ORDER ZAPOMNIANYCH I ROMANTYCZNA BIOLOGIA, CZYLI WĘDRÓWKA PRZEŁOMEM BOBRU

Dzisiaj Bojar i ja zapraszamy Was na wędrówkę w poszukiwaniu początków biologii, czyli naukowej fascynacji Przyrodą. Poznamy też dzieje zapomnianych marzeń średniowiecznego księcia i dowiemy się, co z nich wynikło… dla nauki. A wszystkie nasze ślady jak zawsze otoczy swoim pięknem – Przyroda.

Naszą dzisiejszą przygodę rozpoczynamy na skraju zabudowań Jeleniej Góry, na ulicy Obrońców Pokoju.

Nasza wędrówka na mapie…

Trzysta lat temu przy ulicy tej znajdował się Szpital Bożego Ciała. Pobożne wezwanie niewiele pomagało, bo medycyna była jeszcze wówczas w powijakach – więc oprócz szpitala znajdował się tutaj także cmentarz.  A ulica ta nazywała się dawniej ulicą Szpitalną.

Znamienne to, że opuszczamy ludzkie siedziby wspomnieniem tego, co przez stulecia towarzyszyło chrześcijańskim miastom europy: bród, smród i zaraza.

Dzisiaj rozwój medycyny wygnał te ponure cienie w zamierzchłość historii, ale… Ale wcale nie uzdrowiło to samej cywilizacji, wciąż nękanej chorobami nie tylko ciała, ale coraz bardziej – chorobami umysłu.

Jeden z ostatnich domów, jakie mijaliśmy z Bojarem, to rozpadająca się ruina.

Ruina domu w Jeleniej Górze…

Przez okna rozpadającego się budynku można dostrzec relikty dawnego sposobu tynkowania sufitów: za pomocą podkładu z trzciny. Dziś już się tego nie stosuje, nie tylko z powodu braku czasu – łatwiej użyć płyt styropianowych – ale też z tego względu, że dziś w każdym mieście natężony ruch samochodowy generuje drgania gruntu. Tradycyjny tynk, wynaleziony w czasach, gdy ulicą przejeżdżały z rzadka konie i powozy – pęka.

Ten rozpadający się dom uczy nas jednak, że ludzka praca nie jest tworzeniem. Jest tylko nakręcaniem sprężyny zniszczenia. Człowiek wznosi martwe mury, a one powoli, z dnia na dzień – niszczeją. Dopóki jest ktoś, kto nieustannym wysiłkiem będzie tę sprężynę nakręcał remontami, naprawami – twory ludzkiej ręki mogą trwać. Ale w końcu takich rąk zabraknie i wówczas to Przyroda bierze górę. Co z ziemi wzięte, do ziemi chce wrócić: metal, glina, piasek, trzcina…

Zostawiamy za sobą niszczejące domostwo i opuszczamy miasto. A przed nami wyrasta wyróżniający się kopiec Wzgórza Krzywoustego czy też – według dawnego nazewnictwa – Domowej Góry.

Wzgórze Krzywoustego – Hausberg.

Jeżeli trafisz tu kiedyś naszymi śladami i nie będziesz wiedział, gdzie szukać owego wzgórza, pytaj o „Grzybek” – tak tutejsi kolokwialnie określają to miejsce, a to z powodu charakterystycznego hełmu wieży widokowej na szczycie.

Lecz uważaj, Wędrowcze! To wzgórze to wehikuł czasu. Wkraczając na nie przenosisz się ze świata XXI wieku do zamierzchłych dziejów tej ziemi. Dziejów, o których ludzka pamięć zapomniała – ale Przyroda pamięta.

Mostek nad Bobrem – wrota czasu…

Wzgórze Krzywoustego ma kształt regularnego kopca z trzech stron otoczonego wodami Bobru. Od strony nieogrodzonej wodą za niewielką przełęczą ciągną się ciemne, porośnięte gęstym lasem wzniesienia, pełne skał, rozpadlin, parowów i niebezpiecznych stromizn. Nic dziwnego, że ten pagórek zwrócił uwagę kogoś, kto zapragnął wznieść w okolicy obronny gród.

Kim był ów „ktoś”? Tradycyjnie mówiło się o Bolesławie Krzywoustym. Tak od dawna mówiono w legendach, pokazując otaczające szczyt wzgórza wały ziemne, tworzące wokół niego dwa zamknięte kręgi.

Wały otaczające szczyt wzgórza.

Badania archeologiczne, przeprowadzone w latach 1958-59 potwierdziły, że zagadkowe nasypy ziemne pochodzą z XII wieku. Kroniki z tamtych czasów piszą o wojnie, którą Bolesław Krzywousty toczył z Czechami w latach 1108 – 1111. Rozmiary grodziska wskazują, że nie była to cywilna osada profilaktycznie otoczona tynem, ale obóz wojskowy, pospiesznie wzniesiona baza wypadowa, coś w rodzaju ówczesnych umocnień frontowych.

