, pękają, tworząc gruzowiska takich właśnie, wielkich głazów. Przystańmy na chwilę i dotknijmy szorstką, chłodną powierzchnię kamienia. Zastanówmy się.

Jestem pewien, że żaden polski byczek nie podniósłby przeciętnej wielkości odłamu skalnego. A jednak wody potoku są w stanie przenieść je na odległość wielu kilometrów! Jak to się dzieje, zapytamy – czy ktoś kiedykolwiek widział, żeby nawet w czasie wielkich wezbrań tak ogromne głazy płynęły sobie z prądem?

To jest przykład na małość i nędzę ludzkiej wyobraźni, tę małość i nędzę, która nie pozwala większości zgłupiałego społeczeństwa zrozumieć, że Przyroda powstała przez ewolucję, powolną, długotrwałą kumulację niedostrzegalnych z naszego punktu widzenia zmian. A tym samym nakazuje wierzyć w bogów, stwórców i duchowe oświecenia.

Nawet najsilniejszy prąd wodny nie sprawi, że ważący tonę blok skalny ruszy z miejsca i popłynie w dół. Nawet największa powódź nie przeniesie tak wielkich głazów z serca gór do ich podnóży.

Ale na tym właśnie polega przepaść, jaka dzieli nasze postrzeganie czasu i zmian w nim zachodzących od tego postrzegania czasu, jakim operuje Przyroda. Dla Przyrody dziesięć tysięcy lat nic nie znaczy. Ani milion, ani dziesięć milionów. Długość ludzkiego życia jest niedostrzegalnym błędem pomiarowym. A co dopiero czas, jaki na obserwację Przyrody zechce poświęcić przygodny głupiec!

Podgórna.

Każdy z tych głazów pod wpływem wody przesuwa się w tempie, przy którym życie stuletniego starca jest pierdnięciem historii. Woda najpierw podmywa podłoże, wnika w szczeliny, luzuje jego umocowanie – nieustannie, ciągle, dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku. A potem wezbrania i powodzie, gdy masy wody nabierają odpowiedniej siły – przesuwają blok skalny. Czasem o milimetr, czasem o pół milimetra, czasem o centymetr. Lżejsze cząstki kamieni, łatwiej porywane przez wodę gromadzą się czasami za takim blokiem obciążając go i naciskając swoim ciężarem. Czasami – choć rzadko – zdarzy się, że taki kamień spadnie o stopień niżej i stanie się to w tempie zauważalnym dla człowieka – ale większość pracy wykonanej przez wodę to praca cicha, cierpliwa, w której kawałek po kawałku, ułamek milimetra po ułamku – głazy takie pokonują z prądem nawet całkiem długie dystanse.

Zrób kiedyś taki eksperyment: codziennie, gdy chodzisz do pracy czy szkoły weź jeden niewielki kamień i wyrzucaj go w wybranym miejscu. Prawdopodobnie nawet po miesiącu nie będziesz widział swoich kamieni, bo będą ginąć w trawie, ale gdy miesiące zmienią się w lata, a Ty dzień w dzień dokładać będziesz na to miejsce jeden, niewielki kamyk – po kilku latach ujrzysz kopiec, który cię przewyższy.

Ludzie zwykli lekceważyć to, czego nie mogą zarejestrować w ramach swojego szczątkowego widzenia czasu. Dlatego w głowie im się nie mieści, jak drogą drobnych zmian międzypokoleniowych powstać mogły nowe gatunki zwierząt, roślin, jak mogły powstać góry i skały. Dlatego muszą ratować swoją kaleką wyobraźnię protezą, której na imię stwórca.

Skały doliny Podgórnej.

Nic też dziwnego, że współczesna biologia narodziła się z… geologii. To skały nauczyły nas, że dla Przyrody setki lat ludzkich dziejów nie mają żadnej wartości tak, jak dla nas żadnej wartości nie ma jedna czy dwie sekundy. To skały nauczyły nas, że jak te wspaniałe rzeźby pierwotnego chaosu, tak i życie wyłoniło się z ciągu wielu niedostrzegalnych, mikroskopijnych zmian kumulujących się przez oceany czasu, które Przyroda ma do swojej dyspozycji.

Ludzie mają wyobraźnię ograniczoną swoimi gabarytami. Dlatego nie doceniają tego, co jest zbyt dla nich małe i nie potrafią w ogóle zobaczyć tego, co jest zbyt wielkie, by jednym spojrzeniem to ogarnąć. Dotyczy to zarówno czasu, jak i wielkości w przestrzeni.

Jednak wystarczy co większa powódź, żeby się przekonali, że malutkie, porywane wodami potoku kamyczki mogą mieć wielką moc. Mogą zerwać mosty, wyszarpać z brzegów całe kęsy ziemi, zniszczyć zdawałoby się solidne mury oporowe czy drogi.

Jeżeli więc wyobraźnia nie pozwala Ci, Przyjacielu ujrzeć rumowiska wielkich głazów powstającego drogą powolnych, nieznacznych zmian erozyjnych – niech Ci to uzmysłowią co rusz napotykane progi i zapory przeciwrumoszowe. Wznosi się je na górskich potokach właśnie po to, żeby zatrzymać gruz skalny, który mógłby nagromadzić się przy filarze mostu czy podmurówce położonych nad brzegiem rzeki domów i je zniszczyć.

