WNIEBOWZIĘCIE I ZATRUTA RZEKA

Tydzień temu jeden z moich znajomych opublikował screen z listy artykułów Onetu, w którym podkreślił jeden: „Co oznacza uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny?” – i skomentował go słowami: „Nic, absolutnie nic”.

I tu pozwolę sobie się z nim nie zgodzić. Ta kościelna, katolicka uroczystość znaczy bardzo wiele.

Na przykład to, co jest priorytetem moralnym Kościoła. Święto została ustanowione, bo niejaki Theoteknos z Livias w VII wieku stwierdził, że Maryja nie mogła tak, o, po prostu umrzeć, musiała cudownie ulecieć do nieba, bo tak… wypadało. I tak dogmat wiary został ustanowiony w Kościele, bo coś wypadało, a coś nie. I tak po dziś dzień, nie może się przyznać biskup katolicki, że krył pedofili, bo to nie wypada. Trzeba powiedzieć rdzennym Kanadyjczykom puste „przepraszam”, bo tak wypada, ale już nie wypada zapłacić im odszkodowania. I tak dalej. A więc powyższa uroczystość znaczy, że najwyższym kryterium moralnym w Kościele jest: co wypada, a co nie wypada. I przy tym katolicyzm uznaje sam siebie za szczyt etycznej myśli wszechczasów.

Uroczystość ta znaczy także, że dla katolickiego Boga w kobiecie liczy się tylko błona dziewicza. Bo co takiego zrobiła Maryja, że zasłużyła na tak szczególne, boskie wyróżnienie? Urodziła i wychowała dziecko? Miliardy kobiet zrobiło to samo, a one jakoś według Kościoła nie uleciały do nieba. Siedziała cicho i była „pokorną służebnicą”? Bardzo wiele kobiet, stłamszonych przez zdewociałych tyranów – mężów, tak robiło. Ale im również Kościół nie przyznał żadnych wyróżnień. Jest tylko jedna rzecz, którą miała Maryja według wiary katolickiej, a której nie ma żadna matka na ziemi. A mianowicie nienaruszoną błonę. Przed, w trakcie i po urodzeniu dziecka – bo tak właśnie (gdyby się ktoś nie orientował) głosi katolicki dogmat wiary.

Uroczystość ta znaczy także, że papieże od zawsze mieli skłonność do zajmowania się pierdołami, a tym, czym powinni się zająć, to się zajmować nie mieli ochoty. Tak jak Pius XII, który ustanowił „dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny” w tym samym czasie, gdy Watykan w pocie czoła pracował nad tym, żeby ich ukochany doktor Mengele i inni jemu podobni mogli sobie bezpiecznie uwić gniazdka w Argentynie i krajach przyległych.

Uroczystość ta oznacza także, że Kościół – wbrew swoim zapewnieniom – nadal nie przyjął do wiadomości, że Wszechświat to nie płaska Ziemia przykryta półmiskiem sfery niebieskiej, nad którą lata ich bóg, aniołowie i święci. Nadal wierzy i w przeróżnych przedstawieniach promuje wizję Maryi, która sobie ulatuje ku górze, bo tam według nich jest ich bóg.

Uroczystość ta oznacza także, że męski, katolicki bóg nie wystarczył księżom, bo do niego mogły się masturbować co najwyżej niektóre zakonnice, a przecież księży hetero, wbrew temu, co się mówi, jest całkiem sporo. Potrzebowali więc jakiejś bogini, żeby mogli na jej temat pofantazjować, a potem nazywać to „mistycznym uniesieniem”. Polecam szczególnie pikantne opisy „wizji mistycznych” „świętego” Bernarda z Clairvaux, który twierdził, że Maryja dała mu pobawić się jej cycuszkami i spijać z nich mleczko…