Wówczas owe tereny były niemal całkowicie niezamieszkałe. Owszem, przychodzili tu ludzie od dawna, ale były to wyprawy o charakterze łowieckim lub religijnym. Sudety przez wieki dla różnych ludów: Celtów, Germanów, Łużyczan, Słowian – były miejscem modlitwy do Przyrody, miejscem spotkania z Lasem, miejscem czci świętych źródeł i gór.

Ale dobry czas się skończył, kiedy wkroczył tutaj chrześcijański król – z wojną, żelazem i rozlewem krwi: czyli tym, co od początku towarzyszyło tej religii, obłudnie zwącej siebie samą „religią pokoju i miłości”. Przyszedł zabijać i krzywdzić.

I przy okazji założył Jelenią Górę.

Ale dzisiaj, jeśli wstąpisz na to wzgórze nie usłyszysz szczęku oręża, pokrzykiwań giermków, pijackich śmiechów żołdactwa, krzyków gwałconych kobiet i wrzasków upojonego zwycięstwem rycerstwa, współbrzmiące z pobożnym zawodzeniem mnichów.

Dziś zobaczysz tutaj inne zwycięstwo. Zwycięstwo Lasu.

Zwycięstwo Lasu nad rozlewem krwi.

Prastare wały obronne dziś tylko zamazanym kształtem przypominają to, czym były niegdyś. „Przeszła wojna, wstaje trawa” – pisał Stachura. A za trawą przychodzą krzewy, rośliny pionierskie takie jak brzoza czy topola, a w końcu miejsce zarasta lasem. Przyroda pokonała pychę króla, pragnącego podbijać. Przyroda pokonała ludzką nienawiść i wściekłość. Niech jej zwycięstwo, jej zwycięstwo ciche, cierpliwe jak drążąca skałę woda, niech jej wielkie zwycięstwo będzie uwielbione!

W miejscu, gdzie ścieżka przecina stary wał ziemia wydaje się nabierać rudego koloru, jakby chciała przypomnieć o niegodziwościach rozlewu krwi i wojny.

Przyroda pozostawiła jednak nietkniętą – jakby na urągowisko dla Krzywoustego – wzniesioną na szczycie wieżę widokową.

Wieża imienia cesarza Wilhelma.

I to nie byle jaką wieżę! Wzniesiono ją z okazji 800 – lecia Jeleniej Góry w 1911 roku. Władający tu wówczas Niemcy nie wstydzili się bynajmniej, że miasto założył polski król – wszak napis na ratuszu dumnie głosił: Urbem Boleslaus Distortus struxit! Ale, jakby mówiąc przyszłym pokoleniom: owszem, zbudował, ale teraz jesteśmy tu my – ochrzcili wieżę imieniem cesarza Wilhelma.

Zatrzymaj się tu, Wędrowcze. Zastanów się i zapytaj Lasu. I ujrzyj, jakie to wszystko jest żałosne: ludzkie wojny, nienawiść do innych narodów, ustanawianie granic, przesuwanie ich mieczem, umacnianie okopami i wieżami.

Niech Las nas wreszcie nauczy, że ta Ziemia nie należy ani do Niemców, ani do Polaków, ani do Rzymian czy członków plemienia Makonde. Jest dokładnie na odwrót: to ci wszyscy polscy rycerze, tu niegdyś walczący – dziś należą do Ziemi. To ci wszyscy Niemcy, wznoszący wieżę ku czci swojego cesarza, to sam tenże cesarz Wilhelm – należą dzisiaj do Ziemi.

Tak, Człowieku! Mienisz Ziemię swoją własnością, ale to Ona ma prawo własności do Ciebie, do Twojego ciała i wszystkiego, czym jesteś. Czy Ci się podoba, czy nie, odbierze swoją własność w godzinę Twojej śmierci. I czy będziesz się zwał Polakiem, czy Niemcem, czy Celtem – do Ziemi należysz i do Ziemi pójdziesz.

Bojar nie lubi schodów, ale na te wszedł 🙂

Wieża była otwarta – więc zdecydowaliśmy się z Bojarem na nią wejść.

Secesyjna klatka schodowa wewnątrz wieży;

Ze szczytu można spojrzeć na stare miasto Jeleniej Góry i otaczające ją pasma górskie.

Jelenia Góra i Góry Sokole z wieży cesarza Wilhelma.

Ale dość oglądania ludzkich dzieł! Czas zagłębić się w las. Po drodze napotkaliśmy coś, co wprost świadczy o wojennym pośpiechu, w jakim wznoszono tutejsze umocnienia.

Wielki głaz pośród grodziska.

Wielki, granitognejsowy głaz zagradza przejście między szczytem wzgórza a wałem obronnym. W średniowieczu ludzie dysponowali środkami, pozwalającymi usuwać takie kamienie. Już inżynierowie Hannibala w czasie przeprawy przez Alpy rozbili zagradzającą drogę skałę, rozgrzewając ją w ogniu i gwałtownie schładzając octem.