Jedna z zapór przeciwrumoszowych.

Wędrując brzegiem potoku napotykamy pamiątkę po kimś, kogo Podgórna ze swoją wciśniętą między górskie zbocza, usłaną omszałymi głazami doliną szczególnie urzekła. Na jednej ze skał na prawym brzegu widnieje tablica poświęcona Adolfowi Dresslerowi – malarzowi, który dolinę Podgórnej rozsławił, przedstawiając ją na swoich obrazach.

Tak na marginesie – brzeg potoku nazywamy prawym lub lewym zawsze z odniesieniu do tego, po której naszej stronie się znajdą, gdy będziemy patrzeć w dół potoku – czyli mając za plecami kierunek, z którego woda napływa.

Tablica pamiątkowa ku czci Adolfa Dresslera.

Adolf Dressler żył w latach 1833 – 1881. Mieszkał we Wrocławiu, ale gdy tylko mógł przyjeżdżał właśnie do Przesieki, żeby malować tutejsze pejzaże.

Niechcący też malarz ów może być dla nas idealną ilustracją najwyższego prawa Przyrody, czyli prawa ewolucji.

Oto bowiem Dressler wypracował swój własny, unikalny styl malowania: rozmazane kształty, szkicowość, wyraźne ślady pędzla zdradzające szybkie pociągnięcia – a wszystko na rzecz koloru, który w przeciwieństwie do kształtów chciał skopiować z Przyrody jak najwierniej, jak najdokładniej oddając załamania światła sączącego się przez migotliwe sklepienie liści, drgające na pniach i ściółce leśnej, iskrzące się w kropelkach rozpraszanej przez pęd potoku wody.

Jedno z przestawień potoku Podgórna autorstwa Adolfa Dresslera.

Gdzie w tym wszystkim nauka ewolucji? Otóż syn malarza Hans także został pejzażystą i wiernie kopiował styl ojca. Z jedną, malutką różnicą. O ile Adolf Dressler malował tylko pusty las, drzewa, skały i potoki – Hans Dressler w scenerii swoich pejzaży zaczął umieszczać zwierzęta.

Pejzaż z łosiami autorstwa Hansa Dresslera.

Zmiana niewielka, ale wielka – chciałoby się powiedzieć. Ogromne podobieństwo stylu obu malarzy przy jednej, zdawałoby się kosmetycznej różnicy – ilustruje, że żadna, nawet najdrobniejsza różnica w Przyrodzie nie jest bez znaczenia. Każdy okruch dokonujących się z pokolenia na pokolenie zmian, każda wariacja genów sprawia, że życie wykształca coraz to nowe, tak potężnie różniące się ze sobą formy, tak odmienne jak człowiek i glista ludzka.

Zaś my dzisiaj, Przyjacielu, wędrując pogrążoną w półmroku lasu doliną Podgórnej możemy tylko docenić tych malarzy sprzed ponad wieku, gdy widzimy te same, niesamowite efekty świetlne, które oni na swoich płótnach starali się oddać.

Światło w lesie…

Polska kultura turystyczna posiada pewną wadę – „wadę” z punktu widzenia ludzi, bo tylko ludzie na niej tracą – będącą jednocześnie zaletą z punktu widzenia Przyrody. Polacy nie potrafią podziwiać niczego, co nie jest wystarczająco sensacyjne i niezwykłe, nie umieją dostrzegać drobnych cudów, potrzebują takich, które będą ich walić cepami po ich chłopskich łbach.

Skutek jest taki, że turyści polscy tłumnie oblegają nieliczne „atrakcje”, niemal całkowicie pomijając o wszystkim poza nimi. W Tatrach wielkie kolejki od Zakopanego po szczyt tłoczą się na Giewont, Rysy czy Kasprowy Wierch, podczas gdy tuż obok można znaleźć szlaki, na których żywej duszy się nie uświadczy. Nie inaczej jest w Karkonoszach, gdzie masy zwożonych przez wyciągi ludzi ciągną na Śnieżkę, nieco mniej na Szrenicę czy Chojnik, podczas gdy obok panuje cisza.

Tak jak mówiłem, to bardzo korzystne dla Przyrody – kosztem wielkich tłumów cisnących się w jednym miejscu góry pozostają ciche i wolne na większości swojego obszaru. Szkodę w tym ponoszą jedynie ludzie – bo nie potrafią pokonać troglodyckich ograniczeń swojej wyobraźni.

Nie inaczej jest w Przesiece. Jest tutaj jedna taka „atrakcja”, a przytłaczająca większość turystów, którzy się tu zjawiają, podąża właśnie do niej. Mowa oczywiście o słynnym Wodospadzie Podgórnej.

Wodospad Podgórnej.

Jest to czwarty co do wysokości – po wodospadach Łomniczki, Kamieńczyka i Szklarki – wodospad w polskich Karkonoszach i liczy sobie 10 metrów wysokości. Lub też trzeci – gdyż niektórzy dyskryminują pod tym względem Wodospad Łomniczki z tego względu, że nie stanowi on jednej, opadającej strugi wody, ale kaskadę. Jest to w sumie idiotyczne podejście z tego prostego względu, że jedynym jednoprogowym wodospadem w polskich Karkonoszach jest Wodospad Szklarki. Nawet Wodospad Podgórnej pokonuje dwa progi, a Wodospad Kamieńczyka – trzy.

