SKAŁY, NA KTÓRE WYLANO KREW. WYPRAWA DO SANKTUARIUM FENRIRA

Dziś opowiem Wam o jednej z najważniejszych wypraw w moim życiu. Wyprawie, w trakcie której odnalazłem jedno z najświętszych dla mnie miejsc. Bo nie ma miejsc obiektywnie „świętych”. Miejsce może być święte tylko dla kogoś konkretnego i takim miejscem może być każde we Wszechświecie. Pewnie Ty też masz wiele miejsc dla Ciebie szczególnych, które wyjątkowo do Ciebie przemawiają.

To opowieść o tym, jak ja znalazłem jedno z takich miejsc. Może będzie dla Ciebie pomocna w odnalezieniu miejsca dla Ciebie świętego, wyjątkowego, do którego będziesz chcieć wracać? Miejsca, gdzie Ty zaniesiesz swoją modlitwę do Przyrody, do Wszechświata, do Wilka?

Na mapie trasa, o której przejściu dzisiaj opowiem…

Wyruszyliśmy z Karłowa, małej osady w sercu Gór Stołowych. Pierwsze kroki skierowaliśmy z Bojarem na Szczeliniec Wielki.

Szczeliniec to Szczeliniec: atrakcja turystyczna, cud natury, odwiedza to miejsce bardzo, bardzo wielu ludzi. I my poszliśmy (przezornie jak najwcześniej rano i w zwykły dzień tygodnia, żeby uniknąć tłumów).

Widzisz, Przyjacielu, kiedy jechałem z Bojarem pociągiem do Kudowy-Zdroju, gdzie się mieliśmy zatrzymać, był ponury, deszczowy dzień. W pewnym momencie – gdzieś między stacją Nowa Ruda a Ścinawką – trasa kolejowa przebiega tak, że Szczeliniec Wielki jest z niej doskonale widoczny: charakterystyczna góra, wyniosła i płaska jak stół. Ja jednak widziałem jedynie szary, potężny cień, skryty za welonem deszczu i mgły. I wtedy poczułem, że ta góra okaże się dla mnie wyjątkowo ważna.

Jednak kiedy z Bojarem przeszedłem przez labirynt skał Szczelińca wyszedłem stamtąd z uczuciem, że coś widziałem – ale tego czegoś nie zrozumiałem. Czułem się, jakbym wyszedł z Luwru nie zauważywszy Mony Lisy. Albo jakbym był w Paryżu i przegapił Wieżę Eiffla.

Dopiero później, w trakcie tej samej wędrówki zrozumiałem to, co widziałem na Szczelińcu Wielkim – i dlatego nie zacznę swojej opowieści od najwyższej góry Gór Stołowych. Zacznę ją w miejscu, gdy opuściliśmy już skały Szczelińca i udaliśmy się w dalszą drogę. Jak się okazało, była to droga do zrozumienia.

Bojar spogląda na Popielny Kamień…

Pierwszym naszym przystankiem na tej drodze niech będzie Popielny Kamień – wielki głaz niedbale rzucony przez Przyrodę u stóp Szczelińca Wielkiego. Nazwa pochodzi podobno z początku XIX wieku, kiedy wielki pożar zniszczył doszczętnie las w tej okolicy, a kamień pozostał samotny wśród popiołów.

Pożar nie jest dla lasu, dla Przyrody wielką tragedią – potrafi się podnieść, o ile człowiek mu w tym nie przeszkadza. A tutaj przeszkadzał, i to długo. Jeszcze zdjęcia z lat 30 – tych XX wieku pokazują Popielny Kamień samotnie stojący pośród łąk. Las, który widzicie na zdjęciu wyrósł tutaj po 1945 roku.

Tak, najlepszą formą ochrony Przyrody ze strony człowieka jest nie jakieś działanie, ale powstrzymanie się od działań. Ileż to się nasłuchałem w życiu o racjach „przemyślanych ingerencji w ekosystem”. Ileż to w polskich lasach można napotkać tablic „dydaktycznych” z hasłem godnym sowieckiej propagandy: „Leśnik lekarzem lasu”! Skutki widać tam, gdzie ową „przemyślaną ingerencję” się uskutecznia i tam, gdzie Przyroda szczęśliwie uszła uwagi ludzi z piłami i harvesterami.

W czasie tej i kilku innych wędrówek widziałem, że wielkie brawa należą się ludziom zarządzającym Parkiem Narodowym Gór Stołowych właśnie za ich ograniczenie się tylko do tych działań, które są absolutnie konieczne, oraz za zadbanie o to, by zgubne dla Przyrody skutki ruchu turystycznego ograniczyć do minimum.

Zaczęło padać…

Tymczasem wyszliśmy z lasu na skraj łąk, w centrum których leży Karłów. Zaczęło padać, ale nas to nie zniechęciło. Wręcz przeciwnie, kocham chodzić po lasach w deszczu, bo jest wówczas mało prawdopodobne, że napotkam ludzi. A moją miłością jest właśnie to: iść samotnie ze swoim wilkiem przez pusty las.

Nie mieliśmy tamtego dnia konkretnego celu wędrówki. Chciałem się po prostu trochę pokręcić po rozległej równinie podstawy Gór Stołowych. Bo trzeba Wam wiedzieć, że Góry Stołowe wyglądają jak wielka, szeroka platforma, wyniesiona ponad okolicę pionowymi ścianami skał. Dopiero na tej platformie, jakby „dobudowane” wznosi się drugie piętro, złożone z trzech części. Podłużne pasma Narożnika i Skalniaka tworzą jakby mur od południowej strony podstawy, a na północy samotnie stoi okazała skalna forteca Szczelińca. Pomiędzy nimi zaś rozciąga się rozległa równina, pośrodku jedynie zajęta przez łąkę i niewielkie zgrupowanie budynków Karłowa, w większości zaś pokryta rozległymi lasami i torfowiskami.

