W POSZUKIWANIU WIOSNY, CZYLI OSTATNI BASTION GÓR STOŁOWYCH

Dzisiaj wytropimy wiosnę, Przyjacielu. Wiosnę wczesną, tę jeszcze słabo widoczną i często oprószaną śniegiem, a jednak już tętniącą życiem. Trzeba tylko umieć patrzeć…

Będzie to też wędrówka, która przywiedzie nas na najdalej na północ wysunięty, ostatni bastion Gór Stołowych, tych samych, które już dwukrotnie odwiedziliśmy w czasie innych wypraw (patrz: SKAŁY, NA KTÓRE WYLANO KREW. WYPRAWA DO SANKTUARIUM FENRIRA, oraz: WŚRÓD SKALNYCH GRZYBÓW I TORFOWISK. WYPRAWA W GÓRY STOŁOWE).

Granica polsko – czeska przecina Góry Stołowe dwukrotnie, dzieląc je na trzy części: obszar Szczelińca Wielkiego i okolic, górujący od zachodu nad Kotliną Kłodzką, czeski obszar Adršpašskoteplickich Skał, szerzej w Polsce znanych jako „Skalne Miasto” oraz – wysunięty najdalej na północ, niewielki skrawek zwany Zaworami.

To właśnie tutaj udamy się dziś w poszukiwaniu wiosny.

Wyruszyliśmy z Chełmska Śląskiego. Dziś miejscowość ta ma status wsi, ale wystarczy rozejrzeć się po najstarszej jej części, żeby zobaczyć, że było to kiedyś miasto. Posiada kwadratowy, otoczony zabytkowymi kamieniczkami rynek z podcieniami, tak charakterystyczny dla planu starych miast.

I rzeczywiście, Chełmsko Śląskie miało kiedyś prawa miejskie. Najpierw, w średniowieczu i u progu czasów nowożytnych było ośrodkiem górnictwa, a później – od XVII wieku – istnym zagłębiem płócienniczym.

Niegdyś wyprodukowanie choćby niewielkiej tkaniny było żmudnym zajęciem, wymagającym wielu godzin pracy przy warsztacie tkackim – a tkanin ludzie w dużych ilościach od dawien dawna potrzebowali do tych samych celów, co i dziś – do produkcji ubrań, worków, żagli, zasłon, obrusów, pościeli – i wielu, wielu innych rzeczy.

Nic więc dziwnego, że chałupnicze tkactwo potrafiło dać zatrudnienie i dobry zarobek dla mnóstwa ludzi. Za producentami w takim miejscu osiedlali się kupcy, pośredniczący w handlu płótnami, rzemieślnicy wytwarzający i naprawiający krosna – słowem: gospodarka kwitła.

Jednak tę sielankę brutalnie przerwało wynalezienie i upowszechnienie tkalni mechanicznych w pierwszej połowie XIX wieku. Dla takich społeczności, jak mieszkańców dawnego miasta Chełmsko Śląskie była to istna katastrofa. W jednej chwili potentaci zmieniali się w żebraków, a ciężko pracujący tkacze nagle stanęli wobec perspektywy totalnej nędzy.

Warto jest przed udaniem się do królestwa Przyrody rzucić takie niewesołe spojrzenie na świat ludzi. I jednym, i drugim wstrząsają od czasu do czasu różne kataklizmy. I w jednym, i w drugim świecie trzeba czasami stanąć wobec brutalnego wyboru – albo się całkowicie przekwalifikujesz i przetrwasz – albo zginiesz.

Jednak tylko w świecie ludzi kataklizmy sprowadzają na siebie oni sami. Co więcej – jak to było w wypadku wynalezienia mechanicznych tkalni – często to dobre chęci, wynalazczość a nawet wzniosłe ideały – powodują katastrofę.

Tymczasem Przyroda jest inna. Tutaj kataklizmy przeważnie nadciągają z zewnątrz jako niszczycielskie siły z głębin Ziemi, jak erupcje wulkaniczne, czy jako wielkie moce wyzwalane przez atmosferę, a więc burze, nawałnice i tornada albo błyskawice wzniecające pożary. Niebezpieczeństwo może przyjść z otchłani przestrzeni kosmicznej w postaci dużych meteorytów, może nadejść jako wielka powódź lub katastrofalna susza, może wreszcie uderzyć nagle i równie nagle odejść – a może trwać długie lata.

Jednakże kataklizm jest wpisany w naturę Biosfery, ona jest do tego przystosowana, ba, mało tego – to właśnie kataklizmy ją ukształtowały. Bo w mikroskali kataklizmem jest każda zmiana pory roku, każda zmiana pogody, każda, choćby minimalna zmiana warunków. Każda taka zmiana jednych ścina, drugich oszczędza. Jedne organizmy czy całe gatunki nawet idą do ziemi, z której zostały wzięte, a inne trwają, a nawet przeżywają rozkwit.

Czy zatem nasze ludzkie, zwyczajne pragnienie stabilizacji, które każdy kiedyś odczuwa jest nienaturalne? Bynajmniej, pragnienie to także jest naturalne, bo stanowi siłę napędową tego, by przezwyciężać kataklizm czy skutki nagłych zmian, podnosić się i na nowo trwać.

A zmiany były i będą. Pytanie tylko, jak wiele i jak wielkie zdołamy przetrwać. My mogliśmy zaobserwować jedną z takich zmian niemal zaraz po opuszczeniu okolic zabudowanych, kiedy to polna droga wywiodła nas w kierunku wąskiej doliny potoku Jawiszówka, wcinającej się między porośnięte świerkowym borem wzgórza Stożek i Lisiec.

Normalną oznaką wiosny jest pojawienie się owadów. Jednak owady mają swoje cykle rozwojowe, ściśle dopasowane do wegetacji czy temperatury. Nierówienka zmienna, zwana też listnikiem jednobarwnym Anomala dubia  w postaci dorosłej żywi się liśćmi drzew, krzewów i zarośli i z tego też powodu powinna pojawiać się w czasie, gdy rośliny takowe wytworzą. Dla tego konkretnego gatunku naturalnym czasem wyroju jest późny maj, czerwiec, lipiec i sierpień. A wyprawę niniejszą odbyliśmy ni mniej, ni więcej, ale pierwszego kwietnia.

Czy ten samotny osobnik owada jest znamieniem rozchwiania klimatu, który człowiek zafundował Przyrodzie – i sobie samemu? Zarówno nierówienka jak i podobna do niej ogrodnica niszczylistka są przez ogrodników i sadowników uważane za uciążliwe, uszkadzające liście roślin szkodniki. Zadumać nam się trzeba nad tym dziwnym paradoksem: człowiek, wojując z Przyrodą – a więc także tymi jej elementami, które uważa za „szkodniki” – sam jest największym szkodnikiem dla samego siebie, bo choć na krótką metę utrudnia życie np. niektórym gatunkom szkodzącym uprawom, to na dłuższą metę – zapewnia im o wiele lepsze warunki do życia.