Pomińmy jednak te czysto semantyczne problemy, skupiając się na tym, czego Przyroda w tym miejscu może nas nauczyć.

Poniżej wodospadu widzimy głęboki, rozległy basen, profesjonalnie zwany kotłem eworsyjnym.

Wodospad Podgórnej i towarzyszący mu kocioł eworsyjny.

Kocioł eworsyjny powstaje, gdy pęd opadającej z odpowiedniej wysokości kaskady wprawia wodę w ruch wirowy, przez miliony lat rzeźbiąc w granicie taki właśnie głęboki, często kolisty basen.

Co ciekawe – i możemy to zaobserwować w Karkonoszach – im niższy wodospad, tym kocioł eworsyjny… większy. Dlaczego tak się dzieje? Wysokość wodospadu jest skutkiem między innymi długości trwania erozji w tym miejscu. Im starszy jest wodospad, tym dłużej niszczył próg skalny, który przekraczał i w rezultacie jest niższy. A jednocześnie, im dłużej woda rzeźbiła podłoże u stóp wodospadu, tym większy będzie kocioł eworsyjny.

I tak gdybyśmy mogli sfilmować Wodospad Podgórnej dzień po dniu przez kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy lat, a potem puścić ów film w dużym przyspieszeniu zobaczylibyśmy, jak wodospad z czasem maleje, a kocioł eworsyjny u jego stóp – powiększa się.

W Karkonoszach, a dokładniej na rzece Kamienna jest nawet takie miejsce – może kiedyś je odwiedzimy – gdzie podziwiać możemy sam kocioł eworsyjny, bo wodospadu, który go wyrzeźbił dawno już nie ma.

Miejsce to słynie z tego, że nawet w największy upał woda jest tutaj lodowato zimna. Skłania to niektórych, stęsknionych za żałosnymi ideałami „prawdziwej” męskości byczków do kąpania się tutaj, żeby udowodnić swojej Karynie czy Dżesice, jacy to z nich są twardziele.

Każdy może być głupi: tak mężczyzna, jak kobieta. Różnica polega na tym, że kiedy mężczyzna jest głupcem, to zawsze sposób tak cepowaty, że przekracza to granice wyobraźni o wiele bardziej, niż miliardy drobnych, ewolucyjnych przemian w Przyrodzie.

I tak wielu sebiksów uważa prawa ewolucji za szatański, żydowski, masoński, komunistyczny wymysł, święcie wierzy w Adama i jego żebro, czyli Ewę – a potem przychodzą kąpać się w namacalnym dowodzie na mylność swoich poglądów.

Próg wodospadu.

Może jednak będziesz miał szczęście Przyjacielu i trafisz na dzień – zapewne jakiś mglisty, zimny deszczowy poranek – gdy nie zastaniesz tutaj zbiorowiska niedzielnych turystów i będziesz mógł docenić piękno i ważną naukę, jaka wraz z wodami potoku płynie z tego zakątka.

Śladami zwierzęcych wędrówek…

My, ludzie nie dostrzegamy takich rzeczy, ale Bojar potrafi wyczuć, ile leśnych zwierząt przemierza dolinę Podgórnej. Korzystają one z tego, że poza okolicą wodospadu jest ona zapomniana, cicha i spokojna… a tym samym skrywa wiele tajemnic.

Podgórna powyżej wodospadu.

Opuścimy na chwilę Podgórną, by odwiedzić jej sąsiada, potok Myja, który jest też jej dopływem, zbiegającym się z nią nieco poniżej wodospadu.

W drodze do sąsiedniej doliny…

Nie przez przypadek odwiedzamy to miejsce. Czeka na nas tam tajemnica, która ostatecznie i dosłownie spięła obydwa potoki nicią tragedii, cierpienia i potworności.

Jeżeli udasz się kiedyś, Przyjacielu, naszymi śladami, odszukaj ujęcie wody pitnej na Myi, a potem zajrzyj do lasu nieco powyżej niego. Niemal tuż przy drodze napotkasz na wpół pogrzebane przez Przyrodę ślady ludzkiej działalności.

Tajemnicze pozostałości w lesie.
Resztki kamiennych podmurówek…
Ślady niwelacji terenu.

Czym jest to miejsce? Czy to relikty jakiejś dawnej miejscowości, jednej z wielu sudeckich wsi, pozostałości po siedemnastowiecznych osadach uciekinierów, którzy w górskich ostępach chronili się przed zawieruchą wojny trzydziestoletniej? Niestety, tym razem prawda jest o wiele bardziej mroczna.

W 1939 roku władze przeżywającej rozkwit III Rzeszy postanowiły w ramach budowania świetlanej, nowoczesnej przyszłości przeprowadzić przystosowaną dla ruchu samochodowego szosę przez środek Karkonoszy do Czech – a wówczas świeżo anektowanego do Wielkich Niemiec tzw. Kraju Sudeckiego. Stąd też wzięła się nazwa owej szosy: Droga Sudecka.