Napotkaliśmy zagubioną w lesie drogę, zwaną Kręgielnym Traktem.

Kręgielny Trakt.

Dziś nikt już nie wie, skąd się wzięła ta dziwna nazwa. Czy jest ona niewłaściwym tłumaczeniem niemieckiej nazwy Kegel Strasse – bo słowo „Kegel” ma przecież szersze znaczenie, niż polskie: kręgiel? Czy może kiedyś, w czasach, gdy kręgle były popularną zabawą ludową w czasie świąt czy jarmarków ktoś uruchomił w Karłowie kręgielnię? Czy może wreszcie prosta, ciągnąca się wiele kilometrów droga kojarzyła się z torem do kręgli?

Tej zagadki nie udało się nam rozwiązać i dobrze. Był pierwszy krok do zrozumienia tamtej wędrówki. Bo wśród nazw, którymi ludzie określają różne miejsca tylko nieliczne mają jakieś dogłębne znaczenie, a i te zdarzają się raczej wówczas, gdy to sama Przyroda, sam bieg niezależnych od ludzi wypadków nada nowy sens starej nazwie.

Kręgielny Trakt wiedzie przez gęsty, piękny las – spójrzcie tylko!

Ciemność lasu…

Od dawna kochałem tę miękką, zieloną ciemność lasu. Ludzie jednak przeważnie się jej boją.

Pamiętam, jak kiedyś dostałem zaproszenie od znajomego na jego „osiemnastkę”. Urządził ją – zapewne z braku lepszego miejsca w nieistniejącej dzisiaj gospodzie, położonej przy ruchliwej szosie, na totalnym pustkowiu. Jak to bywa na takich imprezach, goście szybko się spili i doszło do potężnej awantury, bójki, polało się trochę krwi, ktoś oberwał – słowem rozróba na całego. Właściciel wezwał policję i impreza skończyła się nadspodziewanie szybko. Trzeba było wracać do domu gdzieś około drugiej w nocy – a najkrótsza droga wiodła przez lasy. Wybrał się ze mną drugi znajomy, mieszkający w tej samej miejscowości, co ja. Gdy szliśmy w ciemnościach, tenże znajomy zaczął się bać i pamiętam, jak bardzo mnie to zdziwiło. Bo już wtedy wiedziałem, że więcej jest powodów do strachu w jasny dzień w mieście, wśród ludzi – niż w lesie, wśród drzew i zwierząt w najciemniejszą nawet noc.

Dziś, po wielu nocach w lesie, przespanych lub spędzonych na wędrówkach bez latarki mogę to tylko potwierdzić. Nigdy nie doznałem od Ciemności żadnej krzywdy. Dlatego tak pokochałem las, Przyrodę i wilki.

Umarłe drzewo spłaca swój dług Przyrodzie…

Wychowała mnie Przyroda, a ona prowokuje do zadawania pytań. Kto wtopi się w Przyrodę, już nigdy nie przestanie dociekać, pytać, badać. Nie przestanie być ciekawskim.

Ja też zawsze zadawałem za dużo pytań. A dorośli odpowiadali mi tak, jak umieli. Kiedy nie umieli, zawsze mieli w zanadrzu wytrych rozwiązujący wszelkie problemy, zapchajdziurę, którą można odpowiedzieć na każde możliwe pytanie: Bóg!

Tak się zaczęła moja tragiczna i komiczna zarazem droga z chrześcijaństwem. Byłem młody i łaknąłem odpowiedzi, pragnąłem wiedzy – a wtedy nie było internetu, za to książki były już drogie, a w nich trudno było o odpowiedź na wszelkie pytania. Zafascynowała mnie więc ta tajemnicza, wszechpotężna moc religii do wyjaśnienia absolutnie wszystkiego, ba, wyjaśnienia w sposób prosty i niewymagający żadnego wysiłku umysłowego. Szybko dostrzegli to ludzie Kościoła, zawsze spragnieni nowych dusz – i zasypywali mnie takimiż prostackimi odpowiedziami. Mnie jednak, niedoświadczonemu i dopiero wchodzącemu w życie nie wydała się jeszcze podejrzana ta łatwość w wyjaśnianiu wszystkiego. Zostałem katolickim fanatykiem, w pełni oddanym wierze, gotowym nienawidzić i mordować w imię przykazania miłości Boga i bliźniego.

Swoją drogą ciekawe, dlaczego religia chrześcijańska nie każe „kochać człowieka” tylko: „miłować bliźniego”? Dlaczego nie porzucono tej zakurzonej staropolszczyzny, wszak przecież jasność przekazu powinna być chyba na pierwszym miejscu przez historycznymi sentymentami? Jednak przekonałem się szybko, że po to właśnie w chrześcijaństwie mówi się o „miłowaniu bliźniego”, żeby łatwiej było w imię tegoż „miłowania” nienawidzić człowieka. Nienawidzić za to, że wierzy w innego boga czy bogów albo w ogóle bogów nie uznaje. Nienawidzić za to, że nie żyje zgodnie z chrześcijańską moralnością. Nienawidzić za to, że myśli, że docieka, że pyta, wreszcie: nienawidzić Przyrody i ciemności lasu.

Wielkie Torfowisko Batorowskie.