Rośliny w naszej szerokości geograficznej już znacznie wydłużyły okres swojej wegetacji. Dłużej jest zielono, bo i dłużej jest ciepło, a letnie susze i upały powodują, że rośliny muszą wykorzystywać coraz więcej czasu wiosną i jesienią na produkcję cukrów w procesie fotosyntezy, do czego potrzebne jest dużo wody. Żeby to osiągnąć, muszą wcześniej wypuszczać liście i później je zrzucać. Tym samym aktywność owadów, żywiących się liśćmi rozszerza się na te miesiące, w których dotąd nie żerowały.

Stare powiedzenie mówi, że jedna jaskółka wiosny nie czyni – a i do nierówienki można by je zastosować. Ale Przyroda zawsze testuje, próbuje ugryźć rzeczywistość jak nie z tej, to z drugiej strony. Zapewne zawsze były takie nieliczne nierówienki, które nieco za wcześnie kończyły swój żywot zagrzebanego w ziemi pędraka i wylatywały na świat nim pojawiły się na nim choćby najskromniejsze listki. Ale zmiany klimatu, które spowodowali ludzie mogą sprawić, że takie owadzie wcześniaki zamiast umrzeć z braku pożywienia odniosą sukces i rozszerzą aktywność swojego gatunku na większy zakres czasu.

Czy winić za ten stan rzeczy należy to, że z zasobów Przyrody w ogóle korzystamy? Jednak każdy gatunek na swój sposób z nich korzysta! Gdzie tkwi sedno tej różnicy, ten niuans, który powoduje, że akurat my korzystamy z tych zasobów w sposób nieumiarkowany, bezdennie głupi i tym samym coraz to bardziej w imię ułatwiania życia je sobie utrudniamy?

Nasza z Bojarem droga podprowadziła nas do odpowiedzi na to pytanie.

Najprzeróżniejsze kapliczki, krzyże i tym podobne instalacje typowe dla katolickiej pobożności zdobią całą okolicę i nie należy się temu dziwić. Pasmo Zaworów, podobnie jak cały kraj dokoła były niegdyś częścią ogromnych dóbr bogatego opactwa cystersów w Krzeszowie. Panujący tu zakonnicy bardzo dbali o to, by na ich ziemiach nie rozkrzewiał się tak znienawidzony przez nich luteranizm. Ziemie cystersów były ziemiami dla katolików i dla nikogo więcej.

I nawet gdy w 1810 roku król pruski zrobił to, co i dzisiaj powinno się zrobić – czyli zabrał Kościołowi wszystkie jego rozległe dobra i bogactwa – ślad wielowiekowego panowania klasztoru trwał nadal w postaci znakomitej przewagi ludności wyznania katolickiego na tych terenach.

A co nam mówią takie krzyże – dziś często niszczejące lub, co gorsza – zastępowane nowszą, o wiele tandetniejszą sztuką sakralną?

Religia narodziła się z reakcji człowieka na Przyrodę w tym, co jest w Niej przerażające, fascynujące i niezrozumiałe. Czcił niebo, drzewa i zwierzęta, pioruny i słońce. Z czasem te elementy Przyrody zastąpiły w jego wyobraźni bóstwa, uosabiające gwałtowność lub łaskawość danego składnika rzeczywistości.

Ale z czasem malała cześć dla bogów zjawisk naturalnych, a w to miejsce rozrastał się kult bogów personifikujących wytwory ludzi. Bogowie rzemiosła, handlu, władzy królewskiej, wojny i złodziejstwa zyskiwali coraz okazalsze świątynie i coraz to bardziej rozrośniętą liturgię, a dawny kult błyskawic, gór, rzek i zwierząt skurczył się do rozmiarów atrybutu tego czy tamtego boga lub bogini.

Aż w końcu człowiek doszedł do perfekcji w swoim religijnym odejściu od Przyrody. W chrześcijaństwie uczcił samo człowieczeństwo jako bóstwo, uklęknął przez człowiekiem, czyli – przed sobą samym. W islamie padł na twarz przez bogiem – filozoficznym, platońskim absolutem, wytworem ludzkiej abstrakcji, wypranym z wszelkiego związku z Przyrodą.

Przyroda stała się domeną złych duchów, rebelią przeciw temu ludzkiemu lub abstrakcyjnemu bogu. Stała się okrytym złą sławą mrokiem, ciemnością, mieszkaniem drapieżników i pasożytów. Stała się scenerią horrorów, matką potworów i wszelkiego zła, czymś, z czym człowiek ma walczyć, co ma zwyciężać, co ma traktować jak wroga.

Trzeba było wielu wieków, żeby w człowieku odezwała się pewna pierwotna, zwierzęca cecha, jeden z tych przeklętych instynktów, jedna z tych owianych złą sławą pożądliwości, a mianowicie: ciekawość. Ta, która prowadzi do piekła.

Tak narodziła się nauka – a nauka powróciła do Przyrody. Znaleźli się ludzie, którzy znów zaczęli ją oglądać, podziwiać i badać dla Niej samej, a nie dla czci tego czy innego bóstwa.

A jak wygląda nauka w Przyrodzie? Zobaczmy to na przykładzie lasu, przez który właśnie przechodzimy.

Różne są lasy. Są świerkowe lub sosnowe bory, są lasy mieszane, są bukowe puszcze, dąbrowy, brzeziny i nadrzeczne łęgi. Ludzie zaczęli zadawać proste pytania, bo to one są początkiem naukowej ciekawości: Dlaczego tu rosną tylko świerki, a gdzie indziej tylko sosny, czemu tam mamy wiele różnych gatunków drzew w jednym miejscu, a tu znowu jeden, maksymalnie dwa gatunki?

I tak z wolna człowiek nauczył się, że odpowiedzi na te pytania nie zdobędzie siedząc i dumając. Czasami trzeba zakasać rękawy i się ufajdać, zlać potem i dokopać do odpowiedzi.

Jeżeli tak zrobimy, ujrzymy, że ziemia w tym miejscu – podobnie jak wszędzie – składa się z różnych warstw o różnej właściwości, a ich układ tworzy tzw. profil glebowy.

Wierzchnia, cienka warstewka świerkowego igliwia ustępuje głębiej kilkucentymetrowej warstwie wilgotnych, organicznych szczątków, rozdrobnionych i przerobionych już przez destruentów. Możemy pobrać próbki tej warstwy i zbadać np. jej pH, czyli ujemny logarytm stężenia protonów wodoru. określić sposób, w jaki jedna warstwa przechodzi w drugą: czy płynnie, czy nagle.

