LEKCJA LASU, CZYLI WYPRAWA NA MASYW GRZYBOWCA

Masyw Grzybowca to jeden z zapomnianych zakątków Karkonoszy. Wędrowcy zaglądają tutaj rzadko mimo, iż jest to miejsce o bardzo bogatej historii i nie mniej bogate przyrodniczo. Zapraszamy Cię dziś, Przyjacielu, byś z nami udał się na wyprawę wgłąb tego opuszczonego miejsca. Zapraszamy Cię – wilk Bojar i ja – byś razem z nami oddał się spokojnej i cichej jak zimowy las medytacji nad tym, co dane nam było napotkać.

Trasa naszej dzisiejszej wyprawy.
Masyw Grzybowca – widok od płn-wsch.

Wędrówkę naszą rozpoczynamy w niewielkim miasteczku Piechowice, położonym właśnie u stóp Masywu Grzybowca.

Kościół w Piechowicach.

Nim opuścimy ludzkie siedziby i zagłębimy się w Las, przystańmy na chwilę przed kościołem i przyjrzyjmy się mu. Kościoły – podobnie jak urzędy, stadiony czy szpitale wyrażają swoją architekturą ducha czasu, w którym zostały wybudowane. Ten kościół wzniesiono w 1909 roku, w czasach, gdy Cesarstwo Niemieckie było bogatym mocarstwem z wielkimi ambicjami i nadzwyczaj optymistyczną wizją przyszłości.

Budowniczowie tego kościoła chcieli podkreślić potęgę swojej ojczyzny, nawiązując do jej historii. Styl, w jakim wybudowano tę świątynię nazywamy neoromańskim – był bowiem dwudziestowiecznym odtworzeniem architektury romańskiej z wczesnego średniowiecza. Weźmy na przykład okno nad wejściem: podobne można zobaczyć w Akwizgranie, w budowlach z czasów Karola Wielkiego.

W czasach późniejszych architekci ze wstrętem odrzucili takie „odtwarzanie” antycznych wzorców jako „mało kreatywne”, „mało twórcze”.

Tak, wiem, jestem profanem, który „nie rozumie” sztuki. Ale taka architektura przemawia do mnie o wiele bardziej, niż kloce nowoczesnego budownictwa. Jest chropowata, pełna detali i zakamarków – a przez to bliższa naturze. Okna, ściany, dachy – wszystko zaprojektowano w spokojnych, wyważonych proporcjach, proporcjach, których człowiek nie wynalazł, ale podpatrzył je w Przyrodzie.

Niestety, nastały czasy „twórczej” architektury, gdzie proporcje celowo się gwałci, bo są „nudne”, „trywialne”. Nastały czasy, gdzie wszystko musi cechować się „prostotą” – a tak naprawdę: prostactwem gładkich, klockowatych brył, które postawione gdziekolwiek zawsze są gwałtem na krajobrazie.

To przez taką właśnie, nowoczesną architekturę nasze wsie, miasta i metropolie wyglądają jak liszaj, jak rak Ziemi – i są też nim w istocie.

Opuszczamy starą wiekiem – a jeszcze starszą wyglądem – budowlę i udajemy się w kierunku Cichej Doliny.

Cicha Dolina wcina się w północne stoki Grzybowca, między ramiona Młynika i Sobiesza. Ten drugi szczyt jest o wiele bardziej sławny niż reszta Masywu.

Pod koniec II wojny światowej przedsięwzięto tutaj – podobnie jak w wielu, naprawdę wielu innych miejscach w całej III Rzeszy – prace mające na celu przeniesienie produkcji zbrojeniowej pod ziemię. W powietrzu niepodzielnie panowali Alianci, bezkarnie bombardując kolejne miasta i ośrodki przemysłowe. Rozwiązaniem tego problemu miało być umieszczenie całej produkcji w ukrytych pod ziemią sztolniach. Cenę realizacji tego chorego projektu zapłacić mieli więźniowie obozów koncentracyjnych i jeńcy.

Także tutaj, w zboczu góry Sobiesz podjęto takie prace. Ich efekty możemy widzieć do dzisiaj.

Przed wejściem do jednego z szybów.

Skałę u wylotu Cichej Doliny podziurawiono pięcioma szybami. Jednak wiele tutaj nie zwojowano: sztolnie mają zaledwie kilkanaście metrów głębokości. Cokolwiek planowano tutaj zrobić, pracę tę koniec wojny przerwał niemal tuż po jej rozpoczęciu. Nie ma się co dziwić: ostatnie lata wojny to czas, kiedy tracący głowę hitlerowscy decydenci chcieli zrobić wszystko naraz. Naraz prowadzono badania nad wszystkim, co mogło przynieść choćby nikłą nadzieję na odwrócenie losów wojny. Naraz pracowano nad taką ilością projektów, budów i planów produkcyjnych, że dużo bogatsze i potężniejsze państwo nie wyrobiło by się z ich realizacją nawet i przez sto lat – i to w czasach pokoju.

Otóż te właśnie sztolnie będące ledwie zadrapaniami na powierzchni skał stały się asumptem do chwilowej „sławy” góry Sobiesz. W latach 90-tych głośno było o tym, jakoby pod tą górą miał znajdować się cały labirynt podziemnych hal w których ukryto – a jakże – „złoty pociąg”. Niektórzy śmiałkowie rozpoczęli nawet jakieś poszukiwania ale – niespodzianka! – nie przyniosły one rezultatu.

Nie jestem – w przeciwieństwie do znakomitej większości Polaków – ekspertem od historii. Nie wypowiem się więc na temat tego, na ile takie hipotezy są prawdopodobne. I, szczerze mówiąc, niewiele mnie to obchodzi.