Nazistowskie imperium, czyli raj dla nacjonalistów, kseno- i homofobów, sebiksów, półgłówkowatych okrutników i zbrodniarzy, o którym śnią prawicowcy i do którego twórcy modlą się polscy klerofaszyści – chciało oczywiście w ten sposób udostępnić „czystym rasowo obywatelom” nowo zdobyte, atrakcyjne turystycznie rejony. Hitlerowscy politycy lansowali projekt samochodu dla każdej niemieckiej rodziny, czyli Volkswagena – „Wozu dla narodu”. W propagandowych filmach przedstawiali zdrowe, silne, aryjskie byczki (tak łudząco podobne do tych z ONR-u) jak pakują swoje wielodzietne rodziny wraz z żonami (inkubatorami i maszynkami do mnożenia się) w lśniące, nowiutkie samochody i wspaniałymi autobanami zmierzają na wypoczynek w rytmie wojskowych marszów.

Ważnym elementem tych bombastycznych projektów była budowa Drogi Sudeckiej. Zlecono ją prywatnej firemce budowlanej z Legnicy. Można sobie wyobrazić otyłego, wąsatego prezesika takiej firmy, dumnego gołodupnego przedsiębiorcę, jak zapiał z radości na tak prestiżowe, rządowe zamówienie.

Oczywiście, budowa drogi w trudnym, górskim terenie, wśród gęstych lasów, przepaścistych dolin i skał to nie bagatela! Ileż to musiało pójść środków na same materiały, maszyny… i, co najgorsze, na pracowników. Ta bolączka każdego przedsiębiorcy!

Ale właśnie wtedy, gdy nasz gruby szefuncio zaczął biedzić się nad tym, co zrobić, żeby z całego zamówienia wyciągnąć odpowiednio wysoki zysk, co zrobić, żeby jak najmniej zapłacić ludziom – pomocną dłoń do naszego przedsiębiorcy wyciągnęła pewna znana firma outsourcingowa, czyli SS.

Za kilkukrotnie mniejsze pieniądze, niż by trzeba było wydać na zwyczajnych robotników SS zaoferowało naszemu stroskanemu, dzielnemu przedsiębiorcy nieograniczoną liczbę pracowników, którzy, co więcej, podjęli się (to znaczy SS się podjęło, oni nie mieli nic do powiedzenia) wybudować szosę samochodową gołymi rękami. Żadnych maszyn, ciągników, dynamitu do wysadzania skał – tylko trochę kilofów i łopat.

Można sobie wyobrazić radość naszego bohatera, gdy oczyma wyobraźni zobaczył swój puchnący od zysków portfel.

I nie miało dla niego znaczenia to, że jego robotnicy będą więźniami i jeńcami wojennymi, że większość z nich umrze przy budowie z głodu i wycieńczenia. Liczyły się zyski.

Jestem pewien, że bardzo, ale to bardzo wielu polskich przedsiębiorców również nie miałoby żadnych rozterek moralnych, gdyby tylko mogli korzystać z darmowej, niewolniczej siły roboczej.

Na noc jeńców: Rosjan, Belgów, Francuzów i Polaków – spędzano do baraków w niewielkim obozie. Tym obozie, którego resztki właśnie, Przyjacielu widzisz.

Codziennie niewolnicy z tego obozu, gdy jeszcze było ciemno byli zrywani z prycz i gnani do pracy. Jakby na urągowisko, szli drogą wybudowaną siedemdziesiąt lat wcześniej przez wolnych ludzi – i mijali ten sam słupek z datą 1873, który i Ty, Przyjacielu, możesz dziś zobaczyć.

Kamień z datą budowy drogi.

A potem budowali świetlaną przyszłość aryjsko – sebiksowego narodu, umierając przy pracy, traktowani jak śmieci i jak śmieci grzebani przy drodze – na poboczu, w lesie – lub wprost pod asfaltem.

Charakterystyczny przechył drogi na zakręcie.

Szosa była nowoczesna, przystosowana do szybkiego ruchu – dlatego też na zakrętach nawierzchnia nachylała się w kierunku promienia łuku, żeby przeciwdziałać sile odśrodkowej.

Ta nowoczesność budowana była prymitywnymi środkami rodem z czasów starożytnego niewolnictwa. Nie miało to jednak znaczenia. Liczył się zysk naszego szefuncia. Liczył się prestiż narodu. Chwała partii nazistowskiej.

Gołymi rękami wznosili więźniowie budowane z ciężkich, kamiennych bloków ogromne mosty, którymi szosa przekraczała oba potoki: Myję i Podgórną.

Most na Podgórnej. Na głazie, który więźniowie tu ustawili – gotycki napis „Mittelwasser”.

Idź tą drogą z szacunkiem, Przyjacielu, Stąpasz po grobach ludzi, których ostatnim wspomnieniem było cierpienie, bezsilność, okrutny wyzysk i pogarda.

Stąpasz po grobach tych, których wyrwano z rodzinnych domów, zapędzono na wojnę rozpętaną przez siedzących w bezpiecznych fotelach polityków i generałów, których nie uszanowano, ale potraktowano jak bydło, jak odpady, jak nic nie znaczący zasób do poużywania.