Weźmy chociażby taki element Przyrody jak bagna i torfowiska. W trakcie wędrówki z Bojarem przechodziliśmy obok Wielkiego Torfowiska Batorowskiego, jednego z nielicznych zachowanych obszarów podmokłych w Górach Stołowych. Ludzi przez wieki te bagienne obszary uwierały, bo nie można na nich uprawiać roli ani zasadzić lasu przemysłowego. Postanowiono więc wszystko na siłę osuszyć, przekopano rowy melioracyjne, przedsięwzięto wiele prac i wysiłków w celu wyeliminowania tego, co wydawało się „niepożyteczne” dla ludzkiej gospodarki. A w religijnej retoryce „bagno” zadomowiło się jako określenie ponoć straszliwego, odrażającego stanu moralnego wszystkich, którzy ośmielają się nie wypełniać przykazań Chrystusa i Kościoła.

Tymczasem bagna i torfowiska to tereny, na których kwitnie życie w całej jego okazałości. Miejsca, gdzie zgnilizna i śmierć natychmiast są przeradzane w ogrom różnorodności biologicznej, gdzie rozkład i rozwój sobie nie przeczą. Bagno jest jednym, wielkim zaprzeczeniem chrześcijańskiej wizji świata jako pola bitwy między dobrem a złem, między życiem a śmiercią, bogiem a diabłem. Bo nigdzie nie spotkasz piękniejszych kwiatów wiosną, jak właśnie na bagnach.

Na horyzoncie ukazały się potężne skały…

Bojar poprowadził mnie tego dnia drogą, w której rozważyłem swoje życie. Wspomniałem, jakim żałosnym byłem idiotą, kiedy z zapałem w sercu gorejącym wstąpiłem do seminarium, uczelni teologicznej, gdzie – jak się zdawało – bez przeszkód wytryśnie przede mną krynica tej mądrości, znającej odpowiedź na wszystko.

Jeśli chcesz wiedzieć, Przyjacielu, jak wyglądał mój pobyt w seminarium duchownym, co tam widziałem i przeżyłem, przeczytaj „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Zamień tylko generałów na biskupów, wojsko austro – węgierskie przebierz w wyobraźni w czerń sutann, a otrzymasz niemal idealny obraz tego, co tam widziałem.

Studia teologiczne z wolna zaczęły obnażać przede mną, na jak bardzo wątłej podstawie religia potrafi udzielać swoich odpowiedzi na ludzkie pytania, jakże cherlawe są fundamenty wszystkiego, w co się w chrześcijaństwie wierzy. A sama teologia to miejsce, gdzie skrzydła mogą rozwinąć wszyscy próżniaczy myśliciele, którym nie chce się szukać odpowiedzi, nie chce się spędzać godzin, dni i lat na żmudnym zbieraniu danych, na eksperymentach i obserwacjach, które nieraz wymagają narażania życia. Teologia to raj dla leniwych umysłów, które mogą tutaj (przepraszam za wyrażenie, ale lepszego chyba nie znajdę) pitolić ile wlezie, bo nikt tego nie sprawdzi, nikt nie podważy żadnej hipotezy, bo każda jest niedowodliwa i niesprawdzalna.

Jeszcze ostatni odcinek wśród torfowisk…

Tymczasem, żeby uprawiać naukę o na przykład roślinach bagiennych, trzeba w to bagno wejść, zaryzykować, że się w nim utonie, trzeba się ubabrać w błocie, dać się pogryźć komarom i jusznicom deszczowym.

Tak to w nauce żmudną, ciężką i niebezpieczną pracą zdobywa się odpowiedzi na pytania, podczas gdy w teologii można je wygodnie wypierdzieć w fotelu. Różnica polega na tym, że nauka daje odpowiedzi sprawdzalne, takie, których prawdziwości sam mogę doświadczyć. Teologia tymczasem daje odpowiedzi, w które trzeba na ślepo wierzyć, bo inaczej na żadne pytania odpowiedzi nie znajdzie.

Stanęliśmy na brzegu przepaści…

Torfowiska Gór Stołowych pomogły mi jeszcze raz to zobaczyć i poczuć wdzięczność wobec Przyrody za to, że tak samo, jak nasza wędrówka, tak i ona zaprowadziła mnie nad brzeg przepaści. Tutaj kończy się podstawa Gór Stołowych i opada wielkim urwiskiem skalnym ku Obniżeniu Dusznickiemu.

Obniżenie Dusznickie z krawędzi Gór Stołowych…

Moja droga życia zaś zaprowadziła mnie nad taką samą przepaść, gdzie mój umysł nie mógł już tolerować absurdów chrześcijańskiej wiary, pustki skrytej tam za łatwymi odpowiedziami na wszystko.

Na krawędzi wesoło kwitnęły wrzosy. Tak i ja potraktowałem to na wesoło – zacząłem drwić z absurdów, które napotkałem, naiwnie sądząc, że otaczają mnie na tyle inteligentni ludzie, że dostrzegają oni to samo. Myliłem się.

Kościół katolicki ma tę paskudną przypadłość, że jest bardzo ociężały i chwiejny, gdy trzeba cokolwiek zadecydować. Zamiast po prostu wyprosić mnie na samym wstępie, kiedy w taki czy inny sposób zanegowałem najświętsze katedry ich wiary, zaczęli wyładowywać na mnie swoje frustracje, spowodowane zapewne tym wszystkim, w co muszą wierzyć, bo zbyt wygodne gniazdka na tej wierze sobie uwili. Na przykład rektor seminarium – człowiek bardzo głęboko wierzący w zmartwychwstanie Jezusa i wiekuistą nagrodę w niebie… i tak jak nikt bojący się śmierci. Na widok trumny dostawał ataków histerii, a kiedy pewnego dnia na kazaniu użyłem słowa „śmierć” zaczął mnie traktować jak osobistego wroga.