Na głębokości od 6 do 11 centymetrów detrytus przechodzi stopniowo w gliniasty, wciąż wilgotny piasek, a niżej w glinę i odłamki piaskowca, która to skała jest w Zaworach, podobnie jak w całych Górach Stołowych podstawowym fundamentem.

Ten typ gleby klasyfikujemy jako glebę brunatną kwaśną. I już od razu narzuca się nam podejrzenie, że coś tu jest nie tak. Gleba brunatna jest dość żyzna, a tymczasem bór świerkowy rośnie na glebach uboższych, bielicowych.

A spójrzmy na drobne rośliny leśnego runa. Może one nam coś powiedzą o wilgotności i żyzności tego terenu?

Wiosna wita nas pięknymi, różowymi kwiatami krzewu wawrzynka wilczełyko Daphne mezereum.

Ta rodzima dla naszego kontynentu roślina jest dość rzadka i dlatego podlega częściowej ochronie. Jednak już za oceanem, w Ameryce została uznana za roślinę inwazyjną, czyli taką, która dużo lepiej sobie radzi w tamtejszych warunkach niż gatunki, które się tam wykształciły i która je wypiera.

Jednocześnie roślina ta, tak piękna jest bardzo trująca i wrażliwsi ludzie mogą przez sam kontakt z nią doznać obrzęków i zaczerwienienia skóry.

Jego występowanie w tym lesie dużo nam mówi. Wawrzynek jest dość wymagającą rośliną, zgodnie z zestawieniem Ecological indicator values of vascular plants of Poland wymaga wilgotności na poziomie 3 w 6-cio stopniowej skali, ale poziomu żyzności gleby aż na poziomie 4 w skali 5-cio stopniowej.

Rozejrzyjmy się jeszcze, może inne rośliny opowiedzą nam więcej o tym, gdzie jesteśmy? O rzeczywistości lasu, która nas otacza?

Oto nieopodal spod warstwy zeschłych liści i igliwia na bezlistnej łodyżce wychyla się z ziemi podbiał pospolity Tussilago farfara.

Ten z kolei przedstawiciel flory to jeden z pierwszych zwiastunów wiosny. Całą zimę czeka pod ziemią w postaci kłącza, w którym zgromadzone są składniki odżywcze, zebrane latem. Gdy tylko nadchodzą pierwsze wiosenne dni podbiał wypuszcza „na kredyt” zgromadzonych pod ziemią zapasów małe, żółte kwiatki, będące w istocie koszyczkami kwiatostanowymi – czyli zgrupowaniami kwiatów, które tu zrosły się ze sobą i upodobniły jakby do jednego kwiatu.

Kwiaty służą roślinom do rozmnażania się i rekombinacji genetycznej i taką też rolę pełnią dla podbiału. Gdy to podstawowe zadanie zostanie wypełnione, kwiatki zamierają, a resztę zgromadzonych zapasów podbiał wykorzystuję, żeby w ich miejsce wytworzyć wielkie, szerokie liście, które przez cały czas sezonu wegetacyjnego zbierać będą energię słoneczną, wodę i dwutlenek węgla, by gromadzić w podziemnych kłączach nową spiżarnię na następny rok.

Podbiał potwierdza nasze obserwacje. Wymaga wilgotności na poziomie od 3 do 4 i takiej samej żyzności podłoża.

A oto nieopodal naszą uwagę zwracają piękne, białe, zwieszone ku dołowi kielichy białych kwiatków z żółtymi, charakterystycznymi plamkami. To śnieżyca wiosenna Leucojum vernum.

Ta roślina występuje w Polsce głównie w górach, a więc w Sudetach i Karpatach, przypuszczalnie zawędrowała tutaj z dalekiej północy wraz z lodowcami. Jest też śnieżyca jedną z tych roślin, które związały się ze światem zwierząt, gdyż jej nasiona roznoszone są głównie przez mrówki.

Ku zdumieniu Bojara i mojemu zajmuje tu ona rozległe połacie dna lasu, pyszniąc się istnymi, białymi dywanami.

Śnieżyca należy już do roślin bardzo wymagających: potrzebuje wilgotności na poziomie 4 i trofizmu również 4 poziomu.

I tutaj wypada się nam zatrzymać i odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to możliwe, że na tak żyznej glebie rośnie ubogi las świerkowy?

Odpowiedzią jest jak zwykle człowiek i jego żądza zysku.

Niegdyś to miejsce zajmował las bukowy i to do niego należy ta gleba, to buki ją ukształtowały i zasiedlały przez niezliczone wieki. Ale przyszedł człowiek, ten człowiek wierzący w boga dającego mandat na niepohamowane korzystanie z Przyrody i wyciął buki. A że buk rośnie powoli, a leśnik niecierpliwy jest w oczekiwaniu swych zysków – posadzono na jego miejsce szybko rosnące świerki.

Często słyszy się w Polsce, jak leśnicy usprawiedliwiają masowe, rabunkowe wyręby potrzebą przebudowania drzewostanu. Mówią – mając absolutną rację! – że lasy świerkowe są w wielu miejscach – w tym tutaj – nienaturalne, że trzeba je wyciąć i przywrócić naturalny drzewostan bukowy.

Tylko dlaczego, pytam, widzieliśmy z Bojarem ścięte w pień całe połacie świerczyny, a na jej miejsce nasadzone… nowe świerki?

Tymczasem nawet nasadzenie buka w miejscu sztucznej uprawy świerka będzie równie nienaturalne, bo nie tak działa Przyroda. Nie tak rosną buki. Buk to drzewo – komandos, które wstępuje na miejsca zadrzewione już przez rośliny pionierskie takie jak na przykład brzozy. Wyrasta jako wątłe, niewielkie drzewko i czeka, aż w sklepieniu listowia zrobi się przerwa, bo wichura, pasożyty i starość powalą któregoś z sąsiadów. I wtedy szybko, tak szybko, że żadne inne drzewo mu nie dorówna – wyrasta ponad inne i zajmuje pierwsze miejsce w kolejce po słońce.

Gdybyśmy zostawili takie lasy jak te w spokoju, pozwolili im z wolna obumrzeć, pozwolili na to, żeby sama Przyroda zamieniła je w las „słupów telegraficznych”, żeby bez litości powaliła i pożarami przebudowała to, co w swojej żądzy zysków zepsuł człowiek – buczyna powróciłaby. Niestety – i to nas, pełnych pychy razi i boli – nie za naszego życia. Poza tym – gdzie byłyby zyski?

Dochodzimy do rezerwatu Przyrody „Głazy Krasnoludków”. Rezerwatu, który przystrojono propagandą kolejnej, morderczej pasji ludzi.

Znamienny jest rok, wyryty na tablicy poświęconej chwale morderców. Rok 2014 to ten sam rok, w którym zarówno wawrzynek wilczełyko, jak i śnieżyca wiosenna zostały wyjęte z ochrony ścisłej i zaliczone do roślin otoczonych ochroną zaledwie częściową.

Myślistwo, podobnie jak religia katolicka, która zresztą obficie błogosławi i święci żałosne rytuały panów pyszniących się tymi samymi kapelutkami na głowie, które to do myśliwskiej tradycji wprowadził w Polsce nie kto inny, ale Hermann Göring – nie narodzi się w człowieku automatycznie.

Człowiek, podobnie jak inne istoty ma w swojej naturze zdolność do zabijania, jednak ta zdolność sprzężona jest z głodem, z brakiem składników odżywczych.

Tymczasem myślistwo nie wynika z głodu składników odżywczych, ale z głodu wyjałowionej przez nadmiar alkoholu męskości, z żądzy chwilowego poczucia się bogiem i panem Przyrody czyli, mówiąc bezpośrednio – z kompleksu małego członka.

Nie jest więc naturalne, a zatem i trzeba je, podobnie jak wiarę w okrutnych bogów krzewić siłą, wtłaczać do głów od najmłodszych lat, żeby broń boże nie narodziło się nowe pokolenie, które z obrzydzeniem odrzuci żałosne, krwawe „tradycje” i od skarlałych bożków odwróci się ku chwale Przyrody, ku tchnieniu Ciemności Lasu, ku oczom Wielkiego Wilka.

Miejsce odpoczynku pod rezerwatem urządzono więc tak, żeby przywabić tutaj rodziny z dziećmi, żeby oswoić dzieci z widokiem myśliwskich ambon, żeby je „wyedukować” w morderstwie, ocieplić wizerunek zielonego SS-manna i wdrożyć do roli gwałciciela Przyrody, który w głowie zamiast mózgu będzie miał tylko i wyłącznie pojemnik na testosteron.

Nie uda się wam to, wy zbrodniarze! I Wilk mi świadkiem, że dziś, gdy piszę te słowa, sam doznaję owoców upadku panowania waszej okrutnej religii.

Lecz oto spomiędzy drzew wyglądają ku nam przedziwne kształty piaskowcowych skał. To Gorzeszowskie Skały, najdalej na północ wysunięty bastion Gór Stołowych, ich ambasada i dalekie, uboższe odzwierciedlenie tego, co mogliśmy podziwiać z Bojarem, gdy przemierzaliśmy ścieżki Skalnych Grzybów, kiedy z wysokiego szańca góry Narożnik dumaliśmy nad losem, który nas przywiódł co tamtego czasu i miejsca, gdy z uniesieniem w sercu i żarem gorejącej czci dla Przyrody wstępowaliśmy do Świątyni Fenrira na Szczelińcu Wielkim.

Jeżeli towarzyszyłeś nam, Przyjacielu w wędrówce pośród Skalnych Grzybów bez trudu rozpoznasz w Gorzeszowskich Skałach tę samą rękę Przyrody, która najpierw złożyła na dnie ciepłego morza warstwy osadów o różnych właściwościach, a potem te osady wydźwignęła z dna na ląd, zmieniła je niepojętym kaprysem w góry – a potem deszczem, mrozem i wiatrem wyrzeźbiła w te wspaniałe struktury.

Druga nazwa tych skał, „Głazy Krasnoludków” to dosłowne tłumaczenie starej, niemieckiej nazwy tego miejsca Zwergsteine. Jednak wystarczy je pooglądać, przejść się wzdłuż poprzecinanego szczelinami muru piaskowcowych baszt żeby zrozumieć, że to wciąż Sudety – Góry Olbrzymów.

Góry Stołowe są całe jedną, wielką świątynią Przyrody, świątynią pełną najwspanialszych rzeźb, o wiele przerastających wszystko, co zdołał wyrzeźbić człowiek i czym przyozdobił swoje kościoły, w których czci samego siebie.

Niektóre fragmenty Gorzeszowskich Skał wprost przywodzą na myśl pradawne budowle Angkor Wat czy Nan Madol i aż trudno uwierzyć, że są całkowicie dziełem Przyrody.

Człowiek ma skłonność do ciągłego niedoceniania Przyrody. Całkowicie naturalne, podwodne skały japońskiej wyspy Yonaguni uznał za dzieło zaginionej, starożytnej cywilizacji, w samym sobie widzi dzieło eksperymentów genetycznych starożytnych kosmitów i nie umie pojąć, że Wszechświat, Przyroda nie potrzebowała żadnych stworzycieli ani bogów, żeby zaistnieć.

Tymczasem ja otrzymałem – jakże późno, przez moją głupotę! – ten wielki dar, że mogę z wilczym, ukochanym towarzyszem u boku przemierzać te skalne świątynię przyozdobioną sztukateriami mchów, przykrytą olśniewającym sklepieniem lasu, wspartym na kolumnach drzew. Mogę przemierzać to miejsce nareszcie wolny tą wolnością, którą przez lata odbierała mi religia, a którą zwrócił Wilk.

Wąską ścieżką przemykającą między skalnymi ścianami szliśmy tego dnia z Bojarem, a ja dziękowałem Przyrodzie za to, że jestem takim szczęściarzem, bo tylu na moim miejscu już dawno zniszczyłyby ich błędy, a mnie uratowało i wciąż ratuje to jedno spojrzenie, którym mnie obdarzył wilk w Borach Dolnośląskich.

Jestem szczęściarzem i moje szczęście rozkwita wciąż bardziej i bardziej – i to zaświadczam, i przysięgam – że tylko odrzucenie chrześcijańskiego boga dało mi tę wolność i to szczęście, którym oddycham każdego dnia, które dotykam w futrze mojego wilczego towarzysza.

A to, co teraz do Ciebie piszę, Przyjacielu poświadczają świątynne inskrypcje Gorzeszowskich Skał, deszczem i mchem wypisane na pradawnych tablicach geologicznych dziejów.

Dziś studiuję biologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w co jeszcze rok temu nie potrafiłbym uwierzyć, że do tego dojdzie. Ślepy, a przez to paradoksalnie jakby wszechwidzący los, szczęśliwy traf zgromadził razem ze mną na jednym roku najwspanialszych ludzi, jakich zdarzyło mi się poznać. W powodzi idiotów i nieprzeliczalnej nadwyżce niegodziwców to skarb tak wielki, że onieśmiela mnie ta łaskawość losu.

Dlatego także Wam dziękuję i Was pozdrawiam, współstudenci i najlepsi moi Przyjaciele. Kocham Was.

Wybacz mi, Przyjacielu tę pełną uniesienia modlitwę, którą kieruję ku Przyrodzie, ale Gorzeszowskie Skały są tym miejscem, które ku takim myślom mnie skierowało. Zachwycony jestem tym, co jest mi dane – i co było mi dane, gdy w tamtej chwili stałem wśród piaskowcowych, przedwiecznych posągów erozji i ewolucji oblicza ziemi.