Wreszcie, uroczystość owa oznacza, że nie ma czegoś takiego, jak „naturalna potrzeba religijności w człowieku”. Uroczystość ta, zwana Matką Boską Zielną służyła jako dziękczynienie za zbiory. Wcześniej, nim wynaleziono Maryję, ludzie także gdzieś w sierpniu za to samo dziękowali Lugowi, Persefonie, Pani Hel, przeróżnym boginiom – matkom, królowom nieba i tym podobne, a w Krkonošských horach przynosili czarne koguty w ofierze dla Ducha Gór. Ale nie jest to żadna „potrzeba religijności”, tylko zwyczajna, ludzka potrzeba wdzięczności, taka sama, jak ta, gdy dziękujemy za to, że ktoś nam pożyczył pieniądze, dał prezent na urodziny czy naprawił rower. Potrzeba ta uzasadniona  jest ewolucyjnym, normalnym w Przyrodzie egoizmem. Dziękowanie wszak to nic innego, jak sprawienie słowami, postawą i gestami, żeby ten, który nam pomógł albo dał coś dobrego, poczuł przypływ endorfiny, a tym samym zwiększyła się szansa, żeby jego organizm zmusił go do ponownej pomocy lub daru. A tym samym zwiększyła się nasza własna szansa na przetrwanie. A że ludzie nie wiedzieli, komu dziękować za to, że ziemia rodzi plony? Kiedyś wiedzieli, dziękowali samej Ziemi, Przyrodzie. I jakkolwiek było to głupie (wszak ekosystem, nawet jeśli byłby obdarzony jakąś inteligencją i świadomością, co wcale nie jest w biologii wykluczone, z pewnością nie wydziela sobie endorfiny) to przynajmniej kierowali swoje dziękczynienie pod właściwy adres. Dopiero później zaczęło im uwierać zwracanie się do Przyrody i zaczęli najpierw personifikować Ją w postaciach różnych bogiń – matek lub bogów – dawców plonów. W końcu całkiem Przyrodę porzucili na rzecz matki brudnego, galilejskiego guru.

Uroczystość ta oznacza, że religijny but wciąż mocno przygniata do ziemi świat nauki, zwłaszcza historii. Sporo źródeł starożytnych (Toledot Jeshu, Tosefta, Celsus) stanowczo twierdzi, że ojcem Jezusa nie był bynajmniej żaden siedzący na chmurce starzec ani gołąbek z nieba, ale pewien żołnierz rzymski imieniem Pantera. W 1859 roku odkopano nagrobek tego żołnierza: Tiberiusa Iuliusa Abdesa Pantery, a dane z nagrobka idealnie do całej historii pasują. W każdym innym wypadku wystarczyłoby to historykom, żeby przyznać rację tym źródłom, a nie tym, które twierdziły, że żadnego seksu nie było, a Jezus to pierwszy przykład partenogenezy u człowieka. Niestety, poważni historycy nadal twierdzą, że była jakaś błona dziewicza, której nie spenetrował żaden członek, a mimo to urodził się syn.

Żyjemy w kraju, który w powyższe bzdury święcie wierzy. Który pod dyktaturą katolickiej większości stał się już dawno pośmiewiskiem całego świata. I wiem, co mówię, bo słyszałem, co myślą o Polakach moi przyjaciele z Czech. Na wieść o skażeniu Odry i martwych rybach jeden z nich powiedział: „Zdziwiłbym się, gdyby w Polsce do tego NIE doszło”.

Zapytam: czyż nie miał racji?

Polska to kraj ludzi przyzwyczajonych do bycia posłusznymi owieczkami. I jeśli pijany pasterz dla zabawy wrzaśnie: „Wilk!” te owieczki w wielkiej panice uciekają, tratując się nawzajem, a pasterz w głos się zaśmiewa, bo taką ma z nich uciechę. Wystarczyło, że ktoś zawołał: „Zaraz nie będzie cukru!” albo: „Cukier podrożeje!” – a sami widzieliśmy, co się stało.

Oczywistym jest, że nie wszyscy ludzie są inteligentni, bo jest to, najzwyczajniej w świecie z punktu widzenia Prawa Doboru Naturalnego niepotrzebne. Wystarczy, że nieliczni będą inteligentni, a całe stado pod ich przywództwem przetrwa.