Tymczasem na las zaczęła opadać mgła.

Las we mgle…

Kocham wędrówki po górach i lasach we mgle. Las staje się wtedy jedną, wielką tajemnicą. Nie wiadomo wtedy, dokąd zawiedzie nas droga, co napotkamy, co wyłoni się z mgły niemal tuż przed naszym nosem.

Tak i moja wędrówka życia weszła we mgłę – opuściłem szeregi duchowieństwa, opuściłem Kościół katolicki. Nagle znalazłem się w sytuacji braku wytyczonego celu – a to była dla mnie absolutna nowość. Dopiero później zrozumiałem, że to wcale nie jest takie złe.

Bojar pewnie biegł po leśnej ścieżce, jakby już dawno temu wszystkie je przeszedł i poznał. Zaprowadził mnie na… Kopę Śmierci.

Skalny dziedziniec na Kopie Śmierci.

Nad krawędzią przepaści wznosi się tutaj niewielki labirynt skał, tworzących pośrodku coś w rodzaju dziedzińca. Było cicho, obok nas przepływały strzępy mgły, a my, samotni w lesie zatrzymaliśmy się w tym sanktuarium Śmierci.

Tak, to dobra nazwa dla tego, co stało się w moim życiu. Nie zrozum mnie źle, Przyjacielu – nigdy nie należałem do ludzi, których łatwo złamać. Ale każdy ma swój próg wytrzymałości. Jeśli poświęciłeś czemuś wiele lat swojego życia i utopiłeś w tym wiele energii, oplotłeś wokół tego czegoś całe swoje istnienie – niełatwo jest to wszystko po prostu porzucić. A jeśli już to zrobisz, nie licz na to, że łatwo sobie z tym poradzisz.

Tak i ja przegrałem swoją walkę z życiem. Nie będę rozpisywał się tutaj szczegółowo, jakie czynniki zdołały mnie w końcu zniszczyć – bo było to wiele zawiedzionych nadziei, wiele przegranych przedsięwzięć i wiele głupich decyzji i ich konsekwencji. Doprowadziły mnie do momentu, w którym wydawało mi się, że jedynym wyjściem jest właśnie śmierć.

Chciałem, żeby życie odebrał mi las – jedyna rzeczywistość, na której się nigdy nie zawiodłem. Wyjechałem w Bory Dolnośląskie – najbliższy dla mnie, tak wielki kompleks leśny – i zrobiłem wszystko, żeby las zakończył całą moją historię. Mówiłem wszystkim, których to interesowało, że po prostu zafascynowałem się wilkami i chcę jakiegoś zobaczyć, ale tak naprawdę szukałem tam śmierci.

Ale okazało się, że za głupi jestem na to, żeby Las sprowokować. Spałem pod drzewami w czasie burzy, skrapiałem swoją krwią ścieżki, po których chodziły wilki – ale każda błyskawica przechodziła ponad moją głową, a wilki wydeptały mnóstwo śladów wokół mnie, gdy spałem – i wzgardliwie sobie poszły.

I wtedy zrozumiałem, że nic o lesie nie wiem. I nic nie wiem o śmierci.

Skała na Kopie Śmierci.

Jeśli pójdziesz kiedyś śladami Bojara i moimi, z pewnością zobaczysz szmaragdowe połacie mchów i porostów, pokrywających martwe skały. Zatrzymaj się i zobacz na własne oczy, że Przyroda to właśnie jedna wielka Śmierć przeradzająca się w Życie i na odwrót.

I stało się, że pewnego dnia w Borach Dolnośląskich napotkałem ukrytą przy zwierzęcej ścieżce pułapkę, w którą złapać się miało jakieś nieszczęsne, dzikie zwierzę. Przez te wszystkie dni poszukiwania śmierci na tyle pokochałem las, że poczułem się osobiście znieważony tą prymitywną próbą niszczenia kwitnącego w niej życia. Wyrwałem sidła z ziemi i wrzuciłem do pobliskiego stawu.

I wtedy zerwał się wiatr, zaszumiały drzewa. Po chwili wszystko ucichło. Prawie wszystko. Głośno zaszemrały krzaki za moimi plecami.

Odwróciłem się i przez krótki moment widziałem wycelowany we mnie bursztynowy wzrok wilka. Wilk natychmiast zniknął w zaroślach, jakby się zapadł pod ziemię – i pozostała po nim tylko chwiejąca się gałązka.

A we mnie wszystko pękło. Usiadłem na ziemi i wyłem. Pytałem tego Wilka: „Dlaczego nie jesteś moim bogiem? Jak bardzo bym chciał mieć takiego boga, jak Ty!”

A Las – wielki, obojętny i dostojny otaczał mnie wtedy zewsząd. I tym swoim dostojeństwem i obojętnością odpowiedział na moje pytanie. Że nie ma żadnego powodu, dla którego miałbym czcią obdarzać ludzkie, absurdalne urojenia, zamiast tego, co istnieje naprawdę: majestatu Przyrody.

Tak doszedłem z Bojarem na Narożnik – jedno z tych miejsc, gdzie nazwa narzuca się sama. Dwa pionowe urwiska schodzą się tutaj pod kątem prostym, tworząc wyniosły cypel skalny.

Narożnik z charakterystycznym cyplem skalnym. Na drugim planie Kopa Śmierci.

Tutaj, na skale wznoszącej się ponad zalane mgłą lasy Bojar zatrzymał się i spojrzał na mnie.