To przeklęta droga. Przeklęta przez to, jakim kosztem powstała. Dlatego tą wspaniałą, wykonaną z iście niemiecką jakością szosą dojedziesz… donikąd.

Koniec asfaltu.

Niedaleko stąd asfaltowa szosa bezsensownie urywa się w lesie, jeszcze jakiś czas prowadzi cię gruntową drogą leśną powstałą w miejscu, gdzie zdążono przygotować podbudowę – a potem w leśnej głuszy kończy się. Tak samo bezsensownie, jak bezsensowne było cierpienie i wycieńczenie skazanych na pracę ludzi i jak bezsensownie urwano ich życie.

Upadek III Rzeszy przerwał budowę drogi. Ostatni więźniowie zostali rozstrzelani i wrzuceni do masowego grobu.

W latach powojennych wydobyto z części rozsianych wzdłuż szosy grobów tych, których tu pomordowano i złożono na położonym nieopodal cmentarzu.

Cmentarz pomordowanych budowniczych Drogi Sudeckiej.

Na cmentarzu tym spoczywają kości około 600 ludzi. To tylko niewielka część tych, którzy tutaj zginęli.

A wszystko zaczęło się tak pięknie i niewinnie. Pozostałość tego możemy oglądać ledwie kilkaset metrów dalej.

Głaz FAD.

Na wielkim głazie, stojącym na poboczu drogi odchodzącej od Drogi Sudeckiej dostrzec można logo z literami FAD i datą 1933.

Jeszcze przed dojściem nazistów do władzy w Niemczech głośno rozbrzmiewały wzniosłe hasła Narodu, Honoru, Ojczyzny i tym podobnych testosteronowych bzdur. Na fali „odrodzenia narodu”, „dbania o fizyczną sprawność młodych Aryjczyków” zorganizowano FAD – Freiwilliger Arbeitsdienst – czyli „Ochotniczą Służbę Pracy”. Ci właśnie ochotnicy budowali przedłużenie owej drogi z 1873 roku, wiodące wgłąb lasów doliny Myi. Tym razem droga nie miała służyć jako trasa turystyczna, ale jako trakt dla służb leśnych.

Niebawem, bo w tym samym roku, którego liczbę wykuto na przydrożnym kamieniu nazwę FAD zmieniono na RAD – Reichsarbeitsdienst – „Służbę Pracy Rzeszy”. Dziesięć lat później pracujących ochotników zastąpili umierający niewolnicy.

Piękne się zdawały ideały męskiej, narodowej siły, odrodzenia przez pracę. W pracy młodych, rozebranych do pasa byczków doszukiwano się świtu prawackiego, narodowego odrodzenia, na sztandar którego wzięto slogan rozpropagowany w czasach Reformacji przez biblijnych fundamentalistów: Arbeit macht frei – „praca czyni wolnym”.

Tak właśnie marzono o narodzie wolnym – od Żydów, od komunistów, od lewaków, od ciapatych, od obcych, od tych, co „nie stąd”, od każdego, kto nie zgadza się żyć jak piksel na pięknym wyświetlaczu narodowej chwały.

I tak te marzenia doprowadziły do zbrodni.

A Las, Przyroda zachowały relikty tej straszliwej historii dla nas jako ostrzeżenie. Niestety, jak niewielu chce tego ostrzeżenia słuchać! Jak niewielu widzi, że granica między patriotyzmem a wysyłaniem dzieci do gazu jest tak cienka, że aż ŻADNA. I że granica ta może niepostrzeżenie przebiegać w sercu jednego człowieka.

Żyjemy w Europie, na kontynencie, którego mieszkańcy kształtują swoją kulturą kulturę całego świata – a którzy u fundamentów swoich ogłuchli na głos Przyrody.

Żywica. Łzy drzewa.

Kiedy europejscy najeźdźcy zapytali Indian, z czego robią sprężyste piłki, którymi posługiwali się przy rytualnej grze w tzw. pelotę – ci zaprowadzili ich do pewnego gatunku drzewa i pokazując wypływającą z niego żywicę, powiedzieli: caaocho – „Łzy drzewa”. Od tego to własnie słowa podchodzi nazwa „kauczuk”.

To, co dla nas jest poetycką metaforą, dla rdzennych Amerykanów było dosłownością. Wiedzieli oni to, co dziś z trudem, dzięki naukowemu wysiłkowi wydobywamy z wiedzy o Przyrodzie – w tym i wiedzy o fizjologii roślin. Wiedzieli, że dla rośliny wypływająca żywica jest tym samym, czym łzy wypływające z oczu człowieka – jest reakcją na cierpienie, na zranienie, na ból.

I choć rośliny nie posiadają układu nerwowego, który sprawia, że zwierzęta, w tym i człowiek odczuwają to, co nazwaliśmy bólem – to są organizmami żywymi i jak każdy organizm żywy wykształciły reakcję na uszkodzenie swojego ciała, na zagrożenie infekcją – na niebezpieczeństwo śmierci.

W przeciwieństwie do chrześcijańskiej, do cna testosteronowej kultury europejskiej rdzenni Amerykanie potrafili dostrzec to, co nas ze światem Przyrody łączy, a nie to, co nas dzieli.

I dlatego nie wynaleźli obozów pracy, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady.

Droga FAD.