A Bojar, który już od dwóch lat towarzyszy mi w moim szczęściu i w moim za nie dziękczynieniu, on je definiuje, ześrodkowuje w sobie, bo jest dla mnie, modlącego się do Przyrody kapłanem, pośrednikiem między światem ludzkim, a naturalnym. Jeśli naprawdę nie muszę, nigdzie się bez niego nie ruszam, bo bez niego jestem wart nieskończenie mniej niż z nim.

I dlatego nie potrzebuję, jak dawni turyści uwieczniać swoich inicjałów w skałach, żeby zatrzymać na zawsze tę chwilę. Zatrzymam ją w swoim sercu dopóki będę żył.

Dlatego także Tobie dziękuję, Bojar. Jesteś moim przewodnikiem, opiekunem kaleki, którego bezpowrotnie z wielu lat życia okaleczyła przeklęta religia chrześcijańska. I jeśli stanie się ten cud, że wszystko, co straciłem zdołam odzyskać, to stanie się to dzięki Tobie.

Lecz na tej modlitwie nie kończy się nasza wędrówka, wszak dopiero ją rozpoczęliśmy. Jeszcze wiele przyszło nam tego dnia zobaczyć i doświadczyć.

Skierowaliśmy się do leżącej nieopodal wsi Gorzeszowa, od której zwiedzane przez nas skały wzięły swoją nazwę.

Wieś ta słynie ze stojącej wśród pól samotnej wieży skalnej zwanej Czarcią Maczugą.

Piaskowcowy ostaniec od dawna intrygował ludzi, wyróżniając się w krajobrazie. Stał się asumptem do przeróżnych legend, zawsze jakoś związanych z postacią diabła.

Cechą, które chrześcijaństwo przypisywało diabłu – a poprzez niego znienawidzonej przez siebie Przyrodzie – była przewrotność. I właśnie przewrotnością chcę się tutaj wykazać, przytaczając tę skałę jako ilustrację mojego śmiechu z internetowych mędrków, którzy uwielbiają krygować się na rozumnych, oczytanych i inteligentnych ludzi, a to poprzez namiętne krytykowanie innych.

Często w Internecie można natknąć się na następujący wytrych każdego hejtera, którym się namiętnie tacy posługują: „Nie ma podanych ŹRÓDEŁ!”

Rzadko podaję w swoich artykułach tak zwane „źródła” a to z trzech powodów. Po pierwsze, to nie jest praca habilitacyjna, tylko artykuł, którego celem jest pobudzenie ciekawości i własnego poszukiwania wiedzy. Po drugie, kiedy przeczytam gdzieś informację, której nie dowierzam, nie piszę do jej autora: ŹRÓDŁA!! ŹRÓDŁA!! PODAJ ŹRÓDŁA, tylko samodzielnie szukam jej potwierdzenia lub sprostowania.

Po trzecie, najwyższą głupotą jest korzystanie ze „źródeł” tam, gdzie można coś sprawdzić samodzielnie.

Na przykład „źródła” internetowe twierdzą, że Czarcia Maczuga ma wysokość 8 metrów (Wikipedia), inni, że 7,5 (przyrodniczo.pl). Ale przecież można to sprawdzić samemu!

Wprawdzie słońce tego dnia przesłonięte było welonami mgły i nie dawało klarownego cienia, ale jego pozycję na niebie też dało się wykorzystać, aby zmierzyć wysokość skały metodą podobieństwa trójkątów.

Tym, którzy przysnęli na lekcji geometrii przypomnę, że jeśli mamy dwa trójkąty, jeden mniejszy, drugi większy, których kąty są w obu takie same, to znając wymiary jednego z nich i jeden jedyny tego drugiego, możemy obliczyć pozostałe.

A więc stanąłem pod skałą tak, żeby widzieć słońce dokładnie na jej wierzchołku – z poziomu gruntu, oczywiście. W ten sposób linia mojego wzroku, skała i odległość, w jakiej się od skały znalazłem utworzyły jeden trójkąt. Zmierzyć mogłem odległość, na rysunku oznaczoną jako A. Następnie wykorzystałem jeden ze słupków pobliskiego ogrodzenia do skonstruowania drugiego trójkąta: również kładąc się na ziemi odszukałem punkt, z którego widziałem słońce na czubku tegoż słupka, zmierzyłem odległość tego punktu od słupka (a) oraz jego wysokość h.

A więc zebrałem takie oto dane:

A = 801 cm
a = 99 cm
h = 104 cm

Wysokość skały H obliczamy wówczas metodą prostej proporcji, gdyż A ma się tak do a, jak H do h. A zatem:

99 – 104
801 – H

H = (801 x 104) / 99 = 841

A zatem wysokość Czarciej Maczugi, wbrew zarówno Wikipedii, jak i innym „źródłom” wynosi dokładnie 8 metrów i 41 centymetrów.

Naprawdę, zabawne jest dla mnie ciągłe jęczenie dyletantów i umysłowych leni, którzy wiecznie jęczą o źródła tylko dlatego, że dana informacja uwiera ich w tyłek i pragną ją tym jęczeniem zdyskredytować, a tym samym polepszyć własne samopoczucie. Co ciekawe, gdy ci sami lenie wyczytają gdzieś informację zgodną z ich światopoglądem brak bibliografii już im nie przeszkadza.

Wykute na skale daty kierują nasze myśli ku historii.

Daty 1813 – 1913 to ślad upamiętnienia bitwy pod Lipskiem, w której Napoleon poniósł jedną ze swoich największych klęsk – a wśród zwycięzców znalazło się królestwo Prus, na którego ziemiach Czarcia Maczuga wówczas się znajdowała.

Historia pracuje na rzeczach, których w przeciwieństwie do wysokości skały sprawdzić samodzielnie nie możemy. O ile ktoś kiedyś nie wynajdzie wehikułu czasu, nie jesteśmy w stanie cofnąć się do 1813 roku, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście pod Lipskiem miała miejsce jakaś bitwa, czy rzeczywiście Napoleon poniósł w niej porażkę i czy w ogóle istniał jakiś Napoleon.

Jedyne niezaprzeczalne fakty w historii, to relikty przeszłości, to co po tamtych wydarzeniach pozostało. Pozostały zapiski świadków, w przypadku bliższych nam czasów – zdjęcia, filmy, nagrania. Pozostały dane archeologiczne, takie jak broń czy pochówki żołnierzy uczestniczących w bitwie.