Jedna ze sztolni. Mur z oknem służy ochronie zamieszkujących sztolnie nietoperzy.

Bardzo, ale to bardzo nie lubię tych sensacyjnych opowieści. A to dlatego, że ludzie, którzy je rozpowszechniają, zdają się traktować hitlerowców jako takich nowoczesnych piratów z Karaibów: te same barwne, awanturnicze i pełne przygód dzieje, te same ukryte skarby i te same niebezpieczeństwa i tajemnice, broniące śmiałkom dostępu do nich. Nie wiem, może jestem dziwakiem, ale czuję obrzydzenie wobec czegoś, co nazywam „romantyczną wizją SS”.

W III Rzeszy, SS, Hitlerze i drugiej wojnie światowej nie ma nic romantycznego. Dla mnie to czas brudny, ohydny – i do bólu nudny. Tak, właśnie tak! Nudny. Bo okrucieństwo, nienawiść, fanatyzm, pogardę wobec wszystkiego, co „niearyjskie” (dziś się mówi: „niepolskie”, „nie-nasze”, „niechrześcijańskie” itd.) widzę codziennie. Tylko okoliczności naszych czasów powstrzymują – na razie! – słowną agresję przed przejściem do krwawych czynów. Tylko chwilowe, szczęśliwe okoliczności sprawiają, że płonące race nie zmieniły się jeszcze w dymiące kominy krematoriów.

Człowiek – nazista, morderca, okrutnik i fanatyk – zadał tutaj ranę Ziemi, rękoma nieszczęsnych robotników przymusowych wykuwając te wielkie w zamyśle, ale małe w realizacji mrzonki o podziemnej superprodukcji. A Przyroda dziś wzięła tę ranę w swoje błogosławione ręce i ją uleczyła. Szmaragdowe mchy i kilka gatunków porostów zatarły ślady po kilofach i świdrach. Paprocie porastają skały, które przed laty plamiła krew i pot umęczonych i pomordowanych. Jakby na cześć tej krwi na zielonych liściach paproci czerwienią się kropki zarodni: miejsca, gdzie paproć celebruje swoją rozrodczość, potęgę życia i przetrwania.

Paproć z widocznymi plamkami zarodni.

A dziś sztolnie stały się domem nietoperzy – domem rzadkim w tych okolicach, gdyż budowa geologiczna Karkonoszy i pobliskich pasm wyklucza występowanie odpowiednio dużych jaskiń. Tym samym Przyroda, jako ostateczny sędzia wszystkich rzeczy przejęła władzę nad owocem ludzkiej niesprawiedliwości, krzywdy i okrucieństwa – i zamieniła go w siedlisko nowego życia.

Przystań tu z nami, Przyjacielu i rozważ w swoim sercu. Przyroda ma moc leczenia wszelkich ran, także tych najgłębszych – ran zniszczenia, śmierci i bezsensownego cierpienia. Ku Jej czci staliśmy tutaj z Bojarem przez kilka długich chwil. Zobaczyłem na własne oczy pierwszą tajemnicę Lasu: tajemnicę tego, jak zbawienną jest on rzeczywistością. Zbawienną w realny, namacalny i widzialny sposób. Nie tak, jak religie i ideologie, które choćby nie wiem jak piękne rzeczy głosiły, zawsze sprowadzają się w końcu do zbrodni. I zawsze obiecując iluzoryczne zbawienie sprowadzają ostatecznie jak najbardziej realne cierpienie.

A więc w drogę! Wejdźmy w ten Las i zobaczmy, czego nas dziś nauczy.

Świerk pospolity Picea abies nieopodal skał ze sztolniami.

Przy drodze napotykamy drzewo: świerk pospolity. Pospolity w nazwie gatunkowej, ale niepospolity w swojej wyjątkowości. To stare drzewo, a w polskich lasach coraz mniej takich możemy napotkać. Zwróć jednak uwagę, Przyjacielu na korzenie tego drzewa. Zauważ, jak różnią się te od strony przechyłu zbocza i te od strony przeciwnej.

Drzewa też myślą – na swój sposób. Wybierają kierunek, w którym rozwijają swojej korzenie bardziej, niż w innym. A to po to, żeby, gdy przyjdzie im rosnąć na pochyłym terenie przeciwdziałać sile ciążenia i utrzymać prosty, strzelisty pień. Dlatego korzenie od strony zbocza są niemal równoległe do ziemi, mocne i długie – niczym odciągi. Z kolei od strony przeciwnej do przechyłu wrastają w ziemię pod ostrym kątem, niczym wsporniki lub skarpy.

Oczywiście to „myślenie” drzewa odbywa się – z tego co dotąd wiemy – automatycznie i nieświadomie. Ale czy drzewo jest przez to głupsze od ludzi? A ileż to razy my – podobno świadome i inteligentne istoty – myślimy nie mniej automatycznie i o wiele głupiej przy okazji?

Wędrując dalej napotykamy jeden z bardziej intrygujących przykładów tejże, ludzkiej głupoty.

Leśna propaganda.

W polskich lasach możemy napotkać dwa rodzaje tzw. „ścieżek przyrodniczych” lub też „dydaktycznych”. Pierwszy napotkamy przede wszystkim w parkach narodowych i rezerwatach. Umieszczone przy szlakach tablice opisują wiele ciekawych i niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka spraw. Mówią o rosnących tam gatunkach roślin, grzybów czy porostów, o przeszłości geologicznej, o sposobie funkcjonowania ekosystemów czy opowiadają o zwyczajach żyjących w okolicy zwierząt.

Takie założenia są cenne, stanowią bowiem istną kopalnię wiedzy – wiedzy rzetelnej i sprawdzonej naukowo.

Jednak obok tych wartościowych instalacji dydaktycznych znajdujemy inne. Te umieszczają na swoim terenie Lasy Państwowe.

Nieraz zaśmiewałem się do łez, czytając przedstawianą tam propagandę. Szczególnie utkwił mi jeden slogan, który napotkałem w Borach Dolnośląskich: „Leśnik lekarzem lasu!”

No cóż, jeśli leśnik jest lekarzem lasu, to w takim razie gwałciciel jest lekarzem swojej ofiary. A to dlatego, że celem gospodarki leśnej nie jest opieka nad lasami, ale ich wykorzystanie dla celów przemysłowych. Leśnictwo chroni las tylko i wyłącznie w takim zakresie, w jakim jest mu to potrzebne do tego, by z lasu ciągnąć zarobki.

Oto napotykamy tablicę pod tytułem: OCHRONA LASU PRZED OWADAMI.

Zastanów się razem ze mną, Przyjacielu. Zarówno Las jak i owady są wynalazkami bardzo, ale to bardzo starymi. Wspólne dzieje roślin lądowych i owadów zaczęły się we wczesnym dewonie.

Rośliny i owady istnieją razem od mniej więcej 400 milionów lat. Powtórzę: od 400 milionów lat! Jak to jest, że nagle Las, po tych 400 milionach lat najwyraźniej całkiem dobrego radzenia sobie z owadami – nagle potrzebuje „ochrony”?

Otóż Las nie potrzebuje ochrony człowieka przed owadami. Nie Las – ale ZASOBY DREWNA owszem. I tak właśnie powinien brzmieć tytuł tej tablicy, gdyby miał być prawdą, a nie propagandą: „Ochrona ZASOBÓW DREWNA przed owadami”.

Las to rzeczywistość żywa, pulsująca, nieskończenie złożona, tętniąca tak życiem, jak i śmiercią. Ale człowiek jest istotą na tyle zidiociałą, że widzi w nim tylko zasoby do poużywania – i całą rzeczywistość Lasu do tychże zasobów sprowadza.

A tymczasem Las to nie tylko proste i zdrowe drzewa, nadające się do pocięcia na piękne deski. To także próchno, rozkład i nieustanny cykl umierania i odradzania się. To także pasożyty, grzyby i wszystko to, co rośliny zjada, by samemu być potem zjedzonym przez drapieżniki. Które to drapieżniki też zostaną w końcu zjedzone przez saprotrofy, gdy ich ciało powróci do ziemi, a koło życia i śmierci się zamknie.

Las to także rozkład i próchno…

Mało jest rzeczy równie prostackich, jak ludzkie podejście do Lasu. A wystarczy tak niewiele. Czasami wystarczy się rozejrzeć, zdjąwszy uprzednio z oczu filtry żądzy zysku i rozbójniczej przedsiębiorczości.

Wiatrołomy to ważny element ekologii Lasu.

W lesie naturalnym powalone przez wiatr drzewa nie są usuwane przez służby leśne. Leżą spokojnie, spłacając Ziemi dług, który roślina zaciągnęła żyjąc i żywiąc się. Pnie powalonych drzew stają się domem dla niezmiernej ilości gatunków bakterii czy owadów. A one z kolei przyciągają gady, ptaki, drobne ssaki – tworząc fundament potężnej, niebywale złożonej struktury zależności pokarmowych. Martwe drewno w lesie jest jak wielki, bliskowschodni bazar, na którym co krok coś nowego przyciąga wzrok, coś nowego nęci, coś nowego stara się zwrócić na siebie uwagę. Tu zaczyna się kotłować życie, zaczyna się rywalizacja, która dzięki Prawu Doboru Naturalnego skutkuje wykształcaniem się coraz to nowszych i doskonalszych gatunków.

To dzięki między innymi owadom żerującym na drzewach, dzięki tym tak zwanym „szkodnikom” Las jest tym, czym jest. Bo to one od milionów lat testowały każdą roślinę odkąd ta wychyliła się z gleby. Testowały jej żywotność, jej odporność, jej zdolność do przeciwstawiania się atakom. Ten bezwzględny egzamin, w którym są tylko dwie oceny: życie i śmierć – wybierał najlepszych, wybierał tych, którym dzięki szczęśliwemu losowi genów udawało się przetrwać na tyle długo, by wydać potomstwo. Potomstwo różne od siebie, zmieniające się z pokolenia na pokolenie – ale niezmiennie testowane. Także przez te tak zwane „szkodniki”. A przez to – nieustannie udoskonalane.

Był wszakże czas, kiedy w Cichej Dolinie nie pozostało ani jedno drzewo.

Gdzieś tutaj stała średniowieczna huta.

W końcu XIII wieku – a więc siedemset lat temu – w Cichej Dolinie powstała pierwsza na Dolnym Śląsku huta szkła. Piechowice, miejscowość z której wyszliśmy na naszą wędrówkę powstała mniej więcej w tym samym czasie. Dlaczego jednak hutę szkła zlokalizowano tak daleko od ludzkich siedzib, w głębi górskiej doliny?

Ówczesne huty szkła potrzebowały ogromnych ilości drewna jako paliwa do pieców. Nie było wtedy transportu ciężarowego, autostrad ani linii kolejowych. Gdyby hutę umieszczono we wsi, ciężkie pnie ściętych drzew trzeba by transportować końmi po zboczach, a to (jakiż to współcześnie brzmiący problem!) opóźniłoby produkcję. A produkcja i jej wydajność zawsze jest ważniejsza niż wygoda a nawet zdrowie robotników. Huty szkła powstawały więc w głębi lasów, żeby drewno było „pod ręką”. A kiedy okolicę ogołocono z drzew – hutę przenoszono po prostu dalej.

Słowem wyjaśnienia: gdy dziś mówimy „huta” staje nam przed oczyma obraz wielkich hal z kominami. Jednakże w średniowieczu „huta” składała się z wybudowanych na powietrzu pieców i kilku pośpiesznie skleconych szop czy zadaszeń. To właśnie konieczność częstych przenosin wymuszała taką prowizoryczność w budowie.

Tym niemniej huta tutejsza funkcjonowała – oczywiście z różnym natężeniem w zależności od tego, ile drzew było w okolicy – aż do XV wieku.

Do dziś w lesie można zobaczyć ślady dawnej, intensywnej działalności człowieka.

Przyszedł jednakże czas, gdy szklarstwo w tej okolicy upadło, a to… z braku drzew. Karkonosze w XVIII wieku były praktycznie ogołocone z jakichkolwiek resztek lasu.

A teraz rozejrzyj się, Przyjacielu.

Przyroda zawsze zwycięża.

Przyroda szybko powraca, gdy tylko ustąpi człowiek ze swoją grabieżą. Dlatego Ją wielbię i jestem najgłębiej przekonany, że choćby człowiek wysilił całą swoją potęgę nie pokona Przyrody, nie zdoła jej zdusić. Przeciwnie, unicestwi tylko sam siebie, a wówczas Las powróci i pochłonie dzieła niegdyś rozbuchanej cywilizacji. Dziś nie sposób z całą pewnością powiedzieć, które z kamiennych usypisk, garbów, zagłębień – są dziełem Przyrody, a które pozostałościami po działalności huty.

Dodam tylko, że siedemset lat dla Przyrody to bardzo, ale to bardzo krótko.

Dziś Cicha Dolina to piękny – i rzeczywiście cichy i spokojny Las. Las, który na każdym kroku uczy nas czegoś nowego. Ot, choćby rozejrzyjmy się po pniach drzew.

Mech nie zawsze wskazuje północ.

Utarło się przekonanie – a nawet na lekcji geografii w podstawówce tak mnie uczono – że po tym, po której stronie drzewa rośnie mech można stwierdzić, gdzie jest północ.

To nie do końca prawda. Na przykład na drzewie ze zdjęcia powyżej – musisz mi, niestety Przyjacielu, uwierzyć na słowo – mech rośnie po stronie wschodniej…

Mchy są cieniolubne, dlatego zasiedlając korę drzew rozwijają się bujnie tam, gdzie jest najciemniej. Oczywiście w idealnych warunkach rzeczywiście byłaby to północna strona pnia. Jednak w górach układ zboczy zmienia sytuację. Ponieważ Cicha Dolina jest otwarta od strony północnej, drzewo ze zdjęcia rośnie zaś na wschodnim zboczu doliny – najmniej światła w ciągu dnia dociera do pnia właśnie od wschodu.

A spójrz Przyjacielu, ile tutaj… czerwieni.

Czerwone liście młodych drzewek.

Zauważ, że młode drzewka (a wyprawę odbyliśmy w lutym!) wciąż mają jesienne, pomarańczowe i brązowe liście. Drzewa starsze, wyższe, drzewa wszakże tych samych gatunków są liści pozbawione. Dlaczego?

Są dwie ku temu przyczyny. Pierwsza jest taka, że młode drzewka, przygotowując się do zimy starają się odzyskać z obumierających liści jak najwięcej składników odżywczych. Starsze, wysokie drzewo, które latem zbierało większość słonecznego światła może sobie pozwolić na to, by odzyskiwać z liści tylko część co cenniejszych substancji – a potem liść spada na ziemię. Młode drzewka, do których dociera w lesie mniej światła starają się trzymać liście jak najdłużej: po pierwsze dlatego, żeby nie zmarnować nawet odrobiny składników – a po drugie, by zdążyć „chwycić” jeszcze trochę odżywczych promieni słonecznych, gdy listowie starszych drzew już się przerzedzi.

Druga przyczyna jest taka, że… zimy są bezśnieżne. Gdyby intensywnie padał śnieg, hulał zimowy wicher – pod jego uderzeniami i ciężarem śniegu uschnięte listki młodych drzew, wciąż uparcie trzymające się gałęzi dawno by już opadły. I tak biel śniegu zastąpiła dziś… czerwień pozostałych po ostatnim sezonie liści.

Zanikająca ścieżka…

Dawna „ścieżka dydaktyczna” ciągnie się mniej więcej do połowy swej dawnej długości – mam na myśli jej teoretyczny przebieg wynikający z map. Dalej… zanika.

Zachodnie zbocze Cichej Doliny jest areną intensywnych wysiłków polskiej gospodarki. Leśnik – „lekarz lasu” zdecydował się tutaj na szeroko zakrojoną amputację. Ciężki sprzęt całkowicie zniszczył dawny układ ścieżek. Jeżeli więc kiedyś wybierzesz się, Przyjacielu naszymi śladami, to wiedz, że na tym terenie wszelkie mapy są dziś bezużyteczne.

Lasy Państwowe same zdewastowały urządzoną przez siebie ścieżkę dydaktyczną, a dzieła zniszczenia dopełniła Przyroda.

Pozostałości zdewastowanej ścieżki dydaktycznej.

Bojar i ja porzuciliśmy nieczytelny szlak i udaliśmy się na przełaj w górę zbocza Młynika. Wśród zarośli, z dala od śladów działalności człowieka znaleźć można wiele rzeczy dziwnych, tajemniczych i fascynujących. Na przykład… schody.

Schody olbrzymów w lesie.

Nie jest to oczywiście sztuczna budowla. Mineralna struktura skał sprawia, że pękają one w ściśle określony sposób, tworząc – między innymi – takie formy. Zresztą – kto wie? Może kryje się w tym jakiś zamysł Przyrody? Może trzy stopnie, prowadzące w Lesie do Lasu – mogą nam pokazać, że poznanie jego tajemnic jest – no właśnie – stopniowe?

Tymczasem wokół nas żyje mnóstwo „ekspertów”, którzy wszystko wiedzą – jak to się kiedyś mówiło w dawnej filozofii – jednym aktem oglądu rozumowego. Co gorsza, ludzie ci łatwo dorywają się do wszelako pojętej władzy i później – kierują dewastacją środowiska.

Nie dalej, jak trzy lata temu jeden z ultraprawicowych polityków polskich podzielił się z nami swoją niezmierną mądrością mówiąc:

Przestaniemy wierzyć w to, że tam można, prawda, w jakiś głupi ewolucjonizm. (…) Ja naprawdę nie wiem, jakim trzeba być durniem, żeby na równi postawić pomysł taki, że życie zostało tchnięte, tak? Z poglądem, że jaszczurka, która tam x razy spadła w przepaść to w końcu wyprodukowała skrzydła. Gdyby to była prawda, to ludzie by mieli dwie wątroby, bo alkohol wynaleźli dawno temu.

Jaszczurka, która spadła w przepaść rozpaćkała się na skale i to był jej koniec. I koniec wszystkich jaszczurek, które skacząc w przepaść nie miały jakiejkolwiek predyspozycji fizycznej do tego, żeby przy upadku się nie zabić. Ale w końcu znalazła się taka, która miała trochę większe błony między palcami i machając rozpaczliwie łapkami w trakcie upadku złagodziła go na tyle, że przeżyła. I, w przeciwieństwie do tych rozpaćkanych, dochowała się potomstwa. Któremu to potomstwu dzięki DNA przekazała swoje predyspozycje fizyczne. Pierwszy krok został uczyniony, pierwszy stopień pokonany. Ale do wykształcenia nadających się do aktywnego latania skrzydeł potrzeba było jeszcze wielu drobnych, z pokolenia na pokolenie się dokonujących przekształceń.

Tak na marginesie, mówiąc o latających jaszczurkach wspomniany polityk zapewne miał na myśli pterozaury, o ile w ogóle o czymś takim kiedykolwiek słyszał i o ile w ogóle można o nim powiedzieć, że myśli.

Tak działa Prawo Doboru Naturalnego. Ale do tej wiedzy też dochodzi się stopniowo, rzetelną nauką, a nie wszechmądrością przygłupa z siłowni.

Życie nie zostało „tchnięte”, bo to nie opar alkoholowy, tylko skutek nieogarnionej złożoności przemian chemicznych, tak wielkiej, skomplikowanej i misternej jak najwspanialsze oratorium muzyczne. I tak jak omawiany Pan Przygłup nie potrafiłby skomponować czy zagrać choćby urywka takiej formy muzycznej, tak nie umie pojąć ani wyobrazić sobie tej złożoności i jej emergentnych skutków.

My tymczasem wspięliśmy się po zboczu, na którym mniej więcej dwa lata temu wycięto las.

Przecinka i widok z Młynika.

Jak widać na zdjęciu, las odrasta szybko – oby kiedyś mógł odrastać w sposób wolny i nieskrępowany, zgodnie ze swoimi prawami, a nie prawami rynku.

Dolina Piekielnika.

Przeszedłszy przez szczyt Młynika, schodzimy na przełaj do sąsiedniej doliny – zwanej Doliną Piekielnika.

Polska nazwa tego miejsca została wzięta od dawnej, niemieckiej nazwy płynącego tutaj potoku: Höllen Floss. Ciekawe, że zarówno niemieckie słowo Hölle jak i angielskie hell oznaczające piekło pochodzą od kraju Hel z mitologii nordyckiej, czyli podziemnego królestwa Pani Hel, czyli Pani Śmierć, siostry Wielkiego Wilka Fenrira. A skąd wzięło się jej imię? To pochodzi ze staronordyckiego słowa hellir – „jaskinia”. A to z kolei pochodzi od pragermańskiego haljō, czyli: „ukryte miejsce”, z praindoeuropejskiego (zauważcie, że dochodzimy do najstarszych dziejów języka w ogóle!) rdzenia kel- oznaczającego: „ukryć”, „schować” i… „ocalić, zachować”.

Ewolucja tego słowa pokazuje nam, gdzie jako ludzkość doszliśmy w naszym rozumieniu śmierci. Niegdyś ludzie widzieli świat zmarłych jako jaskinię, tę samą, która za życia służyła za dom, miejsce odpoczynku i schronienie przed niepogodą. Śmierć też była schronieniem, powrotem do łona Matki Ziemi, do domu, z którego się wyruszyło na drogę życia i do którego na koniec się wraca, by się przed tymi trudami życia schronić i wreszcie odpocząć.

Tym był też kraj Hel, królestwo siostry Wielkiego Wilka. Krainą odpoczynku – w przeciwieństwie do Asgardu, krainy Odyna, gdzie trzeba było wiecznie chlać i się bić. Mieszkający tam polegli w bitwach mieli służyć tchórzliwemu bogu za wojsko, które – jak sądził – ochroni go przed nieuchronnym losem: śmiercią w paszczy Fenrira.

Tymczasem kraj Hel był krajem ciszy i wiecznego spoczynku.

Gdy jednak nadeszło chrześcijaństwo i zaczęło adaptować na swoje potrzeby dawną mitologię, nie mogło pozwolić, żeby kraina wrogów ich boga kojarzyła się z czymś dobrym. Użyli imienia Hel na określenie piekła, wiecznego potępienia, tortury i męczarni, na którą Chrystus skazuje wszystkich, którzy mu się nie spodobają.

Skały w dolinie Piekielnika.

Dziś trzeba nam powrócić – jak do ciemnej, spokojnej i dzikiej doliny Piekielnika – do widzenia Śmierci taką, jaka jest w Przyrodzie. A w Przyrodzie nie jest ona przeciwieństwem życia, lecz jego niezbędnym warunkiem i najważniejszym elementem. Martwe liście zaścielające las, martwe rośliny, zwierzęta – wszystko to w Lesie spoczywa na ziemi i do ziemi powraca. A tam, dzięki pracy grzybów i innych organizmów, żywiących się martwą materią organiczną – to, co tworzyło ciała roślin i zwierząt powraca odnowione, by stanowić budulec życia następnych pokoleń.

W Przyrodzie Śmierć jest nagrodą, luksusowym odpoczynkiem za trud i walkę, jaką jest życie. Teraz nareszcie można przestać się ruszać, oddychać, walczyć, bać się i odczuwać ból. Można wreszcie odpocząć. A że życie jest trudem wielkim i niezmiernym, odpoczynek musi być jeszcze większy – wieczny.

Usiądź z nami, Przyjacielu, w ciemnym lesie doliny Piekielnika i odetchnij Lasem – a zrozumiesz. I porzucisz mrzonki o Asgardzie, Niebach Empirejskich i tym podobnych, gdzie za trud życia czekałby cię tylko jeszcze większy trud – wiekuistego stania na baczność przed dyktatorem Kim-Jezusem czy Odynem i śpiewania mu w nieskończoność, jaki to on jest wspaniały.

Tak na marginesie, jest taka legenda w mitologii nordyckiej, że kiedyś Baldur, jeden z bogów przedwcześnie, to jest przed Ragnarökiem – umarł. I zgodnie z prawami Przyrody (nie ma zmiłuj się, nawet dla bogów!) poszedł do kraju Hel. Przerażeni bogowie chcieli go odzyskać. I w tym celu jeden z nich, Hermod udał się do podziemnego świata. I dumny bóg, jeden z ludzkich bogów – musiał klęczeć przed Panią Śmierć, siostrą Wielkiego Wilka.

Hermod przed obliczem Pani Hel.

Ta opowieść jest dla mnie wielkim symbolem i nadzieją, że kiedyś przeklęta dyktatura bogów, świętych, papieży, kardynałów, arcybiskupów i biskupów będzie musiała paść na twarz przed majestatem Prawa Doboru Naturalnego, przed chwałą Przyrody i Jej nieskończonej potęgi.

Minęliśmy wznoszące się nad doliną Piekielnika Uroczysko – dom wczasów dziecięcych mieszczący się w starym, pięknym budynku pośród lasu.

Ośrodek Uroczysko – zdjęcie zrobione latem 🙂

I tak bocznym ramieniem poczęliśmy z powrotem wspinać się – tym razem na sam szczyt zwornika całego masywu – czyli Grzybowca.

A oto jaki widok mieliśmy ze zbocza.

Wielki Śnieżny Kocioł w głównym grzbiecie Karkonoszy.
Czarny Kocioł Jagniątkowski.

To właśnie dla widoku na Śnieżne Kotły w głównym grzbiecie Karkonoszy wędrowcy uczęszczali niegdyś na szczyt Grzybowca. Dziś tylko zimą, gdy nie ma liści z niektórych miejsc można takie widoki podziwiać.

Często słyszę narzekania przyjezdnych, którzy chcieliby, żeby dla pięknych widoków wyrżnąć ten czy tamten obszar lasu. Jest to jeszcze gorszy idiotyzm, niż w przypadku rabunkowego pozyskania drewna. I typowy, ale to bardzo typowy objaw gatunkowej pychy człowieka.

Przed laty – w czasach, kiedy jeszcze byłem klerykiem – zdarzyło mi się oprowadzać po górach grubaśnego księdza z Katowic. Zaprowadziłem go na skałę, z której rozciągał się – podobnie jak ze zboczy Grzybowca – ładny, choć ograniczony przez drzewa widok na główny grzbiet Karkonoszy. Ksiądz ów był właśnie w stanie wielkiego podenerwowania, gdyż musiał zapłacić (wówczas bodajże trzy złote) za wstęp do Karkonoskiego Parku Narodowego. Gdy niechętnym wzrokiem obrzucił prezentowany mu widok, wrzasnął:
— A co to jest?! Wyrżnąć to! – machnął ręką na okoliczne drzewa. – W Niemczech i w Bawarii to by to wszystko było wycięte! Tu widok ma być!

Wychowywałem się w wielkim szacunku i miłości do lasu, do roślin jako istot żywych. Nawet wówczas, gdy ten fundament w moim sercu pokryła (już wtedy łuszcząca się) farba chrześcijańskiej wiary – na takie słowa doznałem takiego samego wstrząsu, jakbym usłyszał ludobójcę zlecającego czystkę etniczną.

— To jest zielone – wycedziłem przez zęby. – Czyli ŻYWE. Tak jak ja i tak jak ksiądz. Księdza też należałoby wyrżnąć?

Więcej się do mnie nie odezwał

Las. Wspaniały pałac – dom wielu stworzeń.

Dziś odrastający las zasłonił niegdyś okazałe widoki z Grzybowca – i stał się domem między innymi kilku gatunków sów, które mają tu swoje miejsca lęgowe.

Las to wspaniały pałac, w którym kolumnami są pnie drzew, a skiepieniem – bezmiar Wszechświata. I jak każdy pałac, tak i ten jest domem wspaniałych istot. A przy okazji domem piękna i sztuki przewyższającej w każdym szczególe piękno i sztukę tworzoną przez człowieka.

Piękno i sztuka przez Przyrodę tworzona…
Obrazy malowane przez wodę, ściekającą po pniach drzewa.
Czy trzeba coś jeszcze mówić?

W wielu ludzkich pałacach można było znaleźć wspaniałe biblioteki pełne książek. Lecz i w tym pałacu jest biblioteka – a wręcz cały ten pałac jest jedną wielką biblioteką. Trzeba tylko mieć oczy otwarte i umieć czytać jej tajemne pismo.

Pień ze śladami spałowania.

Zimą zwierzęta z rodziny jeleniowatych żywią się, między innymi korą drzew lub – jak na zdjęciu – miazgą świerka. W korze drzew znajdują się garbniki a także wapń i fosfor, które są niezbędne do budowy poroża i kości. Zwierzęta te mogą dzięki takiemu pokarmowi przetrwać zimę. A i ludziom nie było to obce – niegdyś miazga świerka służyła za pokarm na przednówku, w czasie głodu.

Oczywiście zwierzę żywiąc się w ten sposób uszkadza drzewo, które może się już z takiej szkody nie podnieść i obumiera. Takie jest Prawo Przyrody. Nie jest ona słodziutka, jak chcieliby Ją niektórzy widzieć. Pełna jest śmierci, drapieżnictwa, pasożytnictwa i zjadania się nawzajem. Jednak jest to cykl zamknięty, gdzie każde zwierzę żywiąc się zaciąga dług od Lasu i gdy umiera spłaca go własnym ciałem. I tak koło się zamyka, a żadna należność nie pozostaje niezwrócona.

Tylko ludzie biorą z Przyrody więcej, niż Ona jest im w stanie dać, i daleko, ale to daleko więcej niż w rzeczywistości potrzebują. A większość z tego marnują. Nawet gnijąc po śmierci w ziemi nie są w stanie ludzie spłacić choćby ułamka swoich grabieży. Co damy Naturze by Jej zapłacić za to, co Jej wydzieramy? Co odpowiemy, gdy zapyta nas o nasze długi?

A ten dług się odzywa w nas, czasami w straszliwy sposób. Tak jak całkiem niedaleko od tego miejsca.

Dawny gościniec na Grzybowcu.

Tuż pod szczytem Grzybowca znajduje się budynek dawnego schroniska. Wzniesiono je w drugiej połowie XIX wieku i obrano za patrona tegoż pensjonatu Otto von Bismarcka, kanclerza Rzeszy i autora zjednoczenia Niemiec. Pod koniec XIX wieku w Cesarstwie Niemieckim panował istny kult tegoż polityka: za życia stawiano mu pomniki, obeliski, wieże, jego imieniem obdarzano budynki użyteczności publicznej: szkoły, szpitale, instytucje no i hotele czy pensjonaty (Czy kogoś nam to nie przypomina?? ). Cały Grzybowiec nazwano wówczas Bismarckhöhe – Wzgórze Bismarcka.

To właśnie byłe schronisko stało się całkiem niedawno areną tego, jak dług zaciągnięty od Przyrody odzywa się w ludziach.

Po II wojnie światowej budynek przechodził różne koleje losu, został też znacznie przebudowany. W 2014 roku zamieszkała tutaj pewna rodzina: małżeństwo z dwojgiem dzieci – 16 letnim synem i 13 letnią córką.

Ojciec był pasjonatem starej broni i osobą – jak się później okazało – z niebezpiecznymi zaburzeniami osobowości. Ten zatem pan kolekcjoner urządzał swojej rodzinie w tymże domu regularne piekło. Ze szczególną nienawiścią odnosił się do swojego syna, którego wyrzucał z domu, a nawet groził mu śmiercią. I pewnego razu w czasie jednej z kłótni chwycił nielegalnie posiadany rewolwer i strzelił swojemu synowi w brzuch. Tylko dzięki wielkiemu wysiłkowi lekarzy udało się uratować jego życie. Ojciec zaś zabarykadował się w domu i groził policji, że się zastrzeli. Dopiero po długich negocjacjach udało się ująć krewkiego kolekcjonera i oddać wymiarowi sprawiedliwości.

To, co się tutaj wydarzyło jest przykładem na to, jak odbija się na nas zerwanie więzi z Przyrodą, kult męskiej siły, broni palnej, łowiectwa – czyli grabieży i brutalności. Obchodząc się w taki, a nie inny sposób z Przyrodą – zaczynamy się też tak samo traktować siebie nawzajem. Nie można się rozdwoić. Przyroda to Matka, a ktoś, kto krzywdzi własną matkę nie będzie dobrze traktował swoją rodzinę.

Rozważ tutaj, Przyjacielu, ile krzywd, jakich wyrządzają sobie ludzie ma swoje ostateczne źródło w tym, jak odnoszą się do Przyrody. Jak to powiedział Theodor Adorno:

Oświęcim zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta.