I stało się, ze wspomniałem ten fragment z ewangelii, jak to diabeł postawił Jezusa na narożniku świątyni jerozolimskiej i rzekł mu: „Jeśli jesteś synem bożym, rzuć się w dół!”

Mówi się o tej scenie, że było to „kuszenie Chrystusa”. Ale Przyroda, ta mroczna córka Doboru Naturalnego, nazwana przez chrześcijaństwo Diabłem – ta Przyroda nie kusi, tylko domaga się dowodów. Nie popłaca w niej wierzenie w bzdury, bo gdyby ktoś naprawdę uwierzył w to, że jest synem bożym i skoczył z Narożnika – poleciałby w dół i rozpaćkał się na kamieniach poniżej lub nabił się na czubek świerka.

W Przyrodzie nie trzeba w nic wierzyć, i dlatego jest ona bezideowa. Wielu uważa bezideowość za zdziczenie, prymitywizm i zżymają się, gdy taki bezideowiec zada „prymitywne” pytania, „nie zrozumie głębi” tego czy innego systemu filozoficznego, politycznego czy religijnego. Ale to oni nie pojmują, że aby napełnić umysł Przyrodą, trzeba go najpierw oczyścić z ludzkich urojeń. I zetknąć się z czasami przerażającą rzeczywistością.

Narożnik jest miejscem, gdzie pewna wędrówka zakończyła się bezpowrotnie.

Tablica upamiętniająca dwoje zamordowanych tutaj studentów.

17 sierpnia 1997 roku dwoje studentów dzisiejszego Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu: Annę Kembrowską i Roberta Odżgę zamordowano tutaj strzałem między oczy. Sprawców nigdy nie odnaleziono, ale emerytowany policjant, który na własną rękę kontynuował umorzone śledztwo twierdzi, że trop prowadzi do działających w Kotlinie Kłodzkiej radykalnych nacjonalistów.

Nikt nie wie, co tu się naprawdę stało. Wiadomo jednak, że oboje kochali Przyrodę ponad wszystko i tylko tragiczny przypadek sprawił, że w czasie swojej kilkudniowej wędrówki po górach napotkali bandę pijanych chęcią mordu fanatyków.

Tak to przelano na tym miejscu niewinną krew. Tak to nieopodal skalnego sanktuarium śmierci śmierć przerwała życie dwojga zakochanych w Przyrodzie ludzi. Być może nigdy policja ani żaden ludzki wymiar sprawiedliwości nie dosięgnie morderców. Być może siedzą oni sobie teraz, chichocząc z radości, że obyło się bez świadków. Ale się mylą.

Bo to, co zrobili widziały setki par oczu, wyglądające w lesie z każdej dziury i z każdego załomu kory. Widziały to drzewa i widziały to skały.

Przyroda nie karze za grzechy, nie ma piekła, gdzie mogłaby wrzucać zbrodniarzy – ale karą dla sprawców będzie to, że się w ogóle narodzili, karą dla nich będą ich własne twarze i ich umysły, zaczadzone fanatyzmem. Do końca życia będą jęczeć pod figurkami nieistniejącego boga i nigdy nie zakosztują świętości Przyrody i prawdy skrytej w gałęziach drzew. Nigdy nie pojmą tego, co poznali ci, których zamordowali. Nigdy nie spojrzy na nich wilk, ale umrą wśród swoich urojeń i pustych ideałów.

Stojąc tam, na Narożniku, nad przepaścią wypełnioną mgłą, zrozumiałem. Jeśli góra Narożnik jest narożnikiem świątyni Przyrody – to tą świątynią może być tylko jeden, wspaniały, przyozdobiony misternymi rzeźbami skał i girlandami mchów Przybytek – Szczeliniec Wielki.

I tak to wędrówka stała się dla mnie obrazem mojego życia. Jak w dzieciństwie chodziłem po lesie, kochałem go, ale go nie rozumiałem i trzeba było mi przez to wszystko przejść, żeby pojąć to, co widziałem – tak i teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego najwyższa góra Gór Stołowych jest dla mnie miejscem szczególnym.

Powróciłem z Bojarem dwa dni później, by jeszcze raz przejść Skalną Świątynię, tym razem rozumiejąc jej znaczenie.

Na Szczeliniec Wielki jeszcze raz…

Po starych stopniach wstępuje się do tego sanktuarium Przyrody. Przewodniki podają, że jest ich 665, ale wychodzi tyle jedynie, jeśli nie policzymy kilkunastu stalowych schodków, którymi uzupełniono dawną instalację w niektórych miejscach. I pod warunkiem, że nie policzymy kilku schodów, które nie zostały wykonane przez człowieka, ale są naturalnymi skałami, służącymi za stopnie.

Wspaniałe rzeźby Szczelińca Wielkiego.

Szczeliniec Wielki cały wypełniony jest wspaniałymi skałami. Ich kształty sprawiły, że szybko ponadawano im przeróżne nazwy, ale ja gdzieś mam to, jak chora ludzka wyobraźnia obsmarowała to miejsce swoim pustym nazewnictwem. Wystarczy mi ich piękno, które godnie przyozdabia to istne Sanktuarium Przyrody.

Bezcenna kolekcja porostów…

Nie tylko skały są bogactwem i pięknem tego miejsca. Mnóstwo porostów i mchów najprzeróżniejszych gatunków zasiedla powierzchnię kamieni, tworząc mozaiki o wiele piękniejsze niż te, którymi przyozdobiono Hagia Sofia czy San Vitale w Ravennie.

Brama do Świątyni Przyrody.