Jednakże nie możemy obserwować w historii badanych faktów bezpośrednio, a między reliktami przeszłości a samą przeszłością rozciąga się grząskie bagno interpretacji. Sposób, w jaki zinterpretujemy relikty przeszłości zadecyduje ostatecznie o tym, jaki obraz tej przeszłości sobie wydedukujemy. Są wydarzenia historyczne, po których pozostało tak wiele tak rozmaitych reliktów – jak bitwa narodów pod Lipskiem – że wyjątkowo mało prawdopodobnym jest, żeby żadnej takiej bitwy nigdy nie było. Rozmiary spisku, który byłby potrzebny do sfabrykowania takiej ilości reliktów przeszłości byłyby tak monstrualne, że sam zdrowy rozsądek podpowiada, że taką możliwość trzeba odrzucić.

Inaczej wygląda sprawa w przypadku, gdy reliktów jest mało albo są one jednostronne, jak na przykład Ewangelie i inne świadectwa rzekomych wydarzeń, związanych z życiem Jezusa. Wtedy bagno interpretacji znacznie się rozszerza i potrzeba wielkiej ostrożności, żeby w nim nie utonąć. Tak jak tonie w nim cała chrześcijańska biblistyka.

Właśnie to bagno interpretacji sprawia, że tak wielu ludzi interesuje się historią – a dużo, dużo mniej matematyką, chemią, biologią czy fizyką. Historia to taka dziedzina, w której każdy idiota może udać eksperta. Nic zatem dziwnego, że Polska to kraj, w którym jest zadziwiająco dużo takich „ekspertów”.

A kiedy przychodzi do wiedzy z dziedzin, w których coś rzeczywiście można sprawdzić i zbadać samodzielnie, a pole do interpretacji jest za małe, żeby pomieścić piwny brzuch takowego „eksperta”, ten w rozpaczy wyciąga ostatnią, przenajświętszą dla niego tarczę: „ŹRÓDŁA! ŹRÓDŁA! PODAJ ŹRÓDŁA!”

Spod Czarciej Maczugi podziwiać mogliśmy daleką Śnieżkę, najwyższą górę Sudetów, którą odwiedziliśmy już dwukrotnie w trakcie opisanych tutaj wypraw (patrz: TURYSTYKA BURDELOWA I ZADUMANY DIABEŁ; WOKÓŁ KARKONOSKICH STAWÓW oraz POGAŃSKI OBRZĘD I WSCHÓD SŁOŃCA NA ŚNIEŻCE, CZYLI WYPRAWA WYPRAW).

Przez malutką szczelinę w skale nasz wzrok skierować możemy ku Przełęczy Żłób, gdzie teraz się udamy.

Po drodze dziwny traf losu – znów! – kazał Bojarowi i mnie być świadkami istnej artystycznej instalacji, która ukazała nam nadzieję na przyszłość.

Przy polnej drodze leżała powalona ambona myśliwska ze śladami ewidentnego podpiłowania podpór.

Takie obrazki jak ten ukazują nam, że pomimo agresywnej propagandy, którą zwolennicy mordowania dzikich zwierząt bronią się przed naturalnym wymarciem, rośnie ilość takich, którzy w mniej lub bardziej – jak tutaj – dosadny sposób wyrażają swój sprzeciw wobec tradycyjnego, chrześcijańskiego, bogoojczyźnianego barbarzyństwa.

Oczywiście, można popatrzeć na to jako na akt wandalizmu i szkodliwe odpowiadanie przemocą na przemoc, ale dla mnie – obserwującego ludzkość spoza niej – jest to tylko i wyłącznie ciekawy spektakl fermentu, który sama Przyroda sieje w ludziach. A sieje go, bo się broni i potrafi się bronić przed tym wszystkim, co Jej ludzie zgotowali.

Choćby wszystkie rządy świata stały się prawicowymi, katolickimi dyktaturami, choćby propaganda wychwalająca myśliwych jako herosów „czynienie sobie ziemi poddaną” krzyczała z każdego telewizora, radia i każdego szkolnego podręcznika – nigdy, ale to przenigdy nie zabraknie ludzi, którzy będą się buntować, którzy powiedzą „nie!”. Bo sama Przyroda ich wybierze, pociągnie swym powabem i – jeśli będzie trzeba – wezwie do walki.

Jak to zrobi? Ma do tego wiele narzędzi, ale jeszcze więcej nich dostarcza Jej to, w co wierzą i co kochają Jej przeciwnicy.

Wśród potrzaskanych belek ambony, w błocie… leżała lastrykowa, połamana płyta z wizerunkiem Jezusa i krzyżem.

Chrześcijaństwo, choćby nie wiem jak było nowoczesne, choćby nie wiem jak się zliberalizowało – nigdy szczerze nie pobłogosławi miłości osób tej samej płci, a to dlatego, że neurotyczny megaloman Paweł z Tarsu wypowiedział się przeciwko takim osobom w sposób jednoznaczny i to niejednokrotnie. Jeżeli więc docierają do nas rewelacje o biskupach niemieckich, którzy sprzeciwili się Watykanowi i chcą takim związkom błogosławić – to jest to spór tylko i wyłącznie o to, jaki chwyt marketingowy kościelna korporacja chce zastosować w swojej reklamie.

A skoro Jezus Chrystus z nienawiścią i obrzydzeniem takie osoby odrzuca – bo odrzuca, czego jestem sam świadkiem! – to naturalnym oparciem dla nich jest Przyroda, Jej wszechmoc i piękno. Tym samym okrutnik Jezus sam wpycha w ramiona swojej przeciwniczki tych, których potępia.

A osób wykluczonych przez chrześcijańskiego boga jest więcej. Ktoś, kto reglamentuje miłość i chce przyłożyć symbol „©” do każdego jej przejawu wyklucza wszystkich, którzy mają inne zdanie na temat miłości. Ktoś, komu ciągle nie podobają się absurdalne rzeczy, na przykład to, że ktoś nazwie kogoś głupcem lub to, że nie będzie potrafił wybaczyć ciężkiej krzywdy, jakiej doznał – wyklucza wszystkich, którzy takie zachowania przejawiają.

A ja dziś tutaj chcę zawołać: do Was wszystkich, potępieni przez chrześcijańskiego boga: Przyroda was wzywa. Ona Was nie potępi, ale zrozumie. Ona nie każe wam kochać jednych, a innych nie, nie będzie kompulsywnie czyhać na każde wasze potknięcie i błąd – ale da Wam prawo tak do błądzenia, jak i do kochania kogo chcecie i jak chcecie.

I jakby dla przypieczętowania naszego nad zwaloną amboną dumania, na pobliskim drzewie przysiadł motyl rusałka pokrzywnik Aglais urticae.

Kolejny zwiastun wiosny niech będzie tu dla nas symbolem tego, że po mrokach chrześcijańskiego okrucieństwa także może nastać jakaś wiosna, świt umysłowego przebudzenia.

Daleko nam jeszcze do tego i kto wie, czy już nie jest na to za późno. Dlatego już dzisiaj każdy z nas, nas przygarniętych przez Przyrodę – homoseksualistów, rozwodników, heretyków, buntowników, apostatów, ateistów, racjonalistów czy prostu myślących ludzi – powinien jakiś, choćby niewielki wkład wnieść w to, żeby nasz gatunek przestał być rakiem Ziemi, a stał się Jej dzieckiem i przyjacielem.

Spod Przełęczy Żłób spojrzeć możemy na ogromny pomnik triumfu naszego prześladowcy, który nas odrzucił i przeklął – na własną zgubę.

Ogromne opactwo w Krzeszowie to idealny pomnik tego wszystkiego, o czym powyżej mówiłem. Mała wioseczka przytłoczona jest dwoma ogromnymi kościołami stojącymi jeden obok drugiego. A przy nich stoi: wielki klasztor – koszary dla mniszego wojska oraz Dom Opata – czyli wystawny, barokowy pałac dla przełożonego tegoż wojska.

A wszystko to odremontowane za pieniądze Unii Europejskiej, przeciwko której kościelny beneficjent nieodmiennie występuje ze swoich ambon, rozgłośni i gazet.

Ciężko o lepsze podsumowanie. I o lepsze memento, że wciąż jeszcze jaśnieje potęga przesądów oraz okrucieństwa wobec Przyrody i wobec ludzi niedopasowanych do gorsetu przykazań. Nie wolno nam tej potęgi lekceważyć.

My jednak odwróćmy się teraz od tego wszystkiego i udajmy się w poszukiwaniu innych tajemnic, które Las ukrył dla nas w swoim wnętrzu.

Idąc z moim ukochanym wilkiem czuję się wolny. Wiedząc, że gdzieś tam, daleko w świecie są ludzie, których w ten czy inny sposób Przyroda tak jak i mnie doprowadziła do siebie – czuję, że nie jestem sam.

I znów jedyne, co mogę powiedzieć z głębin przemierzanego przez nas lasu to właśnie to jedno, wielkie: dziękuję.

Za wzgórzem, w niewielkim zagajniku napotykamy ciekawy i unikatowy relikt dawnego wymiaru sprawiedliwości.

Kamienny, średniowieczny stół sądowy jest reliktem czasów, gdy rozprawy nie odbywały się jak dzisiaj, przy reglamentowanej publiczności lub przy drzwiach zamkniętych, ale pod gołym niebem, na polu, gdzie zbierała się cała okoliczna ludność.

Jeden stół, osiem siedzisk: jedno dla sędziego, sześć dla ławników, jedno dla oskarżonego.

A nad sędziowskim stołem górują drzewa. Wschodnioeuropejski zwyczaj sprawił, że jakieś stare, wielkie drzewo – najczęściej lipa – było niezbędnym elementem napowietrznej sali sądowej. Zwyczaj ten przetrwał długie, długie wieki.

Skąd się wywodził, można sobie jedynie spekulować. Ale coś wzruszającego jest w tym, że kiedyś ludzie na świadka swoich sądów wybierali drzewo i niebo nad sklepieniem liści, jakby Przyrodę wzywali, żeby wspomogła ich w wysiłku budowania dobrych zasad wspólnego życia. 

Jakby ludzie ci, bliżej żyjący Przyrody niż my, obficiej podpatrujący Jej zwyczaje, Jej prawa i Jej wymiar tych praw – zdawali sobie sprawę z niedostatków własnego poczucia sprawiedliwości, ustanawianych przepisów i ich egzekwowania. Jakby chcieli w obliczu tych niedostatków odwołać się do tej Ziemi, która jako jedyna jest naprawdę sprawiedliwa, bo każdy prędzej czy później do niej pójdzie, a w śmierci każdy jest równy niezależnie od tego jak, gdzie i z jakiej przyczyny umiera.

Dziś stół sądowy stoi na pustkowiu, nieopodal zagubionej wśród lasów niewielkiej wioski, ale w czasach, gdy był użytkowany okolica była gęsto zaludniona, a wielu jej mieszkańców obok tego stołu udawało się do codziennej pracy.

Reliktem tych czasów są głębokie, skryte po lasach rozpadliny dawnych kamieniołomów i kopalni. Nieopodal sędziowskiego stołu znajdujemy miejsce, w którym górnicy i kamieniarze, kując w piaskowcu znaleźli ukryte dotąd przed światem naturalne jaskinie, dziś zwane Jaskiniami Kochanowskimi.

Mało jest znane to miejsce, mimo iż stanowi jeden z największych takich kompleksów jaskiń na Dolnym Śląsku. Ma to swoją dobrą stronę: nietoperze mogą nie niepokojone przez nikogo uważać te groty za swój dom, a napotkany przez nas motyl rusałka pokrzywnik – bezpieczne schronienie na zimę i niepogodne dni.

Barwy skrzydeł tego motyla różnią się na wierzchniej i na spodniej swojej stronie. O ile strona wierzchnia jest jaskrawa i przyozdobiona wyrazistym wzorem, to spód stanowi szaro – brązowy kamuflaż. Dorosły owad kryje się przed zimą i złymi warunkami pogodowymi między innymi w takich jak ta jaskiniach. A gdy przysiądzie gdzieś w załomie skały i złoży skrzydła – znika przed wzrokiem drapieżników, wtapiając się w otoczenie.

Tuż przed wejściem do jednej z jaskiń napotkaliśmy surowe napomnienie Przyrody.

Piękny borsuk europejski Meles meles leżał martwy wśród zeschniętych liści. Wszystko wskazywało na to, że zginął, spadłszy ze skały.

Stojąc wobec majestatu Śmierci widzę na własne oczy, jaką bzdurą jest Jej postrzeganie przez ludzi.

Twierdzą oni, że jest fundamentalna różnica między umieraniem człowieka a – jak to nazywają – „zdychaniem” zwierzęcia. Twierdzą, że zwierzę po prostu przestaje funkcjonować jak zepsuta maszyna, podczas gdy oni – nie wiadomo z jakiegoż to powodu – „idą do nieba”, „odchodzą po nagrodę do Pana”. Tymi i podobnymi bzdurami otaczają to, co w istocie niczym się nie różni, a godność śmierci zwierzęcia niczym nie ustępuje śmierci człowieka.

A jeśli jest jakaś różnica między jedną a drugą śmiercią, to jest ona taka, że tylko człowiek może umierać z kompletnie idiotycznej przyczyny. Może na przykład oddawać życie za będące wytworem umysłu, nierzeczywiste ideały. Może ginąć na wojnie, rozpętywanej przez siedzących w bezpiecznych gabinetach polityków, wierząc, że broni jakiejś „Ojczyzny” czy „Narodu”. Może umierać za swoje przekonania i to pomimo tego, że mogą być one mylne. Może zginąć z niewiedzy, może umrzeć, bo mu to nakaże religia. Mogą go wreszcie zabić wytwory jego własnych rąk: walące się budynki, rozbijające się samochody czy niezdrowe jedzenie.