Zostawiamy za sobą szczyt Grzybowca…

Zostawiamy za sobą to miejsce – oby służyło ono ludziom za memento – i przypominało im, co się stanie, gdy będą kochać dubeltówkę bardziej niż jelenia, piłę łańcuchową bardziej niż drzewo, pieniądz – bardziej niż Las.

Skarbczyk.

Dochodzimy do skał na szczycie Skarbczyka. Nazwa jest nieprzypadkowa – to już drugie miejsce w masywie Grzybowca, o którym krążyły legendy o ukrytych skarbach. Tym razem nie hitlerowskich, ale bliżej niewiadomego pochodzenia.

Co jest takiego w ludziach, że ciągle chcą widzieć tylko złoto, podczas gdy prawdziwy skarb otacza ich zewsząd? Czy nie o to chodzi w złocie, że jest ono środkiem utrzymania, środkiem zdobycia pokarmu i schronienia? Lecz to wszystko daje ludziom Przyroda – gdyby tylko zechcieli nie brać więcej, niż w istocie potrzebują!

Złoto – schowane czy nie – jest czymś, za czym chowa się rzeczywistość ludzkiego rabunku – także rabunkowej gospodarki leśnej i rozpasanego łowiectwa.

Doszliśmy do przełęczy Cmentarzyk. Nazwa tego miejsca powstała, gdy ludzie zapomnieli już o hucie w Cichej Dolinie, ale widzieli jej pozostałości i sądzili, że była tam kiedyś jakaś osada. Wytłumaczyli sobie, że została porzucona, bo większość jej mieszkańców umarła z powodu jakiejś zarazy (częsty powód wyludniania się miejscowości w tamtych czasach) i gdzieś w okolicy zapewne zostali pochowani. Ot, taki siedemnasto- czy osiemnastowieczny horror typu „oparte na faktach”.

Napotkaliśmy tutaj kolejne litery leśnego pisma.

Ślady łani.

Tym razem był to podpis autora poprzedniej publikacji. Sądząc po wielkości, kształcie i sposobie ułożenia śladów, była to wolno idąca łania. Gdyby ślady ułożone były bardziej na zewnątrz i pod pewnym kątem do siebie, można by stwierdzić, że przeszedł tędy samiec jelenia.

Las pełen jest fascynujących znaków. Uczenie się ich, czytanie i odkrywanie nie ma końca – bo tyle ich jest! Cały ludzki internet nie zawiera tyle mądrości i wiedzy, co choćby kilometr kwadratowy lasu.

Na koniec pokażemy Ci, Przyjacielu miejsce szczególne. Nazwałem je Ołtarzem Fenrira, bo często przychodzę tutaj z Bojarem, by odpoczywać i swoim odpoczynkiem modlić się do Lasu, do Przyrody, do Wielkiego Wilka i do Pani Śmierć.

Ołtarz Fenrira.

Niełatwo znaleźć tę skałę – leży na uboczu, gdzieś pomiędzy górą Ostrosz a Skarbczykiem. Jest szczególna ze względu na to, że rośnie wprost na niej bardzo stary buk…

Buk wyrastający ze skały…

…a tuż przy nim, w skale znajduje się Misa Ofiarna.

Misa Ofiarna.

Podobne zagłębienia w skałach możemy napotkać w całych Karkonoszach. Dawniej sądzono, że takie formy skalne są dziełem rąk pogan, którzy w takich misach składali ofiary bogom. Jednak w XIX wieku stwierdzono ich naturalne pochodzenie. Dziś nazywamy je kociołkami wietrzeniowymi – są bowiem dziełem erozji granitu.

Stojąc pod gałęziami starego buka, nad zagłębieniem, które Przyroda wyrzeźbiła na swoją cześć wiem, że jeśli jakoś mogę spłacić dług, który zaciągam żyjąc i żywiąc się – to ofiarując Jej swoje życie, to, co w nim robię – choćby pisząc te słowa. Oby niosły się w świat i rozniecały miłość i szacunek do drzew, jeleni, do wilków. Mój dom oddałem Wilkowi w osobie Bojara. A gdy przyjdzie dzień, w którym Przyroda zażąda ode mnie ostatecznej spłaty – obym mógł ją spłacić w lesie, zgodnie z jego prawami i stać się pokarmem leśnych istot.

Przyjmij Przyrodo, tę skromną i jakże nędzną zapłatę wobec wielkiej dobroci, którą mnie obdarzasz! Przyjmij moją bezużyteczną wdzięczność – i naucz mnie, jak użytecznie dla Ciebie ją okazywać. A innym ludziom świeć w oczy swoim pięknem, żeby i oni odczuli tę wdzięczność. Ty, Przyrodo mnie żywisz, dzięki Tobie żyję. I to Ty uratowałaś mnie z niewoli religii i tyranii ludzkiego boga. Bądź uwielbiona!

Bądź uwielbiona…

Schodząc spod Ołtarza Fenrira, docieramy do końca naszej dzisiejszej wędrówki.

Dawny kamieniołom.

Jeśli udasz się kiedyś, Przyjacielu, naszymi śladami, nie zapomnij wstąpić do starego, opuszczonego kamieniołomu. To powtórka z nauki, którą pobraliśmy na samym początku tej wyprawy – że Przyroda potrafi leczyć najcięższe nawet rany. I sprzed kamieniołomu spójrz na wspaniały widok sąsiedniej góry Chojnik z zamkiem na szczycie. Może kiedyś napiszę coś i o tym miejscu. Tymczasem – pozostań z Wilkiem!

Podziel się