Jak na Świątynię przystało, tak i ta posiada bramę, przez którą wchodzi się do jej wnętrza. Wielu ludziom dech zapiera, gdy wchodzą do bazyliki Piotra w Rzymie i widzą ogrom przestrzeni pod kopułą. No cóż. To teraz popatrzcie, jaki ogrom przestrzeni oferuje Świątynia Przyrody.

Aż chce się powtórzyć za Stachurą: „Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba”. Świątynia Przyrody to nie kościół chrześcijańskiego boga, który co rusz znajduje powód, by kogoś ze swojej świątyni wypędzić. A to nie pasuje, że ktoś jest homoseksualistą, a to nie pasuje, że ktoś jest Żydem, a to nie pasuje, że ktoś ośmiela się wątpić w stworzenie świata przez brodatego starca w chmurach, a to nie pasuje, że ktoś twierdzi, że płeć to sprawa bardziej skomplikowana, niż klucz i dziurka od klucza. I tak pod dachami świątyń ludzkiego boga nie ma miejsca chyba dla żadnego człowieka. A o zwierzętach nie wspomnę.

Śnieżka, najwyższa góra Sudetów widoczna w oddali…

W oddali widać najwyższą górę Sudetów – Śnieżkę. O wyprawie na nią napisałem tutaj. W opisie tamtej wędrówki wspomniałem o Goethem, wielkim poecie i przyrodniku, który w schronisku po drodze na Śnieżkę nocował. Ale i tu, jak się okazuje, zawitał.

tablica upamiętniająca pobyt Goethego.

Ale dość o tym! Czas zagłębić się w Świątynię Wilka, Sanktuarium Przyrody!

Pierwsze, co napotykamy, to wielki, skalny tron, przez ludzi zwany Fotelem Pradziada.

Fotel Pradziada.

W bazylice Piotra w Rzymie też jest wielki tron, zwany tronem Piotra. Ale w przeciwieństwie do tamtego, Tron Przyrody, Tron Wielkiego Wilka nie jest splugawiony jak ten watykański całym korowodem marnych tak moralnie, jak i umysłowo postaci. Otaczają go nie sługusy zagryzające się wzajemnie o to, kto głębiej w tyłek się wciśnie – ale drzewa, kiście jarzębin i ogromna przestrzeń Wszechświata.

Widok z Tronu.

Wokół pełno jest zaś skalnych rzeźb ukazujących, że niepotrzebny jest ludzki intelekt i ręce ludzkich rzemieślników, żeby powstało piękno. Mało tego, to właśnie ludzkie rzeźby mizerne się wydają przy tych, które ustawiły tutaj tysiąclecia erozji skalnej.

Rzeźby ozdabiające otoczenie Tronu.

Ścieżka niczym jakieś tajne przejście, schodzi w wąski korytarz, przechodzący za Tronem.

Tajne przejście…

Znaleźć tutaj można wspaniałe skarby Przyrody, jak choćby drzewa, zakorzenione w skałach.

Drzewo zakorzenione w skale…

Czego to drzewo może nas nauczyć? Drzewa nie wybierają miejsc, gdzie się narodzą, tak, jak i my. My jednak możemy wybrać miejsce, gdzie będziemy żyć, a drzewo tego miejsca również nie wybiera. To drzewo jest przykładem tego, do jakiej potęgi dojść może każdy, kto nie będzie gonił za ideałami, ale przyjmie rzeczywistość swojego życia taką, jaka jest.

Tak, Świątynia Przyrody to miejsce, gdzie kazania wygłaszają drzewa i ptaki, a nie zdemoralizowane kreatury w dziwnych szmatkach.

Gdy starożytni Egipcjanie czy Asyryjczycy wznosili gmachy swoich świątyń, przed wejściem ustawiali na straży wielkie kamienne kolosy: sfinksy, skrzydlate centaury czy inne stwory. Jakby chcieli powiedzieć, że jak na straży pałaców władców stoją ludzcy strażnicy w zbrojach i z włóczniami, tak na straży bogów musi stać coś dużo bardziej niesamowitego, by podkreślić, do jak wielmożnego kogoś przychodzimy.

I znów ludzkie wysiłki są nad wyraz żałosne w porównaniu z tym, co zdziałała Przyroda.

Strażnik wejścia…

Niektórzy nazwali ten ogromny filar skalny Małpoludem. Istotnie, kształt kamiennej głowy może nasuwać takie skojarzenia. No cóż, w takim razie jest to wielkie oskarżenie dla ludzi. Ich małpokształtni przodkowie jeszcze stali na straży Przyrody i jej praw, ale ich dzieci stały się dezerterami z posterunku, tymi, którzy zamiast obdarzyć Przyrodę wdzięcznością za własne życie i wszystko, co w nim piękne i szczęśliwe, woleli wołać do nieistniejących bogów z najbardziej żałosnym z nich na czele. Woleli Przyrodę zalać ściekami i zaśmiecić plastikiem, niż przyjąć to, co im zostało przez nią podarowane.

Lecz kto minie Strażnika musi się przygotować na wejście do Świątyni Przyrody. I gdy ujrzy je, zadrży.

Czeluść…

Kapłani różnych bóstw po dziś dzień straszą Cię wizją otchłani, wiecznej ciemności, do której zostaniesz wrzucony, Przyjacielu, bo zdarzyło ci się powiedzieć o kimś, że jest durniem, choć na to w pełni zasługiwał. Będziesz wiecznie cierpiał w ogniu piekielnym, bo zdarzyło Ci się spojrzeć na człowieka, który Ci się spodobał (Nie wierzysz, że kochający bóg może być takim draniem? Przeczytaj: Ewangelia Mateusza 5, 21 – 30).