Jednak tym razem głaz pozostawiono w nienaruszonym stanie – pomimo, iż musiał znacznie utrudniać życie tłoczącym się w grodzie żołnierzom. Wojenny pośpiech i ogień walk zepchnęły tego typu niewygody na plan dalszy.

Ścieżka w las…

Wąska ścieżka poprowadziła nas ze wzgórza z powrotem nad brzeg Bobru w miejsce, gdzie zaczyna się Borowy Jar.

Tą nazwą określa się przełom Bobru, czyli dolinę, wyrzeźbioną przez rzekę przebijającą się przez pasmo Wzgórz Kamienickich, które zamykają od północy Kotlinę Jeleniogórską.

Początek przełomu zamyka okazały wiadukt kolejowy. Przy odrobinie wyobraźni możemy zobaczyć we wznoszącym się nad doliną łuku coś w rodzaju olbrzymiej bramy – bramy Kotliny Jeleniogórskiej.

Brama Kotliny Jeleniogórskiej.

Tę właśnie bramę pozostawiliśmy za sobą.

Wiedzie tędy wybrukowana, wygodna ścieżka, codziennie zaludniana przez spacerowiczów i rowerzystów z miasta. Nasze jednak ślady niezupełnie pokryją się z ich śladami…

Tuż za wiaduktem napotkamy tuż przy drodze obmurowane źródło, zwane Cudownym. Dawniej jednak nosiło ono inną nazwę.

Było to w końcu XVIII wieku, gdy nie było tutaj ani tej ścieżki, ani wiaduktu, ani wieży na wzgórzu. Grupa studentów z jeleniogórskiej szkoły wraz z profesorem udała się w lasy Przełomu Bobru na wycieczkę. Zwiedzili okolicę, napotkali owo źródło, a nieopodal – następne. Gdy wreszcie zatrzymali się, żeby napić się wina, jeden ze studentów doznał olśnienia. Przypomniała mu się mitologia grecka, której uczył się cały rok i zawołał do profesora i kolegów: „Spójrzcie! To miejsce wygląda jak grecki Helikon! Oto góra, a z niej wypływają dwa źródła, tryskające w miejscach, gdzie stuknęły o ziemię kopyta Pegaza: źródło Aganippe i Hipokrene! Oto skała, wznosi się niczym Parnas nad dolinami Delf…”

I tak już zostało. Później burmistrz Jeleniej Góry, wychodząc naprzeciw potrzebom mieszkańców urządził na wzgórzu istne pogańskie sanktuarium: wytyczył ścieżki do obu źródeł, a wokół góry rozmieścił ukryte w puszczy polanki, poświęcone dziewięciu Muzom. Na szczycie zaś wzgórza, obok skały nazwanej na cześć Muzy Uranii, patronki astronomii, na największej z polan ustawił kamienny stół z dziewięcioma fotelami dla wszystkich dziewięciu Muz i poświęcił to miejsce Apollinowi, bogu światła, sztuki, nauki i… wilków.

Tak wyglądał romantyzm europejski: neopogański, zorientowany na radosne picie wina i taniec w lesie, na Panteizm – uwielbienie piękna Lasu pod postacią dawnych mitów. Ach, jakże by się wściekł chrześcijański król, urządzający tutaj swoje rzezie w imię Chrystusa! Ach, jakże różny był ten romantyzm od tego smętnego, wiecznie jęczącego polskiego romantyzmu, nieustannie rozpamiętującego „krzywdę narodową”, na którą to krzywdę naród polski sobie starannie zapracował przez wieki dewocji, ciemnoty, ignorowania wiedzy, umiłowania ucisku i szlachetkowej pychy.

Tak, kochani, to miejsce to Świątynia Wilka, miejsce czci Lasu i wielkiego Wszechświata. I choć wieki pogrzebały pamięć o tej świątyni, my dziś ją odkryjemy i hołd złożymy świętej Ziemi, świętej Nauce i świętej Przyrodzie. Hołd nie przesądów i zabobonnej, trwożliwej czci, ale hołd pragnienia wiedzy i pełnego ciekawości umysłu. Hołd nie tchórzliwej, mesjanistycznej jęczyduszy, ale hołd radości i słodkiego wina.

W głębi rozstaje…

Zagospodarowana ścieżka spacerowa, wyłożona asfaltem i zaryglowana stalowymi barierkami to nie miejsce dla wilków. Ale założona tu dawno temu Świątynia nie została zniszczona: jedynie ukryła się wśród lasu, pozwoliła, żeby Przyroda zakamuflowała ją przed oczami profanów. Ale my jesteśmy tu w imieniu Fenrira i nas Świątynia Lasu wpuści.

Spacerowicze obojętnie mijają niknącą w lesie, ledwie widoczną ścieżkę, dziś już tylko przez zwierzęta używaną… Ale to ona wiedzie do drugiego źródła, do Hipokrene, tego zapomnianego i zaginionego.