Problem w tym, że ludzie w Polsce wynaturzyli tę zależność. Oprócz inteligentnych, pojawili się cwaniacy, oprócz tych mniej inteligentnych – totalni idioci. I w ciągu pokoleń wymarli zarówno inteligentni, jak i inteligentni mniej – a zamiast tego pojawiło się morze kompletnych głupców, rządzone przez nieliczną bandę cwaniaków.

Jeśli cwaniak jest w stanie skutecznie wmówić tłumowi idiotów, że w 1920 roku zwycięstwa nad Armią Czerwoną nie przyniosła praca polskiego wywiadu, taktyka, sprzęt, żołnierze i, z przeciwnej strony: niekompetencja, wewnętrzne swary naprędce zebranego dowództwa przeciwnika, tylko niejaka Matka Boska Królowa Polski Maryja Zawsze Dziewica – to znaczy, że może taki cwaniak wmówić durniowi wszystko.

Naśmiewają się dzisiejsi, nowocześni ludzie z szamanów amerykańskich, inuickich czy syberyjskich, którzy tańcząc wokół totemów przodków wzywają ich duchy. A przecież prawdziwą głupotą jest nazywanie wieczystą dziewicą nieszczęsnej, galilejskiej dziewczyny, która przeżyła romantyczny skok w bok z rzymskim żołnierzem, a z tego związku urodził się największy potwór w dziejach świata, który ma na rękach (o ile rzeczywiście to on założył tę religię, zwaną dziś chrześcijaństwem, i jeśli w ogóle istniał) więcej krwi, niż Stalin, Hitler i Mao Zedong razem wzięci. Głupotą jest nazywanie tego potwora bogiem i kłanianie się mu, fantazjowanie na jego temat i leczenie swoich kompleksów seksualnych tymże fantazjowaniem. Głupotą jest kłócenie się o to, które tańczenie wokół ołtarza na cześć tegoż potwora jest lepsze: czy to tyłem do ludzi po łacinie, czy to przodem do ludzi i po polsku?

Kiedyś napisałem, że Przyroda jest jak Stalin, Ona strat nie liczy. I w Odrze nie będzie ich liczyć, bo ekosystem, zwłaszcza, jeśli ludzie nie będą w tym przeszkadzać, odrodzi się w czasie, który dla Przyrody jest mgnieniem oka. Oberwą ludzie, na przykład taki obrzydliwy, polski, męski byczek – wędkarz, którego nie wstrząsnęła śmierć, cierpienie żywych stworzeń – tylko wrzasnął: „To byłyby okazy naszego życia!”

Nawet jeśli ludzie zredukowaliby Przyrodę do kilku bakterii, Ona i tak powróci, zwycięży – bo kieruje nią Prawo Doboru, prawo wybierania tylko najlepszych. Tymczasem ludźmi kieruje prawo wybierania tylko najpodlejszych, najobrzydliwszych kreatur.

Ktoś obliczył, że w świecie naturalnym każde zwierzę i roślina jest w stanie – i musi być w stanie! – bez szkody dla swojego przetrwania i rozmnożenia się utrzymać po drodze kilkanaście gatunków pasożytów. Różnica z ludzkością polega na tym, że, po pierwsze: żaden pasożyt nie jest pasożytem jednoznacznym. Oprócz szkód przynosi często jakieś korzyści organizmowi żywicielskiemu. Po drugie, pasożyt ten bierze od żywiciela tylko to, co jest mu konieczne do przeżycia i rozmnożenia się.

Nie zamierzam, jak Hitler, wskazać teraz ludzkiego, konkretnego „pasożyta” i wezwać do jego holocaustu. Bo to żaden problem, że jedni są pasożytami drugich. Wszyscy w jakiś sposób jesteśmy pasożytami innych ludzi i Przyrody przede wszystkim. Problem nie leży tutaj, ale w tym, abyśmy brali tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne i pamiętali o tym, że ponieważ od organizmu żywicielskiego zależy nasz los, musimy o ten organizm dbać.

Niestety, wśród ludzi, zwłaszcza w Polsce, jest wielu takich, którzy o tym nie pamiętają, a tym samym cały, ludzki układ kierują ku zagładzie. Zagładzie, która dotknie i pasożytów, i żywicieli. Zagładzie, której będą winni i jedni, i drudzy.