Droga poprowadzona przez ochotników, z których wielu potem zginęło na wojnie zorganizowanej w imię tych samych ideałów, w imię których oni szli do pracy, żeby się przysłużyć „narodowi” – wiedzie nas z wolna w głąb doliny Myi. Idziemy wśród modrzewiowego lasu, który przywodzi na myśl jeszcze jeden relikt tamtych strasznych czasów, czasów, które i dziś mogą się powtórzyć.

W lasach całej III Rzeszy dowcipni – a może tak szczerze oddani? – leśnicy w świerkowych, wiecznie zielonych lasach sadzili po kilkanaście modrzewi, układając je w kształt swastyki. Przez większość roku, kiedy to modrzewie są albo zielone jak otaczające je świerki albo – zimą – pozbawione igieł swastyka była niewidoczna. Ujawniała się tylko jesienią, gdy modrzewie żółkną. Nic dziwnego, że owe leśne „instalacje artystyczne” odkryto dopiero w latach… dziewięćdziesiątych.

Tak, w III Rzeszy nawet las miał sławić potęgę narodu. A dziś polscy odpowiednicy tamtych potworów wyrzynają lasy – znów bo „interes narodowy”. bo „gospodarcza siła narodu”, bo naród to, bo naród tamto.

Jak to powiedział Jacek Kaczmarski:

Narody, narody! Po diabła narody
Stojące na drodze do szczęścia i zgody?
Historia nam daje dobitne dowody:
Pragniecie pokoju? – Usuńcie przeszkody –
Narody, narody, narody!

Drzewa i leśne zwierzęta nie znają pojęć narodu, państwa, honoru i wszystkich tych ludzkich idiotyzmów. Ojczyzna dla nich jest tam, gdzie jest dobrze. Honorem jest przetrwać śmierci, unikając cierpienia. Gdybyż ludzie zechcieli się tego od lasu nauczyć!

Po lewej Tępy Szczyt, po prawej – Mały Szyszak.

Zbliżamy się ku dwóm kulminacjom głównego grzbietu Karkonoszy: Tępemu Szczytowi (1388 mnpm) i Małemu Szyszakowi (1435 mnpm). To właśnie z ich zboczy wypływa Myja i Podgórna, których dolinami tutaj zdążaliśmy.

Nad głęboką doliną Myi wznoszą się tutaj jedne z najokazalszych baszt skalnych w Karkonoszach: Szwedzkie Skały.

Szwedzkie Skały i dolina Myi.

Nie pytajcie mnie, skąd wzięto taką nazwę. Naprawdę nie rozumiem tych, którzy ustalali nazwy po 1945 roku. Dawniej te skały nosiły miano Tumpsa Felsen, czyli „Skały Tumpsy”, tak bowiem brzmiało przezwisko leśniczego Tomasza Seligera, który w początkach XVIII wieku zbudował schron dla wędrowców u stóp skał.

Dla nas wysokie bastiony skał są okazją do podziwiania modrzewiowo – świerkowego lasu, szemrzącego głęboko w dolinie poniżej potoku i zaobserwowania kolejnej geologicznej właściwości tych terenów.

Szczelina między basztami skalnymi.

Granit składa się z kryształów, a kryształy – z atomów pierwiastków chemicznych, których ciasne upakowanie zmusza je do uformowania się w idealne geometryczne wzory – sieć krystaliczną. Dlatego też granit pęka w trzech prostopadłych do siebie płaszczyznach. Dlatego pękając ma skłonność do formowania prostych, jakby sztucznie utworzonych ścian. Zauważmy jednak, że w dużej skali ta prostopadłość nie jest już idealna. Niektóre z pęknięć odchodzą pod innymi kątami od pozostałych…

Dzieje się tak dlatego, że choć właściwości granitowej skały są uwarunkowane kształtem sieci krystalicznej, to jednak na tym poziomie wielkości wpływają na nią także inne czynniki. Skały wyłoniły się z magmy, były kiedyś rozgrzanym do białości płynem, a w płynie mieszały się różne składniki. Granit w dwóch różnych miejscach może mieć nieco inny, unikatowy skład, a ten lokalnie zmienia właściwości skały.

I znów rozbijamy się o ograniczenia ludzkiej wyobraźni. Ograniczenia te nie pozwalają zobaczyć uczniom fizyki, że to, co mogą wyliczyć wzorami naprawdę ma przełożenie na to, gdzie poleci kopnięta przez nich piłka albo na to, że spadający z góry na skutek nieszczęśliwego wypadku ciężar ominął kogoś o włos. I taki człowiek dziękuje potem nieistniejącym jezusom albo matkom boskim, zamiast podziękować Przyrodzie i Jej prawom.

Opuszczamy zbudowaną przez niemieckich ochotników drogę i zbaczamy teraz na ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta, drogę już nie ludzką, ale drogę Przyrody.

Mijamy Słup – samotny, ukryty w lesie filar skalny jak strażnik czuwający nad wejściem do największej tajemnicy, skrywanej przez Las.

Skała Słup.

Wchodzimy w górę zbocza, aż dochodzimy do Zamczyska – skalnej fortecy wyrzeźbionej mocą Przyrody przez miliony lat drobnych, niewielkich przemian.

Zamczysko.