Przy Cudownym Źródle – niegdyś zwanym Aganippe – nie dopchasz się do wody. Pełno tu ludzi z baniakami, wierzącymi, że woda tutejsza ma jakieś nadprzyrodzone właściwości.

Ale nie ma. Wystarczy zbadać skład.

Panteista, wielbiciel Wszechświata i Przyrody nie hołduje przesądom, ale wiedzy. Bo Wszechświat nie jest jak wielki krętacz, chrześcijański bóg, którego nie można zobaczyć, poznać, doświadczyć, ale trzeba lękliwie wierzyć we wszelkie dyrdymały, jakie obleczona w purpurowe szmatki hierarchia do wierzenia poda. Przyroda nie boi się mikroskopu i lupy biologa, nie boi się teleskopu astronoma, nie lęka się oka i dotyku. Przeciwnie, chętnie otwiera się wszystkim ciekawym umysłom, daje się poznawać, bo wie, że nigdy nie wyczerpią się pytania, na które trzeba będzie szukać odpowiedzi, nigdy nie ustanie apetyt na nowe cuda.

Święte źródło Hipokrene.

Zapomniane Źródło Hipokrene sączy się wprost ze skały w resztki dawnego obramowania. Tu nie chodzą ludzie, bo miejsce to zapomniano już w końcu XIX wieku. Już na mapach z tamtych lat próżno szukać ścieżki i źródełka. Ale ono biło tutaj przez te wszystkie lata. Dziś niewielu o nim wie, a jeszcze mniej chce tu przychodzić.

My jednak przyszliśmy – podziękować Wszechprzyrodzie za dar wody, za ten związek chemiczny cudowny zawsze, sam z siebie, bo wyjątkowy, inny niż wszystkie – za wodę, która zrodziła życie.

Jeszcze wrócimy do zaginionej świątyni – a tymczasem, ukradkiem dołączamy do współczesnej ścieżki spacerowej.

Tu można oglądać przedziwną wystawę. Na wyspie pośrodku Bobru ustawiono w dwóch rzędach dawne… turbiny wodne.

Przez wiele lat służyły one, wytwarzając elektryczność w położonych w dole Bobru elektrowniach wodnych zainstalowanych przy trzech zaporach: Pilchowickiej, Wrzeszczyńskiej i na Jeziorze Modrym. W końcu zdecydowano się wymienić je na nowe, ale te stare, stuletnie zachowano właśnie tutaj jako swoisty pomnik dawnej techniki.

Dawne turbiny z elektrowni wodnych.

Nietrudno zauważyć, że wszystkie one są naśladownictwem Przyrody: taki sam kształt miały muszle amonitów.

Tak dotarliśmy do miejsca, zwanego nieco dramatycznie Końcem Świata.

Skały w okolicach Końca Świata.

Rzeka robi tutaj ostrą pętlę. Wielu wędrowcom w przeszłości wydawało się, że dolina nagle się tutaj kończy, a rzeka po prostu gdzieś znika. Stąd też wzięła się nazwa.

W końcu XIX wieku, gdy zapomnieniu uległa świątynia Muz, wybudowano tutaj… papiernię. Tak, do dziś można zobaczyć jej ruiny. Okropna to była decyzja. Żeby bowiem zrobić papier, trzeba wpierw pozyskać z drewna celulozę.

Celuloza to długie włókna zbudowane z… glukozy. Tak, tej samej glukozy, która jest także składnikiem cukru. Jednak ułożenie cząsteczek glukozy w długie łańcuchy, z których zbudowane są następnie włókna tworzy zupełnie nową właściwość: substancję wytrzymałą, tworzącą ściany komórek roślinnych, a ostatecznie – odpowiedzialną za twardość pni drzew oraz sztywność łodyg i pędów.

Ale celuloza to tylko szkielet drzewa, obudowa komórek roślinnych. Jak ją wydobyć z drewna, żeby następnie przerobić ją na papier?

Trzeba – w uproszczeniu mówiąc – potraktować drewno kwasem siarkowym.

Dlatego to właśnie wytwórnie celulozy tworzą mnóstwo cuchnących, niebezpiecznych ścieków. W czasach, gdy na Końcu Świata wzniesiono papiernię, ścieki takie beztrosko zlewano do wody.

Jeśli ktoś wówczas jeszcze pamiętał założoną w przełomie Bobru świątynię, nie przychodził tutaj, wypędzony hałasem i smrodem ludzkiego przemysłu. Ścieżka spacerowa, którą dziś podąża większość uczęszczających tutaj ludzi była wówczas drogą transportową.

Ale przeminął czas niszczycielstwa. Papiernia upadła i dziś pozostały po niej tylko ruiny ceglanych budynków. Przyroda zwycięży – trzeba tylko poczekać… Potęga, która potrafi ze skały wydobyć życie i wzrost nie da się tak łatwo pokonać.

Drzewo ze skały…

Idąc dalej napotykamy miejsce, będące celem wędrówek większości ludzi, udających się w te tereny.

Tu kończy się przełom Bobru i otwiera się dolina, w której leży wieś Siedlęcin.