No cóż teraz jest wszystko jasne! Oto Świątynią Przyrody jest Czeluść, Otchłań piekielna, Ciemność Śmierci. To Sanktuarium skrywające największą tajemnicę.

Zamiast drżeć przed pogróżkami trefnisiów w ornatach, chwyć razem ze mną linę, łączącą mnie z Przewodnikiem, wilkiem Bojarem i zejdź z nami do Piekła. Przekonaj się na własne oczy, czy warto się bać ich kazań, czy warto z tego strachu okazywać ich nudnym naukom posłuszeństwo.

Wilcza Szczelina…

Przejdź z nami przez wąską szczelinę, którą dawniej nazywano Wolfsschlucht – Wilcza Szczelina.

Schody do Otchłani.

Wąskie schody prowadzą stromo w dół, w głąb Otchłani, której tak boją się ludzie, że wolą oddać swoje dzieci na poużywanie przez księży, wolą się biczować, odmawiać sobie wszelkich radości życia i zmieniać życie swoje i swoich bliskich w prawdziwe piekło – żeby tego wyimaginowanego uniknąć.

A oto my zeszliśmy do tej Otchłani. Żeby pokazać Ci, Przyjacielu, że nie masz się czego bać.

Przedsionek Sanktuarium.

Głęboka, wąska i mroczna szczelina jest jednak jedynie przedsionkiem. Do czego służyły przedsionki w starożytnych świątyniach? Pomieszczenie przed samym wejściem do świętych miejsc miały wchodzącym uświadomić, że to, gdzie zaraz wejdą, wymaga przygotowania. Taki przedsionek miał być niemą nauką: zaczekaj, przystań. Przemyśl. czy jesteś, człowieku, gotowy.

Przedsionek Przygotowania.

We wszystkich ludzkich świątyniach przepisy liturgiczne mówiły kapłanom i wiernym, jak się mają przygotować. Gdy je wypełnili, pełni udawanej pokory przystępowali do ołtarzy martwych bogów, żeby ich błagać o miłosierdzie, coby ich do piekła nie posłali.

Lecz w tym Przedsionku, w Przedsionku Sanktuarium Przyrody, nie znajdziesz przepisów liturgicznych. Wąska szczelina jakby mówiła: po prostu idź! Nie ma tu rozłożonych humerałów, alb, stuły, manipularzy, tuniceli, dalmatyk i ornatów, nie ma grubych ksiąg z modłami, które należy pośpiesznie wydyszeć, bo msza za trzy minuty.

Tu znajdziesz tylko chłód w upalny dzień. Tu znajdziesz szmaragdowe porosty i mchy, mokre jak gąbka od spływającej do szczeliny wody, tu odetchniesz po skwarze i skryjesz się przed wiatrem. Tu, w cichej ciemności wystarczy przejść, by być gotowym.

Ostatnia brama.

Aż wreszcie wąski i bardzo mroczny korytarz doprowadził nas do miejsca najświętszego: Sanktuarium Przyrody, Sanktuarium Wilka, Sanktuarium Fenrira.

Miejsce najświętsze – Piekło.

Miejsce to od dawna nazywano Wielkim Dnem albo Piekłem.

Dziś nasz wielki mistrz ceremonii Bojar wprowadził nas do tego miejsca, abyśmy się rozejrzeli. I zobaczyli, że to miejsce jest Świątynią Życia. W ciemności, otchłani i mroku, w błocie zalegającym dno – w tym wszystkim, co ludzie okrzyknęli symbolami zła, śmierci i grzechu – w tym jest Życie. I jest to życie dla wszystkich, bo nawet wątrobowiec nagoszek ostroklapowy Gymnacolea acutiloba, którego nie znajdziesz nigdzie indziej w Polsce, tu znalazł swoje miejsce.

Dlatego zapraszam Cię teraz, Przyjacielu, żebyś razem z nami na chwilę przerwał czytanie i po prostu przez tych kilka chwil w milczeniu podziwiał majestat tego miejsca.

Koniec Sanktuarium Fenrira zagradza wielki kamień. Jeśli przeciśniesz się za niego, zobaczysz to, co znaleźć można w każdej świątyni.

Ołtarz.

Ołtarz – Diabelski Stół.

Na ołtarzach ludzkich bogów składano ofiary: krwawe z ludzi, całopalne ze zwierząt, a dziś – przede wszystkim – ofiary pieniężne. Bo ludzcy bogowie zawsze są chciwcami, którzy wciąż żądają ofiar. Wciąż domagają się, by im coś oddawać.

Ale Ołtarz Wielkiego Wilka, przez ludzi wzgardliwie zwany Diabelskim Stołem jest pusty. Nie musisz niczego tu ofiarować, nie musisz niczego oddawać. Możesz przy nim usiąść i zakosztować słodkiego wina, i cieszyć się, że żyjesz, że możesz oglądać skały, słońce i drzewa, a rękę zanurzyć w miękkości futra towarzyszącego ci wilka. Nikt tu nie wejdzie na ambonę i nie wykrzyczy grubiańskim głosem, godnym Rolanda Freislera w sutannie, że jesteś grzesznym, tkwiącym w bagnie gównem, ale oto teraz jakiś Jezus, którego nikt nigdy nie widział okazuje Ci, śmieciu, łaskę. Pod warunkiem, że zakręcisz fiutka na kurek, że pokornie schylisz głowę przed grubasem w sukni, że spędzisz resztę życia na zamartwianiu się, bo Jezus umarł na krzyżu.

Tu, w ciemności Piekła ich władza się kończy, ich potęga rozpływa się jak zły sen. Tu nie musisz uznawać żadnych panów, wodzów, arcykapłanów, królów czy premierów. Tu jesteś wolny.