Skutek wszakże jest zawsze taki sam: pójdziesz do ziemi, z której wyszedłeś. Oddasz jej wszystkie składniki chemiczne, które tworzyły ciebie całego, także twój umysł, marzenia i wspomnienia.

Tak to stojąc nad martwym borsukiem, cicho spłacającym swój dług Przyrodzie nie widzę żadnej, ale to żadnej różnicy w efekcie śmierci tak tego zwierzęcia, jak i mojej, która mnie u końca mej drogi czeka.

A jeśli ktoś chce się pocieszać i za straszliwą cenę wyrzeczeń, pieniężnych ofiar i posłuszeństwa idiotycznym przykazaniom nabyć polisę ubezpieczeniową na utratę życia, którą oferują przeróżne religie, niech się pociesza. Ale do tego pocieszenia niech nie zmusza innych ludzi, zwłaszcza tych, którzy tak jak ja spojrzą na tego martwego borsuka i zrozumieją, że życie się kończy, bo musi się kończyć i wcale nie odbiera to życiu ani uroku, ani piękna.

I tak przeszliśmy z Bojarem jeszcze długą drogę ku dwóm stawom we wsi Grzędy Górne.

Już kiedyś pisałem o tym, że jeśli jest jakiś wytwór człowieka, który Przyrody nie niszczy, ale w jakiś sposób Jej dopomaga, to są to właśnie stawy. Te powstały, gdy w latach 90-tych założono tutaj ośrodek rekreacyjny. Gdy ten upadł, pozostały po nim te dwa zbiorniki wodne, a Przyroda przejęła je na swój użytek.

Nic więc dziwnego, że przechodząc w pobliżu tych stawów napotkaliśmy liczne ropuchy szare Bufo bufo.

Ropucha należy do płazów, zwierząt, które choć wyszły na ląd, to zawsze mniej lub bardziej pozostają związane ze środowiskiem wodnym. To w wodzie ropucha składa swój skrzek, z którego wykluwają się jej przyszłe pokolenia, które w wodzie będą dojrzewać, z wody wyjdą, ale i do wody powrócą, by tak jak ona znów nakręcić spiralę życia.

I jak martwy borsuk mówi nam dziś, że jednostkowe życie kończy się i nie pomogą na to żadne święte księgi ani nauki żadnych mesjaszy – tak życie jako takie w ogóle nie kończy się, bo to, co oddamy ziemi, z ziemi znów wyjdzie jako nowe pokolenia kolejnych roślin czy zwierząt.

Człowiek to istota, która chce żyć wiecznie nie dostrzegając, że gdyby jego marzenie się spełniło, skazany byłby na niezmierną otchłań cierpienia. Spróbuj sobie wyobrazić, Przyjacielu, że oto żyjesz już 500 lat. Tylko – 500 lat. Wyobraź sobie, że urodziłeś się gdzieś wtedy, gdy Marcin Luter palił papieską bullę, a potem pomyśl o tej całej niezmierzonej przestrzeni czasu, wypełnionej wojnami, zmieniającymi się modami, przemianami które dotykałyby cię choćby w tym, że w przeciągu tego czasu musiałbyś rozmawiać z innymi ludźmi w zupełnie innym języku w zależności od tego, do jakiego państwa należałaby dana ziemia…

Ogrom doświadczeń, pamięci przytłoczyłby Cię nawet, gdybyś te 500 lat spędził bez żadnych trosk materialnych, miał zawsze pod dostatkiem wszystkiego i nie doznawał żadnych chorób ani cierpień. Ilość tego, co byś pamiętał odebrałaby Ci rozum, bo ma on swoją pojemność. A jeśli mi nie wierzysz, pomyśl o tych wszystkich starych ludziach, których znasz, pomyśl, jak często są oni zgorzkniali, jak często nie mogą już patrzeć nawet na to, co piękne, bo z własnego doświadczenia dobrze wiedzą, że za każdym pięknem kryje się szpetota.

A teraz pomyśl o tym, że tak jak ja z Bojarem właśnie przeszedłeś wiele, wiele kilometrów, pomyśl o zapadającym zmierzchu i o trudzie, który w takiej sytuacji się odczuwa. Czy kiedy zmęczony takim wypełnionym po brzegi wrażeniami dniu kładziesz się spać myślisz o tym, czy będzie jakieś jutro? Czy nie raczej marzysz o samym śnie i tylko o nim?

Bojar zaprowadził mnie pod koniec tej wędrówki do miejsca, gdzie wśród skał wykuto gdzieś w dalekiej przeszłości kolejną sztolnię – dziś opuszczoną i ziejącą czarnym otworem, jakby stanowiącym bramę podziemnego świata, krainy Śmierci.

Lecz oto z tej sztolni wypływała woda, poniżej rozlewająca się w kaskadę sześciu niewielkich stawków – być może dawnych osadników kopalnianych. Jakby dając nam to wielkie i piękne, a przede wszystkim prawdziwe pocieszenie: że nie mrzonki o życiu wiecznym dają nam szczęście, ale jest ono ukryte w tej właśnie chwili, która jest teraz i którą chwytasz swoim oddechem, która bije w każdym uderzeniu Twojego serca teraz – właśnie teraz.

Położony na stromym pagórku pałac w Starym Lesieńcu – relikt życia kogoś, kto go wybudował, kto zapewne w luksusie spędził swój w nim żywot lub może się tam wychował – niech nie będzie dla Ciebie, Przyjacielu smutnym memento odchodzenia w przeszłość, ale właśnie tym, że dla pięknej chwili warto żyć, nieważne, ile tych chwil będzie i jak długo to życie będzie trwało.

Obok pałacu masz inne memento: dom, który ktoś zaczął wznosić, ale nie zdołał go ukończyć i pozostał on ruiną. Tak właśnie się dzieje, gdy ktoś tak zapatrzy się w swoje marzenia o przyszłości, że zapomni mierzyć i smakować chwili, która teraz jest. Ona jest święta. Ona jest nam dana, w przeciwieństwie do przyszłości, której wcale nie musi być.

I to ona sprawia, że dotyk futra Bojara, zapach pogrążającego się w zmierzchu lasu jest moim szczęściem tak wielkim, że po raz trzeci w tym samym artykule chciałbym wyśpiewać, jak bardzo tej chwili dziękuję za to, że właśnie jest.

Za pomoc w przygotowaniu artykułu dziękuję p. mgr Oldze Dec i p. lic. Mateuszowi Sikorze.