W lipcu 1897 roku w Karkonoszach zdarzyła się wielka ulewa, jakiej nie odnotowano od dawna. Zemściły się lata wycinania lasów na potrzeby chociażby takich papierni czy hut szkła. Woda, którą normalnie wchłonęłyby drzewa i inne rośliny – spłynęła do rzek. A te wezbrały i dosłownie spłukały wiele miejscowości w górach. Kowary zostały niemal zmyte z powierzchni ziemi. Bóbr w Jeleniej Górze wezbrał o… 7 metrów 20 centymetrów, zamieniając sporą część miasta w jedno, wielkie jezioro.

Koniec XIX wieku to czas buńczucznego kultu techniki, czas, gdy ludzie upoili się swoją wszechmocą, poczuli się „powołani”, żeby Przyrodę „ujarzmić”, „wprzęgnąć w służbę ludzkości”. To te czasy zrodziły Titanica i przechwałki o jego niezatapialności, te czasy zgromadziły też arsenał dział, karabinów maszynowych, gazów bojowych – które niebawem miały zaowocować rzezią okopów I wojny światowej.

Nic dziwnego, że taki bunt Przyrody jak owa wielka powódź ludzie odebrali jak osobistą zniewagę. I zareagowali w sposób iście godny tamtych czasów: postanowili na siłę, przemocą pokazać Przyrodzie, kto tu rządzi.

W tym celu zaprojektowano na rzece Bóbr aż trzy jeziora zaporowe. Dolinę rzeki miały przegrodzić trzy wielkie tamy: największa w Pilchowicach, dwie mniejsze we Wrzeszczynie i tutaj, u wylotu Borowego Jaru w Siedlęcinie.

I wybudowano. Powstały trzy jeziora zaporowe. A jakby wisienkę na torcie, ukoronowanie zwycięstwa nad Przyrodą – na skarpie nad Jeziorem Modrym wzniesiono duży gościniec Turmsteinbaude, dziś zwany „Perłą Zachodu”.

Perła Zachodu.

Stara świątynia Muz, zbudowana ze ścieżek, skał i leśnych polan – a więc w głównej mierze urządzona nie przez człowieka, ale przez Przyrodę – popadła w całkowite zapomnienie. W jej miejsce powstała świątynia techniki, świątynia ludzkiego zarozumialstwa, tego chrześcijańskiego „czynienia sobie ziemi poddanej”.

Ale próżny to był wysiłek. Próżne miliardy marek wydane na budowę. Weźmy na przykład Wleń – leżące nieco poniżej zapory w Pilchowicach miasto. Zbudowano je w zakolu Bobru i przy każdej większej powodzi było zalewane. Czy coś się zmieniło po wybudowaniu trzech zapór?

Nic. Kompletnie nic. Wleń tonął w powodzi jak dawniej.

Dziś wiemy dlaczego. Obliczono, że las porastający stoki jakiejś doliny wchłania kilkukrotnie więcej wody, niż może wynosić maksymalny zapas retencyjny jeziora zaporowego wybudowanego w tej dolinie. Innymi słowy, o wiele lepszą instalacją przeciwpowodziową byłoby pozostawienie doliny Bobru w spokoju i pozwolenie, by zarosła lasem.

Przelew zapory w Siedlęcinie.

Dodatkowo, gromadzenie wody w jednym miejscu powoduje, że ta łatwiej paruje, a tym samym „ucieka” z gleby. Przyczynia się to do częstszych susz i upałów.

Co mam powiedzieć? Gratuluję tobie, wielebna, ludzka myśli techniczna.

Nawet, gdyby wybudować zaporę zdolną zalać tę górę po sam szczyt, nie zatrzyma ona tyle wody, ile mogą wchłonąć te drzewa.

Pozostawiwszy zaporę za sobą, udaliśmy się do wsi Siedlęcin. Przeszliśmy przez stary, nitowany most nad Bobrem. Również on jest reliktem epoki stali i pary. Technologia spawania upowszechniła się dużo później, a do tego czasu – wszystko, co stalowe, nitowano. Także poszycie kadłuba Titanica, co ostatecznie przyczyniło się do jego spektakularnej katastrofy.

Stary, nitowany most na Bobrze w Siedlęcinie.

Po co jednak tutaj przyszliśmy? Odpowiedź kryje się zaraz za owym mostem.

Istnieją budowle tak stare, że choć są dziełem człowieka, Przyroda zdołała w nie wniknąć do najgłębszych nawet zakamarków, zżyła się z nimi, odmalowała na takiej budowli swoje barwy,

Tutaj to właśnie stoi taka właśnie budowla. Siedlęcińska Wieża Książęca.

Wieża Książęca w Siedlęcinie.

Przez długi czas nie wiedziano, kto i dlaczego wzniósł tutaj tą okazałą budowlę. Pewne było. że musiała ona stać tutaj już na początku XIV wieku. A były to czasy, kiedy wybudowanie murowanego zamku czy choćby kasztelu nie było bagatelą. Z powodu olbrzymich kosztów katedry wznoszono przez całe stulecia, a wielu nie ukończono. Król Ryszard Lwie Serce zadłużył całą Anglię, żeby móc wybudować jeden, jedyny zamek Château Gaillard.