Blask słońca pada na Ołtarz.

I tak stałem nad Ołtarzem Wielkiego Wilka i Przyrody, swoją wdzięcznością za życie modląc się do skał, do mchów, do porostów, do kruków szybujących po niebie i do ogromu Wszechświata. Dziękowałem za to, gdzie jestem, z kim jestem i jak się tu znalazłem.

A gdy minęły chwile modlitwy, Bojar wyprowadził mnie wąskim, stromym przejściem. Bo jak każda świątynia, tak i ta posiada swój skarbiec.

Wyjście do Skarbca.

Tu nie ma krat ani grubych drzwi, zapadni, ostrzy wysuwanych z podłogi i innych gadżetów, broniących skarbów świątynnych przed rabusiami. A to dlatego, że najlepszą ich ochroną jest ludzka ignorancja. Setki turystów dziennie przemierza korytarze wśród skał, ale nikt z nich nie zauważa skarbów,tam zgromadzonych.

Komnaty skarbca Świątyni.

Lecz jakie to są skarby? To nie złoto ani aktywa finansowe, to nie weksle, dyski twarde z tajemnicami przemysłowymi, to nie banknoty ani bilon, ani PIN-y do kont bankowych.

To skarby Życia.

Te skarby nie stracą na wartości w wyniku inflacji, nie rozpłyną się jak marna wypłata, te skarby zawsze pozostaną. Bo nawet, gdyby człowiek wysadził Szczeliniec Wielki w powietrze, a potem polał to grubą na metr warstwą plastiku, żeby zdusić wszelkie życie, nie uda się mu to. Choć bardzo, ale to bardzo tego pragną wszyscy akolici chrześcijańskiego boga, żeby Przyrodę zniszczyć.

Nie zapomnę nigdy takiej sceny, gdy jako jeszcze duchowny byłem na obiedzie z kilkunastoma księżmi. W pewnym momencie ktoś wspomniał o tym, że „ekoterroryści” oprotestowali skutecznie budowę nowej trasy narciarskiej w okolicy, która wymagałaby wyrżnięcia sporej części lasu. Proboszcz zakrztusił się jadłem, poczerwieniał, opluł się z wściekłości i zaczął wrzeszczeć, że „wszystkich tych ekologów bym wrzucił do piekła”, „oby wyzdychali razem ze swoimi kwiatkami i robaczkami”, bo za tym wszystkim stoi spisek, a jakże, Żydów. A potem, wciąż parując z wściekłości perorował, jak to „Bóg dał człowiekowi władzę nad wszechstworzeniem” i że „człowiekowi wszystko ma służyć”.

Dziś, ze skarbca Świątyni Wielkiego Wilka mogę odpowiedzieć: proszę bardzo, wrzuć mnie do Piekła. Szczęśliwy będę, bo z dala od wściekłości ludzkich bogów. Szczęśliwy będę, bo otoczy mnie miękka ciemność otchłani Życia, gdzie nie dosięgnie mnie kara za wyimaginowane grzechy. Gdzie na skałach pradawne inskrypcje, przez setki tysięcy lat wykute wodą i wiatrem w powierzchni skał głoszą:  teologia to kłamstwo.

Inskrypcje na ścianach świątyni.

Kamienny Kruk czuwa nad wyjściem.

Strażnik wyjścia ze świątyni.

Lecz zanim udasz się do wyjścia, możesz wyjść na krawędź skał i zobaczyć jeszcze raz wielką przestrzeń pod wielkim dachem nieba.

Lasy Wielkiego Torfowiska Batorowskiego.

I ujrzałem wielki przestwór lasu, który skłonił mnie do rozważenia mojej drogi życia – a może dziś skłoni i Ciebie do wspomnienia swojej? I zrozumienia, że niezależnie od tego, co za Tobą, niezależnie od tego, co przed Tobą – każda chwila na tej ziemi jest cenna i każda może być piękna. Nie ma otchłani, która nie rodziłaby życia, poza tymi otchłaniami, które ludzie sztucznie sobie wybudowali. Lecz jeśli opuścisz betonowo – spalinowe piekło, o którym Cię pouczono, że jest niebem i masz za nie dziękować niewidzialnemu komuś, jeśli spojrzysz na ogrom Przyrody i jej majestat – zrozumiesz.

Dziękuję Ci, Bojar.

A ja mogę tylko podziękować kapłanowi mojego diabelskiego boga – Przyrody, wilkowi Bojarowi, który w tę Świątynię cierpliwie mnie wprowadził i jej zrozumienia nauczył. Tu, z wyniosłych skał wznosi się najpiękniejsze orędzie Przyrody: porzućcie urojenia i cieszcie się Życiem. Porzućcie lęki przed tym, czego nie ma, by realne niebezpieczeństwa zwyciężyć. Porzućcie wymyślonych bogów, żeby istniejącą, widzialną i doświadczalną wszechmoc Przyrody obdarzyć podziwem i czcią. Nie lękaj się sprawdzać, nie bój się badać i dociekać, bo Przyroda nie zna niewygodnych pytań!

Baszta pożegnania.

Wielka baszta skalna żegnała nas, schodzących z Sanktuarium Fenrira. Stoi prosto i czekać będzie na nas, żebyśmy tu powrócili, bo powrócimy. Zbyt piękne jest to miejsce i zbyt dla mnie święte, żebym miał go jeszcze nie odwiedzić.

A Ty, Przyjacielu, który tę podróż odbyłeś dziś razem z nami – niech i Tobie dane będzie szczęście znalezienia miejsc, które staną się dla Ciebie sanktuariami Twojej miłości do Przyrody.

Podziel się