Tutaj właśnie, wysoko ponad ludzkimi siedzibami i z dala od wypełnionych turystami miejsc chcę Ci pokazać, Przyjacielu największą z tajemnic lasu.

Oto ona.

Odpoczynek wysoko w górach i głęboko w lesie.

Mimo wszelkich narzędzi, którymi dzisiaj nauka dotarła do umysłów i inteligencji zwierząt nadal ich nie rozumiemy. Nadal ich język – oparty przecież o zupełnie inne wrażenia zmysłowe niż słuch, jak u nas – jest dla nas niezrozumiały. A jednak, gdy Bojar po długiej wędrówce wyciąga się na trawie, gdy zanurzam rękę w jego futrze a on patrzy na mnie, dzieje się coś, co mogę z całą pewnością zrozumieć.

Dzieje się to, że Bojar całym sobą pokazuje, że odczuwa przyjemność.

Nie potrafimy z roślinami, zwierzętami, z całym światem ożywionym dzielić wiedzy, inteligencji, informacji… ale możemy dzielić te dwie podstawowe rzeczy: cierpienie i przyjemność.

A skoro tak jest, skoro Przyroda wyposażyła wszystko, co żyje w zdolność porozumienia się na płaszczyźnie tych dwóch rzeczy, oznacza to że tylko one są naprawdę w życiu ważne.

Jakiś czas temu przeżyłem próbę nawracania mnie przez pewną osobę, która deklarowała się jako niewierząca, ale święcie wierzyła w istnienie duszy, życia pozagrobowego i ogólnie „wyższych wartości”.

Nie wierzę w wyższe wartości. Bo wiem i wyraźnie widzę, że im wznioślejsze, im wyższe wartości człowiek wyznaje, tym podlejszego okrucieństwa i ohydniejszej niegodziwości się dopuści, żeby je wprowadzić w życie.

Religie oskarżają hedonizm i epikurejskie podejście do życia, że powodują deprawację i degradują sumienie.

Ale przecież wystarczy się rozejrzeć w historii, wystarczy wejrzeć w twarze otaczających nas ludzi, żeby zrozumieć, że żadnej z wielkich zbrodni nie dokonywano w imię przyjemności, ale w imię wzniosłych idei. Nie bunt rodził rozlew krwi, ale posłuszeństwo. Nie egoizm i wolność prowadziły do anarchii i chaosu zniszczenia, ale silne, totalitarne reżimy.

Tutaj, wysoko nad doliną Myi, niemal kilkaset metrów od jej źródeł mogę to powiedzieć z całą pewnością. To nie wzniosła filozofia doprowadziła nas do prawdy o Przyrodzie, ale to podłe, niskie, materialistyczne mędrca szkiełko i oko.

Dlatego boję się ludzi, którzy wierzą w boga, w duchowość, tajemne energie kosmiczne, w wielkie, wzniosłe idee i głębokie mądrości. Boję się ich, bo wiem, że wystarczy lekko podważyć ich przenajświętsze przekonania, żeby obudzić w nich spragnione krwi potwory.

Spoglądając na zachód widzimy szczyty Śląskich Kamieni. Niemal takie, jak je ukazał Adolf Dressler na swoim obrazie sto lat wcześniej.

Śląskie Kamienie widziane z Doliny Myi dzisiaj…
…i w pejzażu Adolfa Dresslera.

Dla niego liczył się kolor i światło, sprawiające przyjemność ożywcze tchnienie lasu.

I my, jeśli tylko zechcemy poczuć to, co nas ze zwierzętami łączy i zatracić się w tym choćby na chwilę – zaznamy prawdziwie mistycznej więzi z Przyrodą. Bez wiary w energie nieznane nauce, bez otwierania trzeciego czy piątego oka, bez czakramów, sakramentów, modłów, medytacji, bez całej masy tych wszystkich niepotrzebnych bzdur – wystarczy że zechcemy choć na chwilę się zezwierzęcić i temu zezwierzęceniu oddać. Poczuć przyjemność życia, posmakować go i dziękować – nie bogom, ale drzewom, górom i zwierzętom.

Zwierzęca ścieżka, którą podążaliśmy łączy się niebawem z ludzką, ale… jakoś inną.

Droga przy Zapomnianym Moście.

Zapomnianym Mostem na Myi wiedzie zupełnie zapomniana, zarośnięta puszystą trawą droga leśna. Niegdyś ludzka, dziś zwierzęca – droga ta łączy w sobie obydwa światy, tak rozdarte i poróżnione ze sobą.

Podążając nią, możemy zobaczyć, że w lesie przyjemności są proste, a jednocześnie dają więcej szczęścia niż wszystkie ‚duchowe”, pieprzone wzniosłości ludzi, prowadzące tylko i wyłącznie do zniszczenia i okrucieństwa.

Zapomniana droga.

Z prowadzącej pod chmurami drogi możemy oglądać daleko w dole położony ludzki świat. Jeżeli podążasz taką samą drogą, Przyjacielu, zrozumiesz, że Ci, którym dane zostało pojąć te proste prawdy, przekazane przez Przyrodę, natychmiast stają się z definicji samotnikami.

Widok na Zbiornik Sosnówka z Zapomnianej Drogi.

Nie jest to jednak samotność sama w sobie. Jest to samotność definiowana w odniesieniu do ludzkości, z którą właśnie przestało cię cokolwiek łączyć. To nie jest tak naprawdę samotność, bo jesteś wreszcie połączony z Przyrodą i z miliardami istot, które Ją tworzą. Każda zaś z nich może być Twoim przyjacielem, równie – a ja ośmielam się twierdzić, że bardziej – wartościowym od jakiegokolwiek człowieka.

Tak, wiem. Podążanie górskimi drogami to „haniebna ucieczka” od problemów, to „pójście na łatwiznę”. Tak, wiem to i jestem z tego dumny, że tę właśnie ścieżkę odnalazłem w gąszczu ludzkiego wyszukiwania sobie problemów, których nie ma.

Zapomniana droga jest długa, wiedzie nas wysoko, pozwalając oglądać niemal całą Kotlinę Jeleniogórską od Chojnika na zachodzie po Rudawy Janowickie na wschodzie.

Nie zabraknie tutaj wody dla ugaszenia pragnienia tak zwierząt, jak ludzi – co chwilę napotkać można bystre, górskie, czyste potoki.

Nie napotkasz na tej drodze żadnych „atrakcji” turystycznych. Nie napotkasz czegoś, na tle czego selfie zrobi wrażenie na znajomych, nie spotkasz tutaj papieża, prezydenta czy pani Loli z dziewiątki. Ale kto wie? Te rejony zamieszkują wilki. Jeśli gdzieś przez przypadek można je zobaczyć, to zapewne na takich właśnie, zapomnianych i nieuczęszczanych drogach. Niewielu jest jednak, którym takie szczęście przypada. I jeszcze mniej takich, którzy umieją to szczęście docenić.

W końcu Zapomniana Droga łączy się z inną, jak nietrudno zauważyć, o wiele bardziej uczęszczaną. Leśnicy nazwali ją Drogą Chomątową – zapewne od końskiej uprzęży, używanej przy zwożeniu drewna.

Na rozstaje spogląda jeszcze jedna, granitowa grupa skalna: Zamkowe Skały.

Zamkowe Skały.
Droga Chomątowa.

Nawet jeśli nie uda się Ci tutaj, Przyjacielu ujrzeć wilków czy innych zwierząt wiedz, że tak naprawdę je spotkasz. Gdy wchodzisz w las, natychmiast jesteś obserwowany. Z każdej dziury, spomiędzy każdego krzaka, z wierzchołka każdego z drzew spoglądają na ciebie setki par oczu.

To bycie obserwowanym biegunowo się jednak różni od tego, co możesz doświadczyć z ludźmi, gdy na Ciebie patrzą. Bo ludzie patrząc od razu oceniają. Oceniają Twój wygląd, ubranie, zachowanie, sposób chodzenia, mówienia, smarkania, oddychania – wszystko. I wszystko zazwyczaj oceniają nieżyczliwie, bo tego potrzebują, potrzebują dostrzec w Tobie wady, żeby własną pychę i poczucie wartości podbudować.

Żadne zwierzę i żadna roślina nie spojrzy na Ciebie w ten sposób.

Dobrze jest spojrzeć czasami na świat właśnie tak: nie oceniając. Odpuszczając sobie doładowywanie samooceny, którą tak naprawdę formułujemy tylko i wyłącznie ze względu na innych. Tu w lesie możesz poczuć, że jakakolwiek samoocena jest Ci całkowicie zbędna.

Widok z Drogi Chomątowej w kierunku góry i zamku Chojnik.

Ile lat upłynie, zanim spływająca po głazie woda zmieni jego kształt, albo poruszy do w sposób, który będziemy mogli dostrzec, gdy porównamy zdjęcie poniżej i jakieś zdjęcie z przyszłości?

Jeden z licznych potoków, dopływ Myi.

Ocean czasu dzieli nas od takiej chwili. Czy warto zatem się tym oceanem przejmować? Świat jest jaki jest tylko teraz i tylko dla nas. Będzie inny dla pokoleń istot, które przyjdą po nas. I dlatego jest tak fascynującym darem.

Dziś, kiedy wśród ludzi ceni się tylko szalone tempo, kiedy nie stosuje się zagłodzonych niewolników do pracy tylko dlatego, że pracy takiej groziłyby opóźnienia – powolne tempo zmian w Przyrodzie jest dla przeciętnego człowieka równie czarną magią, co fizyka kwantowa. Ta druga nawiasem mówiąc ma tę wadę, że mało komu chce się zgłębiać, więc jest przez najprzeróżniejszych oszustów do woli używana do podpierania zidiociałych twierdzeń o życiu po życiu czy skuteczności nakładania rąk przez bioenergoterapeutów.

Nauka opiera się na wyobraźni – nie fantazji, ale wyobraźni. Niestety wyobraźnia to bardzo rzadki talent w świecie wszędobylskich, gotowych obrazów.

Dlatego kończąc naszą dzisiejszą wędrówkę tego chcę Ci, Przyjacielu życzyć: abyś używał wyobraźni, sprzężył ją z logiką i z materialistycznymi, szkiełkiem i okiem zbieranymi faktami – i zyskał w ten sposób klucz do prawdy. O świecie, o Przyrodzie, o Tobie.