Z drugiej jednak strony wieża położona była owszem, przy trakcie i brodzie na Bobrze – ale nic nie świadczy o tym, żeby miejsce to miało jakieś żywotne znaczenie dla Księstwa Jaworskiego, które wówczas władało tymi ziemiami.

Sprawa jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy w XIX wieku odkryto w jednej z sal… freski.

Freski nie byłyby niczym wielkim w budowli renesansowej ani tym bardziej barokowej. Ale w czternastowiecznej budowli? Wykonane niewątpliwie także w tamtym czasie?

Jasnym się stało, że na wzniesienie i takie udekorowanie wieży nie stać by było nawet bardzo zamożnego rycerza. Ten położony na uboczu kasztel musiał wybudować władca, książę jaworski.

Wieża i otaczająca ją fosa.

Dziś z wykopalisk archeologicznych wiemy, że najprawdopodobniej fundatorem budowli był książę Henryk I Jaworski, panujący w latach 1301 – 1346.  Wiemy też, że nie powstała tu wtedy sama wieża. Dostawiony do średniowiecznej budowli barokowy dwór okazał się przebudowanym budynkiem bramnym – a więc był to właściwie niewielki zamek. W tamtym też czasie ufundowano tutaj także wieś z kościołem.

Po cóż jednak książę wykosztowywał się na takie coś? Odpowiedzi musimy poszukać wewnątrz wieży.

Wewnętrzny dziedziniec kasztelu.

Stara lipa stoi przy gotyckim wejściu niczym strażnik, Strażnik tajemnicy starej wieży, jakby chcąc nam powiedzieć, że oto Przyroda zawładnęła ową tajemnicą i tylko Ona zdecyduje, komu ją ujawnić.

Tym, co zwraca uwagę w wieży, są jej ogromne piwnice.

Jedna z dwóch piwnic w wieży.

Jeśli wierzyć badaczom, pierwotnie wieża wyposażona była w wielką pochylnię, przystosowaną do wtaczania do piwnic ogromnych beczek. Jak się okazuje, fakt ten ma niemałe znaczenie w wyjaśnieniu zagadki wieży.

Na parterze obejrzeć możemy liczne wykopane tutaj artefakty z różnych epok. Są tu groty strzał do kusz, klamry pasów rycerskich, fragmenty szklanych i glinianych naczyń…

Ekspozycja wykopanych w wieży przedmiotów.

Na pierwszym piętrze zobaczyć można z kolei kominek – i zastanowić się. Ta koślawa konstrukcja nie miałaby dzisiaj prawa zagościć w żadnym z nowoczesnych domów, gdzie wszystko musi być klockowate, idealnie równoległo – prostopadłe, gdzie nie ma miejsca na tego typu niechlujstwo… A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to z tą dzisiejszą, klockowata cywilizacją jest coś nie tak.

Kominek.

Wreszcie wstępujemy do wielkiej sali kasztelu. Ozdobne okna z ławami w wykuszach podkreślają uroczystość tego miejsca.

Okno wielkiej sali.

To tutaj właśnie znajdują się owe tajemnicze freski.

Freski w siedlęcińskiej wieży.

Dziś uczeni są zgodni, że malowidła owe po pierwsze są niedokończone – na jednej ze ścian widać jeszcze nie pokolorowane szkice konturów postaci. Po drugie zaś całość przestawia historię Lancelota, rycerza Okrągłego Stołu. Całość skomponowano jako swojego rodzaju przestrogę. Ukazana na malowidłach historia o tym, jak Lancelot zdradził króla Artura skontrastowana została z przedstawieniami chwil jego chwały. Obok namalowano świętego Krzysztofa, uważanego wówczas za patrona wierności swojemu panu, wzór wasala. A jeszcze dalej możemy ujrzeć przedstawienie przypominające ludziom o nieuchronności śmierci.

Do kogo książę jaworski mógł zwracać się z takim przesłaniem? Przesłaniem o pięknie życia w zgodzie ze swoimi zobowiązaniami?

W tamtych czasach popularne stało się zakładanie najrozmaitszych bractw rycerskich. Władcy, inspirowani zakonami rycerskimi takimi jak templariusze czy joannici zakładali własne, świeckie „zakony”. Służyły one wykształceniu wokół władcy pocztu najwierniejszych wasali, najdzielniejszych wojowników i najwierniejszych przyjaciół. Później z przynależnością do takiego zakonu wiązał się jakiś zewnętrzny znak: krzyż, łańcuch… Z czasem takie zakony – po łacinie „ordo” – przekształciły się w najwyższe odznaczenia państwowe czyli – ordery.

Zapomniany order księcia Henryka najwyraźniej miał tu mieć swoje miejsce spotkań. Chciał on tutaj wznieść swój Camelot, gdzie mógłby z dala od intryg na Jaworskim zamku zebrać najwierniejszych współpracowników i z nimi podejmować decyzje. A że takie spotkania wymagałyby większej ilości wina, książę nie bez kozery nakazał wykonanie wielkich piwnic.

Ciekawe jest też to, że najwyraźniej najbardziej zaufanym przyjacielem polskiego księcia był… niemiecki rycerz von Redern. Jego to rodzina odziedziczyła wieżę, kiedy Henryk zmarł, a jego sukcesorzy nie chcieli kontynuować jego pomysłów. W rodzinie von Redern echa Camelotu księcia Henryka długo pozostawały żywe i często dzieciom w tej rodzinie nadawano imiona postaci z legend arturiańskich.

Takiej właśnie lekcji chce nam udzielić dzisiaj prastara wieża. Wpierw coś o przyjaźni i wierności. A potem o marzeniach i inspiracjach.

To, że książę wydał sporo pieniędzy na malunki przedstawiające legendy o Lancelocie nie oznacza, że był bujającym w obłokach bałwanem. Wręcz przeciwnie, z mądrych opowieści umiał wyciągać dobrą nauką dla siebie i dla innych. Mądrość ta kazała mu nie zwracać uwagi na narodowość, ale na wierność.

A że specjalnością ludzi jest właśnie niewierność – bo niewierność nawet samym sobie zdaje się być wręcz wyznacznikiem człowieczeństwa – warto było im przypomnieć o tejże wierności – serią wspaniałych malowideł.

Widok z okna książęcej wieży,

Pozostało nam zadumać się na chwilę, odetchnąć zapachem starej budowli – i spojrzeć z okien najwyższej kondygnacji na olśniewającą Przyrodę dokoła.

A skoro Przyroda wzywa – czas wracać do tropu zaginionej, pogańskiej świątyni.

W tym celu powróciliśmy do gościńca „Perła Zachodu” Nieopodal można ze ścieżki spacerowej zboczyć na… „Ścieżkę Poetów”.

Nazwę tę nadano leśnej dróżce właśnie wtedy, gdy tworzono tutaj Ogród Muz – neopogańską, panteistyczną świątynię Apollina. Dlaczego tak ją nazwano? No cóż, wystarczy się rozejrzeć.

Żyła diabazu. Najpierw romantyczny zachwyt, a potem głód wiedzy i ciekawość…
Skrzypy są matuzalemami ewolucji – ich przodkowie byli drzewami, porastającymi niegdyś sporą część ziemskich kontynentów.
Paprocie różnych gatunków przystrajają trasę Ścieżki Poetów.
Piękno i wiedza.

Renesans zrodził współczesną astronomię, oświecenie dało początek nowoczesnej fizyce i chemii. A co dał nauce romantyzm?

A cóż mógł dać, skoro wyprowadził ludzi z pałaców i dworków na powietrze, między drzewa, ba, wezwał do powrotu do natury? Romantyzm to czas dalekich podróży, gdzie każdy, kto podróżował starał się swoje wędrówki dokumentować w formie pamiętników, opisów, rysunków, zielników…

Tak to powoli zrodziła się fascynacja Przyrodą, chęć jej poznania i uczczenia. Tak zrodziła się biologia.

Katedry chrześcijańskiego boga miały wieże. Świątynia pogańska w Borowym Jarze ma skały: Gibraltar i Trafalgar.

Wejście na Trafalgar.

Nazwane tak od przylądków w Hiszpanii wysokie skały są istotnie wieżami, z których podziwiać można z wysoka przełom Bobru. I zrozumieć, że zaiste to miejsce godne jest, żeby nazwać je świątynią Przyrody.

Lasy Borowego Jaru z wysoka…
Widok z Trafalgaru w stronę Jeleniej Góry.

Nic dziwnego, że czas romantyzmu pozwolił narodzić się Karolowi Darwinowi i jego przełomowemu odkryciu. Spośród tych, którzy ulegli modzie na niezwykłe miejsca, spacerowanie wśród drzew, dumanie na skałach – w końcu znaleźli się tacy, którzy zadali sobie pytania. Dlaczego świerk ma igły, a klon liście? Jaka przyczyna stoi za tym, że wilk ma taki, a nie inny kształt uszu i łap? Dlaczego skały pękają w takim, a nie w innym kierunku? Dlaczego wydają się mieć różnego rodzaju warstwy?

Chwila odpoczynku na Trafalgarze;

I my odpoczywając na szczycie Trafalgaru mogliśmy usłyszeć echa tych pytań. W Przyrodzie wszystko pyta, wszystko jest ciekawe, wszystko kryje jakąś zagadkę. Wydaje się, jakby wszystkie Muzy, patronki nauki chciały namówić wędrowca jednocześnie do odwiedzenia właśnie jej tajemnicy.

Czas zejść z wież i wstąpić do samego serca świątyni Lasu, Nauki i Przyrody.

Gdy wały obronne twierdzy na Domowej Górze uległy zatarciu, rozpadły się cuchnące budynki papierni na Końcu Świata – świątynia trwała. Bo jej murami były drzewa.

Do dziś nasadzone w rzędach buki, klony, lipy i modrzewie pozwalają odnaleźć zapomniane ścieżki.

Dawne ścieżki świątynne możemy poznać po szpalerach posadzonych wzdłuż nich drzew…

Ludzie rwali włosy z głów, gdy płonęła katedra Notre Dame w Paryżu – lecz ja tutaj widzę piękno i świętość niebotycznie przerastające wszystko, co można odnaleźć w starych, ludzkich budowlach.

Pod koniec ery gotyku strzeliste wieżyczki, pinakle i ostrołuki wydawały się już oklepane i nudne. Architekci zaczęli wtedy wprowadzać różnego rodzaju modyfikacje starego zdobnictwa. Pojawiły się na przykład skręcone spiralnie kolumny. Tak powstała odmiana gotyku zwana gotykiem płomienistym… Ale w Przyrodzie istniał on od dawna.

Gotyk płomienisty w wydaniu Przyrody.

Uroczysta ścieżka procesyjna zaprowadziła nas do stóp skały Uranii, do miejsca, gdzie mieściło się centrum całego założenia: plac Apollina.

Imię Apollo wzięło się z tego samego słowa, które wymienia Apokalipsa Jana jako imię demona: Apollyon – „Niszczyciel”. Tak, drżyj i rób pod siebie, ludzka, chrześcijańska cywilizacjo, bo zaiste Przyroda jest niszczycielem – ale na gruzach zawsze rodzi ogrom życia.

Na skraju placu Apollina wzniesiono jedyną większą budowlę w całym jeleniogórskim Parnasie. Była to miniaturka greckiej świątyni z kolumnami i tympanonem, ni to mauzoleum, ni to kaplica. Napis nad wejściem głosił: „Jedynemu Fryderykowi” – ale nie jest jasne, kim był ów Fryderyk – czy chodziło o króla Prus, czy o jeszcze kogoś innego?

Przyroda pochłonęła i tę budowlę, zostawiając tylko ledwo czytelny zarys fundamentów i szczątki cegieł, walające się między zaroślami. Jakby chciała tę usunąć tę jedyną skazę ze swojej świątyni, świątyni zbudowanej z żywych, rosnących drzew i potężnych, ukształtowanych przez ogień i wiatr skał.

To wszystko, co pozostało po mauzoleum;

Bojar zawitał w to miejsce w imieniu wilków – a ja wraz z nim. I znów mogłem jedynie podziwiać i cieszyć się tą chwilą – a moje podziwianie, przyglądanie się pod lupą co ciekawszym roślinom, moje chwile szczęścia z Bojarem – były modlitwą. Takiej modlitwy oczekuje Przyroda, modlitwy jakże innej od stania na baczność przez rozwścieczonym bogiem – dyktatorem i jego funkcjonariuszami w złocistych szatach i czarnych sukniach. Jakże inna od nudnego powtarzania wciąż tego samego: zmiłuj się nad nami, zmiłuj się nad nami…

Przyroda, wielka niszczycielka i twórczyni zarazem nie potrzebuje być błagana o litość, bo sama ją okazuje, komu chce. Nie potrzebuje ślepej wiary i bezwzględnego posłuszeństwa, lecz pozwala do woli przyglądać się, poznawać i rozumieć. Dlatego uważam Ją za tak godną uwielbienia.

Ścieżka Poetów zaprowadziła nas w końcu do wielkiego, 300 – letniego dębu, który, gdy wytyczano ścieżki świątyni Muz rósł tutaj już od stu lat. Wśród ludzi krążyły opowieści, jakoby został on tutaj zasadzony na cześć cesarza Austrii Leopolda – i stąd nazywano go cesarskim dębem.

Ale dziś zasługuje on na to imię nie ze względu na jakiegoś ludzkiego władcę, którego już dawno nie ma. Dziś to on jest cesarzem wśród mnóstwa starych drzew, porastających zbocza Helikonu. Cesarzem przez swój wiek, wielkość i żywotność.

Dąb cesarski.

Niebawem ścieżka dołącza do brukowanej trasy spacerowej tuż przy Źródle Aganippe – czyli Cudownym Źródle. Znów widok betonowego wiaduktu – bramy miasta i ludzkiego życia – przypomina nam, że czas opuścić zaginioną świątynię Przyrody. Jednak my z Bojarem z pewnością będziemy tu często wracać.

Pożegnanie z doliną Bobru.

Żegnamy już dolinę Bobru. Ale nie tylko tutaj wzniesiono w dawnych czasach takie świątynie. Kto wie, może gdzieś w Twojej okolicy też było coś takiego? Zachęcam do poszukiwań, a jeśli nie poprowadzą Cię dawne mapy czy przewodniki, poprowadzą cię drzewa – bo one nie kłamią.

Pozdrawia Was Wędrujący z Wilkiem!

Podziel się