A tej zagładzie z zupełną, wyniosłą obojętnością będzie się przyglądać Przyroda. Spokojnie zaczeka, aż ludzie wybiją się nawzajem, jedni na drugich na ludzki, wynaturzony sposób pasożytując i jedni drugich o to pasożytnictwo się oskarżając. Spokojnie pozwoli na zatrute rzeki, śmierć ryb, wyrżnięcie lasów i zabudowanie łąk apartamentowcami. Bo wie, że choćby ludzie użyli całej potęgi swojej cywilizacji, nie zdołają zredukować zasobów Przyrody do zera, a Jej – w przeciwieństwie do ludzkich strategów i taktyków – wystarczy nawet odrobina, żeby się odrodzić, powstać na nowo i zwyciężyć.

Pytanie tylko, kto zostanie włączony w poczet beneficjentów zwycięstwa Przyrody, a kto będzie zwyciężonym i unicestwionym. Nie wiem – wie to tylko Przyroda – ale wiem, że na pewno nie będą to czciciele dziewiczej błony.

Jeśli uważasz, że to, o czym tu piszę jest ważne, dobre i potrzebne, możesz wesprzeć działanie strony, zostając naszym Patronem przy pomocy patronite.pl

5 odpowiedzi na “WNIEBOWZIĘCIE I ZATRUTA RZEKA”

  1. „Nawet jeśli ludzie zredukowaliby Przyrodę do kilku bakterii, Ona i tak powróci, zwycięży – bo kieruje nią Prawo Doboru, prawo wybierania tylko najlepszych.”
    Byłbym ostrożniejszy z takim rozumowaniem. Przyroda wcale nie musi powrócić i „zwyciężyć z kilku bakterii. Nie znamy początku życia ale wydaje się ze musiały zaistnieć wyjątkowe okoliczności w historii naszej planety. Całe stawy amnokwasow i innych białkowych podzespołów aby powstała jakaś przyczyna dalszej ewolucji w DNA czy RNA itd. Pare komórek dzisiaj na pustyni to pewna smierć. A poza tym Prawo Doboru może zadecydować ze silniejsze będą jednak warunki eliminacji a nie życia. To już nie jest ta planeta która stygła przez miliony lat. A poza tym pozdrawiam. Lubię bardzo twoje meandry myśli. 😎

    1. A właśnie, że nie będę ostrożny. Po katastrofie w Czarnobylu wszyscy mówili, że będzie tam atomowa pustynia. Stało się inaczej, co każdy może sprawdzić naocznie. Parę komórek na pustyni to nie pewna śmierć ale sukces, to znaczy brak konkurentów do środków do życia xD Nie znamy pełnych mocy Przyrody, cokolwiek odkrywamy okazuje się przerastające nasze oczekiwania. Cokolwiek wynajdą ludzie, okazuje się dokładnie do przewidzenia. Dlatego tak naprawdę pisząc to, co napisałem, byłem zbyt ostrożny w ocenieniu możliwości Przyrody.

      1. Czarnobyl czy „pas neutralny” między Korea Pln. a Pdn. to przykłady wybuchu radości życia ale nie z paru komórek. No ale dobrze powiedzmy, ze podzielam twoj optymizm 😉

        1. A ta wersje znasz? tez dobre 🙃
          „ Chrześcijańskie pisma kanoniczne nie odnotowują śmierci ani Zaśnięcia Marii. Hipolit z Teb, autor z VII lub VIII wieku, twierdzi w swojej częściowo zachowanej chronologii Nowego Testamentu, że Maria żyła 11 lat po śmierci Jezusa, umierając w 41 rne [1].

          Użycie terminu zasypianie wyraża przekonanie, że Dziewica umarła bez cierpienia, w stanie duchowego spokoju. Ta wiara nie opiera się na żadnej biblijnej podstawie, ale jest potwierdzona przez świętą tradycję prawosławną.”

    2. Myślę że sformułowanie „kilku bakterii” nie należy brać dosłownie. To dosadne stwierdzenie o potrzebne minimum do odtworzenia przyrody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial